Świat bez bohaterów

Tekst
Z serii: Pozaświatowcy #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4
Ślepy Król

Kiedy Jason wędrował, zostawiwszy za sobą Skarbnicę Wiedzy, szybko zdał sobie sprawę, że przynajmniej w jednej kwestii depozytariusz wiedzy miał rację – jagody naprawdę pozwoliły mu odzyskać energię. Mógłby wziąć się za karate, akrobatykę albo dziesięciobój. Cała senność zniknęła. Szedł w stronę wstającego słońca, owinięty płaszczem, chroniącym go przed chłodem, i zastanawiał się, ile czasu trzeba, żeby zostawić las za sobą.

Maszerował cały dzień, pokonując pofałdowany ciąg kolejnych porośniętych lasem wzgórz, robiąc przerwę tylko po to, żeby przekąsić parę grzybów. Nie mógł dłużej zaprzeczać, że jakimś cudem został przeniesiony do alternatywnej rzeczywistości. Możliwe, że przeżyje tu resztę życia i nie odkryje drogi powrotnej. Ta droga mogła w ogóle nie istnieć. Musiał skupić się na jedynej wskazówce, jakiej udzieli mu depozytariusz wiedzy, i modlić się, by Ślepy Król pomógł mu wrócić do domu.

W końcu pragnienie stało się przemożne. Jason zatrzymał się nad jednym z czyściej wyglądających strumieni, jakie napotkał, i napił się, starając się ignorować oślizgły mech, porastający skały, i robaki ślizgające się po powierzchni wody, w miejscach, gdzie się zbierała w kałużach. Chłodna woda dobrze smakowała. Jason uznał, że skoro ma się pochorować od picia ze strumienia, równie dobrze może to zrobić w wielkim stylu, więc napił się do pełna.

Słońce opadło za jego plecami, rzucając złotą poświatę na las. Wydawało się, że siła grawitacji powoli przybiera na sile, kiedy pomału słabł wzmocniony jagodami wigor Jasona. Kiedy chłopiec wspiął się na ostatnie wzgórze i odkrył, że za nim ciągną się następne, rozłożył koc pod drzewem i natychmiast zasnął.

***

Następnego popołudnia, w miarę jak las rzedł, a wzgórza się wypłaszczały, Jason odkrył biegnące równolegle koleiny wozu. Porośnięty chwastami ślad biegł, ogólnie rzecz biorąc, na wschód, więc Jason szedł wzdłuż niego, aż przekształcił się w wąską drogę.

Zerkając za siebie, na ostatnie zalesione wzgórza, zamarł, przekonany, że widział postać kryjącą się w cieniach spory kawał za nim w górze stoku. Przyjrzał się miejscu, w które – jak mu się wydawało – uskoczyła na wpół dostrzeżona postać. Liście kołysały się na lekkim wietrze. Nie dostrzegł żadnego innego ruchu. W końcu ponownie ruszył drogą, od czasu do czasu zerkając za siebie, ale nie zauważył niczego niezwykłego.

Po jakimś czasie dostrzegł dziwną chatę, okropnie pomalowaną wieloma jaskrawymi farbami, tak że żadna listwa ani żaden parapet nie pasował kolorem do reszty. Pokryte cekinami zasłony migotały za ośmiokątnymi oknami. Dym, wijąc się, uciekał z komina z żółtych i niebieskich cegieł. Niski, zielony płot pomalowany w niezliczone kwiaty otaczał rozległe podwórze.

– Pst, ej, ty, długonogi, podejdź no tutaj.

Chrapliwy szept dobiegł z kępy niskich drzew na lewo od Jasona, sprawiając, że chłopak aż podskoczył, nim się odwrócił.

– Pośpieszże się – ponaglił głos.

U podnóża pnia zasłonięty przez krzak kucał niechlujny mężczyzna, odziany w wiele warstw ciemnych, wybrudzonych ubrań. Nosił rękawiczki bez palców z szarej włóczki. Bezkształtny czarny kapelusz siedział na jego głowie jak piłka do koszykówki, z której spuszczono powietrze. Twarz mężczyzny jeżyła się zarostem, a on sam zachowywał się podejrzanie.

– Chodź tu i schowaj się.

– Pan próbuje mnie okraść?

– Jestem nieszkodliwym człowiekiem. Pośpiesz się.

Jason posłuchał, zszedł z pobocza drogi i stanął nad nieznajomym, korzystając z osłony drzew i zarośli.

– Czego pan chce?

– Znam tę społeczność. Ty jesteś obcy. Co cię tu sprowadza?

– Szukam Ślepego Króla.

Mężczyzna zerknął na niego z powątpiewaniem.

– Sugerowałbym, żebyś szedł dalej. Ledwie tu starcza fantów dla jednego człowieka, który po cichu spija śmietankę. Dwóch umarłoby tu z głodu.

– Nie przyszedłem żebrać.

– Żebrać? – prychnął z urazą mężczyzna. – Nie jestem żebrakiem! Żyję z własnego rozumu! Nie potrzeba mi tu intruzów, co narobią zamieszania w kurniku.

– Dlaczego pan się tu chowa?

– Oceniam sytuację. Franny coś piekła. Mógłbyś kapkę przykucnąć? Dobry chłopak. Nazywam się Aster. – Wyciągnął rękę.

Jason uścisnął dłoń, przekonany, że ta grzeczność sprowadziła się do podrzucenia mu pcheł.

– Ja jestem Jason. Nie zjawiłem się, żeby narobić tu komukolwiek kłopotów. Jak już znajdę Ślepego Króla, z pewnością ruszę dalej w drogę. Mam dość własnych kłopotów.

Aster skinął głową.

– Wierzę.

– Zamierza pan okraść ten dom?

Aster wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu.

– To więcej niż pewne. Jednakże zabiorę tyle, by nie skrzywdzić właścicieli, zważ to sobie. Tylko szczyptę pasztecika, może dwie.

– Dużo pan podróżuje?

– Mały z tego pożytek dla mnie. Podróże łączą się z niepewnością. Znalazłem sobie dzianych frajerów, więc zasadniczo trzymam się tej okolicy. Żyję, korzystając z cudzego dostatku. Ej, powiedz no, nie masz przypadkiem smacznego kąska do odżałowania? Nie proszę o jałmużnę, zważ to sobie, odpłacę się dziesięciokrotnie w paszteciku, jeśli poczekasz tu z godzinę, czy coś koło tego. Po prostu od tego czekania wyostrza mi się apetyt.

Jason otworzył worek z jedzeniem.

– Chyba mógłbym podzielić się parom grzybami.

Włóczęga skrzywił się z odrazą.

– Musisz być w gorszym położeniu ode mnie, skoro uciekasz się do jedzenia grzybów. I powiem szczerze, że nie wiem, co myśleć o twym stroju. Jednak robisz na mnie wrażenie przyjaznego gościa. Coś ci powiem: posiedź ze mną chwilę, a zwędzę dla nas solidny posiłek. Pod warunkiem, że potem ruszysz w swoją drogę.

Sam smród włóczęgi był wystarczająco odstraszający.

– Dziękuję za pańską hojność, ale wolę iść dalej. Właściwie to zamierzałem zapukać do drzwi tej chaty i zapytać o drogę.

Włóczęga nagle się zaniepokoił.

– Nie zamierzasz popsuć mi skoku, co, przyjacielu? Liczyłem na ten posiłek.

Jason zastanawiał się, czy mężczyzna może okazać się niebezpieczny.

– Zrobię co w mojej mocy, żeby odpłacić się panu za okazaną życzliwość – odparł wieloznacznie.

– W porządku – odparł Aster. – Nie próbuj robić zamieszania. Pozdrów ode mnie Ślepego Króla.

Jason wrócił na drogę, ciesząc się ze świeżego powietrza, i podszedł do modrej jak niebo furtki w niskim, zielonym płocie.

– Halo! – zawołał. – Jest tu kto?

Chwilę potem otworzyły się frontowe drzwi i wychyliła się otyła kobieta z jaskrawą chustą zawiązaną na głowie i radosnym uśmiechem sięgającym aż policzków. Wygładzone, bo rozdęte rysy twarzy sprawiały, że trudno było określić jej wiek. Uśmiech zniknął na widok Jasona.

– Co cię tu sprowadza?

– Tylko przechodziłem – wyjaśnił uprzejmie Jason.

– Nie trzeba nam w miasteczku włóczęgów – ostrzegła kobieta, chmurząc się. – Idź dalej.

Jason się rozejrzał. Nie widział żadnego miasteczka. Jej dom musiał stać na peryferiach.

– Zastanawiałem się, czy nie mogłaby mi pani wskazać drogi do Ślepego Króla?

Kobieta jeszcze bardziej spochmurniała.

– Jesteś jednym z tych odmieńców? Sam powinieneś wiedzieć, gdzie go szukać.

– Nigdy go nie spotkałem. Potrzebuję jego rady. Nazywam się Jason.

Kobieta westchnęła.

– Nie chciałam być niegrzeczna, Jasonie, ale nastały paskudne czasy. Miłe twarze i grzeczne słowa skrywają najgorsze intencje.

– Ja tylko pytam o drogę – podkreślał Jason. – Nie zamierzam rozrabiać.

Kobieta otworzyła szerzej drzwi i na ganek wyszedł ogromny pies. Paskudne psisko wyglądało jak buldog wielkości bernardyna. Miało bardzo krótką sierść, co sugerowało, że niedawno ogolono je na łyso. Zwierzę potrzasnęło głęboko pomarszczonym pyskiem i wydało z siebie szorstki dźwięk pomiędzy warczeniem i kaszlem. Jason nie paliłby się do okradania domu, w którym mieszka tak potworny strażnik. Aster najwyraźniej był odważniejszy, niż Jason podejrzewał.

– Puggles wolałby, żebyś przestał nadużywać naszej gościnności – upierała się kobieta. – Mam alarm obok drzwi. Nie zmuszaj mnie do wezwania milicji.

Jason zerknął w stronę miejsca, w którym ukrywał się Aster.

– Proszę posłuchać, proszę pani – zwierzył się teatralnym szeptem – niczego od pani nie chcę. Mam jedzenie w worku i cel podróży w głowie. Mam jednak ważną wiadomość.

Zmrużyła oczy.

– Co masz na myśli? Kto cię przysłał?

– Nikt. Tak się składa, że wiem o złodzieju, który zamierza napaść na pani dom.

Na jej twarzy odmalowała się ulga. Kobieta zachichotała.

– Masz na myśli Astera?

– Zna go pani?

Uśmiechnęła się.

– Ten drań podkrada mi jedzenie trzy razy w tygodniu, regularnie jak w zegarku. Znam go od lat. Wałkoń nie chce przyjąć niczego danego z dobrego serca, ale jeśli pozwolę mu myśleć, że kradnie, zwędzi wszystko, co zostawię na parapecie, by ostygło. Uważa się za najemnika. Zaprosiłabym go do pokoju dla gości, ale on nie chce. Uwierz mi, próbowałam.

– Dziwne.

– Być może, ale w ten sposób on ratuje swoje poczucie godności, a ja pomagam przyjacielowi. Strzeże mnie. Nie raz popędził stąd awanturników.

– Jest pani hojną osobą.

Uśmiechnęła się szerzej, ale zaraz jej uśmiech zbladł.

– Zabawne, że cię nie niepokoił.

– Rozmawialiśmy.

Skinęła głową.

– On potrafi ocenić charakter. Musiał cię zaaprobować. – Obrzuciła Jasona spojrzeniem od stóp do głów. – Próbowałeś mnie ostrzec. Nie możesz być tak całkiem złym człowiekiem. Chociaż strój nosisz dziwny. Przychodzisz z daleka?

 

– Nawet nie ma pani pojęcia. Proszę posłuchać, nie chcę sprawiać kłopotu, ale naprawdę szukam drogi do Ślepego Króla.

Kobieta zawahała się, zagryzając usta.

– Nazywam się Francine. Franny. Nie cierpię być taka niegościnna, ale nie mam wyboru. Możesz siąść na ganku, Jasonie, jeśli chcesz. Poczęstuję cię chociaż chlebem.

– A może wolałaby pani, żebym zwędził go z parapetu?

– Nawet nie próbuj. Puggles zna Astera. Skończyłoby się na tym, że odnalazłabym twoje kawałeczki zakopane na podwórzu.

Jason uniósł obie ręce.

– W porządku. Może ganek będzie lepszy.

Kiedy sięgnął do furtki, Puggles szczeknął. Jason się zatrzymał.

– Puggles, do nogi – rozkazała Franny, klepiąc się w udo.

Pokazała psu, żeby wracał do domu, i zwaliste psisko potoczyło się do środka.

Jason otworzył furtkę. Franny zniknęła w domu. Zanim Jason usiadł na schodkach przy ganku, wróciła z bochenkiem chleba zawiniętym w zgrzebny worek.

– Mam słabość do nieszczęśników – przyznała. – Ale to nie znaczy, że jestem naiwna. Jedno słowo, a Puggles rozerwie cię na strzępy. Jeśli słyszałeś o dzikarach, wiesz, że nie przesadzam. I oboje wiemy, że Aster nas obserwuje.

– Przyjąłem do wiadomości – odparł grzecznie Jason. – A co do Ślepego Króla...

– To niedaleko stąd. Idź dalej drogą aż do rozstajów i skręć w lewo. Miniesz farmę Łamigłówki, skręcisz w żwirową drogę i niedługo zobaczysz zamek.

– Czyli to prawdziwy król z zamkiem i wszystkim?

– Nie wszystkim – wyjaśniła Franny. – Jest tu w okolicy nieoficjalnym sędzią. Byłoby przesadą nazwać go prawdziwym królem. Różnie się o nim mówi. Rozstrzyga spory, udziela rad. Niektórzy wykonują jego polecenia, ale Ślepy Król nie ma prawdziwej władzy powierzonej przez cesarza.

– Czy trudno będzie dostać się do zamku? A może wystarczy zapukać?

– Porozmawiaj z wartownikiem. Król chętnie udziela audiencji. Naprawdę tak mało wiesz na jego temat?

– Wiem tylko, że muszę z nim z porozmawiać.

– Twoja sprawa to twoja sprawa. Z tego co mówią, jest po prostu sędzią. Niektórzy z jego otoczenia wydają się dziwni. Sam będziesz musiał wyrobić sobie zdanie.

– A co pani o nim myśli?

– Pozwala, żeby sporo się o nim mówiło w czasach, kiedy roztropniej byłoby nie rzucać się w oczy. Powinieneś już iść.

– Dziękuję, pani Franny.

– Wydajesz się bardzo otwarty – zauważyła ze smutkiem Franny. – Powinieneś zachować więcej ostrożności, podróżując.

Jason zszedł ze stopni ganka i ruszył z powrotem do furtki.

– Dziękuję za przestrogę. I za chleb.

– Nigdy się nie spotkaliśmy – powiedziała Franny, wracając do swego wielobarwnego domu i zamykając drzwi.

Jason pomachał w stronę drzew, gdzie ukrywał się Aster, a potem ruszył drogą. Otworzył torbę i oderwał kawałek ciepłego chleba, który wspaniale smakował. Wdzięczny, że ma coś do jedzenia poza grzybami, zjadł prawie pół bochenka.

Kiedy tylko dom Franny zniknął mu z oczu, Jason dotarł do rozstaju dróg. Biały, kamienny obelisk wyznaczał skrzyżowanie. Po jednej stronie został mocno pokiereszowany, jakby usunięto z niego inskrypcję. Nie licząc wysokiego słupa i bitych dróg, nigdzie nie było widać śladu cywilizacji.

Jason skręcił w lewo, mijając zdziczałe pola wysokiej trawy przerywanej czasem młodniakami. Zobaczył zwęglone resztki domu, cierniste krzewy rosnące wśród poczerniałego drewna, spalony komin, który ostał się prawie nietknięty.

Po chwili natknął się na zadbane pola, gdzie uprawy rosły równymi rzędami. Nieogrodzony dom pojawił się przed Jasonem – niski, solidny budynek. Przed nim krzepki mężczyzna bez koszuli i w ogrodniczkach siedział na niskim stołku i szkicował na wielkim pergaminie rozpiętym na sztalugach. Drugi stał w pobliżu na trawie i bawił się żelaznymi, połączonymi ze sobą kształtami. Na pobliskim stole stała ceramiczna kopuła podzielona liniami, sugerującymi, że to złożona, trójwymiarowa łamigłówka. Dalej wznosiła się brązowa rzeźba składająca się z dziwacznych, chwiejnie balansujących kształtów. Niektóre jej fragmenty umieszczono na trzpieniach, więc obracały się leniwie na lekkim wietrzyku, popiskując cicho.

– Witam – powiedział Jason. – Czy jeden z panów to Łamigłówka?

– Ja – powiedział mężczyzna w ogrodniczkach i wstał.

Był to silny mężczyzna o ramionach pomocnika w drużynie futbolowej. Robił wrażenie trochę nieufnego, ale nie przestraszonego.

– To pan zrobił tę łamigłówkę? – zapytał Jason, wskazując głową mężczyznę, który próbował rozdzielić żelazne figury.

– Ja, tak samo wiele innych.

– Podoba mi się ta rzeźba.

– Można ją złożyć w wiele różnych kształtów.

– Sprzedaje pan te łamigłówki?

Pokręcił głową.

– Rozdaję.

– Wielu ludzi tu zagląda?

– Głównie ten tutaj, Jerome. Poza tym mało kto zawraca sobie głowę. Czasem paru zajrzy popatrzeć, jak Jerome rozwiązuje najtrudniejsze z moich pomysłów.

Jason wskazał pergamin.

– Projektuje pan nową łamigłówkę?

Mężczyzna pokiwał głową.

– Nie pozwalam nikomu oglądać moich projektów.

Zwinął pergamin, chociaż z miejsca, w którym Jason stał, nie mógł zobaczyć nawet fragmentu rysunków.

– Co cię tu sprowadza, nieznajomy?

– Muszę porozmawiać ze Ślepym Królem.

– A skąd znasz Ślepego Króla?

– Czy nie jest sławny? – odparł wymijająco Jason.

– W okolicy, owszem, do pewnego stopnia. Ale ty nie jesteś z tych stron.

Jason nie wiedział, co powiedzieć.

– Lepiej by było, żeby nie zadawał mi pan zbyt wielu pytań.

– W porządku – odparł Łamigłówka. – Szczęśliwej podróży.

Jason odwrócił się od dziwacznej pary. Łamigłówka nie zachowywał się zbyt serdecznie i wydawał się ciut zbyt ciekawski. Jason odszedł szybkim krokiem.

Po paru milach przystanął i po raz pierwszy zdjął szary kombinezon, odsłaniając T-shirt i dżinsy. Ostrożne pociągnięcie nosem potwierdziło podejrzenie, że z okolic przepoconych pach cuchnęło jak od brudnych małp. Dawno temu minęła chwila, kiedy należało się umyć i zrobić pranie. Może w zamku znajdzie się jakaś łazienka.

Ruszył znowu z płaszczem, zwiniętym kocem i kombinezonem pod pachą i w końcu doszedł do rozstajów, od których odchodziła żwirowa droga. Zgrzytliwa wędrówka po żwirze wymagała więcej energii niż po ubitej drodze. Droga obiegała wzgórze i w końcu doprowadziła Jasona do cienia pod drzewami o szerokich liściach.

Kiedy obszedł wzgórze, zobaczył zamek wzniesiony na szczycie bardziej płaskiego pagórka niż ten, który omijał. Potężna kamienna budowla robiła wrażenie opuszczonej. Sypiące się mury, zwieńczone rozpadającymi się blankami, w niektórych miejscach całkiem się zawaliły. Tylko dwie wieże nadal stały, a jedna z nich była tak krzywa i uszkodzona, że wyglądała, jakby mog-ła się przewrócić, gdyby motyl zakasłał. Zwałowiska kamienia i przegniłego drewna znaczyły miejsca, w których już wcześniej zawaliły się inne konstrukcje. Sypiący się zamek wyglądał na idealną kryjówkę dla złodziei i wagabundów. Nic dziwnego, że Aster kazał Jasonowi pozdrowić Ślepego Króla.

Jason westchnął. Czy depozytariusz wiedzy wprowadził go w błąd? Wysłał go prosto w pułapkę? Jason szybko tracił przekonanie, że Ślepy Król będzie w stanie mu pomóc. Nie mając jednak żadnej innej sensownej możliwości, co miał zrobić?

Żwirowa ścieżka doprowadziła Jasona do zardzewiałego, uniesionego mostu zwodzonego z małymi drzwiczkami wbudowanymi w środek. Przez niską, wyschniętą fosę przerzucono deskę. Przed drzwiami stał poważny mężczyzna w średnim wieku ubrany w niedopasowane części od zbroi i ściskający w dłoni halabardę.

– Kim jesteś, panie? – zapytał oficjalnym tonem wartownik. Mimo ruiny wokół niego najwyraźniej poważnie traktował swoją pracę.

– Kimkolwiek – odparł Jason. – Szukam Ślepego Króla.

– Czy jest pan umówiony na audiencję z Jego Królewską Mością?

– Nie. Niedawno przybyłem tu z odległych ziemi.

– Przybywasz panie ze sprawą królewskiej wagi?

– Oczywiście.

– Twe imię?

– Jason.

– Proszę tu poczekać, a ja zapytam w zamku.

Mężczyzna otworzył drzwi, posługując się kluczem, który nosił u pasa. Pewnie nie była to najlepsza strategia obronna – oddać samotnemu, narażonemu na atak strażnikowi klucz do drzwi, których strzeże. Z drugiej strony wielkie dziury w murach obronnych to też nie najlepszy pomysł. Wartownik zniknął za drzwiami.

Kilka minut później powrócił.

– Jego Królewska Mość przykazał mi pana wpuścić. Proszę pamiętać, by mu okazać szacunek stosowny dla władcy tej świetności.

Poprowadził Jasona przez dziedziniec, gdzie chwasty bujnie kwitły w szczelinach nierównego bruku. Przeszli koło niebezpiecznie przechylonej wieży. Cały kompleks wydawał się opuszczony. Nikt nie kręcił się po dziedzińcu, okna w częściach zamku, które się ostały, wyglądały na puste. Machnąwszy halabardą, strażnik skierował Jasona do podwójnych drzwi, prowadzących do solidniejszej budowli w obrębie zamku, która przylegała do jedynej pewnie stojącej wieży.

W tym budynku mieściła się sala główna. Ptaki siedziały na belkach, białe smugi ich odchodów znaczyły posadzkę i wsparte na kozłach stoły. Na drugim końcu pomieszczenia na rozpadającym podium siedział na zniszczonym tronie obdartus. Wyświechtana szmata przesłaniała mu oczy, pokryta patyną korona spoczywała na siwych włosach, a brudna, zielona szata obszyta utytłanym, białym futrem okrywała jego ciało. Wyglądał jak bezdomny, odgrywający jednego z trzech mędrców ze wschodu w jasełkach w jadłodajni dla ubogich.

W pobliżu stała trójka dworaków: wąsaty mężczyzna w poplamionej aksamitnej czapce, gładzący wgniecioną trąbkę, brzydka kobieta z włosami schowanymi pod wyblakłym czepkiem i skromnie odziany młody minstrel z lutnią.

– Przedstawiam lorda Jasona – oznajmił dumnym głosem mężczyzna w aksamitnej czapce i dla podkreślenia słów odegrał fanfary na trąbce. Głośne nuty rozbrzmiały metalicznie i denerwująco, odbijając się przykrym echem od nagich ścian sali.

– Chwileczkę – wychrypiał stary król. – Pozwól najpierw mojemu kanclerzowi dokończyć raport.

– Jak sobie życzysz, Najjaśniejszy Panie – powiedział dwornym tonem minstrel, zerkając nerwowo na Jasona. – Jak wspomniałem, wojska najeźdźców zostały zepchnięte poza nasze granice. Generał Braddock informuje o olbrzymich stratach w ludziach po stronie wroga. Waha się, stojąc na granicy i czekając na twój rozkaz.

– Naprzód – wykaszlał król, machając ręką. – Wykorzystajmy przewagę, żeby zetrzeć ich w pył, zanim zdołają przegrupować siły.

– Natychmiast wyślemy rozkaz.

– Szybciej – zażądał król. – A co teraz?

– Sprawa lorda Jasona – powiedział mężczyzna w aksamitnej czapce.

– Podejdź – wychrypiał stary król, przywołując chłopca gestem dłoni.

Jason rozdziawił usta, obserwując niedorzeczną scenę.

– No już – ponaglił go cicho wartownik.

Jason podszedł do podwyższenia.

– Witaj, potężny królu – powiedział uprzejmie, uznając, że lepiej trzymać się swojej roli w tej farsie. Ukrycie sarkazmu wymagało sporo wysiłku.

– Witaj w moim królestwie – zaintonował król, rozkładając ręce i na ślepo wskazując zniszczone mury i rozpadające się meble.

To było żenujące, ale Ślepy Król najwidoczniej wierzył, że włada wspaniałym krajem. Jasona kusiło, żeby się odwrócić i wyjść. Wydawało się, że nie ma szansy, by ten żałosny komediant mógł mu pomóc. Wtedy jednak Jason zachowałby się niegrzecznie. I nie miał dokąd pójść.

– Co cię sprowadza przed oblicze Jego Królewskiej Mości? – zapytał minstrel, mówiąc teraz cichszym, ale bardziej piskliwym głosem.

– Szukam mądrości – odpowiedział Jason, starając się przemawiać oficjalnym tonem.

– Znalazłeś się we właściwym miejscu – oznajmił minstrel innym głosem i zmienił pozycję.

Pozostali zaś krzyknęli: „Racja! Dobrze mówi!”, powtarzając słowa różnymi głosami. Co za przedstawienie! Jason dorzucił od siebie jedno: „Racja, racja!”.

Król uniósł ręce, uciszając wszystkich.

– A jakiejże to mądrości szukasz, młody wędrowcze?

– Nie do końca jestem pewien.

Wśród dworzan rozległy się teatralne szepty i pomruki.

– Co cię sprowadziło do mego królestwa?

– Skierował mnie tutaj depozytariusz wiedzy. Mieszka w skarbnicy...

– Nie mów nic więcej. Rozumiem.

Jason zauważył, że król na moment zacisnął mocniej dłoń na podłokietniku tronu.

 

Dworzanie wymamrotali coś mętnie na temat wnikliwości króla. Kobieta odsunęła się ukradkiem, zakaszlała głośno i wróciła.

– Porozmawiam z lordem Jasonem natychmiast w zaciszu mych komnat – oznajmił król.

Dworzanie wyglądali na zaszokowanych. Najwyraźniej rzadko kiedy padało takie zaproszenie.

– Jak sobie Wasza Królewska Mość życzy – odparł w końcu minstrel basowym głosem.

Kobieta pomogła królowi wstać i sprowadziła go schodami z podwyższenia.

– Pozwól, by dalej poprowadził mnie młody Jason – powiedział król.

Dwórka odsunęła się, a wartownik pośpiesznie podprowadził do władcy Jasona. Król położył rękę na ramieniu chłopca. Jason ruszył za wartownikiem, który wyszedł z sali jednym z bocznych wyjść.

Wartownik rzucił Jasonowi spojrzenie, wykonując zachęcające gesty. Chłopiec zrozumiał aluzję.

– Wasza Królewska Mość ma oszałamiający zamek – powiedział.

– Niezwykle to łaskawe z twojej strony – odparł król chrapliwym głosem. – Od tego miejsca pójdziemy już sami.

Wartownik skłonił się i wrócił do sali tronowej. Kiedy doszli do kręconych schodów, król chwycił się poręczy.

– Nie potrzebuję już pomocy.

Jason wszedł za królem po kamiennych stopniach do tej z dwóch wież, która stała pewniej. Starzec wspinał się po długich schodach z imponującą szybkością. Mimo długich, siwych włosów i brody, wydawało się, że ma doskonałą kondycję.

W końcu wspięli się do najwyżej położonej w wieży komnaty. Schody kończyły się przed ciężkimi drzwiami z żelaznymi okuciami.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział król, otwierając drzwi i prowadząc Jasona do środka.

Pokój był przyjemnie urządzony; stały tu czyste meble i łóżko z baldachimem. Król poruszał się po pomieszczeniu niemal tak, jakby widział. Wyciągając przed siebie jedną rękę, znalazł wyściełane krzesło.

– Siadaj, proszę.

Jason usiadł naprzeciwko króla, który już siedział wyprostowany. Po raz pierwszy Jason zauważył, jak szeroki w ramionach jest monarcha. Teraz jego postawa wydawała się bardziej królewska, niż kiedy siedział przygarbiony na tronie.

– Przysłał cię Bridonus – orzekł król.

– Owszem, Wasza Królewska Mość.

– Zatem zajrzałeś do księgi oprawionej w żywą skórę?

To pytanie zaskoczyło Jasona.

– Tak.

Król odetchnął.

– Nareszcie.

– Skąd król wie o księdze?

– Ja też widziałem jej karty, chociaż niewielu w mym królestwie wie o tym fakcie. Znasz część Słowa?

Jason spojrzał na obdartego króla.

– Pierwszą sylabę.

– Teraz spoczywa na twoich barkach ogromne brzemię – mruknął król. – Musisz myśleć, żem głupiec.

– Słucham?

– Nie mam wojsk. Wiem, że mieszkam w zrujnowanym zamku z garstką dworzan mających najlepsze intencje. Niektórzy z nich nie zdają sobie sprawy, że wiem, albo udają, że nie wiedzą. Mają wielką satysfakcję, wierząc, że zdołali przekonać mnie, że władam potężnym królestwem. Rzeczywiście, władam tutaj, ale mojemu królestwu daleko do bycia potężnym. Przez wzgląd na nich silę się na dostojność, gram razem z nimi w ich intrygi i wojny, które wymyślają.

Otrząsając się z pierwszych, absurdalnych odczuć, Jason odzyskiwał nadzieję, że król zdoła mu jednak pomóc.

– Ostatnio zetknąłem się z bardzo wieloma dziwacznymi związkami.

– Rozwiń tę myśl.

– Kobieta, która pozwala okradać się kloszardowi, ponieważ on nie chce przyjąć od niej jałmużny. Twórca łamigłówek, który wymyśla je dla jednej osoby, poświęcającej czas na ich rozwiązanie. A teraz pan i pańscy poddani.

Niewidomy król skinął głową.

– Ludzie odnajdują sens tam, gdzie zdołają. Nadeszły niepewne czasy. Biorę udział w niedorzecznej farsie po części dlatego, że ukazuje nas w absurdalnym świetle. Im bardziej absurdalni się wydajemy, tym mniej musimy obawiać się cesarza. – Złożył ręce na kolanach. – Masz bystre oczy, dostrzegasz powiązania. Skąd pochodzisz?

– Trudno to wyjaśnić.

Król podrapał się po brodzie.

– Jesteś Pozaświatowcem?

Jasonowi szybciej zabiło serce.

– Bridonus posłużył się tym słowem. Myślę, że tak.

– Jak dostałeś się do naszego świata?

– Wiem, jak to zabrzmi. – Jason zaczął wiercić się zażenowany. – Dostałem się tu przez hipopotama.

– Wodnego konia? Intrygujące. Opisz, jak do tego doszło.

Jason ekscytował się faktem, że starszy mężczyzna najwyraźniej mu wierzy.

– Pracowałem w zoo i pewnego dnia usłyszałem muzykę dobiegająca z hipopotama. Podszedłem za blisko, próbując ją usłyszeć i wpadłem do basenu. Hipopotam mnie połknął. Tyle że nie tak naprawdę. Nagle zjechałem tunelem. A potem wyszedłem z drzewa i już nie mogłem wrócić.

– Co się stało potem?

– Cóż, okazało się, że melodię wygrywała grupa muzyków płynących na tratwie.

– Zawrotna Dziewiątka.

– Zgadza się! Płynęli ku wodospadowi. Próbowałem ich uratować, ale spaprałem sprawę i wszyscy się wściekli. A potem odnalazłem Skarbnicę Wiedzy, przeczytałem księgę i Bridonus wykopał mnie za drzwi, mówiąc, żebym odnalazł pana.

Ślepy Król pokiwał głową, znowu gładząc brodę. Na jego ustach błąkał się blady uśmiech.

– Być może ci hulacy mieli jednak rację – mruknął. – Wezwali Pozaświatowca.

– Słucham?

– Przywódca Zawrotnej Dziewiątki, Simeon, był śmiałym człowiekiem, bardziej żołnierzem niż minstrelem. Ich muzyka stanowiła dla niego narzędzie wywrotowe, więc siłą rzeczy muzycy narobili sobie wrogów. Odszedł na pewien czas, by odwiedzić prorokinię, jedną z nielicznych wyroczni, które zachowały jeszcze wiarygodność. Ten czyn wymagał znojnej wędrówki. W drodze powrotnej skonsultował się ze mną, zanim wprowadził w życie jej wskazówki.

– Jakaś wyrocznia kazała mu rzucić się z wodospadu?

– Ujmując rzecz w skrócie. Opowiedz mi o swoim życiu w Poza.

– Jestem uczniem. Mój tata jest dentystą. Mieszkam w ładnym domu. Nasz świat bardzo różni się od waszego.

W miarę mówienia Jason zdał sobie sprawę, jak odległa zaczęła mu się wydawać tamta rzeczywistość. Kiedy siedział w starodawnej wieży prace domowe i baseball wydawały się wręcz surrealistyczne.

Ślepy Król kiwał w zamyśleniu głową.

– Poświęciłeś się kiedyś dla sprawy?

– Ehm... Pomagałem w myjniach samochodowych, żeby zebrać pieniądze dla miejscowej jadłodajni dla ubogich. Nic nadzwyczajnego. Cały czas próbuję zrozumieć, dlaczego tu jestem i jak mogę wrócić do domu. Może mi pan pomóc?

– Niewielu pozostało, którzy posiadają wiedzę, jakiej szukasz. A spośród tych, którzy ją posiedli, niewielu zechce ci pomóc. Maldor zniechęca do nazywania miejsc. Zabrania rysowania map. Krzywo patrzy na podróżowanie. Uczy ludność, by nie ufała obcym. Pragnie, by mgła ignorancji pokawałkowała nasz świat. Nikomu nie wolno rozmawiać o Poza albo o zakazanym języku. Ludzie wiele zapomnieli albo w ogóle się nie nauczyli. Inni udają, że zapomnieli.

– Ale pan nie boi się cesarza?

– Boję się z wielu powodów. Nie przez wzgląd na siebie. Kocham tę ziemię. Robię co w mojej mocy.

– Może mi pan pomóc zrozumieć, co powinienem zrobić, by wrócić do domu? A może gdzie powinienem zacząć szukać? Co pan wie o Poza? Nadal nie do końca rozumiem, gdzie się znalazłem.

Król podrapał się w policzek.

– Nie potrafię powiedzieć, jak dotrzeć do Poza. Nie bardzo wiem, kto może być w stanie powiedzieć. Przybywali i inni ze świata Poza. Nigdy nie zdarzało się to często, a ostatnimi czasy ruch między naszymi światami całkiem zamarł. Zrobię co w mej mocy, by pomóc ci się zorientować. Dawno temu to konkretne lenno zwało się Fortaim, a zamek ten zamieszkiwał earl. Fortaim leży na półwyspie, który wyciąga się w kierunku zachodnim ku wodom rozległego oceanu. Idąc wzdłuż rzeki na zachód, mijając wodospad, dotarłbyś do ujścia, gdzie wody rzeki wpadają do morza. Ty jednak poszedłeś na południe, nie trzymając się żadnej drogi, i natrafiłeś na Skarbnicę Wiedzy. Stamtąd ruszyłeś na wschód wzdłuż półwyspu, aż dotarłeś do tego zrujnowanego zamku. Rzeka, zwana niegdyś Telkron, przepływa kilka mil stąd na północ.

Jason był pod wrażeniem.

– Kto by potrzebował mapy, mając pana pod ręką?!

Ślepy Król zetknął dłonie czubkami palców.

– Miałem kiedyś oczy i korzystałem z nich, by odbywać dalekie podróże w poszukiwaniu Słowa.

– Jak je pan stracił?

– W walce z przebiegłym werbownikiem. Cisnął mi w oczy sproszkowany kwas, parząc skórę i kradnąc wzrok. Ponieważ wciągnąłem też trochę kwasu z oddechem, poparzył mi także gardło i okaleczył głos. Ten werbownik mnie pojmał. W końcu stanąłem przed Maldorem. Cesarz zaoferował mi nowe oczy. Odmówiłem. Nie zgodzę się na odzyskanie wzroku za cenę zostania jednym z jego szpiegów. I dlatego oddano mnie w ręce jego oprawców.