Dziewczyna o chabrowych oczachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co jej jest? – spytała, otwierając szeroko oczy ze zdumienia i strachu.

– Nie wiem. Dzwoń po pogotowie. Jest ranna. – Max rozchylił marynarkę i oczom dziewczyny ukazał się makabryczny widok jej rany na brzuchu.

– Och, Max, przecież to jest… to jej krew, prawda?

Max nie odpowiedział, pochylając się nad nieznajomą i sprawdzając jej puls i oddech.

– Max… To nie jest ludzka kobieta – wyszeptała Francine. – Nie powinieneś jej tu sprowadzać.

– Francine, ona umrze, jeśli jej zaraz nie pomożemy. Dzwoniłaś po karetkę?

Dziewczyna wypadła z pokoju w poszukiwaniu telefonu.

– Rozładował się, a niech to! – krzyczała już w korytarzu, rozglądając się za ładowarką.

– To ja zadzwonię – powiedział Max, wyjmując swoją komórkę. W tym samym momencie Stéphan rzucił się w stronę mężczyzny z głośnym sykiem i zawodzącym miauknięciem. Max podskoczył ze strachu i wypuścił telefon z dłoni.

– Stéphan, nie teraz! Muszę zadzwonić. – Wyciągnął rękę, aby podnieść komórkę z podłogi, ale kocur złapał ją za futrzany pokrowiec i zaczął uciekać, wskakując na parapet uchylonego okna.

– Nie! – krzyknął Max, ale zwierzę było już na zewnątrz.

– Max, ja chyba wiem, kim ona jest – szepnęła Francine, trzymając się za głowę. – Jakiś czas temu czytałam o niej w Internecie.

– Co o niej pisali?

– Że jest chora psychicznie i że uciekła z oddziału zamkniętego.

Max spojrzał na siostrę, a potem na nieprzytomną kobietę.

– Max, ona naprawdę może być niebezpieczna – mówiła Francine, z obawą podchodząc do nieznajomej i przykładając palce do jej szyi. W czasie tych kilkudziesięciu sekund, podczas których sprawdzała puls, jej oczy otworzyły się szeroko ze zdumienia i strachu. – Ja wiem, że masz dobre serce, ale powtarzam ci, że to nie jest ludzka kobieta. Ma niebieską krew. I jakieś dwa uderzenia serca na minutę. To nie jest normalne.

– Przecież jej nie zostawię. Trzeba ją zawieźć do szpitala.

– Max…

– Zrobię to bez względu na to, czy mi pomożesz czy nie, Francine.

Dziewczyna spojrzała na brata i wiedziała, że on nie odpuści. Miała tylko nadzieję, że jego dobroć nie zostanie ukarana i nieznajoma nie sprowadzi na niego żadnych kłopotów. Miała złe przeczucia, ale dobrze znała upór brata i w końcu skapitulowała.

– W porządku, pomogę. Pójdę po kluczyki od auta, a ty ją podnieś.

Max znów pochylił się nad ranną kobietą i ze zdumieniem zobaczył, że na jej piersi siedzi Stéphan. Kocur zasyczał groźnie, gdy tylko mężczyzna się zbliżył. Max nawet nie zarejestrował faktu, że zwierzę weszło z powrotem do domu.

– Chcę jej tylko pomóc – powiedział do kota. – Znasz ją?

Zwierzak spojrzał na Maxa, a potem wsadził głowę do kieszeni marynarki, w którą owinięta była czarnowłosa dziewczyna i pomagając sobie zębami, wyciągnął z kieszeni znaleziony w trawie wisiorek. Teraz Max mógł mu się przyjrzeć bliżej. Był zrobiony z przezroczystego szkła, a w nim zatopiony był piękny kwiat – chaber. Dziwne, ale wydawało mu się, że widział delikatny, ledwo dostrzegalny błysk światła wewnątrz szkła. Kot zaciągnął ozdobę wyżej i położył ją na sercu kobiety. Następnie sam usiadł na niej, strzegąc jej zaciekle, gdy tylko Max chciał się zbliżyć.

– Max, idziesz wreszcie? – spytała zniecierpliwiona Francine, wchodząc do pokoju.

– Nie możemy jej nigdzie zabrać – stwierdził. – Stéphan nie pozwala mi się do niej zbliżyć. Sama zobacz.

Francine popatrzyła na brata, jakby w ciągu kilku ostatnich minut całkowicie oszalał.

– Chyba żartujesz. Nie pomożesz jej, bo kot tego nie chce? – zszokowana dziewczyna wprost nie mogła uwierzyć w słowa brata. – Wiesz, na oddziale zamkniętym chyba zwolniło się miejsce. Może zadzwonię i umówię cię na wizytę u…

– Wiem, że to brzmi jak kompletne wariactwo, ale ten kot wie, co robi – odparł, przerywając dziewczynie i patrząc na jej bladą twarz.

Rodzeństwo przez chwilę patrzyło na siebie i zastanawiało się gorączkowo nad całą sytuacją.

– W takim razie trzeba chociaż opatrzyć jej rany. Zdezynfekować i założyć czysty opatrunek. To jej nie pomoże za bardzo, ale coś trzeba robić – przerwała w końcu ciszę Francine.

Max wypadł z pokoju w poszukiwaniu materiałów opatrunkowych i środków dezynfekujących. Francine natomiast podeszła do kobiety. Stéphan natychmiast się zjeżył i nastroszył gotów, by gwałtownie zaprotestować i bronić nieznajomej.

– Spokojnie, kiciuś – szepnęła Francine uspokajająco. – Tylko założymy opatrunek. Nie zrobimy jej krzywdy.

Stéphan powoli przestał się stawiać i położył z powrotem na piersi kobiety. Po chwili Max przemył jej twarz ciepłą wodą, a następnie środkiem dezynfekującym i założył niewielkie opatrunki. Potem chciał zająć się raną na brzuchu, ale siostra stanowczo zaprotestowała.

– Max, ja to zrobię. – Brat spojrzał na nią zaskoczony, a wtedy ona dodała: – Trzeba będzie ją rozebrać. Jest nieprzytomna, ale ma swoją godność. Wybacz, że to powiem, ale nie jest fajnie świecić przed obcymi facetami nagim ciałem, nawet gdy się umiera. Coś o tym wiem.

Max przez całą noc nie zmrużył oka nawet na chwilę. Po tym jak Francine opatrzyła ranę na brzuchu nieznajomej kobiety, od razu wygonił ją do łóżka. Ostatnio słaniała się na nogach, ale dodatkowy wysiłek odebrał jej resztę sił. Mężczyzna spacerował więc do samego rana, zaglądając to do jednego, to do drugiego pokoju i kontrolując stan zdrowia swoich podopiecznych. Wciąż zastanawiał się, czy to możliwe, że dziewczyna, którą znalazł w lesie może być chorą uciekinierką ze szpitala psychiatrycznego. Poszukał nawet w sieci informacji sprzed kilkunastu dni, aby dowiedzieć się czegoś więcej. To dziwne, ale nigdzie nie podano imion i nazwisk poszukiwanych kobiet. Przez długi czas rozmyślał o tym, co powinien zrobić. Zadzwonić pod numer, który podawali w mediach? Zabrać dziewczynę do szpitala, pomimo protestów Stéphana? Jeśli rzeczywiście jej szukają, to wizyta u lekarza z pewnością nie pozostanie niezauważona. Z drugiej jednak strony bez pomocy lekarskiej nie miała praktycznie żadnych szans na przeżycie. Co za wariactwo, żeby słuchać kota w takich sprawach! Max ukrył twarz w dłoniach i oparł się głową o ścianę za swoimi plecami. Uświadomił sobie, że właściwie podjął już decyzję, a teraz jedynie obawiał się, czy ta decyzja jest dobra. Próbował oszukiwać się, że jeszcze się zastanawia, ale tak naprawdę męczył się bez sensu. Wiedział, że nie zadzwoni pod numer alarmowy ani nie zgłosi nigdzie faktu, że poszukiwana kobieta jest u niego. Postanowił, że poczeka. Rana na jej brzuchu przestała krwawić. Francine mówiła, że kula przeleciała na wylot i nie została w ciele. To przynajmniej jedna dobra wiadomość. Jeśli pocisk nie uszkodził żadnego narządu wewnętrznego, a krwotok ustąpił, to może jest jeszcze dla niej jakaś szansa?

Max podniósł się z krzesła i cichutko podszedł do drzwi pokoju, w którym razem z Francine ułożyli ranną. Uchylił je i zajrzał do środka. Stéphan nadal leżał obok niej, pilnując, aby nikt się zbytnio nie zbliżał. Max podszedł do łóżka, wpatrując się w bladą twarz kobiety. Księżycowa poświata sącząca się przez okno nadawała jej skórze upiorny wygląd. Włosy, które leżały w nieładzie na białej poduszce, wyglądały jak czarne płomienie. Dotknął jej dłoni, aby sprawdzić, czy nadal jest zimna jak lód. Nie był pewien, ale miał wrażenie, że temperatura jej ciała nieznacznie wzrosła. Kobieta leżała całkowicie nieruchomo, tak jakby nawet nie oddychała i w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawili. Max usiadł na łóżku i zbliżył policzek do jej twarzy, chcąc upewnić się, że naprawdę oddycha. Wtedy kątem oka dostrzegł jej wisiorek, wciąż leżący tuż obok niej na materacu, dokładnie w miejscu, gdzie odłożyła go Francine. Mężczyzna podniósł go delikatnie, aby mu się przyjrzeć i natychmiast usłyszał ostrzegawcze syknięcie Stéphana.

– Ciii…Tylko popatrzę – wyszeptał do zwierzaka, obracając szklaną łezkę w palcach. Pulsowała niebieskim światłem spokojnie i miarowo. Max przypomniał sobie, że łańcuszek był zerwany, więc przyjrzał mu się na tyle dokładnie, na ile pozwalała słaba poświata księżyca. Jedno z ogniw było wykrzywione. Mężczyzna, pomagając sobie nożyczkami znalezionymi tuż obok, na szafce przy łóżku, przywrócił srebrnemu krążkowi dawny kształt. Następnie dopiął go do reszty łańcuszka i spojrzał na dziewczynę. Delikatnie odgarnął gęste kosmyki włosów i założył go na jej szyję. Zapinając ozdobę, zauważył, że jej pierś porusza się szybciej niż wcześniej. Sprawdził tętno, przykładając palce do szyi. Wcześniej było ledwo wyczuwalne, ale teraz jej serce biło prawie normalnie. Zauważył też, że światło uwięzione w szklanej łezce rozbłyska dokładnie w tym samym rytmie. Zaskoczony Max gwałtownie cofnął dłoń.

– Rzeczywiście, nie jesteś ludzką kobietą – powiedział cicho. – Nie sądzę też, żebyś była chorą psychicznie uciekinierką. Kim więc jesteś?

Albert z wściekłością odłożył słuchawkę i zmusił się do rozluźnienia zaciśniętych z irytacji zębów. Kolejny absurdalny telefon. Zapłacił za to ogłoszenie w prasie i w sieci mnóstwo pieniędzy, a ono w dalszym ciągu nie przyniosło mu praktycznie żadnych sensownych rezultatów. Owszem, odebrał kilka wiadomości, lecz żadna z nich z całą pewnością nie przybliży go do odnalezienia zbiegłych kobiet. Zupełnie, jakby zapadły się pod ziemię.

Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że wysłanie tej śmiesznej notki do mediów było desperackim, a jednocześnie niezwykle kosztownym posunięciem. W tamtym momencie jednak nie miał innego pomysłu. Nie był przygotowany na to, że te małe wiedźmy uciekną. Szpital, zgodnie z przypuszczeniami Alberta, zareagował dość szybko, pragnąc sprostować sytuację oraz oczyścić swoje dobre imię. Jednak ziarno niepewności i paniki zostało już zasiane – ludzie o wiele uważniej niż kiedyś, przyglądali się mijanym na ulicy twarzom. Mieli wątpliwości, komu wierzyć, więc ostatecznie dzwonili do niego. Póki co, były to bezsensowne, pełne bzdur telefony, ale mężczyzna miał nadzieję, że w końcu dopisze mu szczęście.

 

W tym momencie na jego korzyść działał fakt, że całkowicie zgodne z prawdą oświadczenie wydane przez władze szpitala psychiatrycznego zostało opublikowane gdzieś na szarym końcu gazety, natomiast wymyślony przez niego tekst, w którym jedyną prawdziwą informacją był numer telefonu, stał się w mieście małą sensacją. Albert zaśmiał się w duchu z tego zaskakującego paradoksu.

Mężczyzna, chcąc się nieco uspokoić, wstał i poszedł do łazienki. Stanął przed lustrem i przemył twarz lodowatą wodą, a potem mocno wytarł ją ręcznikiem. Wyjął z szafki grzebień i ułożył jasne włosy. Jeszcze raz przyjrzał się swojemu odbiciu i stwierdził, że wciąż z całej siły zaciska usta. Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Odetchnął kilka razy i się rozluźnił.

– Niebawem się znajdą. Nie mogą ukrywać się w nieskończoność – powiedział, patrząc sobie samemu w oczy, próbując podnieść się na duchu i ukoić wściekłość. – A wtedy czeka mnie już tylko nagroda za cały włożony w to przedsięwzięcie trud.

Albert opuścił łazienkę i podszedł do szafy stojącej w korytarzu. Rozsunął drzwi i wyjął z niej wieszak. Ubranie było starannie zapakowane w gruby, foliowy pokrowiec chroniący je przed kurzem i innymi zabrudzeniami. Mężczyzna ostrożnie rozsunął długi suwak i zdjął foliową osłonę. Na wieszaku pozostał jedynie idealnie wyprasowany, wykrochmalony i śnieżnobiały fartuch lekarski. Do kieszonki na piersi wciąż przypięty był identyfikator z jego imieniem i nazwiskiem. Albert sięgnął do najbliższej szuflady i wyjął z niej kartonowe pudełko. Otworzył je i wyciągnął z niego lśniący nowością stetoskop. Powiesił go starannie na fartuchu, chowając go nieco pod kołnierzykiem. Potem odsunął się, aby podziwiać swoje dzieło. Uśmiechnął się szeroko, z rozmarzeniem przyglądając się fartuchowi. Ostatni raz miał go na sobie prawie dziesięć lat temu. Jeszcze zanim wydarzyło się coś, co zmieniło jego życie w ponurą egzystencję opierającą się na ciągłej pogoni za utraconymi marzeniami. Dziś już wiedział, że prawdopodobnie nigdy nie zostanie lekarzem, ale nie potrafił rozstać się z tymi przedmiotami.

Albert mimowolnie zaczął pogrążać się we wspomnieniach. Pochodził z niezbyt zamożnej rodziny, mieszkającej na przedmieściach i żyjącej spokojnie w gronie najbliższych znajomych z sąsiedztwa. Jego matka pracowała jako sprzątaczka, a ojciec był stolarzem. Żadne z nich nigdy nie poszło na studia, więc kiedy Albert – ich jedyne dziecko – oznajmił, że wybiera się na akademię medyczną, byli równie zaskoczeni, jak uradowani. Zawsze dobrze się uczył i robił to z przyjemnością. Zdawanie egzaminów na najwyższą ocenę nie sprawiało mu żadnego problemu. Jego umysł chłonął wiedzę jak gąbka, wciąż było mu mało. Fascynowała go budowa i funkcjonowanie ludzkiego ciała. Już po pierwszych dwóch semestrach okazało się, że jest najlepszym studentem na roku. Znał odpowiedź niemal na każde pytanie zadawane na zajęciach przez profesorów, a kiedy czegoś nie wiedział, natychmiast biegł do biblioteki, aby się tego dowiedzieć. Inaczej nie dałoby mu to spokoju.

Najbardziej podobały mu się zajęcia, na których musieli po samym spisie objawów rozpoznać chorobę oraz zaproponować optymalny sposób leczenia. Jego fantastyczna pamięć oraz zdolność kojarzenia faktów i łączenia ich ze sobą sprawiały, że szybko stał się w tym mistrzem. Profesorowie byli pod wrażeniem, co tylko sprawiało, że pragnął nauczyć się jeszcze więcej. Już wtedy mógł po części zaznać tego, co, jak mu się wydawało, będzie go czekało w przyszłości – szacunku i podziwu. Albert właśnie tego pragnął najbardziej, decydując się na studia medyczne. Wyobrażał sobie siebie za kilka lat, gdy będzie już pełnoprawnym lekarzem i ta wizja tak go fascynowała, że pod koniec studiów nie myślał już niemal o niczym innym. Ukończył je z wyróżnieniem, a jego rodzice pękali z dumy. Jako specjalizację Albert wybrał neurologię, gdyż najbardziej pasjonowało go funkcjonowanie mózgu. Do tego momentu wszystko układało się dokładnie tak, jak sobie zaplanował.

Élise siedziała przy stole, w samym kącie pomieszczenia, pochylając się nad połyskującym, białym materiałem leżącym przed nią na blacie. Wzięła w palce maleńką kuleczkę z masy perłowej i przewlekła przez mikroskopijną dziurkę igłę z białą nitką. Potem zaczęła przyszywać kolejny brylancik do cudownej sukni ślubnej, która miała być gotowa na dzisiejsze popołudnie. Élise zastanawiała się, czy kobiecie, która po nią przyjdzie i która ma ją założyć za kilka dni na własnym ślubie, spodoba się jej dzieło. Oczami wyobraźni widziała, jak cztery warstwy tiulowych falbanek układają się podczas tańca, jak lekki materiał cicho zaszeleści, gdy panna młoda będzie się poruszała. Zastanawiała się, jak wygląda ta kobieta, jakie ma włosy, jakiego koloru oczy. Do tej sukienki pasowałyby długie, rozpuszczone blond włosy, może lekko zakręcone, z wplecionymi w nie maleńkimi kwiatuszkami. Élise, po przyszyciu ostatniej perełki, wstała i zaczęła zakładać suknię na stojącego przy ścianie manekina, aby się nie pogniotła ani nie ubrudziła. Potem odsunęła się i krytycznie przyjrzała swemu dziełu. Marszczona góra, falbanki, błyszczące perełki i bladoróżowy, niewielki pasek – na życzenie klientki. Bez dwóch zdań, suknia była arcydziełem. Żadna księżniczka by się takiej nie powstydziła. Gdy kobieta będzie wchodziła do świątyni, wszyscy będą na nią patrzeć, nie mogąc oderwać wzroku od królowej wieczoru.

– No, no… – Usłyszawszy za sobą czyjś głos, Élise aż podskoczyła i odwróciła się szybko. – Jest przepiękna. Naprawdę masz talent, Chantal. Aż trudno uwierzyć, że nie ukończyłaś żadnej szkoły krawieckiej.

Właścicielka niewielkiego salonu krawieckiego i szwalni, w której pracowała Élise, z zachwytem podziwiała suknię wiszącą na manekinie. Obejrzała ją z każdej strony, przyjrzała się szwom i marszczeniom, szukając czegokolwiek, do czego mogłaby mieć zastrzeżenia. Po kilku minutach odwróciła się do Élise z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Chantal, jestem z ciebie bardzo zadowolona. Wiesz, tę suknię zamówiła bardzo wymagająca i ważna klientka. Bardzo bogata kobieta. Jeśli jej się spodoba, z pewnością do nas wróci. Właściwie, nie widzę innego wyjścia, bo jest idealna – szefowa zamilkła na chwilę, patrząc na Élise, która spuściła wzrok i wyglądała na bardzo zdenerwowaną. – Posłuchaj, jeśli klientka będzie zadowolona, dostaniesz premię i podwyżkę. Dogadamy się później co do kwoty… Oczywiście, jeśli zmienisz zdanie i zdecydujesz się jednak u nas zostać.

Élise z niedowierzaniem spojrzała na szefową. Bardzo pragnęła zachować tę pracę, ale musiała trzymać się planu, jaki ułożyły razem z Léą i Iris. Szycie to było jedyne, co potrafiła. Uszyła niemal wszystkie sukienki, jakie znajdowały się w szafach kobiet żyjących w Paix. Siostry wciąż przychodziły do niej z prośbą o wykonanie nowych ubrań – szali, płaszczy, rękawiczek czy czegokolwiek innego. Potrafiła wszystko, miała do tego wrodzony talent, a przy okazji kochała to zajęcie.

– Chantal? – Szefowa spojrzała na nią uważnie i ze śmiechem pomachała jej dłonią przed nosem. – Jesteś z nami? Nie musisz oczywiście odpowiadać od razu, zastanów się.

– Ja bardzo chciałabym zostać, ale muszę odejść, bo… – Élise zastanawiała się, co może powiedzieć na swoje usprawiedliwienie. Nagłe olśnienie spadło na nią i wydało się tak oczywiste, że aż była w szoku, że nie pomyślała o tym wcześniej. – Miałam chorobliwie zazdrosnego partnera… Dlatego przyjechałam do Strasbourga i znalazłam tu pracę. Boję się, że on może mnie znaleźć.

Élise dostrzegła na twarzy szefowej zrozumienie i współczucie, więc odetchnęła z ulgą, że jej tłumaczenie okazało się wiarygodne i nie wzbudziło podejrzeń.

– Przykro mi, Chantal – rzekła, podchodząc do niej i obejmując ją przyjaźnie. – Wiem co czujesz, mój były mąż był damskim bokserem i kryminalistą. Też musiałam się ukrywać, zanim trafił do więzienia. – Kobieta zamyśliła się nad czymś głęboko, dotykając palcami czoła, zanim ocknęła się i powiedziała: – Myślę, że mogę ci pomóc.

– W jaki sposób?

– Moja przyjaciółka prowadzi drugi zakład krawiecki w innej części miasta. Wiesz, to nasz wspólny interes. Mogłabyś pracować wciąż dla mnie, tylko w jej pracowni. Oczywiście żadna z nas oficjalnie cię nie zna. – Szefowa porozumiewawczo mrugnęła do Élise. – To będzie korzystny układ dla nas obu. Co o tym myślisz?

Élise nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. Nie sądziła, że spotka ją jakikolwiek gest uprzejmości ze strony ludzi, a tu taka niespodzianka. Jednak pielęgnowana przez lata nieufność do ludzi dała o sobie znać. Kobieta zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno pod tym dobrym uczynkiem nie kryje się jakiś podstęp. Patrząc w oczy szefowej nabierała jednak coraz większego przekonania, że może nie każdy człowiek jest zły. Może nasz strach przed ludźmi wynika z tego, że wcale ich nie znamy? – pomyślała, a zaraz potem uświadomiła sobie, że chyba ta zasada działa w obie strony. Zaskoczona tokiem własnych myśli, spostrzegła pełne oczekiwania spojrzenie szefowej.

– To wspaniała propozycja, pani Moreau – stwierdziła, nie potrafiąc ukryć radości. – Kiedy mogę się tam przenieść?

– Max, powinieneś zadzwonić pod ten numer – powiedziała słabo Francine, podając bratu kartkę z ciągiem cyfr spisanych pospiesznie zeszłego wieczoru. – Wczoraj widziałam to samo ogłoszenie w gazecie.

– Nie mogę. – Max pokręcił głową i z pewną siebie miną usiadł przy kuchennym stole. – Chcę usłyszeć jej wersję. Myślę, że ta historia z ucieczką ze szpitala, to zwykłe kłamstwo.

– Niby dlaczego mieliby kłamać?

– Nie wiem. Może po to, żeby nie musieć zdradzać prawdziwego powodu, dla którego jej szukają.

– To znaczy? – spytała Francine z powątpiewaniem.

– Nie mam pojęcia…

– No właśnie. – Dziewczyna westchnęła i poprawiła chustkę na swojej pozbawionej włosów głowie. – Max, jesteś moim bratem i nie chcę, żebyś wpakował się w kłopoty. A ta… istota… Ona może ci ich dostarczyć więcej, niż możesz przypuszczać.

Max patrzył na siostrę i na troskę w jej spojrzeniu. Przynajmniej jedna osoba na tym świecie się o niego naprawdę martwi.

– Więc co, twoim zdaniem, powinienem zrobić? Wydać ją czy raczej porzucić nieprzytomną w lesie? Już sam nie wiem, co byłoby gorsze.

– Może po prostu zawieź ją do szpitala i pozwól lekarzom robić swoje?

– Nie zrobię tego. Ktoś jej szuka. Nie wiemy, czy chce jej pomóc czy raczej zrobić krzywdę. Jeśli zawiozę ją do szpitala, znajdą ją w ciągu kilku godzin. – Mężczyzna, kręcąc głową, podszedł do siostry i położył jej ręce na ramionach. – Francine, zdecydowałem się jej pomóc i nie zmienię zdania.

– A jeśli ona jest niebezpieczna?

– Spójrz, w jakim jest stanie. – Max machnął ręką w kierunku sypialni, w której leżała nieznajoma. – Nie ma szans. W tym momencie nawet, gdyby bardzo chciała, w co i tak nie wierzę, nic nam nie zrobi.

Mężczyzna patrzył siostrze w oczy, próbując przekonać ją do swoich racji błagalnym spojrzeniem.

– Francine, jesteś ze mną?

Dziewczyna westchnęła i z rezygnacją przewróciła oczami.

– Zawsze, Max. Choć zaznaczam, że mi się to wszystko wcale nie podoba. Mam na myśli również to, że znów testujesz na mnie swoje upraszające spojrzenie. Jestem wściekła, bo zawsze ci to wychodzi mistrzowsko. – Francine zaśmiała się, a po chwili wstała i z westchnieniem ruszyła w stronę korytarza. – Chodź, pomogę ci zmienić jej opatrunki.

– Dziękuję, jesteś cudowna.

Max podszedł do szafki i wyjął z niej świeżo zakupione plastry, jodynę i materiały opatrunkowe. Zaczął układać wszystko na półce, odkładając na blat to, co miało być mu zaraz potrzebne.

– Max! – Krzyk siostry sprawił, że o mało nie upuścił rolki z plastrem. – Chodź tu szybko! Musisz to zobaczyć!

Mężczyzna natychmiast wybiegł z kuchni. Gdy wpadł do pokoju, zobaczył Francine, która stała nad łóżkiem z odklejonym opatrunkiem w jednej dłoni i buteleczką z jodyną w drugiej.

– Co się stało? – spytał.

– Spójrz na jej twarz. – Roztrzęsiona dziewczyna odsunęła się, aby brat mógł podejść bliżej.

Spojrzał z niepokojem na Francine, a po chwili przeniósł wzrok na nieznajomą. Nie mógł uwierzyć. Zamrugał i usiadł na brzegu łóżka. Dotknął miejsca na jej skroni, gdzie wcześniej było rozcięcie. Teraz nie było tam nawet śladu. Podobnie powieka, która jeszcze wczoraj była sina i napuchnięta, obecnie wyglądała zupełnie normalnie. Max delikatnie oderwał plaster przytrzymujący wacik na jej dolnej wardze. Stwierdzenie, że jeszcze wczoraj była tam krwawa rana, było absolutnie niemożliwe. Mężczyzna odwrócił się w stronę siostry.

 

– Max… Kim ona jest? – wyszeptała z przerażeniem.

– Nie wiem – odparł. – Pomożesz mi zajrzeć pod opatrunek na brzuchu?

Francine podeszła i drżącymi palcami zsunęła koc z nieruchomego ciała kobiety. Oboje od razu zauważyli, że na opatrunku nie ma już niebieskich plam, jak to było do tej pory. Max zaczął powoli odwijać bandaż. Sekundę przed odkryciem miejsca, które jeszcze wczoraj było mocno poranione, rodzeństwo wymieniło wystraszone spojrzenia. Francine uniosła ostatni kawałek gazy i ich oczom ukazał się brzuch kobiety. Nie było na nim żadnych ran ani uszkodzeń, jedynie nieskazitelnie gładka skóra.

– Max… to niewiarygodne – szepnęła Francine, łapiąc brata kurczowo za rękę. – Jakim cudem? Przecież żaden człowiek nie powinien przeżyć z taką raną postrzałową brzucha i bez pomocy lekarskiej. A tu nie ma nic, nawet śladu…

– Już dobrze, Francine. – Max przytulił siostrę, która aż się trzęsła z emocji. – Teraz tylko możemy czekać, aż odzyska przytomność. Może wtedy dowiemy się o niej czegoś więcej.

Léa biegała po domu za niesforną pięciolatką, próbując odebrać jej kredki, którymi już zdążyła „upiększyć” ścianę w pokoju, kuchenny stół i podłogę w łazience wyłożoną nieskazitelnie białymi kafelkami. Jak oni to robią? – zastanawiała się w myślach, próbując złapać oddech. Ta smarkula jest nieznośna!

– Anastasie, złap mnie! – wołała dziewczynka, chowając się pod stołem i przechodząc pod nim w tak szybkim tempie, że Léa przez chwilę zamarła i zastanawiała się, jak to niesforne dziecko tego dokonało.

– O nie! Koniec z dobrocią! – Kobieta aż kipiała ze złości, mrucząc do siebie pod nosem. Wzięła kilka głębokich wdechów, aby się uspokoić i zawołała przepełnionym słodyczą głosem:

– Marie-Thérèse? Spójrz, co tutaj mam! – Léa za każdym razem, gdy wymawiała to imię, zastanawiała się, co skłoniło rodziców do nadania go własnej córce. W dodatku, kategorycznie zabronili jej używać jakichkolwiek zdrobnień czy skrótów. Marie-Thérèse, koniec i kropka. Kaprys bogaczy. Z mściwą satysfakcją pomyślała, że małej się to należy, chociażby za to, jaka jest niegrzeczna i jak bardzo już zdążyła dać jej w kość w ciągu tych paru dni.

Dziewczynka, która już zdążyła wbiec po schodach na piętro, z zainteresowaniem wyjrzała zza barierki i spojrzała na opiekunkę.

– Co masz? – spytała zaciekawiona.

– Nie pokażę ci, dopóki tu nie przyjdziesz – wyciągnęła w stronę dziecka zaciśniętą pięść, tak jakby trzymała coś w dłoni. – Tylko pospiesz się, bo ucieknie.

Marie-Thérèse natychmiast ruszyła w jej stronę. Zeszła ze schodów i podbiegła z otwartą buzią do Léi.

– Pokaż, pokaż, pokaż, pokaż… – gadała bez przerwy.

Gdy dziewczynka stanęła obok niej, kobieta szybko wzięła ją na ręce i zabrała kredki, które mała ściskała w rączkach, wydając przy tym triumfalny okrzyk zwycięstwa. Zaskoczone dziecko przez chwilę nie wiedziało, co się dzieje, ale w mig pojęło, że zostało oszukane. Léa zobaczyła, jak jej szeroko otwarte oczy wypełniają się łzami, a usta wykrzywiają w podkówkę. Sekundę później po całym domu rozniósł się przeraźliwy wrzask.

– Marie-Thérèse, nie płacz – zaczęła ją uspokajać. – Oddam ci kredki, tylko przestań krzyczeć.

Wrzask pokonanego dziecka nie ustawał. Léa miała ochotę włożyć sobie zatyczki do uszu i uciec jak najdalej od tej małej, rozwrzeszczanej diablicy. Posadziła ją na kanapie i zastanawiała się, co zrobić z płaczącą, wierzgającą, małą ludzką dziewczynką. W końcu poddała się, westchnęła i odwróciła się w drugą stronę. Po chwili z uśmiechem wyciągnęła do małej dłoń, na której siedział piękny, czerwony motyl, delikatnie poruszając skrzydełkami.

– Marie-Thérèse, zobacz! – Dziecko przestało na chwilę płakać, aby spojrzeć w jej stronę. Na małej, zaczerwienionej i mokrej od łez buzi natychmiast pojawił się uśmiech. – Wiesz, co to jest?

– Motylek! – wykrzyknęła z zachwytem. – Wyczarowałaś go?

– Nie – zaprzeczyła Léa. – Złapałam go, bo wleciał do domu przez otwarte okno. Trzeba go wypuścić. Pomożesz mi?

Dziewczynka natychmiast zerwała się z kanapy i radośnie pobiegła na dwór za opiekunką. Gdy motyl odleciał i straciły go z oczu, Léa kucnęła przy dziecku i spojrzała mu w twarzyczkę wciąż jeszcze trochę mokrą od niedawno wylanych łez.

– Marie-Thérèse, możemy zawrzeć umowę? – spytała.

– Co to jest umowa?

– Umowa jest wtedy, kiedy ja ci coś obiecam, a w zamian za to ty obiecasz coś mnie. Takiej umowy trzeba przestrzegać. Jest jak obietnica, nie wolno jej łamać. Co ty na to?

– Super! – zawołała uradowana.

– Tak, super… – stwierdziła zrezygnowana Léa, nie będąc pewna, czy dziewczynka zrozumiała cokolwiek z tego, co do niej powiedziała. – W takim razie ty obiecasz mi, że będziesz grzeczna. To znaczy, że będziesz robiła to, o co cię poproszę ja albo twoi rodzice. Tak powinny się zachowywać prawdziwe damy, a ty przecież chcesz być damą, prawda?

– Tak – potwierdziła.

– To świetnie – uśmiechnęła się Léa. – W zamian za to ja obiecam tobie, że nie będę na ciebie więcej krzyczeć ani cię oszukiwać. I pokażę ci najfajniejsze zabawy, jakie tylko przyjdą mi do głowy. Na pewno o żadnej z nich jeszcze nie słyszałaś. Zgoda?

– Tak! – wykrzyknęła Marie-Thérèse, rzucając się Léi na szyję i mocno ściskając. – W co się teraz pobawimy? Wyczarujesz mi więcej motylków? Albo wielbłąda! Zawsze chciałam mieć wielbłąda, ale tata powiedział, że nie można mieć w domu wielbłąda i że mi nie kupi. Jakbyśmy schowały go w moim pokoju, to tata na pewno by go nie zauważył, prawda? Anastasie, a może pobawimy się w księżniczki? Zrobisz mi koronę z papieru? Mama mi kiedyś zrobiła, ale się zepsuła. – Dziewczynka zrobiła smutną minę, ale zaraz znów zaczęła paplać: – Anastasie, uszyjesz mi balową sukienkę dla księżniczki? Mama nie pozwala mi zakładać swoich sukienek, bo boi się, że je zniszczę… – Dziecko nie przestało mówić nawet wtedy, gdy Léa wzięła je za rękę i zaprowadziła przez ogród do domu. – Muszę mieć też skrzydła, bo jestem księżniczką, która lata… Muszą być różowe, wiesz?

– Oczywiście – stwierdziła kobieta, zdając sobie sprawę, że jedyną strategią na przetrwanie w obecności tego dziecka jest zorganizowanie zabawy tak, aby nawet przez sekundę nie miało czasu pomyśleć o kolejnych psotach. – Chcesz przymierzyć moje sukienki? Może któraś ci się spodoba?

– Tak! Tak! Tak! Tak! – piszczała Marie-Thérèse. – Anastasie, jesteś najfajniejszą nianią na świecie!

Iris poczuła gorące promienie słońca na twarzy i powoli uchyliła ciężkie powieki. Musiała odwrócić głowę w drugą stronę, bo letnie słońce raziło ją w oczy. Próbowała przypomnieć sobie, gdzie się znajduje. Zmusiła się, aby podnieść powieki na dłużej i przyjrzała się niewielkiemu pomieszczeniu. Białe ściany, ładne zasłonki w zielono-pomarańczowe wzory, nieskazitelnie czysta pościel. Spojrzała na siebie i z zaskoczeniem stwierdziła, że ma na sobie jakieś dziwne ubranie. Dotknęła nieznanej tkaniny. Gdzie jest moja sukienka? – pomyślała. Próbowała usiąść, ale gwałtowny ruch wywołał ogromny ból w jej brzuchu i spowodował, że świat wokół niej zawirował. Wtedy przypomniała sobie walkę z mężczyzną w lesie. Uderzył ją. Strzelił do niej. Z przerażeniem wsunęła drżące dłonie pod miękki koc, którym była przykryta i ostrożnie pomacała się po brzuchu. Ani śladu. Odetchnęła z ulgą. Za kilka dni tkanki się zregenerują i ból całkowicie zniknie. Zacisnęła mocno zęby i zmusiła się, żeby usiąść. Ból sprawił, że łzy popłynęły jej z oczu. Wysunęła się spod koca i wstała. Zachwiała się i musiała chwycić stojący w pobliżu stolik. Jej kolana były jak z waty. Nie zważając na ostre ukłucia w okolicach brzucha, wyprostowała się. Wiedziała, że bez względu na wszystko, musi się teraz dowiedzieć, gdzie jest i jaka jest jej obecna sytuacja. Ma przewagę, bo wróg nie wie, że już odzyskała przytomność. Pewnie nie zdążyli jej jeszcze przywiązać pasami do łóżka. Zrobiła dwa małe kroczki i omal nie upadła. Podniosła głowę i zobaczyła wiszące tuż obok niej lustro. Spojrzała w nie i wystraszyła się, gdy ujrzała bladą, wychudzoną istotę o wielkich, błękitnych i przerażonych oczach. Kiedy tak schudła, że widać było prawie każdą żyłkę biegnącą pod jej bladą skórą? Nagle usłyszała jakieś głosy i zobaczyła, jak klamka powoli opada. Ktoś otwierał drzwi. Iris w panice zamarła bez ruchu. Sekundę później zobaczyła uśmiechniętego od ucha do ucha mężczyznę wchodzącego do pokoju. Widziała, jak jego uśmiech znika, a brązowe oczy otwierają się szeroko, gdy ją zobaczył. Zrobiła krok w tył i złapała się za brzuch, który bolał tak bardzo, że nie była w stanie skupić myśli na niczym innym. Mężczyzna, widząc to, ruszył w jej stronę.