Niebezpieczne kobietyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Cztery! — wykrzyknęła. Cztery zestrzelenia. A mając wokół tyle celów, na pewno zdoła strącić jeszcze piątego. Oba dla Dawida.

Inne samoloty spadały. Jeden z bombowców oberwał i leciał na jednym silniku, wypluwając kłęby dymu. Jakiś myśliwiec zakaszlał, zwolnił, a potem spadł, wlokąc za sobą smugę ognia i sypiąc szczątkami. Czy to Aleksiej? Tak, to on. Zdoła odzyskać sterowność? A jeśli nie, to czy zdąży wyskoczyć? Raisa nie widziała, co się dzieje w kokpicie. Zamiast rozpaczać, zacisnęła zęby i namierzyła kolejny cel. Było ich tu tyle, że sama nie wiedziała, w którą stronę patrzeć.

Gridniew zarządzał odwrót. Rozerwali szyk, uniemożliwili wrogowi misję. Czas uciekać. Ale przecież walczyli dopiero od kilku minut. Silnik jaka Raisy zdawał się zmęczony, miała wrażenie, że łopatki śmigła obracają się z wysiłkiem.

Messerschmitt spadł na nią niczym grom z jasnego nieba.

Deszcz pocisków uderzył w kadłub jaka, zagrzechotał jak ciężki grad. Ból przeszył jej nogę, ale znacznie bardziej martwił ją zgrzyt i pisk dobiegający z silnika. I czarny dym wytryskujący z nosa gęstym strumieniem. Silnik zakaszlał, śmigło przestało się obracać. Nagle jej piękny, smukły myśliwiec stał się martwy jak głaz.

Poderwała nos samą brutalną siłą, raz po raz otwierając przepustnicę, ale silnik nie odpowiadał. Dusiła pedały, ale ster się zaciął. Nos przechylił się w dół, nie dając jej szansy, by po prostu poszybować w dół, na ziemię.

— Raisa, wychodź! — Ina krzyczała przez radio.

Opuścić posterunek? Nie, nigdy. Lepiej zginąć w wybuchu, niż zaginąć w akcji.

Nos pochylił się jeszcze niżej, lewe skrzydło przekrzywiło się w górę. Początek korkociągu. Teraz albo nigdy. Niech to cholera!

Prawa noga ćmiła bólem, rękaw miała przesiąknięty krwią, bryzgi były też na owiewce, chociaż nie miała pojęcia, skąd się wzięły. Może to krew tego pilota, tego który spojrzał na nią martwymi oczami. W końcu zwyciężył instynkt i wyszkolenie. Raisa wyciągnęła rękę i otworzyła owiewkę. Wiatr uderzył ją jak wielka pięść. Odpięła uprząż i z trudem wyszła z fotela — noga nie poruszała się, jak należy. Nie tyle skoczyła, ile po prostu pozwoliła, by jak od niej odpadł, a potem uniosła się w powietrzu. Nie — spadała. Szarpnęła za linkę, a spadochron wystrzelił ponad nią jak biały kwiat, rozwijając płatki. Wypełnił się powietrzem i szarpnął. Wisiała w uprzęży jak połeć mięsa. Połeć mięsa, cha, cha.

Jej samolot płonął niczym ognista kometa spiralnym lotem zmierzająca ku ziemi, ciągnąc za sobą korkociąg dymu. Jej biedny samolot. Miała ochotę płakać, chociaż przez całą wojnę nie uroniła ani jednej łzy.

W górze wciąż szalała bitwa. Straciła z oczu samolot Iny, ale poprzez wybuchy wciąż słyszała terkot działka i warkot silników. Ina osłaniała jej ucieczkę, by nikt nie zestrzelił jej w powietrzu. Nie byłaby to największa tragedia — przynajmniej zginęłaby w walce. A teraz nie wiedziała nawet, po czyjej stronie spadnie. Kto ją znajdzie — Rosjanie czy naziści? Nie ma jeńców, są tylko zdrajcy ojczyzny…

Najgorsze było to, że nie mogła nic na to poradzić. Krew kapała jej z rany i rozbryzgiwała się na wietrze. Postrzelono ją. Zawroty głowy mogły być spowodowane szokiem albo utratą krwi. Może nawet nie dożyje lądowania. Czy kiedykolwiek odnajdą jej ciało?

Niebo ucichło nagle, a myśliwce i bombowce zaroiły się w oddali jak wrony. Raisa zmrużyła oczy, próbując je dostrzec wyraźniej.

A potem straciła przytomność.

* * *

Dużo później, gdy otworzyła oczy, zobaczyła nad sobą niski sufit przecinany rzędami drewnianych podwięzi. Leżała na łóżku polowym ustawionym w rzędzie innych, najwyraźniej w prowizorycznym lazarecie, pełnym ludzi, przemierzających alejki między łóżkami w jakichś ważnych sprawach. Usłyszała, że mówią po rosyjsku, a wtedy wypełniła ją wdzięczność. Znaleźli ją. Była w domu.

Nie mogła się poruszyć i uznała, że nie ma ochoty. Bezmyślne leżenie na łóżku, daleko od bólu, który pewnie już niedługo miała poczuć, zdawało się jej całkiem niezłym zajęciem na najbliższych parę minut.

— Raisa! Obudziłaś się.

Ktoś przesunął krzesło po betonowej podłodze i chwilę później zobaczyła znajomą twarz. To był Dawid. Ogolony, ostrzyżony, w wyprasowanym mundurze piechoty, jakby właśnie szedł na paradę, a nie odwiedzał siostrę w szpitalu. Wyglądał jak na tym zdjęciu, które wysłał do domu zaraz po tym, gdy się zaciągnął. To musiał być sen. Może to wcale nie szpital, tylko niebo. Raisa nie była pewna, czy na nie zasłużyła.

— Proszę, powiedz coś — błagał Dawid. Twarz miał ściągniętą i był zdecydowanie zbyt zmartwiony jak na kogoś w niebie.

— Dodia! — Musiała wziąć dwa oddechy, by to wymówić. Głos zabrzmiał zgrzytliwie. Oblizała spieczone usta. — Żyjesz? Co się stało?

Wzruszył ramionami.

— Mój oddział zgubił drogę. Walczyliśmy z jednostką pancerną w środku lasu, a potem zaskoczyła nas śnieżyca. Połowa z nas dostała odmrożeń i musiała wynieść drugą połowę z lasu na plecach. Trwało to parę tygodni, ale jakoś dotarliśmy.

Przez cały ten czas… rzeczywiście był zaginiony w akcji. Raisa żałowała, że w pobliżu nie ma Sofina, bo chętnie przywaliłaby mu w szczękę.

— Wiesz, ile kłopotu nam narobiłeś? Śmiałabym się z ciebie, gdyby mnie tak nie bolało.

Mina mu zrzedła, a Raisa pomyślała, że po powrocie pewnie odbył rozmowę z kimś bardzo podobnym do Sofina. Uznała, że nie wspomni, co powiedział jej ten człowiek, i obiecała sobie, że po powrocie do schronu spali wszystkie listy, jakie napisała do brata.

— Dobrze cię widzieć, Raisa. — Ujął jej dłoń, tę, która nie była zabandażowana i uścisnął, ale nie za mocno. — Twój dowódca, podpułkownik Gridniew, powiadomił mnie, że zostałaś ranna, więc wziąłem dzień urlopu i przyjechałem.

Raisa przełknęła ślinę. Mówiła bardzo wolno.

— Zestrzelili mnie. Musiałam wyskoczyć. Nie wiem, co się później stało.

— Twoja skrzydłowa cię namierzyła. Wysłali patrol naziemny, a oni cię znaleźli. Mówią, że byłaś nieźle sponiewierana.

— Ale zdobyłam czwarte strącenie, wiesz? Jeszcze jedno i zostanę asem — podkreśliła. Może nie będzie pierwszą kobietą asem, ani nawet drugą. Ale w końcu nią zostanie.

Dawid nawet się nie uśmiechnął. Poczuła, że odsuwa się w tył, jego uścisk zelżał.

— No co?

Nie chciał tego powiedzieć. Zmarszczył brwi, a oczy mu zalśniły, jakby sam miał się rozpłakać. A ona, jego siostra, nie zrobiła tego ani razu. No dobrze, tylko raz. Płakała za swoim samolotem.

— Posłuchaj, Raisa, chcą cię zwolnić z powodów zdrowotnych.

— Co? Niemożliwe. Nic mi nie jest. Wszystko będzie…

— Masz złamane obie nogi, połowa żeber połamana, wybiłaś bark, masz wstrząs mózgu, a do tego postrzelono cię dwa razy. Nie możesz wrócić. W każdym razie jeszcze długo nie siądziesz za sterami.

Naprawdę nie sądziła, że jest w tak kiepskim stanie. Przecież poczułaby, gdyby było z nią źle… Ale jej ciało wciąż zdawało się tak odległe. Nie czuła prawie nic.

— Wyzdrowieję…

— Proszę cię, Raisa, odpoczywaj. Po prostu odpoczywaj.

Jeszcze jedno strącenie, tylko jedno…

— Dodia, jeśli nie mogę latać, to co będę robić?

— Raisa! — zawołał głos z drugiego końca rzędu.

— Ina! — odkrzyknęła pilotka najgłośniej, jak mogła.

Skrzydłowa pobiegła przed siebie, a gdy nie mogła znaleźć krzesła, po prostu uklękła przy łóżku.

— Raisa, och, Raisa! Owinęli cię jak mumię. — Przez chwilę poprawiała koce i schowała z powrotem kosmyk włosów wyglądający spod bandaży na głowie. Potem znów poprawiła koce. Kochana, słodka Ina.

— To jest mój brat, Dawid.

Ina aż otworzyła szerzej oczy, ale Raisa nie zdążyła wyjaśnić, że „zaginiony w akcji” czasem naprawdę znaczy „zaginiony”, zanim Dawid wstał i zaoferował Inie krzesło. Nie chciała usiąść, więc stali po przeciwnych stronach łóżka, patrząc na siebie ponad posłaniem Raisy. Skrzydłowa w końcu wyciągnęła rękę, a Dawid wytarł dłoń o spodnie, zanim ją uścisnął. Tak, to do niego podobne.

— Raisa tyle mi o tobie opowiadała — stwierdziła Ina.

— A o tobie pisała.

Skrzydłowa tylko się zaczerwieniła. Dobrze. Może jednak wyjdzie z tego coś dobrego.

* * *

Powinna się cieszyć. W końcu spełniło się jej życzenie.

Raisa stała na peronie, czekając na pociąg, który miał ją zabrać z Woroneża. Rękę wciąż miała na temblaku i ciężko wspierała się na lasce. Nie była w stanie nieść własnych bagaży.

Kłóciła się z dowództwem o to zwolnienie. Powinni byli wiedzieć, że nie da się zbyć tak łatwo — nie wiedzieli, ile musiała przejść, by w ogóle wsiąść do kokpitu. Wciąż pisała listy i nachodziła ich osobiście, aż w końcu nie mogli jej po prostu odmówić. Zastanawiała się, czy w ten sam sposób nie sprowadziła Dawida z powrotem: pisała do niego listy tak długo, że w końcu musiał wrócić.

Gdy w końcu zaoferowali jej kompromis — miała uczyć nawigacji w bazie nieopodal Moskwy — zgodziła się natychmiast. Oznaczało to, że nawet z laską i temblakiem, choć nie była w stanie iść prosto ani nieść własnego sprzętu, wciąż mogła nosić mundur, wstęgi i medale. Wciąż mogła chodzić z podniesioną głową.

Ale ostatecznie musiała przyznać, że już nigdy więcej nie poleci, a przynajmniej nie z misją bojową.

— Na pewno dasz sobie radę? — spytała Ina, która przyszła ją odprowadzić na stację. Dawid wrócił do swojego pułku, ale podsłuchała, jak obiecują sobie nawzajem, że będą do siebie pisać.

— Wszystko w porządku,

Oczy Iny błyszczały, jakby były pełne łez.

— Zrobiłaś się taka milcząca. Przyzwyczaiłam się, że wiecznie dokądś biegniesz, jak rozwścieczony kogut.

 

Raisa aż się uśmiechnęła.

— Będziesz do mnie pisać?

— Oczywiście. Jak najczęściej. Przekażę ci wszystkie plotki.

— Tak, muszę wiedzieć dokładnie, ile samolotów jeszcze strąci Lilia Litwiak.

Zaledwie po kilku miesiącach Raisa przeczytała w gazecie, że Lilię zestrzelono nad terytorium wroga, a jej samolotu i ciała nigdy nie odnaleziono. Pierwsza kobieta as zamiast bohaterką została ogłoszona dezerterką. Ale teraz jeszcze nikt o tym nie wiedział.

Pociąg zagwizdał w oddali, było już słychać, jak z turkotem nadjeżdża po torach.

— Na pewno dasz sobie radę? — spytała Ina, a jej głos zabrzmiał niemal błagalnie.

Raisa zapatrzyła się w dal — ostatnio często jej się to zdarzało. Wiatr unosił jej ciemne włosy, gdy patrzyła przez pole, ponad zburzonym miastem, w kierunku bazy. Miała wrażenie, że gdzieś w górze słyszy ich silniki.

— Zawsze wyobrażałam sobie, że zginę w wypadku albo zestrzelona przez wroga. Że wyjdę z tej wojny zwycięsko albo zginę bohaterską śmiercią. Nigdy nie sądziłam, że mogę zostać… kaleką. Że wojna będzie się toczyć dalej, tylko beze mnie.

Ina dotknęła jej ramienia.

— No cóż, my się cieszymy, że jednak żyjesz. Wszyscy, a zwłaszcza Dawid.

— Tak, bo inaczej nie wiedziałby, jak to przekazać rodzicom.

— Jesteś makabryczna.

Pociąg nadjechał, a bagażowy pomógł Raisie wnieść walizki.

— Uważaj na siebie — powiedziała do przyjaciółki. — Wyszkol sobie dobrą skrzydłową.

— Będę za tobą tęsknić.

Uściskały się, mocno, ale ostrożnie. Ina została na peronie jeszcze przez chwilę, by upewnić się, że Raisa dokuśtykała bez przeszkód do swojego fotela. Machała jej ręką, póki pociąg nie zniknął z oczu.

Siedząc w pociągu i wyglądając przez okno, Raisa zobaczyła dwa samoloty, których wcześniej wypatrywała. Dwa jaki, prawdopodobnie zmierzające na lotnisko. Ale poprzez stukot pociągu nie słyszała warkotu silników. Może to i lepiej.

Przetłumaczyła Krystyna Chodorowska

JOE R. LANSDALE
Zapasy z Jezusem

(WRESTLING JESUS)

Płodny teksaski pisarz Joe R. Lansdale zdobył Edgar Award, British Fantasy Award, American Horror Award, American Mystery Award, International Crime Writer’s Award oraz sześć nagród imienia Brama Stokera. Chociaż przypuszczalnie najlepiej znany z horrorów i thrillerów, takich jak The Nightrunners, Bubba Ho-Tep, The Bottoms, The God of the Razor i The Driver-In, pisze również popularne cykle detektywistyczne o Hapie Collinsie i Leonardzie Pine — Savage Season, Mucho Mojo, The Two-Bear Mambo, Bad Chili, Rumble Tumble, Captains Outrageous — a także jest autorem powieści westernowych: Texas Night Rider i Blooddance, oraz zupełnie niepoddających się klasyfikacji międzygatunkowych powieści: Zeppelins West, The Magic Wagon oraz Flaming London. Inne jego książki to Dead in The West, The Big Blow, Sunset and Sawdust, Acts of Love, Freezer Burn, Waltz of Shadows, The Driver-In 2: Not Just One of Them Sequels i Leather Maiden. Pisał także powieści do takich cykli, jak Batman i Tarzan. Wiele jego opowiadań zostało zebranych w tomach: By Bizarre Hands, Tight Little Stitches on a Dead Man’s Back, The Shadows Kith and Kin, The Long Ones, Stories by Mama Lansdale’s Youngest Boy, Bestsellers Guaranteed, On the Far Side of the Cadillac Desert with the Dead Folks, Electric Gumbo, Writer of the Purple Rage, Fist Full of Stories, Steppin’ Out, Summer ’68, Bumper Crop, The Good, the Bad and the Indifferent, Selected Stories of Joe R. Lansdale, For a Few Stories More, Mad Dog Summer: And Other Stories, The King and Other Stories, Deadman’s Road, dzieła zebrane — Flaming Zeppelins: The Adventures of Ned the Seal i High Cotton: the Collected Stories of Joe R. Lansdale. Jako wydawca opublikował antologie: The Best of the West, Retro Pulp Tales, Son of Retro Pulp Tales, Razored Saddles (współautor Pat LoBrutto), Dark At Heart: All New Tales of Dark Suspense (z żoną Karen Lansdale), The Horror Hall of Fame: The Stoker Winners, oraz antologię w hołdzie Robertowi E. Howardowi — Cross Plains Universe (ze Scottem A. Cuppem). Antologia poświęcona dziełom Lansdale’a nosi tytuł Lords of the Razor. Jego najnowszymi dziełami są dwie kolejne powieści z cyklu o Hapie i Leonardzie — Devil’s Road i Hyenas, książki Damaged by Choice, Edge of Dark Water, nowy zbiór opowiadań Shadows West (z Johnem L. Lansdale’em); jest także wydawcą dwóch nowych antologii: Crucified Dreams i The Urban Fantasy Anthology (z Peterem S. Beagle’em). Mieszka z rodziną w Nacogdoches w Teksasie.

W poniższym opowiadaniu poznaje nas z najwspanialszą niegrzeczną dziewczyną, z kobietą obdarzoną czarną magią i niezwykłym seksapilem, zwracającym uwagę każdego napotkanego mężczyzny, z kobietą jak lśniące czerwone robaczywe jabłko, z taką, która może sprawić, że ksiądz, zobaczywszy ją na ulicy, pójdzie do domu i poderżnie sobie gardło. Jednym słowem: z postacią, jaką mógł wymyślić tylko Lansdale.

ZAPASY Z JEZUSEM

Najpierw zabrali Marvinowi torbę z lunchem, potem pieniądze, a później skopali mu tyłek. Gdyby ten łomot umieścić na skali od jednego do dziesięciu, Marvin odczuł to jako czternastkę. Wziął jednak pod uwagę, iż bicie było częściowo niekonsekwentne, gdyż jeden z napastników przerwał na chwilę, by zapalić papierosa, a dwaj z nich wydawali się później zmęczeni i byli zdyszani.

Leżąc i czując smak krwi, zabawiał się myślą, że zrobienie sobie przerwy na szluga oraz widoczne wyczerpanie dwóch napastników pozwala odjąć punkty od ich ogólnego wyniku, w związku z czym ostateczna nota wyniosłaby zaledwie dziewięć czy dziesięć punktów zamiast czternastu.

To wszakże nie ulżyło ani trochę jego żebrom ani nie usunęło plamek wirujących mu przed oczami tuż przed tym, nim zemdlał w bólu. Gdy się ocknął, był policzkowany przez jednego z osiłków, który chciał wiedzieć, czy Marvin nie ma czasem złotych zębów. Powiedział, że nie, ale zbir uparł się, że sam chce zobaczyć, więc Marvin otworzył usta, a rabuś zajrzał do nich.

Rozczarowany bandzior zagroził, że naszcza mu do gęby albo go wydupczy, ale zarówno on, jak i jego banda byli albo zbyt zmęczeni sprawionym mu łomotem, albo nie chciało im się sikać, gdyż zaczęli się oddalać, dzieląc po drodze pieniądze na czterech. Każdy zarobił mniej więcej po trzy dolary i dwadzieścia centów, a z plecaka zabrali mu smaczną kanapkę z szynką i mały pojemnik galaretki owocowej. Była tam jednak tylko jedna plastikowa łyżeczka.

Marvinowi zaczęło się zdawać, iż zlewa się w jedno z betonem, kiedy usłyszał głos:

— Zdaje się wam, śmierdziele, że jesteście ważni, co?

Mrugnąwszy, Marvin zobaczył, iż powiedział to lekko zgarbiony staruch o nogach prostowanych na beczce, siwych włosach oraz twarzy sprawiającej takie wrażenie, jakby rozpadła się kiedyś na części, a później została złożona do kupy w ciemnym pomieszczeniu przez pijaka i sklejona kiepskim klajstrem. W jego uchu — Marvin widział prawe — rosło dosyć włosów, by zrobić z nich na drutach blezerek dla małego psa. Były to jedyne widoczne włosy tego faceta, które były czarne. Te na głowie miały barwę rybiego brzucha. Jedną ręką podtrzymywał luźne portki. Skórę miał ciemną jak orzech włoski, a usta nieco zbyt pełne sztucznych zębów. Jedną z kieszeni spodni coś wybrzuszało. Marvin pomyślał, że to mogą być jego jaja; przepuklina.

Banda zatrzymała się i zawróciła. To byli paskudnie wyglądający kolesie, mięśniaki o szerokich barach. Jeden miał wielki brzuch, ale twardy, a Marvin wiedział z najlepszego źródła, że mają też twarde pięści i jeszcze twardsze buty. Staruch miał się obudzić martwy.

Ten, który pytał Marvina o złote zęby, ten z twardym bandziochem, spojrzał na starego, odłożył na ziemię skradzioną Marvinowi torbę i zapytał:

— Do nas mówisz, dziadku?

— Jesteście jedynymi śmierdzielami, jakich widzę — odparł stary. — Wydaje ci się, że jesteś prawdziwym twardzielem, co? Każdy może pobić takiego maminsynka, jak ten dzieciak. Mogłaby to zrobić moja kaleka babcia, a ona już nie żyje od jakichś dwudziestu lat. Dzieciak ma może szesnaście, a wy, skurwiele? Dwadzieścia? Jesteście bandą gołowłosych cip.

Marvin starał się odpełznąć wstecz, żeby zejść im z oczu i nie ożywić ich zainteresowania swoją osobą, w nadziei, że mógłby uciec, kiedy tamci będą mordowali starucha. Był jednak zbyt słaby, by się czołgać. Bandzioch ruszył w stronę starca, szczerząc się i pusząc.

— Będziesz się ze mną bił sam, gnojku? Nie chcesz czasem, żeby twoja banda mnie przytrzymała?

— Wybiję ci kopniakiem resztkę prawdziwych zębów, meksykańcu — powiedział Bandzioch.

— Nie mam już własnych, więc wal śmiało.

Chłopak podszedł i chciał kopnąć starego, ale ten zbił jego nogę lewą ręką, nie puszczając ani na chwilę portek podtrzymywanych prawą, a potem rąbnął go mocnym lewym prostym w usta, rozkrwawiając mu wargi i powalając go na ziemię. Kiedy Bandzioch usiłował wstać, stary kopnął go mocno w tchawicę. Brzuchol padł, dławiąc się i ściskając za gardło.

— A wy, dziewczynki? Macie ochotę, małe cipki?

Małe cipki pokręciły głowami.

— To dobrze — pochwalił stary i wyjął z kieszeni łańcuch. To było owo wybrzuszenie, nie przepuklinowe jądro. Drugą ręką wciąż trzymał spodnie.

— Mam tutaj kompensator. Owinę wam tego skurwiela wokół głów jak łańcuch kotwiczny. Chodźcie tutaj, podnieście pana Dziurę w Dupie i zabierzcie go ode mnie, ale szybko.

Trzej chłopcy postawili Pana Dziurę w Dupie alias Twardy Bandzioch na nogi, a kiedy to zrobili, staruch przysunął do niego twarz i powiedział:

— Nie wracaj tutaj. Nie chcę cię więcej widzieć.

— Pożałujesz tego, meksyku — odparł Bandzioch, po którego ustach i brodzie spływała krew.

Stary opuścił łańcuch na ziemię i trzasnął ponownie Bandziocha lewym prostym, łamiąc mu nos i rozbryzgując krew po całej gębie.

— Co ty masz w uszach, kurwa? — zapytał. — Błoto? Co? Masz tam błoto? Słyszysz, że do ciebie mówię? Adios, dupku.

Trzej chłopcy i Twardy Bandzioch, który się chwiał, odeszli w głąb ulicy i zniknęli z pola widzenia.

Starzec spojrzał w dół na Marvina, który wciąż leżał na ziemi.

— Gorzej obrywałem od mojej starej matki, a nie miała jednego ramienia. Wstawaj, do diabła.

Marvinowi udało się podciągnąć stopy pod siebie, co uznał za wyczyn równy jedynie wzniesieniu jednej z wielkich piramid.

— Po coś tutaj przylazł? — zapytał starzec. — Wszyscy w tej okolicy to zwykłe gówno. Wyglądasz na dzieciaka, który przyszedł z lepszej dzielnicy.

Marvin pokręcił głową.

— Nie — odparł. — Jestem stąd.

— Od kiedy?

— Od tygodnia.

— Taaa? Przeniosłeś się tutaj celowo czy zgubiłeś mapę?

— Celowo.

— No cóż, mały. Może lepiej pomyśl o wyprowadzeniu się stąd.

Nie było nic takiego, czego Marvin pragnął bardziej, niż się stąd wynieść. Ale matka powiedziała, że nie ma mowy. Nie mieli pieniędzy. Nie, od czasu śmierci ojca. To ich siekło, i to mocno, ta sprawa ze śmiercią. Ojciec Marvina dobrze zarabiał w fabryce, ale potem umarł, i od tamtej pory ich życie toczyło się po równi pochyłej szybciej niż mały czerwony wagonik, wyładowany cegłami. On i jego matka musieli zostać tu, gdzie byli, i nie było nic więcej do powiedzenia na ten temat. Krokiem w dół byłoby dla nich kartonowe pudło z widokiem. A stopniem w górę wkładki w butach.

— Nie mogę się przenieść. Mamy na to nie stać. Zarabia praniem.

— No cóż, to lepiej naucz się o siebie walczyć — powiedział stary. — Jeśli nie, to możesz się ocknąć ze spodniami wokół kostek i dupą niczym półmisek obiadowy.

— Naprawdę to robią?

— Są do tego zdolni — odparł starzec. — Lepiej naucz się bić.

— Możesz mnie nauczyć?

— Czego?

— Bić się.

— Nie mogę. Muszę podtrzymywać gacie. Załatw sobie kij.

 

— Mógłbyś mnie jednak uczyć.

— Nie chcę, mały. Mam pełnoetatowe zajęcie, polegające na tym, że cały czas staram się oddychać. Mam, kurwa, niemal osiemdziesiąt lat. Od pięciu powinienem być pokarmem dla robaków. Posłuchaj. Trzymaj się stąd z daleka, a jeśli nie możesz, to… No cóż, powodzenia.

Podtrzymując jedną ręką gacie, stary odszedł, powłócząc nogami. Marvin przyglądał mu się chwilę, a potem uciekł. Jego plan polegał na przetrwaniu tygodnia, do początku wakacji, a potem siedziałby w domu aż do początku zajęć na jesieni. Do tego czasu udałoby mu się może ułożyć nowy plan.

Miał nadzieję, że z czasem chłopaki stracą zainteresowanie biciem go albo zostaną zabici w jakiś okropny sposób, albo sami się wyniosą. Podejmą pracę, chociaż miał całkiem jasny pogląd, że karierę już zaczęli — zawodowych bandytów.

Powiedział matce, że się przewrócił. Uwierzyła mu. Była zbyt zaabsorbowana zapewnianiem im utrzymania, by myśleć inaczej, a on i tak nie chciał, żeby wiedziała. Nie chciał, żeby wiedziała, że nie potrafi o siebie zadbać i że jest chodzącym workiem treningowym. Prawda była taka, że nie przejmowała się zbytnio jego problemami. Miała pracę i przyjaciela, malarza pokojowego. Malarz był wysokim, chudym facetem, który przychodził, oglądał telewizję, pił piwo, a potem szedł z jego matką do łóżka. Czasami, kiedy spał na sofie, słyszał ich stamtąd. Nie pamiętał, by słyszał kiedykolwiek coś podobnego, kiedy żył ojciec, i nie wiedział, co o tym myśleć. Kiedy robiło się naprawdę głośno, owijał głowę poduszką i próbował zasnąć.

* * *

W czasie lata zobaczył w Internecie reklamówki, jak zyskać tężyznę fizyczną, i kupił płytę DVD. Zaczął robić pompki, przysiady i inne ćwiczenia. Nie miał forsy na hantle, których użycie sugerowało nagranie. Kosztowało go całe te niewielkie oszczędności, jakie udało mu się zgromadzić, głównie po pięć czy dwadzieścia pięć centów to tu, to tam. Drobne, które dawała mu matka. Uznał jednak, że jeśli te oszczędności ocalą go przed laniem, to było to warte każdego grosza.

Marvin był wytrwały w swoich ćwiczeniach. Poświęcał im się bez reszty, i wkrótce jego matka wspomniała, że zdaje się sprawiać wrażenie silniejszego. Marvin też tak uważał. Prawdę mówiąc, istotnie dorobił się muskulatury. Ramiona miał węźlaste, brzuch płaski, a mięśnie ud i łydek się powiększyły. Potrafił uderzać prostymi z obu rąk. Znalazł w sieci wskazówki, jak to robić. W następnej kolejności zamierzał poćwiczyć podbródkowe, może sierpy, ale póki co znał proste.

— Dobra — powiedział do lustra. — Mogą przyjść. Jestem gotowy.

* * *

Jesienią, pierwszego dnia szkoły, Marvin wracał do domu tą samą drogą co tamtego brzemiennego w skutki dnia, kiedy zebrał łomot. Nie bardzo wiedział, co myśleć o tym, co robi. Z jednej strony liczył na to, że nigdy więcej tamtych nie zobaczy, a z drugiej czuł się teraz silny, czuł, że może dać sobie radę.

Wsadził rękę do kieszeni i poszperał wśród pieniędzy, które w niej miał. Niezbyt wiele. Jakiś dolar w drobniakach. Kolejna forsa oszczędzona z tego, co dawała mu matka. I miał plecak. Mogą tego chcieć. Musiał pamiętać, by się go pozbyć, odłożyć na bok, gdyby musiał się bić. Niczego, co by mu przeszkadzało.

Kiedy znalazł się tam, gdzie to się wcześniej zdarzyło, na miejscu nie było nikogo. Poszedł do domu, czując lekkie rozczarowanie. Miałby ochotę walnąć ich łbami o siebie.

* * *

Szansę dostał trzeciego dnia po szkole.

Tym razem było ich tylko dwóch. Bandzioch i jeden z cwaniaków, który był z nim tamtego razu. Kiedy go zauważyli, Bandzioch uśmiechnął się i ruszył szybko ku Marvinowi, a szczur postępował za nim, jakby liczył na ochłapy.

— No, no — odezwał się Bandzioch, podszedłszy blisko. — Pamiętasz mnie?

— Tak — odparł Marvin.

— Nie jesteś zbyt bystry, co, mały? Myślałem, że się wyprowadziłeś. Sądziłem, że nigdy więcej nie będę miał okazji, żeby ci znowu dołożyć. Tamten staruch, chcę, żebyś wiedział, wziął mnie przez zaskoczenie. Mógłbym go stłuc na kwaśne jabłko.

— Nie dasz rady mnie, a co dopiero jemu.

— Och, więc przez lato urosły ci jaja.

— Duże.

— Duże, co? Mogę ci zabrać ten plecak i zmusić cię do całowania moich butów. Mogę ci kazać, żebyś mnie pocałował w dupę.

— To ja zamierzam skopać ci dupsko — oświadczył Marvin.

Mina prześladowcy się zmieniła, a potem Marvin nie pamiętał już wiele z tego, co nastąpiło.

Ocknął się dopiero wtedy, gdy Bandzioch pochylał się nad nim, mówiąc:

— A teraz, całuj to. I przyłóż się. Miło by było z języczkiem. Jeśli tego nie zrobisz, to obecny tutaj Pogo wyjmie nóż i urżnie ci ptaka. Słyszysz?

Marvin spojrzał na Bandziocha. Ten opuścił spodnie i kucnął nad nim, oparłszy dłonie na kolanach, a jego odbyt mrugał do Mar vina. Szczur grzebał jego w plecaku, rozrzucając na boki różne przedmioty.

— Liż, albo cię potnie — rozkazał Bandzioch.

Marvin wykasłał nieco krwi i spróbował odpełznąć w bok.

— Liż — powiedział Bandzioch. — Liż, aż mi będzie miło. Dalej, chłopcze. Zaznaj smaku gówna.

Czyjaś stopa wniknęła z rozmachem między uda Bandziocha, zderzając się z jego jajami z dźwiękiem, jaki wydaje rozpryskujący wodę ogon bobra. Bandzioch krzyknął i przewrócił się do przodu na głowę, jakby zamierzał zrobić stójkę na rękach.

— Za żadne skarby tego nie rób, mały — rozległ się głos. — Lepiej dać sobie poderżnąć gardło.

To był staruch. Stał obok. Tym razem nie podtrzymywał portek. Miał pasek.

Pogo ruszył na starego z szerokim prawym sierpowym. Zdawało się, że starzec nie wykonał żadnego zamaszystego ruchu, ale jakimś cudem zanurkował pod ramieniem tamtego, a kiedy się wyprostował, hak, którego Marvin nie przećwiczył, był widoczny w pełnej krasie. Cios dosięgnął podbródka, rozległ się trzask i zdawało się, że szczur Pogo stracił na moment głowę. Impet uderzenia naciągnął mu szyję, jakby była z gumy. Z ust wyleciała ślina i Pogo padł na beton jak tłumok.

Stary podszedł chwiejnie do Bandziocha, który ze spodniami wokół kostek stał na czworakach, usiłując się podnieść. Staruch kopnął go dwa razy między nogi. Kopniaki nie były czyste, ale potężne. Bandzioch zesrał się i padł na twarz.

— Musisz się podetrzeć — zauważył stary. Ale Bandzioch nie słuchał. Leżał na betonie, wydając dźwięki próbującej zastartować ciężarówki.

Stary obrócił się i spojrzał na Marvina.

— Zdawało mi się, że jestem gotowy — powiedział Marvin.

— Nie jesteś nawet blisko, mały. Jeśli możesz chodzić, chodź ze mną.

Marvin był w stanie iść, ledwo.

— Masz w sobie pewność siebie — stwierdził stary. — Od razu to dostrzegłem. Ale nie masz dla niej żadnych podstaw.

— Trochę trenowałem.

— Taaa, no cóż, pływanie na sucho to nie to samo co wejście do wody. Są rzeczy, które możesz po prostu robić w powietrzu albo z partnerem, co czyni wielką różnicę, ale ty nie masz o niczym pojęcia. Gdybym się tutaj nie zjawił, lizałbyś komuś dziurę w dupie, nazywając to lodowym rożkiem. Coś ci powiem, synu. Nigdy tego nie rób. Nie, chyba że to kobiecy tyłek, a ty zostałeś o to poproszony. Jeśli ktoś chce cię zmusić do uczynienia czegoś podobnego, zdechnij najpierw. Zrobisz to raz, a przez resztę życia będziesz czuł w ustach smak gówna.

— Myślę, że to lepsze, niż być martwym.

— Nieee, ani trochę. Coś ci powiem. Miałem kiedyś pieska. Był malutki, ale serce miał jak wszystkie inne wagabundy. Chodziłem z nim na spacery. Pewnego dnia szedł ze mną, niezbyt daleko stąd, w istocie, a w kubłach węszył owczarek niemiecki. Groźnie wyglądające stare psisko, które ruszyło na mojego małego. Wabił się Mike. I to była cholerna walka. Mike się nie poddał. Walczył do śmierci.

— Został zagryziony?

— Nie, owczarek zginął.

— Mike zabił owczarka?

— Nie. Oczywiście, że nie. Jaja sobie z ciebie robię. Rąbnąłem go znalezioną dechą. Ale morał z tego taki, że musisz dać z siebie wszystko i mieć nadzieję, że obok ciebie jest ktoś z deską.

— Mówisz, że ja to Mike, a ty facet z drągiem?

— Mówię, że gówno wiesz o biciu się. Tylko tyle.

— Co się stało z Mikiem?

— Potrąciła go ciężarówka, którą gonił. Był twardy i wyrywny, ale rozumu nie miał za grosz. Trochę jak ty. Pomijając to, że nie jesteś twardy. I kolejna wada, jaką masz, to że nie jesteś psem. Inna sprawa, że uratowałem cię dwa razy, więc jesteś mi coś winien.

— Co takiego?

— No cóż, chcesz się nauczyć bić, zgadza się?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?