Dziewczyna o chabrowych oczachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iris wiedziała, że nie może powiedzieć im prawdy, ale jednocześnie musiała coś odpowiedzieć. Nie chciała urazić Maxa i robić przykrości tej biednej dziewczynie. W końcu była ich gościem.

– Nie ma nic ciekawego do opowiadania – stwierdziła cicho i wzruszyła ramionami, jakby rzeczywiście nie było nic niezwykłego w jej historii.

Oczywiście, jeśli można uznać za normalne to, że rana postrzałowa zagoiła się sama w ciągu pięciu dni, a moja krew ma barwę chabrowych płatków – pomyślała.

– Nie? – spytała dziewczyna słabo. – Ale chyba nie zaprzeczysz, że nie jesteś… Wybacz, nie chcę cię urazić, ale nie wiem jak inaczej ubrać to w słowa, więc nie jesteś… człowiekiem?

– Francine! – zaprotestował Max. – Przyjdzie jeszcze czas na takie pytania. Moglibyśmy na razie porozmawiać o czymś innym?

Iris, która przez chwilę bawiła się kosmykiem swoich włosów, podniosła wzrok i spojrzała na Francine, która także mierzyła ją pełnym determinacji spojrzeniem. Nie zwracając uwagi na protest Maxa, Iris odpowiedziała:

– Nie, nie jestem człowiekiem. Nie ma sensu zaprzeczać faktom, które widzieliście na własne oczy.

– Więc kim? – dopytywała dziewczyna.

– Czy to ma znaczenie? Nie chcę nadużywać waszej gościnności, więc niedługo zniknę z waszego życia i będziecie mogli o mnie zapomnieć.

– Więc nie powiesz nam? – naciskała Francine.

Iris przez chwilę patrzyła prosto w dwie twarze wpatrujące się w nią w oczekiwaniu.

– Nie mogę – szepnęła. – Moje problemy nie są wam do niczego potrzebne. Macie własne. Przepraszam.

Francine w końcu odpuściła, czując na ramieniu ściskającą ją lekko dłoń brata.

– No dobrze, nie będę cię już więcej naciskać – uśmiechnęła się słabo. – Max, zaparzysz nam herbaty?

– Oczywiście.

Gdy mężczyzna wyszedł z pokoju, Francine zwróciła się do Iris.

– Iris, mogłabym zobaczyć twój wisiorek?

Kobieta zawahała się przez chwilę, ale zaraz odpięła łańcuszek i ostrożnie podała go dziewczynie.

– Jest niesamowity – stwierdziła, a potem oddała go właścicielce. – Wiesz, kiedy ja i Max byliśmy mali, babcia wciąż opowiadała nam różne historie. Niektóre były tak niewiarygodne, że musiały być fantastyczne, ale część z nich… – urwała na chwilę, bo mówienie sprawiało jej trudność. – Część z nich opowiadała o tym, że na świecie, oprócz ludzi, żyją również inne istoty. Na początku wierzyliśmy w te bajki o elfach, demonach, wróżkach i innych cudownych stworzeniach. Później, z czasem, wyrośliśmy z tego. Ale teraz…

– Francine, powinnaś odpocząć.

– Jeszcze nie…

Iris przesiadła się z krzesła na brzeg łóżka. Sięgnęła, aby poprawić jej poduszkę.

– Mogę? – spytała, a gdy Francine skinęła głową, ułożyła pościel tak, aby było jej wygodnie. – Mówiłaś o waszej babci… że opowiadała wam bajkowe opowieści.

– Właśnie – wyszeptała dziewczyna. – Wiesz, ja w głębi duszy nigdy nie przestałam wierzyć w te opowieści. Max także, wiem o tym. Może po prostu nadal gdzieś głęboko siedzi w nas dziecko?

– Co się stało z waszą babcią?

– Ma prawie dziewięćdziesiąt lat i mieszka w Saint-Malo. Wcześniej jeździliśmy do niej raz w tygodniu, ale teraz, kiedy nie czuję się zbyt dobrze, nie ma szans, żebym ruszyła w taką podróż. – Posmutniała, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Max się o mnie troszczy i przez to też nie jeździ odwiedzać babci. Wciąż mówi, że jeszcze razem do niej pojedziemy, że muszę tylko poczuć się odrobinę lepiej i zabierze mnie do niej. – Otarła drżącą dłonią łzy płynące po policzkach. – Tylko, że ten dzień nie nadchodzi. A ja czuję, że umieram i że już nigdy do niej nie pojadę.

Iris patrzyła na Francine i z trudem powstrzymywała własne łzy. Nie mogła uwierzyć, że tak młoda kobieta jest śmiertelnie chora. Już wiedziała, dlaczego Max wygląda na tak bardzo zmęczonego – zapewne całymi nocami dogląda chorej siostry i sam nie może przez to zmrużyć oka. Była zaskoczona tym, co czuje. Zawsze wydawało jej się, że ludzie to bezduszne, egoistyczne istoty. Teraz musiała zmienić zdanie albo przynajmniej dopuścić do siebie możliwość istnienia wyjątków od tej reguły.

– Przepraszam – powiedziała Francine. – Nie wiem, dlaczego tak się rozkleiłam. Przy Maxie nigdy mi się to nie zdarzyło.

– Spokojnie, rozumiem. On i tak już bardzo się o ciebie martwi.

– Mówił ci o tym?

– Nie, ale to widać. – Iris podała dziewczynie chusteczki, które stały na szafce przy łóżku. – I dlatego, Francine… proszę, nie poddawaj się.

Kobiety przez chwilę w milczeniu patrzyły sobie w oczy.

– Wiesz, Iris… myślę, że jesteś w porządku. Boję się tylko tego, że przez ciebie Max może mieć kłopoty. Ktoś cię szuka… – Szukała w oczach Iris potwierdzenia i kiedy je znalazła, odezwała się znowu: – Obiecaj mi, że jak tylko poczujesz się lepiej, znikniesz.

Iris skinęła nieznacznie głową.

– Obiecuję.

Kiedy kilka minut później Max wszedł do pokoju z herbatą i filiżankami, Iris gestem nakazała mu milczenie i wskazała śpiącą spokojnie Francine. Wycofali się w ciszy i zamknęli za sobą drzwi.

– Masz ochotę wypić herbatę na tarasie?

– Dawno nie widziałam słońca – westchnęła, wdychając cudowny aromat gorącego napoju.

– Więc chodź ze mną. – Uśmiechnął się i ruszył do drzwi znajdujących się na samym końcu korytarza. Wyszli na taras. Iris odetchnęła głęboko, a jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy południowe promienie słońca musnęły jej skórę, a letni wiatr rozwiał włosy.

Domek znajdował się w lesie, tak jak mówił Max. Otoczony był drzewami i właściwie odcięty od cywilizacji. Pomalowane na beżowo okiennice, szklana ściana wychodząca na taras… Był po prostu piękny.

– O czym rozmawiałyście? – spytał w końcu Max, aby przerwać ciszę.

Iris podniosła filiżankę do ust i upiła mały łyk zielonej herbaty.

– O niczym ważnym. Francine opowiadała mi o waszej babci.

– No tak… – westchnął. – Tęskni za nią. Zresztą, ja też. Coś jeszcze?

– Nie, właściwie nie… – Iris spuściła wzrok, a potem odwróciła się i przez chwilę wpatrywała w las.

Max wyczuł, że Iris nie ma ochoty na rozmowę i zwierzenia, więc po prostu siedział obok niej w milczeniu. Patrzył, jak pogrąża się w swoich myślach, marszczy czoło, a jej oczy wpatrują się niewidzącym wzrokiem w niebo tuż nad jego głową. Miały teraz barwę granatu jak nocne niebo przy pełni księżyca. Miał tak wiele pytań, które pragnął jej zadać, ale nie chciał być natarczywy i wyciągać z niej nic na siłę.

– Pójdę przygotować obiad. Francine mówiła, że ma ochotę na coś specjalnego – powiedział w końcu, wstając ze swojego miejsca i ruszając w stronę drzwi wejściowych.

Iris, wyrwana ze swoich myśli, drgnęła i przeniosła wzrok na Maxa.

– Pomogę ci! – Zaraz jednak się zawahała. – Chyba nie masz nic przeciwko?

– Nie – powiedział z uśmiechem, zbierając naczynia ze stolika.

Kilka minut później Iris obierała warzywa na bulion, a Max szukał w szafce odpowiednich przypraw i ziół.

– Chyba często gotujesz? – spytała, wkładając obraną marchew do miski.

– Tak, codziennie – przytaknął. – A ty?

– Ja też. Widzisz, miejsce, z którego pochodzę jest trochę… – urwała, aby dobrać odpowiednie słowo – oddalone od cywilizacji. Ciężko tam o restaurację czy sklep. Byłam więc zmuszona do gotowania. Poza tym, lubię to.

– A skąd pochodzisz? – spytał, zerkając na nią.

Iris spuściła wzrok i zagryzła wargę.

– Hej, spokojnie, zapytałem tylko z ciekawości – dodał pospiesznie. – Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać.

Nie odezwała się, pochłonięta obieraniem pietruszki i selera, tak mocno zaciskając palce, że aż zbielała jej skóra.

– A co lubisz gotować? – Max kontynuował rozmowę, wracając do bezpiecznego tematu.

– Uwielbiam sałatki – odparła po chwili zastanowienia. – Zupy i zapiekanki, szczególnie takie z kalafiorem lub brokułem i szpinakiem. A ty?

– W zasadzie wszystko – stwierdził. – Moje ulubione sałatki to te z burakami. A jeśli chodzi o zupy, to właśnie przyrządzamy tę, która chyba najlepiej mi wychodzi. Francine ją uwielbia. Są w niej warzywa, świeże zioła i odrobina ryżu. Lubisz ryż?

– Tak, bardzo.

– A mięso? Lubisz, kiedy jest pokrojone na drobne kawałki, czy raczej wyjęte po ugotowaniu wywaru?

Iris zamarła. Spojrzała na Maxa szeroko otwartymi oczyma.

– Słucham?

– Pytałem, czy… Iris, co się stało?

Iris wpatrywała się w trzymany przez Maxa kawałek mięsa, który właśnie miał zamiar włożyć do garnka. W ułamku sekundy jej skóra stała się blada jak ściana, a oczy przybrały barwę błękitu. Czy to możliwe, że ludzie rzeczywiście jedzą zwierzęce mięso? Słyszała o tym, ale nie była w stanie sobie wyobrazić, że to prawda. Jak mogą najpierw żyć obok takiego nieszczęsnego zwierzęcia, karmić je i opiekować się nim, a potem zabić i położyć na talerzu?

– Nic… ja po prostu… – zakryła usta dłońmi.

Max podszedł do niej i przyjrzał jej się z niepokojem.

– Źle się czujesz?

– Nie, ja tylko… – odetchnęła głęboko kilka razy. – Max, czy ty zamierzasz włożyć to do zupy?

Wskazała dłonią leżący w garnku kawałek mięsa.

– Tak – powiedział, nie rozumiejąc, o co chodzi. – Czy coś jest z nim nie tak?

– Nie… To znaczy, ja nie wiem…

Max nagle doznał olśnienia. Uśmiechnął się szeroko.

– Jesteś wegetarianką, tak? Nie jadasz mięsa?

– Hm, tak… – zaczęła, myśląc gorączkowo, ale Max już odwrócił się, aby wyjąć mięso z garnka.

– Nie ma problemu – powiedział, zawijając je w folię i chowając do lodówki. – Dzisiejsza zupa będzie wegetariańska.

– Max, nie musisz, ja zjem coś innego, cokolwiek…

 

– Spokojnie, Iris. To dla nas naprawdę żaden problem. Francine nawet się nie zorientuje. Ostatnio zrobiłem jej pulpeciki z soi i kaszy. Do ostatniej chwili myślała, że są z mięsa… – zamilkł, gdy zobaczył, że znów bledną jej policzki. – Zresztą, nieważne. Jak tam warzywa?

Iris pozbierała się i podała mu miskę.

– Gotowe.

Gdy bulion na zupę już się gotował, a w całej kuchni zapachniało świeżymi ziołami, Max usiadł obok Iris przy stole i spytał:

– Czy jest coś jeszcze, czego nie lubisz?

– Jeśli chodzi o jedzenie, to raczej nie.

– A poza jedzeniem?

Iris gorączkowo zastanawiała się, co Max może mieć na myśli, ale na szczęście kipiący bulion uratował ją od odpowiedzi. Pospiesznie zadała więc własne pytanie.

– Max, tak sobie pomyślałam… Czy mogłabym trochę popracować w twoim ogrodzie?

Mężczyzna był zaskoczony tak dziwną prośbą i natychmiast się zgodził.

– Świetnie! – ucieszyła się i wstała z krzesła. – Jeśli pozwolisz, zacznę od razu.

Nie do końca wyleczony brzuch dał jednak w końcu o sobie porządnie znać. Syknęła z bólu i zgięła się w pół.

– O, nie! – powiedział stanowczo Max, podchodząc, aby mogła się na nim wesprzeć – Od razu, to wrócisz do łóżka i trochę odpoczniesz.

Zaprowadził ją do pokoju i pomógł się położyć. Nie protestowała, bo sama już czuła zmęczenie i wiedziała, że jeszcze przez kilka dni nie powinna się wysilać.

– Postaraj się zasnąć – poprosił. – Obudzę cię, kiedy obiad będzie gotowy.

– Max?

Odwrócił się w progu i spojrzał na nią.

– Mogę mieć do ciebie jeszcze jedną, ostatnią prośbę?

– Oczywiście – odparł z uśmiechem. – Jaką?

– Chciałabym, żebyś zabrał mnie w to miejsce, gdzie mnie znalazłeś.

Iris otworzyła oczy i w pierwszej chwili nie była pewna, gdzie się znajduje. Pokój był cichy i ciemny, a jej oczy nie do końca przyzwyczajone do ciemności. Przytuliła twarz do miękkiej poduszki i głęboko westchnęła. Powoli przypomniała sobie wydarzenia minionego dnia. Do teraz wprost nie mogła uwierzyć w to, że zaufała człowiekowi. Najpierw wściekała się na Léę, a teraz sama zrobiła to samo. Przeczesała włosy palcami i w tym samym momencie odniosła wrażenie, że słyszy jakiś dźwięk. Zamarła w bezruchu, a gdy nic nie usłyszała, usiadła na łóżku, wytężając słuch. Tak, teraz na pewno to słyszała. Muzyka. Ktoś grał na fortepianie. Bezszelestnie wstała i wyszła z sypialni. Na korytarzu zatrzymała się, aby wsłuchać się w dźwięk i sprawdzić, skąd dobiega. Niewiarygodne, ale muzyka płynęła jakby… z góry? Nie wiedziała, że ten dom ma jakieś piętro. Kuchnia, łazienka i sypialnie Francine, Maxa i jej znajdowały się na jednym poziomie. Teraz jednak wiedziała, że gdzieś muszą być jakieś schody. Szła korytarzem, mijając kolejne drzwi, aż wreszcie natknęła się na takie, których do tej pory nie otwierała. Delikatnie nacisnęła klamkę, a one uchyliły się, nie wydając nawet jednego skrzypnięcia. Teraz dźwięki muzyki były dużo głośniejsze, więc Iris szybko wśliznęła się do ciemnego korytarzyka i zamknęła za sobą drzwi. Nie chciała przecież, aby wszyscy się obudzili. W ciemnościach wymacała ścianę i dotykając jej jedną dłonią, ruszyła przed siebie. Ostrożnie stawiała stopy, bo nie widziała kompletnie nic. Nie dojrzała schodów, dopóki nie wpadła na nie i omal się nie przewróciła. Całe szczęście, wyłożone były miękką wykładziną, dzięki czemu nie narobiła hałasu. Ostrożnie zaczęła się po nich wspinać. Deski cicho skrzypiały pod jej stopami, ale muzyka chyba skutecznie je zagłuszała. Gdy już pokonała ostatni stopień, podniosła wzrok i rozejrzała się po pomieszczeniu. Było ogromne, o powierzchni całego domu. To było poddasze. Jedyne światło pochodziło z wielkich okien zamontowanych w skośnym suficie, ale i przez nie sączyła się jedynie blada poświata księżyca. Jednak Iris zdołała dojrzeć na drugim końcu pomieszczenia ogromny, błyszczący, czarny instrument i siedzącą przy nim postać, czyli Maxa. Siedział bokiem do niej i najwyraźniej jej nie dostrzegł, tak bardzo był pochłonięty swoją ukochaną muzyką. Iris stała jak zahipnotyzowana, wsłuchana w cudowne, idealnie dobrane dźwięki. Przez chwilę myślała, że słyszy najpiękniejszy utwór na świecie, ale kiedy Max zaczął cicho śpiewać, a w pomieszczeniu zabrzmiał jego niski, lekko zachrypnięty głos, Iris westchnęła z zachwytu.

Quand je ferme les yeux

Je te vois encore un peu

Et j’imagine simplement

Avoir envie d’arrêter le temp…

Iris miała wrażenie, że jej nogi przyrosły do drewnianej podłogi. Była zafascynowana do tego stopnia, że nawet nie była pewna, jak długo już stoi w tym miejscu.

Même si je pleurs

Même si je rage

Même si le ciel est un orage

Moi je t’aime, oui je t’aime

Mon amour… 4

Gdy w pomieszczeniu przebrzmiały ostatnie dźwięki i zaległa cisza, Iris słyszała nawet bicie własnego serca. Wydawało jej się, że Max również musi je słyszeć, skoro ono tak głośno tłukło się o jej żebra.

– Długo już tu jesteś?

Ciche pytanie zadane przez Maxa wystraszyło ją. Nawet nie zauważyła, kiedy odwrócił się w jej stronę. Teraz wpatrywał się w nią z nieprzeniknioną miną, czekając na odpowiedź.

– Ja… przepraszam. – Iris zaczęła wycofywać się w kierunku schodów. – Nie chciałam cię podglądać ani podsłuchiwać. Już sobie idę, tylko się nie denerwuj.

– Iris, zaczekaj. – Max wstał i ruszył w kierunku dziewczyny, która stała nieruchomo, sparaliżowana strachem. – Ale jesteś przerażona – stwierdził, gdy spojrzał z bliska w jej błękitne oczy. – Niepotrzebnie.

– Nie jesteś zły? – spytała.

Pokręcił przecząco głową i przyglądał jej się w zamyśleniu.

– Zdradził cię wisiorek – stwierdził, patrząc na połyskującą niebieskim światłem łezkę.

Iris odruchowo złapała go i ukryła pod ubraniem, które miała na sobie.

– Chcesz zobaczyć, co tu ukrywam przed Francine i resztą świata? – spytał cicho.

Przytaknęła i zaczęła rozglądać się na boki, chcąc coś zobaczyć, ale na próżno, bo ciemność pochłaniała większość przestrzeni.

– Chodź – wyciągnął do niej rękę, a gdy spojrzała na niego z niepokojem i nie ruszyła się z miejsca, dodał z uśmiechem: – Spokojnie, nie chcę po prostu, żebyś się o coś potknęła.

Chwilę później, gdy odważyła się podać mu dłoń, ostrożnie poprowadził ją przez poddasze, pomagając lawirować pomiędzy stojącymi na ich drodze przeszkodami. W ciemnościach Iris nie potrafiła rozpoznać przedmiotów znajdujących się wkoło, dostrzegała jedynie ich ciemne kontury. Max puścił ją dopiero, gdy dotarli do ogromnego fortepianu.

– To chyba mój ulubiony instrument – powiedział szeptem, z czułością dotykając lśniącej w ciemnościach powierzchni. – Prawda, że jest przepiękny?

– Tak – potwierdziła. Mimo, że po raz pierwszy w życiu widziała coś takiego z bliska, uważała, że jest piękny już przez samo to, jak wspaniałe dźwięki potrafi z siebie wydobyć.

– Został wykonany na zamówienie dla mojego pradziadka – opowiadał Max. – Potem grał na nim mój dziadek, ojciec, a teraz w końcu przyszła kolej na mnie. Ma ponad sto lat.

– Po tylu latach wciąż wspaniale gra – powiedziała z zachwytem.

– Śmiało Iris, możesz go dotknąć – oznajmił Max i uśmiechnął się szeroko.

– Wiesz, Max, może lepiej… – odparła, odsuwając się nieznacznie.

– Skoro już tu przyszłaś, musisz dokładnie się z nim zapoznać – zaśmiał się, podchodząc do niej i prowadząc ją w stronę stołka stojącego przed fortepianem. – Usiądź.

Spełniła polecenie i szeroko otwartymi oczyma podziwiała instrument. Wyciągnęła dłoń i delikatnie położyła ją na klawiszach.

– Śmiało – zachęcał mężczyzna.

Nacisnęła jeden z klawiszy i w pomieszczeniu rozległ się dźwięk. Uśmiechnęła się i nacisnęła kolejny.

– To musi być cudowne uczucie – wyszeptała.

– Co takiego?

– Grać. Naciskać klawisze i sprawiać, że pojedyncze dźwięki układają się w jakiś wspaniały utwór. – Odwróciła się do Maxa z szerokim uśmiechem na twarzy. – Właśnie. Ta piosenka, którą śpiewałeś, kiedy tu weszłam… Była piękna. Jest twoja?

– Nie – zaprzeczył Max. – To Annie Villeneuve.

– Hm… Wiesz, ja bardzo słabo znam waszych… – zawahała się przez chwilę i ugryzła w język. – Nigdy o niej nie słyszałam.

Max patrzył jej w oczy, które były teraz tak niesamowicie ciemne, że w świetle księżyca wyglądały na zupełnie czarne.

– Więc pewnie nie znasz innych jej utworów – stwierdził, kładąc dłonie na klawiszach fortepianu. – Na przykład… – nadal patrzył na nią w zamyśleniu, gdy zaczynał grać. – Ce soir?

Iris nie mogła się zdecydować, czy patrzeć mu w oczy czy raczej na dłonie wędrujące po instrumencie. W końcu zwrócił się w kierunku fortepianu i mogła spokojnie mu się przyglądać, jak gra i śpiewa piosenkę, która od razu przypadła jej do gustu. Pomyślała, że sama z siebie pewnie nigdy nie oderwałaby się od podziwiania Maxa i jego muzyki, tylko siedziałaby tak całą wieczność. Nie zdawała sobie do tej pory sprawy z tego, ile straciła przez te wszystkie lata, kiedy żyła w Paix. Oczywiście, miała dostęp do prawie wszystkich rzeczy, jakie kiedykolwiek stworzyła ludzkość, ale nigdy nie interesowała się nimi zbytnio. Podobnie jak jej siostry uważała, że wszystko, co ludzkie jest złe i że nie potrzebują tego. Teraz Iris zrozumiała, iż wynikało to ze strachu i nie w każdym przypadku było dobre. Kiedy pomyślała, że mogłaby nigdy nie usłyszeć tego, jak Max gra, zrobiło jej się smutno. Nigdy nie przypuszczała, że jakikolwiek człowiek mógłby robić tak niesamowicie magiczne i fascynujące rzeczy, jakie teraz miała okazję obserwować. Zahipnotyzował ją swoim głosem i starym fortepianem. A ona jeszcze kilka dni temu miała go za potwora, który zamierza ją skrzywdzić. Niewiarygodne.

Gdy skończył, a ostatni dźwięk przebrzmiał w ich uszach, Max odwrócił się w jej stronę i spytał:

– Więc, Iris… Jaką muzykę lubisz?

Iris podwinęła stopy pod siebie i usiadła wygodnie. Zastanawiała się nad odpowiedzią. Miała przecież udawać zwykłą ludzką kobietę. Teraz to już i tak nie miało znaczenia, ale nie wiedziała, ile może mu powiedzieć. Przecież każda odpowiedź ciągnie za sobą kolejne pytanie, a ona nie zamierzała posunąć się za daleko i zwierzać się z tego, kim jest.

– To trochę trudne pytanie. Myślę, że odpowiada mi ta, którą właśnie usłyszałam.

– Naprawdę? – patrzył na nią z rozbawieniem. – A może podałabyś mi chociaż nazwisko swojego ulubionego wokalisty?

Iris bez mrugnięcia okiem wytrzymała jego spojrzenie.

– Wiesz, jakoś żaden teraz mi nie przychodzi do głowy – odparła, dumna z tego, że głos jej nie zadrżał.

Max nagle spoważniał i przysunął się bliżej Iris.

– Akurat – powiedział cicho. – Dlaczego po prostu mi nie powiesz, że nie znasz żadnego?

– Sugerujesz, że kłamię? – spytała oburzona.

– Nic nie sugeruję – stwierdził, wzruszając ramionami. – Jestem tego pewien.

Zacisnęła usta i w milczeniu zaczęła się wpatrywać w kosmyk włosów, który właśnie nawijała na palec.

– Iris… – zaczął cicho. – Ja wiem, że masz kłopoty.

– Świetnie, ale masz wystarczająco własnych. Z moimi poradzę sobie sama.

– Naprawdę? Zawsze wszystko robisz sama? – Gdy nie doczekał się odpowiedzi, ciągnął dalej: – Czasami trzeba komuś zaufać. To nie jest nic strasznego liczyć czasem na czyjąś pomoc.

Iris spojrzała na niego, a w jej spojrzeniu było tyle smutku, że Maxowi niemal pękło serce.

– Czasami warto coś poświęcić, aby dostać w zamian coś innego, co w danej chwili wydaje się cenniejsze – wyszeptała. – Jeżeli ceną za bezpieczeństwo jest samotność, to trudno, zapłacę ją.

Max zastanawiał się przez chwilę nad jej słowami.

– Czyli nie ma na świecie nikogo, komu byś ufała?

– Ależ oczywiście, że jest. To Stéphan. Jemu ufam zawsze.

Max zaśmiał się, ale gdy zobaczył śmiertelnie poważną minę Iris, natychmiast przestał. Niewiarygodne, ale ona mówiła serio. Zaraz jednak przypomniał sobie, w jaki sposób natknął się na Iris i potem, kiedy nie potrafił wrócić do domu… W porządku, może więc zaufanie do tego kota nie było jednak aż takim szaleństwem, jakby to się mogło wydawać na początku.

– Skąd go znasz? Jest twój?

 

– Był ze mną, odkąd pamiętam – powiedziała, ostrożnie dobierając słowa.

– Jak to się stało, że trafił do nas?

– Nie wiem – odparła Iris, choć podejrzewała, że zna odpowiedź na to pytanie. Stéphan zdołał uciec z miasta, zanim uległo zniszczeniu i zapewne po prostu poszukał sobie nowego domu. Nic niezwykłego.

– Iris… nie chciałbym, żeby to się tak skończyło.

– Jak? – spytała.

– Tak, że za kilka dni znikniesz, nic nie mówiąc i już nigdy więcej cię nie zobaczę.

– Ja też nie, ale czasami nie ma wyboru. Przykro mi.

– Zawsze jest wybór. I akurat teraz on należy do ciebie.

– Nie, Max… już nie. – Spuściła wzrok, bo nie mogła znieść widoku smutku w jego bursztynowych oczach. – Jeśli oni kiedykolwiek tu trafią, szukając mnie, nie możecie z Francine nic wiedzieć. Tak będzie lepiej i bezpieczniej dla was. Musicie udawać, że nigdy mnie tu nie było.

– Jacy oni? – spytał Max po chwili namysłu.

Odwróciła wzrok i teraz wpatrywała się intensywnie w księżycową poświatę, która lśniła na pokrywie fortepianu.

– Ludzie, Max – wyszeptała ze łzami w oczach. – Szukają mnie ludzie… Twoi bracia… – Zszokowany mężczyzna zaniemówił na chwilę. Zamrugał kilka razy i usiadł tuż obok Iris.

– Ale… – zaczął. – Jak to możliwe? Dlaczego?

– Max, nie pytaj już o nic więcej, proszę – przerwała mu i wbiła w niego błagalny wzrok swoich pięknych, przepełnionych łzami oczu.

– Dobrze – powiedział w końcu. – Wiesz, przypomniała mi się teraz taka piękna piosenka…

Iris szybko otarła łzy wierzchem dłoni i uśmiechnęła się z entuzjazmem.

– Jaka?

– Speranza – odrzekł. – Ale nie potrafię zaśpiewać jej tak ładnie, jak robi to Lara Fabian…

– Spróbuj – poprosiła, przysuwając się bliżej fortepianu.

Max usiadł przy instrumencie i po chwili zaczął grać. Na moment odwrócił się w stronę Iris, mierząc ją dziwnym spojrzeniem.

– Słowo speranza oznacza nadzieję – rzekł cicho, zanim całkowicie pochłonęła go muzyka.

Następnego ranka, zaraz po zjedzeniu śniadania, Iris i Max wyruszyli do lasu. Na początku trzymali się ścieżki, którą mężczyzna często przemierzał w drodze nad leśne jezioro. Jednak zanim tam doszli, Max zatrzymał się na rozwidleniu, starając się sobie przypomnieć, jaką drogą prowadził go Stéphan.

– Iris, ja naprawdę nie wiem, czy trafię w tamto miejsce – powiedział. – Wtedy była noc i wszystko wyglądało inaczej.

– Bardzo cię proszę, Max. Spróbuj sobie przypomnieć – prosiła, wpatrując się w niego błagalnym wzrokiem. – To dla mnie naprawdę bardzo ważne.

Max odetchnął leśnym powietrzem i rozejrzał się wokół. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że powinni wejść w gęsty las po ich lewej stronie.

– Spróbujemy tamtędy – stwierdził, wskazując dziewczynie kierunek. – Dasz radę?

Iris nie odpowiedziała, zmagając się z kolczastą gałązką dzikich jeżyn, które wplątały się w jej cienki sweter. Dostała go od Francine na okoliczność ich leśnej wycieczki.

Max wrócił się i ją uwolnił. Potem wziął za rękę i zaczął prowadzić przez gęstwinę, pomagając przedzierać się przez krzewy i gałęzie. Powalone pnie drzew również nie ułatwiały im wędrówki. Po kilku minutach Max zauważył, że Iris idzie coraz wolniej i z trudem łapie powietrze.

– Wszystko w porządku? – spytał, przyglądając się jej z troską.

– Tak… – wydyszała, ale zaraz zacisnęła zęby i ruszyła dalej przed siebie.

– Iris, zaczekaj – złapał ją za rękę, by się zatrzymała. – Usiądźmy tu na chwilę i odpocznijmy.

Pozwoliła posadzić się na powalonym, porośniętym gęstym mchem pniu jakiegoś potężnego drzewa. Gdy już uspokoiła oddech, zwróciła się w stronę Maxa i spytała:

– Max, poznajesz coś z tego miejsca? Idziemy w dobrym kierunku?

Mężczyzna rozejrzał się uważnie i zastanowił przez chwilę.

– Myślę, że to dobry kierunek. Mnóstwo tu tych białych kwiatów, a nie widziałem ich w żadnej innej części lasu – stwierdził. – Iris, powiesz mi, czego szukamy?

Zadając to pytanie, Max był praktycznie pewien, że kobieta nie odpowie. Spodziewał się wymijającej odpowiedzi albo prośby, aby o nic nie pytał. Jednak po chwili odwróciła się do niego.

– Szukamy moich rzeczy – odparła. – Mojej torby, którą musiałam mieć ze sobą, bo nie pamiętam, żebym gdzieś indziej mogła ją zostawić. Nie chcę nawet myśleć, że ktoś ją znalazł. – Zadrżała, a jej oczy w ułamku sekundy pojaśniały. – Mam nadzieję, że nadal tam leży i po prostu jej nie zauważyłeś.

– Rzeczywiście, to możliwe – przyznał w zamyśleniu. – Nie rozglądałem się za bardzo na boki, było ciemno, a trawa bardzo wysoka. Kiedy zobaczyłem ciebie, już nie zwracałem uwagi na nic innego. Myślałem tylko o tym, żeby cię ratować – zamilkł na chwilę. – Iris, ja wtedy byłem przekonany, że nie żyjesz. Twoja skóra była blada i zimna jak lód…Jak to możliwe?

– Myślałam, że kwestia tego, że nie jestem człowiekiem, została już ostatecznie rozstrzygnięta – odparła z tajemniczym wyrazem twarzy. – Chodźmy dalej, bo Francine zacznie się w końcu niepokoić. Jeszcze pomyśli, że postanowiłam jednak wypić twoją krew, wyssać szpik albo coś w tym stylu…

Gdy spojrzała w szeroko otwarte z przerażenia oczy mężczyzny, nie potrafiła dłużej zachować powagi. Wybuchnęła śmiechem.

– Nie wierzę, Max – złapała się za brzuch, bo gwałtowny atak śmiechu sprawił, że nie do końca zaleczona rana dała o sobie znać. – Kto jak kto, ale po tobie nie spodziewałam się, że uwierzysz w coś takiego.

– No wiesz… – zaczął z zakłopotaniem. – Nie wiem, kim jesteś… W zasadzie, to prawie w ogóle cię nie znam.

Iris, opanowawszy się trochę, otarła łzy rozbawienia z oczu i spojrzała na Maxa.

– Skoro prawie, to chyba jednak już coś o mnie wiesz – stwierdziła. – Uważasz, że byłabym zdolna do takich rzeczy?

– Nie sądzę – odparł z przekonaniem. – Ale kiedy to powiedziałaś, to zabrzmiało tak… złowieszczo.

– To, że nie jestem człowiekiem, nie oznacza jednocześnie, że jestem potworem, Max – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Zresztą, czasami wy – ludzie – sami robicie sobie krzywdę większą, niż mógłby wam uczynić taki, dajmy na to, wampir.

– Naprawdę?

– Tak. Max, ja słyszałam o waszych przerażających opowieściach snutych o istotach pozaludzkich, ale te o wampirach przebijają wszystko – zachichotała. – Jakby to powiedzieć? Niektóre szczegóły są mocno wyssane z palca. Podobno lubicie nimi straszyć wasze młode. To prawda?

Max, przewróciwszy oczami, patrzył jak kobieta się śmieje, nie mogąc uwierzyć, że wydarzenia ostatnich dni dzieją się naprawdę.

– No dobrze, Max – stwierdziła wesoło. – Już odpoczęłam, naprawdę. Pora ruszać dalej.

Max zeskoczył z omszałego pnia i podał rękę Iris. Gdy zsuwała się na ziemię, zahaczyła dłonią o wystający fragment ułamanej, suchej gałęzi i syknęła z bólu. Klęknęła na mchu i przyjrzała się niewielkiemu rozcięciu, w którym zdążyła już się zebrać krew.

– Skaleczyłaś się? – spytał pospiesznie Max. – Pokaż, trzeba sprawdzić, czy w ranie nie została drzazga.

Iris zacisnęła dłoń i przytuliła ją mocno do siebie.

– Nic mi nie jest – stwierdziła z przekonaniem w głosie.

Max wyjął z kieszeni bluzy małą butelkę czystej wody.

– Iris, daj mi chociaż przemyć ranę, proszę. – Kucnął obok niej i delikatnie ujął jej nadgarstek, czekając, aż przestanie się bronić. – Ależ jesteś uparta – rzekł, gdy w końcu poddała się i przysunęła dłoń w jego kierunku.

Spojrzał na cienką, niebieską linię, jaką suche drewno pozostawiło na jej skórze. W milczeniu obejrzał dokładnie ranę, nawet nie komentując faktu, że jej krew ma szafirową barwę. Odkręcił butelkę i lekko polał jej dłoń. Błękitna woda wymieszana z krwią spłynęła na miękki, leśny mech.

– W porządku, skończyłem – powiedział, puszczając ją i chowając butelkę z powrotem do kieszeni. – Możemy…

Max urwał w pół słowa, obserwując mech w miejscu, gdzie zrosiła go woda. Spomiędzy maleńkich łodyżek zielonego dywanu wychylił się pączek niewielkiego kwiatu. Mężczyzna pochylił się, aby lepiej widzieć. Chaber. Podniósł wzrok i spojrzenia jego i Iris się spotkały. Max już otworzył usta, ale Iris nie dała mu szansy na zadanie pytania.

– To niezwykłe, prawda? – zawołała, udając zaskoczenie. – Chabry zwykle nie rosną w środku lasu. Że też nie zauważyliśmy go wcześniej… Mogliśmy go rozdeptać, a szkoda by było.

Zerwała się, dokładnie otrzepała i spojrzała na Maxa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?