Niebezpieczne kobietyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MEGAN ABBOTT
Moje serce też jest złamane

(MY HEART IS EITHER BROKEN)

Megan Abbott urodziła się w okolicach Detroit. Ukończyła Uniwersytet Michigan, zdobywając licencjat z literatury angielskiej, oraz otrzymała tytuł doktora literatury angielskiej i amerykańskiej Uniwersytetu Nowojorskiego. Uczyła literatury, pisarstwa i filmu na Uniwersytecie Nowojorskim i Stanowym Uniwersytecie Nowy Jork w Oswego. Pierwszą powieść zatytułowaną Szczypta śmierci opublikowała w 2005 roku. Od tego czasu zaczęto uznawać ją za jedną z czołowych praktyków konwencji Modern Noir. Natomiast „San Francisco Chronicle” okrzyknął ją „kandydatką do tronu jako najlepszą autorkę kryminałów od czasów Raymonda Chandlera”. Napisała powieści: Queenpin (nagrodzoną nagrodą Edgara w 2008 roku), Przebojowa dziewczyna, Bury Me Deep, Koniec wszystkiego. Jej ostatnia powieść nosi tytuł Dare Me. Pod jej redakcją ukazała się również książka A Hell of a Woman: An Anthology of Female Noir, a także pozycja niebeletrystyczna The Street Was Mine: White Masculinity and Hardboiled Fiction. Autorka mieszka w Forest Hill w Nowym Jorku. Oficjalna strona internetowa: www. meganabbot.com.

W niniejszej subtelnej, a jednak wstrząsającej opowieści, pokazuje nam, że są rzeczy, nad którymi nie możemy zwyczajnie przejść do porządku dziennego, niezależnie od tego, jak bardzo się staramy — i że na tych, których kochamy, najlepiej spoglądać sercem.

MOJE SERCE TEŻ JEST ZŁAMANE

Czekał w samochodzie. Zaparkował pod jedną z dużych nadbrzeżnych latarni. Nikt więcej nie chciał tam parkować. Mógł domyślać się dlaczego. Trzy pojazdy dalej zauważył kobiece plecy przyciśnięte do szyby. Jej włosy się trzęsły. Kiedy odwróciła głowę, niemal dojrzał jej twarz i błękit zębów, gdy się uśmiechnęła.

Minęło piętnaście minut, zanim Lorie przeszła przez parking, potykając się i stukając obcasami.

Pracował do późna i nawet nie wiedział, że nie było jej w domu. Kiedy w końcu odebrała komórkę, powiedziała mu, gdzie jest, a mianowicie w barze, o którym nigdy nie słyszał, w części miasta, której nie znał.

— Po prostu potrzebowałam trochę hałasu i ludzi — wyjaśniła. — Nic poza tym.

Zapytał, czy chce, żeby po nią przyjechał.

— Dobrze — powiedziała.

W drodze do domu na przemian śmiała się i płakała. Chciał jej pomóc, ale nie wiedział jak. To przypomniało mu o rodzaju dziewczyn, z którymi umawiał się w szkole średniej. Takich, które pisały sobie atramentem po całych rękach i cięły się w szkolnych łazienkach.

— Od tak dawna nie tańczyłam, a kiedy zamknę oczy, nikogo nie widzę — mówiła, patrząc przez szybę, z głową przechyloną do okna. — Nikt mnie tam nie znał, aż w końcu ktoś mnie rozpoznał. Kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałam. Nakrzyczała na mnie. Potem poszła za mną do łazienki i powiedziała, że cieszy się, że moja mała dziewczynka nie może mnie teraz widzieć.

Wiedział, co ludzie powiedzą. Że poszła tańczyć w brudnym przygodnym barze. Nie powiedzą, że płakała przez całą drogę do domu, że nie wiedziała, co ze sobą zrobić, że nie wiadomo, jak zachowaliby się, gdyby to ich spotkało coś takiego. Zresztą prawdopodobnie nie spotka.

Ale on też chciał się schować, sam chciał znaleźć łazienkę, w innym mieście, innym stanie i nigdy więcej nie widzieć nikogo znajomego, a szczególnie swojej matki albo siostry, która spędza cały dzień w Internecie, próbując rozpowszechniać wiadomość o Shelby, zbierając wskazówki dla policji.

Rączki Shelby — cóż, ludzie zawsze rozmawiają o rączkach dziecka, nieprawdaż? — były jak pączki kwiatuszków i uwielbiał zamykać je w dłoni. Nigdy nie sądził, że będzie się tak czuł. Nie wiedział, że będzie typem faceta — że w ogóle są typy facetów — który będzie wdychał mleczny zapach kocyka córeczki i czuł zalewającą go falę ciepła. Czasami nawet wtulał w niego twarz.

* * *

Sporo czasu zajęło mu ściągnięcie ciemnoczerwonych kowbojskich butów, które nosiła, a których nie rozpoznawał.

Kiedy ściągnął z niej jeansy, bielizny też nie rozpoznał. Przód stanowił czarny motyl, a jego skrzydła trzepotały na jej udach przy każdym szarpnięciu.

Spojrzał na nią i powróciło wspomnienie ich pierwszej randki, kiedy Lorie pochwyciła jego rękę i zaczęła nią wodzić w dół swego brzucha, a następnie w okolicach ud. Kiedyś powiedziała mu, że chce zostać tancerką. I że jeśli kiedyś będzie miała dziecko, to tylko przez cesarskie cięcie, bo przecież wiadomo, co potem dzieje się z wnętrznościami kobiety, nie wspominając już o tym, co dzieje się z miejscem „poniżej”. Mówiąc to, śmiała się, a potem położyła „tam” jego rękę.

Te wszystkie wspomnienia powracały teraz i doprowadzały go do szału.

Napełnił wysoką szklankę wodą i zmusił Lorie do wypicia. Następnie nalał kolejną i postawił obok niej.

Nie spała jak ktoś pijany, lecz jak dziecko. Jej powieki drgały sennie, a nikły uśmiech błąkał się na jej ustach.

Przez okno wpadało światło księżyca. Miał wrażenie, że wpatrywał się w nią przez całą noc, ale w którymś momencie musiał przysnąć.

Kiedy się przebudził, poczuł, jak głową sennie pociera o jego brzuch.

— Śniło mi się, że znów byłam w ciąży — wymamrotała. — Było tak, jakbym odzyskała Shelby. Może moglibyśmy adoptować… Jest tyle porzuconych dzieci, które potrzebują miłości.

* * *

Spotkali się przed sześcioma laty. Pracował dla swojej matki, która była właścicielką małego budynku mieszkalnego w północnej części miasta.

Lorie mieszkała na pierwszym piętrze, gdzie okno było wysoko i mogła widzieć ludzi spacerujących chodnikiem. Jego matka nazywała to mieszkanie „apartamentem zatopionego ogrodu”.

Mieszkała z inną dziewczyną i czasami wracały bardzo późno, śmiejąc się i przyciskając do siebie wzajemnie w sposób, w jaki robią to młode dziewczyny. Miały na sobie krótkie spódniczki i nieustannie szeptały między sobą. Zastanawiał się, o czym rozmawiały.

Wtedy wciąż jeszcze chodził do szkoły i pracował wieczorami oraz w weekendy, zmieniając uszczelki w kranach i wynosząc śmieci.

Kiedyś, gdy mył przed budynkiem pojemniki na śmieci, minęła go szybko, owinięta cienkim płaszczem. Rozmawiała przez telefon i poruszała się tak szybko, że prawie jej nie zauważył. Omal jej nie ochlapał z węża. Przez sekundę widział jej oczy, rozmazane i mokre.

— Nie kłamałam — mówiła do telefonu, kiedy otwierała kluczem frontowe drzwi, a potem naparła na nie ramieniem. — To nie ja jestem tu kłamcą.

Pewnego wieczoru, niedługo po tym, przyszedł do domu i pod drzwiami znalazł liścik. Przeczytał:

Moje serce też jest złamane albo nie zapłaciłam rachunku.

Dzięki, Lorie, #1-A

Przeczytał go cztery razy, zanim zrozumiał.

Uśmiechnęła się, kiedy otworzyła drzwi, zabezpieczone łańcuchem na wysokości jej czoła.

Podniósł klucz do rur.

— Przyszedłeś w samą porę — powiedziała, wskazując grzejnik.

* * *

Nikt nie przypuszczał, że cokolwiek stanie się ich córeczce. Lorie ciągle to powtarzała. Mówiła to dziennikarzom, policji, każdego dnia w ciągu trzech tygodni od zdarzenia.

Obserwował ją z detektywami. Było tak jak w telewizji, tyle że całkiem inaczej. Zastanawiał się, dlaczego nic nie było takie, jak jego zdaniem powinno być, a potem uświadomił sobie, że to dlatego, iż nigdy nie przypuszczasz, że to będziesz ty.

Nie mogła usiedzieć spokojnie, palcami zakręcając pasemka włosów. Czasami na światłach ulicznych wyciągała nożyczki do paznokci i podcinała rozdwojone końcówki. Kiedy samochód ruszał, machała ręką przez okno, rozsypując ścinki na wietrze.

Była to swego rodzaju nieostrożność, dodatek, który sprawiał, że różniła się od innych dziewczyn, jakie kiedykolwiek znał. Szczególnie że robiła to przy nim.

Zaskoczyło go, jak bardzo to lubi.

Ale teraz wszystko wyglądało inaczej i widział obserwujących ją detektywów, patrzących na nią jak na dziewczynę w krótkiej spódniczce, kręcącą się na stołku barowym i odrzucającą włosy na mężczyzn.

— Będziemy musieli zacząć jeszcze raz od początku — powiedział jeden z mężczyzn, i ta część była jak w telewizji. — Wszystko, co pan pamięta.

— Przechodziła przez to już tyle razy — oznajmił, przykrywając jej dłonie swoją i patrząc na detektywa ze znużeniem.

— Miałem na myśli pana, panie Ferguson — odparł detektyw, patrząc na niego. — Tylko pana.

* * *

Zabrali Lorie do zewnętrznego biura, tak że mógł widzieć ją przez szybę, nalewającą śmietankę do kawy i oblizującą usta.

On też wiedział, jak to wygląda. Czasopisma publikowały jej zdjęcia z eleganckiego lokalu. Nagłówek brzmiał: „Co z Shelby?”. Musieli zrobić je przez frontowe okno. Zamawiała coś przy barze i uśmiechała się. Zawsze potrafili uchwycić ją wtedy, gdy się uśmiechała. Nie rozumieli, że uśmiechała się, gdy była smutna. Czasami płakała, gdy była szczęśliwa, jak w dniu ich ślubu, gdy płakała przez cały dzień, drżąc na jego piersi, z zaróżowioną i błyszczącą twarzą.

Nigdy nie myślałam, że zechcesz, powiedziała. Nigdy nie myślałam, że ja zechcę. Że to wszystko może się zdarzyć.

Nie wiedział, co miała na myśli, ale uwielbiał czuć ją w swoich ramionach, delektować się jej udami ocierającymi się o niego, jak to się działo, kiedy nie mogła odzyskać równowagi. Wydawało się, że spoczywając w jego objęciach, powstrzymywała samą Ziemię, żeby ta nie odleciała.

— Więc, panie Ferguson — powiedział detektyw — wrócił pan z pracy do domu i nikogo pan nie zastał?

 

— Zgadza się — odrzekł. — Nazywaj mnie Tom.

— Tom — zaczął detektyw jeszcze raz, ale imię zdawało się lepić w jego ustach, jakby nie chciał go wypowiadać. W końcu jednak zwrócił się do Toma po imieniu. — Czy zwykle o tej porze dnia wychodziły z domu?

— Nie — odpowiedział. — Lubiła wyszukiwać im zajęcia.

To była prawda. Lorie nie potrafiła długo usiedzieć w jednym miejscu. Niekiedy pakowała Shelby do samochodu, zapinała jej pasy i wyruszały na przejażdżkę, pokonując sto albo dwieście mil.

Zabrałaby ją do Mineral Point i zrobiła im zdjęcia na tle wody. Potem dostałby je w pracy na swój telefon i zawsze wywoływałyby jego uśmiech.

Podobało mu się, że nie była jedną z tych kobiet, które siedzą w domu i oglądają relacje sądowe albo kanały handlowe.

Pracowała dwadzieścia pięć godzin tygodniowo w firmie Y, a w tym czasie jego matka zostawała z Shelby. Każdego ranka biegała pięć mil, wioząc małą w odpowiednio przystosowanym wózku. Każdego wieczoru przygotowywała obiad, a czasami nawet kosiła trawę, gdy był zbyt zajęty. Była w ciągłym ruchu.

To właśnie kochają ludzie z gazet i telewizji. Uwielbiają robić jej zdjęcia, kiedy biega w krótkich spodenkach, rozmawia przez telefon w samochodzie i ogląda magazyny mody w kolejce w sklepie spożywczym.

„Co z Shelby?”, głoszą zawsze nagłówki.

Nigdy jej nie rozumieli. On był jedynym.

— Więc — zapytał go detektyw, wyrywając z zamyślenia — co pan zrobił, kiedy zastał dom pusty?

— Zadzwoniłem na jej komórkę. — Nie odebrała, ale w tym też nie było nic niezwykłego.

Nie zawracał sobie głowy mówieniem im o tym, że dzwonił cztery albo pięć razy, a telefon przełączał się bezpośrednio na pocztę głosową, aż w końcu, za ostatnim razem, odebrała.

Jej głos brzmiał obco, cicho, jakby była w gabinecie lekarskim albo w damskiej toalecie. Jakby starała się zrobić mała i cicha.

— Lorie? Dobrze się czujesz? Gdzie jesteście?

Nastąpiła długa pauza i przyszło mu na myśl, że rozbiła samochód. Przez szaloną sekundę sądził, że mogły być w szpitalu, połamane i poobijane. Lorie była nieostrożnym kierowcą, zawsze wysyłała mu SMS-y z samochodu. Straszne obrazy przychodziły mu do głowy. Umawiał się kiedyś z dziewczyną, która miała dziecięcy bucik powieszony na wstecznym lusterku. Twierdziła, że to dla przypomnienia, by zawsze jeździć ostrożnie.

* * *

— Lorie, po prostu powiedz. — Starał się nadać głosowi stanowcze, ale uprzejme brzmienie.

— Coś się stało.

— Lorie — spróbował jeszcze raz, jak po walce z jej bratem albo szefem. — Po prostu weź głęboki oddech i powiedz mi.

— Dokąd ona poszła? — usłyszał jej głos. — I jak zamierza mnie odnaleźć? Jest małą dziewczynką. Nic nie wie. Powinni zakładać im nieśmiertelniki jak nam, kiedy byliśmy mali, pamiętasz?

Wcale tego nie pamiętał, a furkot w głowie utrudniał mu słuchanie.

— Lorie, musisz powiedzieć mi, co się dzieje.

Więc powiedziała.

Powiedziała, że jeździła przez cały ranek i szukała kosiarek do trawy, które wcześniej znalazła na na stronie Craigslisty. Była zmęczona i postanowiła zatrzymać się na kawę w drogim lokalu.

Zawsze widywała tam kobietę. Rozmawiały w kolejce o tym, jaka droga jest kawa i jak nic nie mogą na to poradzić. I co właściwie było amerykańskie? I, tak, rozmawiały o swoich dzieciach. Była przekonana, że kobieta powiedziała, iż ma dwójkę. Dwójkę, myślała. A wszystko trwało zaledwie dwie minuty, może pięć.

— Co trwało pięć minut? — zapytał ją.

— Nie wiem, jak to się stało — odparła — ale rozlałam moją kawę. Była wszędzie. Na moim nowym białym płaszczu. Tym, który dałeś mi na Boże Narodzenie.

Pamiętał, jak otwierała pudło, aż bibuła fruwała w powietrzu. Powiedziała, że jest jedyną osobą, która kupowała jej ubrania w pudełkach z papierem w złote foki.

Okręciła się dookoła w płaszczu i rzuciła radośnie: och, jak on lśni.

Wpełzając mu na kolana, uśmiechnęła się i powiedziała, że biały płaszcz mężczyzna może sprezentować jedynie matce małego brzdąca.

— Płaszcz był nasiąknięty — wymamrotała teraz. — Zapytałam kobietę, czy mogłaby popilnować Shelby, kiedy będę w toalecie. Zajęło mi to chwilę, bo musiałam dostać klucz. Jeden z tych ciężkich kluczy, które ci dają.

Kiedy wyszła z łazienki, kobieta zniknęła. I Shelby też.

* * *

Nie pamiętał nawet wrażenia, jakie wtedy odniósł. Że ta historia nie ma sensu.

Oto, co się wydarzyło. Co przydarzyło się im, a było częścią niemożliwych zbiegów okoliczności, które do tego doprowadziły. Doprowadziły do tego, że Shelby zniknęła i nikt nie wiedział gdzie.

Ale niemal od samego początku wydawało się jasne, że policja była przeświadczona, że nie dostała wszystkich informacji albo że informacje, którymi dysponowała, nie mają sensu.

— Nie lubią mnie — powiedziała Lorie. Odpowiedział jej, że to nieprawda i że nie ma to z nią nic wspólnego. Ale może miało.

Musieliby ją zobaczyć tamtego dnia. Przepychającą się przez frontowe drzwi, z niezapiętą torebką, w białym płaszczu zbryzganym kawą i tak szeroko otwartymi ustami, że wszyscy mogli zobaczyć, jak bardzo cierpi i jaka jest rozdarta.

Wiele godzin później, w otoczeniu rodziny, drżała w jego ramionach, gdy jej brat mówił bez końca o systemie Amber Alert, o Prawie Megan i jego klasie wymiaru sprawiedliwości, o kumplach policjantach z sali gimnastycznej. Poczuł, że wtula się w niego i zobaczył pierzasty kędzior wetknięty za kołnierz swetra, kosmyk anielsko białych włosów Shelby.

Pod koniec drugiego tygodnia policja nie znalazła niczego, a nawet jeśli, to nic nie mówili. Wydawało się, że coś się zmieniło lub poszło gorzej.

— Mógł to zrobić ktokolwiek — powiedziała Lorie. — Ludzie robią to cały czas.

Przyglądał się obserwującej ją detektyw. To była kobieta detektyw, ta z ciężkim kucykiem, która zawsze zezowała na Lorie.

— Co robią? — zapytała kobieta detektyw.

— Proszą kogoś, żeby popilnował ich dzieci, tylko przez minutę — wyjaśniła Lorie, prostując sztywno plecy. — Oczywiście, nie faceta. Nie zostawiłabym jej z mężczyzną. Nie zostawiłabym jej z bezdomną kobietą wymachującą do mnie szczotką do włosów. To była kobieta, którą widywałam tam każdego dnia.

— Jak się nazywała? — Wiele razy pytali ją o nazwisko kobiety. Wiedzieli, że go nie znała.

Lorie spojrzała na detektyw, a wtedy zauważył te delikatne niebieskie żyłki pod jej oczami. Pragnął wziąć ją w ramiona, żeby ją uspokoić. Ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, znów zaczęła mówić:

— Pani Caterpillar — powiedziała, wyrzucając ręce w powietrze. — Pani Linguini. Madam Lafarge.

Detektyw popatrzyła na nią bez słowa.

— Spróbujmy odszukać ją w Internecie — rzekła Lorie z tym twardym błyskiem w oczach, wysuwając podbródek. Wszystkie te leki uspokajające i pigułki nasenne oraz godziny, podczas których byli przetrzymywani, spowodowały, że niekiedy mówiła o niczym, ale nadal bała się kłamać.

— Lorie — odezwał się. — Nie…

— Zawsze wszystko przydarza się mnie — powiedziała nagle miękkim i dziwnie płynnym głosem, a jej ciało osunęło się. — To takie nie w porządku.

Widział, co się z nią dzieje, a gdy jej kończyny zwiotczały, złapał ją.

Prawie wysunęła się z jego ramion, wywracając oczy do tyłu głowy.

— Ona mdleje — wydusił. Jej ramiona były zimne jak zamarz nięte rury. — Przyprowadź kogoś.

Pani detektyw wpatrywała się w nich.

— Nie mogę o tym rozmawiać, ponieważ wciąż przeżywam to na nowo — powiedziała Lorie dziennikarzom czekającym przed posterunkiem policji. — Zbyt trudno mi o tym mówić.

Ujął ją mocniej pod ramię i próbował przeprowadzić przez tłum, ściśnięty niczym węzeł w jego gardle.

— Czy to prawda, że wynajmujesz adwokata? — zapytał jeden z dziennikarzy.

Lorie spojrzała na nich. Widział, że otwiera usta, i nie było już czasu, żeby ją powstrzymać.

— Nie zrobiłam niczego złego — odparła z głupim uśmiechem na twarzy. Jakby stuknęła swoim wózkiem czyjś wózek w sklepie spożywczym.

Spojrzał na nią. Wiedział, co miała na myśli — miała na myśli, że zostawiła Shelby na tę chwilę, na tę krótką chwilę. Ale wiedział również, jak to brzmiało, i jak wyglądała z tym spanikowanym uśmiechem, nad którym nie mogła zapanować.

To był jedyny raz, kiedy pozwolił jej rozmawiać z dziennikarzami.

Później, wieczorem, zobaczyła się w wiadomościach.

Podeszła powoli do telewizora, po czym upadła na kolana i zrobiła dziwną rzecz.

Objęła go ramionami, jakby był pluszowym misiem, dzieckiem.

— Gdzie ona jest? — szeptała. — Gdzie ona jest?

A on chciał, żeby dziennikarze to zobaczyli, ten żal, który trawił ją jak gorączka.

Jednocześnie cieszył się, że nie mogą tego widzieć.

* * *

Był środek nocy, blisko świtu, a jej nie było obok niego.

Rozejrzał się po całym domu, serce waliło mu w piersi. Pomyślał, że musi śnić, wołając jej imię, imiona ich obydwu.

Znalazł ją na tylnym podwórku. Smukły cień pośrodku podwórka.

Siedziała na trawie, telefon oświetlał jej twarz.

— Tutaj czuję się bliżej niej — powiedziała. — Znalazłam to.

Ledwie co widział, ale przysuwając się bliżej, ujrzał maleńki kolczyk, emaliowanego motylka, którego trzymała w palcach.

Pokłócili się, kiedy wróciła do domu z Shelby z przekłutymi uszami i grubymi złotymi kolczykami w tych maleńkich płatkach. Uszy i twarz małej były czerwone, a oczy mokre od łez.

— Dokąd poszła moja dziecinka? — Lorie mówiła teraz do niego. — Dokąd ona poszła?

Spocony ściągnął koszulkę.

* * *

— Proszę posłuchać, panie Ferguson — powiedziała detektyw. — Cały czas pan z nami współpracował. Mam to odnotowane, ale proszę zrozumieć nasze położenie. Nikt nie może potwierdzić jej wersji. Pracownicy, którzy widzieli, jak pańska żona rozlała kawę, pamiętają, że widzieli, jak wychodziła z Shelby. Nikt nie przypomina sobie innej kobiety.

— Ile osób tam było? Rozmawialiście ze wszystkimi?

— Jest jeszcze coś, panie Ferguson.

— Co?

— Jeden z pracowników powiedział, że Lorie była naprawdę wściekła z powodu rozlanej kawy. Powiedziała Shelby, że to była jej wina. Że wszystko było jej winą. I że Lorie potem złapała pańską córkę za ramię i potrząsnęła nią.

— To nieprawda — zaprotestował. Nigdy nie widział, żeby Lorie potraktowała Shelby brutalnie. Czasami sprawiała wrażenie, jakby nie do końca zdawała sobie sprawę, że mała tam jest.

— Panie Ferguson, muszę pana zapytać: czy pańska żona miała problemy emocjonalne?

— A cóż to za pytanie?

— To standardowe pytanie w takich przypadkach — odpowiedziała detektyw. — I mieliśmy kilka zgłoszeń.

— Mówi pani o lokalnych wiadomościach?

— Nie, panie Ferguson. Nie zbieramy dowodów z telewizji.

— Zbieranie dowodów? Jakiego rodzaju dowody musicie zebrać na temat Lorie? To Shelby zaginęła. Nie jesteście…

— Panie Ferguson, wiedział pan, że pańska żona spędziła trzy godziny w Twoim Saloniku w Charlevoix wczorajszego popołudnia?

— Śledzicie ją?

— Kilku stałych bywalców i barman skontaktowali się z nami. Byli zatroskani.

— Zatroskani? Naprawdę? — Czuł pulsowanie w głowie.

— Nie powinni być zatroskani, panie Ferguson? To kobieta, której dziecko zaginęło.

— Skoro byli tacy zatroskani, to dlaczego nie zadzwonili do mnie?

— Jeden z nich zapytał Lorie, czy może po ciebie zadzwonić. Widocznie powiedziała mu, że nie.

Spojrzał na detektyw.

— Nie chciała mnie martwić.

Detektyw również popatrzyła na niego.

— Nie może pani mówić, jak ludzie mają się zachowywać, kiedy przydarzy się im coś takiego — powiedział, czując, że głowa mu opada. Nagle odniósł wrażenie, że jego ramiona są ciężkie, a w głowie miał obraz Lorie w odległym narożniku długiego, czarnego, lakierowanego baru, z powiekami ciężkimi od makijażu i oczami pełnymi mrocznych uczuć. Uczuć, których mógł nigdy nie doświadczyć. Nigdy nie miał pewności, że wie, co ona myśli. Było to częścią tego, co ich spotkało. Częścią pulsującą w jego piersi, tęsknotą, która nigdy go nie opuści. — Nie — odrzekł nagle.

 

— Co? — zapytała detektyw, pochylając się do przodu.

— Ona nie ma problemów emocjonalnych. Moja żona.

* * *

To był czwarty tydzień, czwarty tydzień fałszywych śladów, płaczu, pigułek nasennych i nocnych koszmarów. Musiał wrócić do pracy, bo w przeciwnym razie nie miałby z czego zapłacić hipoteki. Rozmawiali o powrocie Lorie do półetatowej pracy w sklepie ze świecami, ale ktoś musiał być w domu i czekać.

(Chociaż na co, tak naprawdę, czekali? Czy brzdące wracały nagle do domu po dwudziestu siedmiu dniach? Najwyraźniej gliniarze tak myśleli).

— Myślę, że zadzwonię jutro do biura — powiedział. — I zrobię projekt.

— A ja zostanę tutaj — odparła. — Ty będziesz tam, a ja tutaj.

To była straszna rozmowa, jak wiele takich rozmów, które pary odbywają w ciemnych sypialniach, późną nocą, kiedy wiadomo, że decyzje, które odkładało się przez cały dzień, nie mogą dłużej czekać.

Po tej rozmowie wzięła cztery duże pigułki i wcisnęła twarz w poduszkę.

Tom nie mógł spać i poszedł do pokoju Shelby, który kiedyś sam dla niej zaprojektował. Pochylił się nad kołyską, nieco dla niej za małą, ale Lorie nie chciała kupować łóżeczka, mówiąc, że jeszcze nie nadszedł czas.

Dotknął palcami miękkiego dziecięcego ochraniacza, obwieszonego jasnożółtymi rybkami. Pamiętał, że opowiadał Shelby, że to złote rybki, ale ona powtarzała: nana, nana, jak nazywała banany.

Jej rączki zawsze pokrywała perlista bananowa maź, którą przy okazji umazany był przód koszulki Lorie.

Pewnej nocy, wsuwając rękę w stanik Lorie, między jej piersi, nawet tam natrafił na rozpaćkanego banana.

— Są wszędzie — westchnęła. — Całkiem jakbym była zrobiona z bananów.

Uwielbiał ten zapach i zawsze wysmarowane rączki córki.

W pewnym momencie, wspominając to, rozpłakał się, ale potem przestał i siedząc w bujanym fotelu, zasnął.

* * *

W pewnym sensie powrót do pracy przyniósł mu ulgę, po tych wszystkich dniach spędzonych z sąsiadami, rodziną i przyjaciółmi stłoczonymi w domu, wymieniającymi internetowe plotki, organizującymi czuwania i poszukiwania. Ale teraz było tam kilkoro członków rodziny, tylko paru przyjaciół, którzy nie mieli dokąd pójść, i żadnych sąsiadów.

Kobieta z narożnego domu przyszła później pewnego wieczoru i poprosiła o zwrot naczynia po zapiekance.

— Nie wiedziałam, że będziecie je tak długo trzymać — powiedziała, mrużąc oczy.

Wyraźnie próbowała zajrzeć ponad jego ramieniem do salonu. Lorie oglądała show o grupie blondynek z mocno umalowanymi twarzami i gniewnie wykrzywionymi ustami. Oglądała to przez cały czas, najwyraźniej był to jedyny show w telewizji.

— Nie wiedziałam — powiedziała kobieta, biorąc naczynie i oglądając je — jak sprawy się potoczą.

* * *

ty sexy, sexy chłopcze, brzmiał tekst Lorie, chcę poczuć na sobie twoje dłonie. Chodź do domu i zajmij się mną, tak brutalnie, jak lubisz, pobij mnie.

Gwałtownie obrócił się na krześle przy biurku, niemal jakby chciał ukryć telefon, ukryć fakt istnienia tego tekstu.

Krótko potem opuścił biuro. Jechał najszybciej, jak się dało. Powtarzał w duchu, że coś jest z nią nie tak. Że to musiał był skutek uboczny pigułek, które dał jej lekarz, albo sposób, w jaki żal i tęsknota zmieszały się w jej skomplikowanym, małym ciele.

Ale tak naprawdę nie dlatego jechał tak szybko ani nie dlatego omal nie potknął się o zwisające pasy, kiedy pospiesznie wysiadał z samochodu.

Kiedy zobaczył ją leżącą na łóżku z odwróconą głową, uśmiechniętą, czuł, że rozpadnie się na dwoje, jeśli jej natychmiast nie posiądzie. Łóżko jęczało pod nimi, ona zaś nie wydawała żadnych dźwięków. Mimo opuszczonych rolet jej zęby błyszczały bielą w otwartych ustach.

Coś było nie tak, ale nie był pewien dlaczego. Niby znał ją, a jednak nie znał. To była Lorie, ta z dawnych czasów. A jednak inna.

Dziennikarze dzwonili przez cały czas. Wśród nich było dwóch, którzy zdawali się nie opuszczać ich przecznicy. Byli tam od samego początku, ale w końcu odeszli zająć się innymi historiami.

Wrócili, gdy zaczęły pojawiać się materiały o Lorie wychodzącej z salonu tatuażu Magnum. Ktoś zrobił jej zdjęcie telefonem komórkowym.

Lorie znów nosiła te czerwone kowbojskie buty, używała czerwonej szminki i wchodziła wprost przed aparat fotograficzny.

Zamieścili te zdjęcia w gazecie, z nagłówkiem: „Żal matki?”

* * *

Popatrzył na tatuaż.

Słowa Mirame quemar (Rozpal mnie spojrzeniem) napisane odręcznie, układające się dokoła jej biodra.

Zasłaniały miejsce, w którym miała rozstępy. Zawsze zasłaniała je palcami, kiedy stała przed nim naga.

Spojrzał na tatuaż w ciemnej sypialni. Z korytarza wpadała smuga światła. Obróciła się. Mógł to poczuć. Poczuć wszystko.

— Potrzebuję tego — powiedziała. — Potrzebuję czegoś, czego mogę dotknąć palcami. Żeby przypomnieć sobie siebie.

— Podoba ci się? — zapytała. Poczuł na uchu jej oddech. Atrament wyglądał, jakby się poruszał.

— Podoba mi się — odrzekł, dotykając tatuażu palcami. Czuł, że to trochę chore, ale naprawdę mu się podobał. Nawet bardzo.

* * *

Późno, późno tej samej nocy jej głos wyrwał go z głębokiego snu.

— Nie miałam pojęcia, że ona przychodziła i była tutaj — mówiła z twarzą wciśniętą w poduszkę. — Nie miałam pojęcia, że chodziła, a teraz odeszła.

Spojrzał na nią, lecz oczy miała zamknięte, z rozmazanym starym makijażem.

— I zawsze robiła, co chciała. — Oto co, jak sądził, powiedziała głosem, w którym wyczuwało się napięcie. Ale spała i dlatego nie miało to żadnego sensu.

— Podoba ci się, dopóki o tym nie myślisz — oznajmiła. — Dopóki nie przyjrzysz się temu bliżej i nie stwierdzisz, że już tego nie chcesz. Albo że nie chcesz być facetem, który tego chce.

Miał na sobie nową koszulę, którą kupiła mu dzień wcześniej. Była w kolorze głębokiej, głębokiej purpury, piękna i dobrze się w niej czuł. Jak kierownik działu, o którym rozmawiają wszystkie kobiety w biurze.

— Nie — odpowiedział. — Bardzo mi się podoba. Ale jest po prostu… droga.

Jednak nie o to chodziło. Kupowanie czegoś właśnie teraz, czegokolwiek, wydawało się nie na miejscu. A tym bardziej takiej kolorowej koszuli z połyskiem. Jasne, że była bardzo ładna, ale na wyjścia do klubu nocnego, na tańce. Na okazje, z których korzystali, kiedy jeszcze mogli. Tak, wódka, dudniąca muzyka i szalony seks w jej samochodzie.

Rodzaj pijackiego seksu, tak niechlujnego i szalonego, że potem niemal wstydzili się siebie nawzajem, jadąc do domu i trzeźwiejąc z uczuciem, jakby pokazali coś bardzo prywatnego i bardzo złego.

Kiedyś, lata temu, zrobiła mu coś, czego nikt wcześniej mu nie zrobił i potem w ogóle nie mógł na nią patrzeć. Następnym razem zrewanżował się jej. Przez chwilę miał wrażenie, że to się nigdy nie skończy.

* * *

„Myślę, że ktoś powinien powiedzieć ci o twojej żonie”, napisał ktoś w mailu, a dokładniej w jego temacie. Nie rozpoznał adresu, gdyż jego pierwszy człon składał się z kombinacji liter i cyfr, żadnego tekstu. Wiadomość zawierała tylko zdjęcie dziewczyny tańczącej w jaskrawozielonym topie z wiszącymi luźno wiązaniami.

To była Lorie i wiedział, że musiało to być stare zdjęcie. Kilka tygodni temu gazety położyły łapy na paru fotkach Lorie z czasów, gdy była jeszcze nastolatką tańczącą na stole, całującą przyjaciółki. Robiącą rzeczy, które zdarzają się dziewczynom, gdy wypiją za dużo i kiedy ktoś przypadkiem ma aparat.

Na tych fotkach Lorie zawsze była upozowana, uwodzicielska, próbowała wyglądać jak modelka, gwiazda. Taka była Lorie, zanim naprawdę ją poznał. Lorie z „czasów dzikiej dziewczyny”, jak sama siebie nazywała.

Jednak na tym zdjęciu nie wyglądała na świadomie pozującą do aparatu. Sprawiała wrażenie zatraconej w jakiejś muzyce, która grała, w jakichś dźwiękach, które słyszała w swojej głowie. Miała zamknięte oczy, głowę odrzuconą do tyłu i długą i opaloną, piękną szyję.

Wyglądała na szczęśliwszą niż kiedykolwiek.

Lorie z dawnych czasów, albo nigdy.

Ale kiedy zjechał niżej, zobaczył top podciągnięty w górę jej ciała, zobaczył wysuniętą kość biodrową. Zobaczył eleganckie litery: Mirame quemar.

* * *