ObiadTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Obiad
Obiad
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,98  18,38 
Obiad
Obiad
Audiobook
Czyta Mirella Biel
14,99  11,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Odnous

Obiad

Saga

Obiad

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 0, 2021 Barbara Odnous i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726893564

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Obiad

[129 926 zzs]

Niebo niosło zapowiedź nieszczęścia. Czarnogranatowe chmury sunęły ociężale nabrzmiałe deszczem. Nadciągały od zachodu ‒ jak rozcapierzone pazury bestii szykującej się rozgnieść łapą miasto. Zanim goście Józefa H. dopili poobiednią kawę, chmury przechyliły brzegi i wylały całą swoją zawartość w samo centrum polskiego wschodniego miasteczka.

Józef H. przyjął atak żywiołu jako nieuchronne następstwo zdarzeń minionego tygodnia. U ich początku stało Słowo.

Słowo przyszło do Józefa H. pewnego sierpniowego przedpołudnia.

─ Józik, na miłość boską, czy ty zniesiesz w końcu pawilon i huśtawkę. Lato już się prawie kończy, prawda, ale przecież jeszcze Ewa z dziewczynkami przyjadą na tydzień, a i sam byś się kawy wygodnie w ogródku napił, w cieniu, pod pawilonem, nie w pełnym słońcu ─ powiedziała przy śniadaniu Sabina, z którą Józef H. dzielił życie od kilkudziesięciu lat.

─ Amerykańskie zwyczaje z tymi huśtawkami.

Zaburczał w odpowiedzi Józef H.:

‒ Kiedyś przy chałupie rosły malwy, pod oknem kwitły nasturcje, a z ogródka, pamiętam jak dziś, matka przynosiła szczaw albo rabarbar. A teraz, gdzie nie spojrzeć, wszędzie huśtawki, parasole, trampoliny i inne pierduły, a miętę na pierogi to Ewa z supermarketu z Lublina musi przywozić.

Józef H. narzekał wyłącznie z wrodzonej przekory. Wiedział, że żona miała rację. Była druga połowa sierpnia, a u nich ogrodowy sprzęt ciągle leżał na strychu. Warto byłoby choć sprawdzić, czy go jaka pleśń nie zjada. Tyle że Józefowi H. zwyczajnie nie chciało się włazić na poddasze. Tym bardziej że właściwie nie miał dla kogo letnich klamotów znosić. Ewa, starsza z córek, razem z wnuczkami pojechała do męża do Niemiec, żeby dzieciaki choć w wakacje nacieszyły się ojcem, natomiast młodsza córka, Gosia, odkąd z nauczycielki zrobiła się handlowcem w zachodnim koncernie, mieszka we Wrocławiu i przyjeżdża bardzo rzadko. A przecież im, starym, i pawilon, i huśtawka mało potrzebne. Wprawdzie Sabina lubi zaprosić sąsiadki na plotki do ogródka i marudzi, że nie ma gdzie uciec od słońca, ale teraz to nawet strach wynieść delikatne mebelki. Ta pogoda taka zwariowana. Na przemian skwar i monsunowe deszcze. Rano cicho-parno, a w południe gradobicie. I czy kto widział, żeby pod koniec sierpnia było cieplej niż na początku lata?

Sabina drążyła jednak temat.

─ Pewnie. Huśtawka zła, bo to męska robota ją złożyć. Trawnik koło domu też zły, bo to męski obowiązek go skosić. Co innego ogródek. Ogródek koło domu, ogródek w polu, a ty babo w kółko siej, piel, gotuj, pierz, sprzątaj a mąż w tym czasie świat z kolegami w barze przy piwie naprawia. To ja już wolę tę Amerykę.

Żona Józefa H. udawała oburzenie tylko dla niewinnego poprzekomarzania się. Ich małżeństwu nie groziło nic od dawna, choć postronny obserwator mógłby fałszywie wnioskować, że tych dwoje ciągle się kłóci. Józef H. święcie wierzył, że takie niewinne sprzeczki pozwolą mu zachować sprawność umysłu do późnej starości, a w żonie znalazł godnego partnera. Sabina mężowskich zaczepek nie traktowała nigdy poważnie, zaś dzień obudzony szczyptą humoru, choćby i zjadliwego, nabierał dla niej tempa.

Ranek w ich domu, odkąd oboje przeszli na emeryturę, wyglądał zawsze tak samo. Sabina wstawała pierwsza i po krótkiej toalecie zabierała się za przygotowanie śniadania. Kiedy wchodziła do kuchni, wstawał Józef H., szedł do łazienki, golił się, po czym siadał za kuchennym stołem i czekał, obserwując krzątającą się przy kuchni żonę.

Stałość świata opierała się dla niego na tym widoku. Gdzieś tam szalały huragany i powodzie, terroryści szykowali kolejne zamachy, głód i AIDS zbierały żniwo w Afryce, ale dopóki Sabina bezbłędnie wykonywała swój poranny taniec smażenia jajecznicy, dopóty Józef H. miał pewność, że słońce zatoczy zwykły krąg i żadna globalna plaga nie dotknie, ba, nie muśnie nawet małego wschodniego miasteczka, w którym całe życie przemieszkał.

Józef H. oglądał kiedyś w telewizji tancerki z Tajlandii w rytualnym tańcu. Śniadolice dziewczyny w jaskrawo wzorzystych szatach wykonywały – wystudiowane przez lata ćwiczeń – zawsze takie same ruchy rąk i tułowia. Pewnego dnia, czekając jak zwykle na śniadanie, doszedł do wniosku, że Sabina w swoim kwiecistym szlafroku zachowuje się w kuchni dokładnie tak samo jak tamte tancerki na ekranie, tyle że jej układ tańca wyznaczyła nie wiekowa tradycja, ale organizacja pracy w kuchni. Od tamtej pory Józef H. nazywał żonę po cichu swoją tajską tancerką. Po cichu ─ nie był bowiem pewien, czy w pojęciu tajskiej tancerki nie kryje się odrobina sprośności, na którą by sobie nigdy nie pozwolił. Gdy w końcu odważył się podzielić spostrzeżeniem z Sabiną, ta wybuchła szczerym śmiechem.

─ Marzy ci się ryżowa żona na starość?

Zakpiła:

– A kto by ci gotował ukochane kluchy i pierogi? Ty myślisz, że Tajki po pierogach mogłyby tak biodrami kręcić?

─ Tańcz to śniadanie szybciej, tańcz.

Zaburczał wówczas dobrodusznie Józef H., starając się, aby ostatnie słowo w rozmowie należało jednak do niego.

Jeśli Józef H. czegoś się jeszcze w życiu obawiał, to właśnie dnia, kiedy ten rytuał ulegnie zaburzeniu. Nieuchronnie przyjdzie taki ranek, kiedy Sabina zmieni układ porannego tańca: po raz pierwszy rozsypie sól albo upuści jajko, może talerz, a być może w ogóle nie wejdzie do kuchni i ─ jeżeli oczywiście Józef H. sam tego dnia dożyje – w tym momencie świat się zatrzyma i życie potoczy się inaczej. Nie wiedział, jak, ale był pewien, że inaczej. I to „inaczej” wywoływało u niego lęk, skrywany gdzieś głęboko w trzewiach.

Na szczęście dzisiaj wszystko szło normalnym trybem. Sabina jak zwykle sięgnęła najpierw po patelnię i… rozpoczęła swoje misterium tańca jajecznicy. Józef H. obserwował żonę uważnie. Płynność jej ruchów napełniała go błogim spokojem.

Po śniadaniu Józef H. pomógł Sabinie sprzątnąć ze stołu, wypalił na ławce przed domem papierosa, jedynego, na którego pozwalał sobie w ciągu całego dnia, i poszedł na strych po letnie graty.

DZIADEK

Wejście na poddasze w domu Józefa H. to była prawdziwa podróż w czasie. Strych pamiętał nie tylko jego ojca, ale i dziadka, którego Józef H. nie zdążył poznać, choć odziedziczył po nim i imię, i dom, i ziemię.

Dziadkowi przyszłość wyznaczył od maleńkości dworski kierat 1 , w którym poganiał konie w szerokich parcianych 2 gaciach. Chwila nieuwagi wystarczyła, żeby maszyna wciągnęła portki i dzieciak stracił stopę. A cóż był wart na wsi chłop bez nogi. Na szczęście pomógł dziedzic, właściciel pobliskiego folwarku, i dziadek został wysłany do swojego wuja, szewca w Warszawie, na naukę zawodu, w którym brak stopy nie był wielką przeszkodą. Trzeba przyznać, wykorzystał szansę, a że talentu w rękach los mu nie poskąpił, po powrocie do domu na wieś szybko zaczął nie tylko łatać, ale i obstalowywać 3 buty okolicznym gospodarzom. Wkrótce wyrobił sobie na tyle dobrą markę, że zwiedzieli się o nim domokrążni kupcy z głębi rosyjskiego imperium 4 . Gdy zaczęli regularnie przyjeżdżać ─ wczesną wiosną po kamaszki i sandały a późnym latem po skórzane oficerki, wykłócając się zawsze o „choć jeszcze jedną parę” ─ szewski interes rozkwitł na dobre, a dziadek szybko znalazł sobie gospodarną żonę i przeniósł się z warsztatem do pobliskiego miasteczka. Z czasem stać go było nawet na czesne w gimnazjum dla syna jedynaka, ale ponieważ ten nie wykazywał zbytniego zamiłowania ani do nauki, ani do rzemiosła, dziadek szybko przestał płacić za szkołę i kupił szmat ziemi w pobliżu miasteczka. „Gospodarz” zawsze brzmiało dla niego lepiej niźli „szewc”, choćby najbogatszy. Nie zwlekając też, postawił na kupionym gruncie solidne murowane budynki.

Dziadek spieszył się, jakby przewidując, że szczęście i dobrobyt nie mogą trwać wiecznie. I faktycznie, wkrótce przyszła wojna, zrazu zwana wielką, a później już tylko pierwszą, a w ślad za nią przyszedł kres rynku wschodniego i kupcy przestali przyjeżdżać po dziadkowe buty. Okolica wypełniła się za to różnojęzycznym wojskiem. Z żołnierzami przyszedł i tyfus, który zabrał dziadka. Dziadek rozpoczął gospodarzenie na niebieskich pastwiskach, a na ziemi pozostawił po sobie dom: budynek z białego wapienia, w który obfituje okolica. Wyróżniał się tym, że nie był kryty strzechą, tylko blachą, co było wówczas oznaką sporej zamożności.

DOM

Dom dziadka mieścił w sobie duży pokój oraz dwie kuchnie. W tej, zwanej letnią ─ z polepą 5 zamiast podłogi i chlebowym piecem – życie toczyło się od późnej wiosny do jesieni. W zimie nieogrzewane pomieszczenie służyło za podręczną lodówkę; tylko przed świętami w chlebowym piecu piekło się świąteczne ciasta. W drugiej kuchni ─ zimowej – rodzina spała przez cały rok, ale gotowało się w niej i jadło tylko od jesieni, najczęściej od wykopków 6 , do późnej wiosny.

 

W kuchni zimowej, czyli w tym całorocznym pomieszczeniu, najważniejsza była oczywiście sama kuchnia: ceglana i z paleniskiem na cztery fajerki, przechodzącym w szeroką metalową płytę, służącą do odstawiania gorących garnków. Ta ceglana kuchnia cała obłożona była białymi błyszczącymi kaflami. Część ściany przylegającej do kuchni też była cała obłożona kaflami. Nie dla urody. Po wyciągnięciu odpowiedniego szybra 7 ciepło z paleniska rozchodziło się po kanałach w ścianie, dogrzewając całe pomieszczenie nawet wtedy, gdy pod fajerkami ogień już zgasł ‒ kafle mają tę cudowną właściwości, że długo trzymają ciepło. Pod tą kaflową ścianą stała długa ławka. W zimie, kiedy pod fajerkami płonął ogień, siedzący na ławce przy gorącej ścianie człowiek mógł oprócz przemarzniętych pleców rozgrzać równocześnie nogi. Wystarczyło wsunąć je do metalowej duchówki 8 , wbudowanej z boku ceglanej kuchni, między paleniskiem i ogrzewaną ścianą. Jej opadające do dołu drzwiczki były zawsze otwarte ‒ w oczekiwaniu na przemoczone buty albo drwa do wysuszenia. Uwielbiały tu też stroszyć swoje futra koty.

Kaflowa część ściany kończyła się drewnianymi drzwiami pomalowanymi na biało, zwykle zamkniętymi na klucz, strzegły bowiem dostępu do bogato umeblowanego, choć za czasów dziadka rzadko używanego pokoju. Wielka trzydrzwiowa szafa z lustrem, rozkładany okrągły stół, zdobiona etażerka pod oknem oraz tapczan kipiący poduchami czekały, aby spełnić ważną misję. Miały zrobić wrażenie na przyszłych teściach i podnieść wartość posagu synowej. W odpowiednim czasie spełniły zadanie. Jeśli przyjąć, że sercem dziadkowego domu była zimowa kuchnia, to jego aortę stanowiła bez wątpienia obszerna sień na przestrzał, przez którą wchodziło się zarówno do obu kuchni, jak też do podręcznej spiżarki ze schodami: i w dół ─ do małej piwniczki, i w górę ─ na strych. Te pierwsze przykrywano klapą zbitą z grubych desek, te drugie miały szerokie i stabilne stopnie, tak by dało się wygodnie wnosić ciężkie worki z mąką, cebulą albo kaszą.

Mijały lata. Syn dziadka, choć nie spieszno mu było do żeniaczki, wreszcie znalazł żonę. W pokoju przylegającym do zimowej kuchni urodził się pierworodny wnuk dziadka, czyli Józef H., potem jego siostra Helena, a budynek, jak dobrze postawiona kropka w tekście, trwał w niezmienionym stanie.

Kiedy kilka lat przed swoją śmiercią mama Józefa H. przepisała na niego budynek, Józef H. solidnie go wyremontował. Położył podłogę w letniej kuchni i zamienił ją na wygodny pokój, z obszernej sieni wykroił niewielką łazienkę z podwójnym wejściem (z sieni i z pokoju przylegającego do zimowej kuchni), a także wybudował szambo, jedno z pierwszych w okolicy. Wymienił także blachę na dachu na modny wówczas eternit.

Pierwotnie Józef H. zamierzał nadbudować całe piętro. Za Gierka, gdy wsi i wiejskim miasteczkom powodziło się całkiem nieźle, chłopi masowo opuszczali stare, najczęściej drewniane jeszcze chałupy, i przenosili się do wybudowanych tuż obok murowanych piętrowych kubików. Nazywano te budynki kubikami, gdyż najczęściej miały formę regularnego sześcianu i wyglądały jak duże kwadratowe pudełka. Niektóre nawet świeciły się w słońcu ‒ jak kartony na prezenty posypane brokatem. Był to wykwit specyficznie pojmowanego bogactwa. Miały o nim świadczyć potłuczone na drobno butelki (lub inne szkło, a nawet ceramika) dodawane do zaprawy, którą tynkowano domy.

Józefowi H. również marzyła się przeprowadzka. Chętnie wybudowałby taki kubik dla siebie, ale brakowało mu pieniędzy. Od dawna nie był już rolnikiem, a z nauczycielskiej pensji na nowy dom ciągle mu nie starczało. Postanowił więc sprzedać ziemię, którą i tak lata temu puścił w dzierżawę, wtedy jednak sprzeciwiła się jego matka.

─ Wszystko przeminie ─ powiedziała, wolno akcentując sylaby. – Człoowiek, pieeniądz w banku przeminie, a zieemia zostanie i wyda plon.

– A socjalizm? Socjalizm też przeminie?

Zapytała półgłosem Sabina, trochę zła, że teściowa miesza im w planach:

– Lepiej sprzedać, niżby mieli znowu zabrać. Wystarczy, że zabrali mojemu ojcu. Taki piękny kawał pola musiał oddać. Za darmo. Nie pamięta mama? Na szkołę niby brali, tyle że szkoły nikt nie widział, a na działce pobudował się sekretarz gminy. Trzeba sprzedać ziemię.

Nalegała Sabina. Ale matka Józefa H. nie zamierzała ustąpić. Czas pokazał, że miała rację. Już w tak zwanej wolnej Polsce ta sama ziemia, przetaksowana z rolnych hektarów w budowlane działki, z dnia na dzień nabrała wartości i Józef H. ze zdziwieniem odkrył, iż bez żadnych starań z jego strony po sprzedaży pola podzielonego na mniejsze parcele stać go było na nowy duży dom dla całej rodziny. Tym razem weto postawiła Sabina.

─ Po co nam teraz nowa chałupa? Chcesz pakować pieniądze w niepotrzebne pokoje? Kto to w zimie ogrzeje? Chyba nie sądzisz, że dziewczynki wrócą do tej pipidówy? Nawet im tego nie życzę.

Po ślubie córek Sabina podzieliła spadek po własnych rodzicach, dorzucili się teściowie córek i obie dziewczyny mogły wreszcie przyzwoicie zamieszkać na swoim – Ewa w Lublinie, Gosia we Wrocławiu – a w starym domu zrobiło się pusto.

STRYCH

Józef H. przeprowadził więc kolejny generalny remont. Dopiął się do miejskiego gazociągu, który w międzyczasie podciągnięto do miasteczka, powiększył łazienkę, wyłożył boazerią przedpokój, to jest dawną sień, a przed głównym wejściem dostawił oszklony ganek. Tylko strych, używany sporadycznie, pozostał bez zmian.

A trzeba wiedzieć, że kiedyś budowano poddasza niskie. Ot, żeby mieć gdzie worek mąki złożyć, warkocz czosnku powiesić, schować latem zimowe kożuchy lub zimą wywiesić pranie. Na takim strychu rozprostować plecy można tylko na środku, przy kominie, który zawsze musiał być wysoki, bo wyższy komin daje pod kuchnią lepszy ciąg. Im dalej od komina, tym bardziej trzeba było i kiedyś, i dziś zginać plecy. Dlatego zawsze najniższe miejsca na takim poddaszu, tuż przy zewnętrznej ścianie, zajmowały zwykle graty, których z sentymentu szkoda było spalić a po które nie było już potrzeby sięgać. U Józefa H. pod zewnętrznymi ścianami stały dwie drewniane zielone skrzynie, zamykane na czarno-metalowe skoble. Przywiozła w nich swój posag jeszcze jego babka. Resztki tego wiana: mocarne pierzyny, kapy w kolorowe pasy, ręcznie tkane ścierki, leżały w skrzyniach do dzisiaj, przesypywane od czasu do czasu przez Sabinę kiedyś naftaliną, a ostatnio lawendą.

Na tych zielonych skrzyniach Józef H. złożył zeszłej jesieni nieporęczne pudła z rozmontowanymi ogrodowym pawilonem i huśtawką. Jakiś diabeł sprawił jednak, iż dwie paczki zsunęły się między skrzynie i ścianę. O przesunięciu ciężkich komód mowy nie było. Józef H. postanowił wyciągnąć pudła za pomocą ojcowego jeszcze bosaka, który – z sentymentu – ciągle wisiał obok okna. Chwilę trwało zanim wyłowił zza skrzyń najpierw długie pudełko ze stelażem, a potem zapakowany szczelnie plastikowy worek z poduszkami do huśtawki.

Z workiem wyciągnął się jakiś ciemnobrązowy zmięty kawałek kartonu, a może sklejki albo drewna. Józef H. schylił się, żeby sprawdzić, czy to nie fragment dziadkowej jeszcze krokwi odpadł i namacał ręką coś przypominającego w dotyku raczej sztywny kawałek skóry.

─ Jóózik! Jóózik! Teleefon!

Dobiegło go z dołu wołanie żony. Nie wiedzieć czemu wsunął znalezisko do tylnej kieszeni spodni, wziął worek z poduchami i zszedł na dół.

─ Józik, aleś się guzdrał. Hela dzwoniła. Chciała z tobą rozmawiać i nie mogła się doczekać.

─ Znoszę huśtawkę, a wiesz jak się po strychu chodzi. Mam zadzwonić?

─ Nie musisz. Zaprosili się na obiad na niedzielę. Hela ma jakąś sprawę. Nie chciała rozmawiać przez telefon. Pytała tylko, czy aby się nigdzie nie wybierasz.

─ Będę, będę.

Odpowiedział Józef H. i machinalnie namacał w kieszeni znalezione coś. Chciał je od razu obejrzeć na dworze w pełnym słońcu, ale się powstrzymał. „Znowu nie złożę tych gratów i Sabina będzie marudzić” ─ pomyślał.

Zanim zniósł resztę pudeł ze strychu, wyszedł na podwórko i przez otwarte okno w warsztaciku pyrgnął znalezisko na podręczny stolik. Zmierzchało już, gdy mógł wreszcie po to coś sięgnąć.

COŚ

Józef H., posłuszny woli Sabiny, nie wybudował nowego domu, postawił sobie za to na podwórku garaż z warsztacikiem. Zaczął od wyjazdu do Lublina. Tam, w pobliżu dworca pekaesu łatwo było znaleźć Ukraińców do wynajęcia, gotowych do pracy od zaraz. Jeszcze tego samego dnia wrócił z budowlańcem, hydraulikiem i elektrykiem. Wprawdzie Sabina obawiała się, by tani robotnicy nie powrócili kiedyś nocą, już po skończeniu pracy, ale rodzimy majster byłyby o wiele droższy i Józef H. postanowił zaryzykować. Zapewnił robotnikom spanie i wyżywienie, zapłacił im z małą premią a oni szybko postawili mu budyneczek, w którym zaczął spędzać większość wolnego czasu. Garaż z warsztacikiem stały się jego męskim dominium w domu opanowanym przez kobiety.

Ściany warsztaciku obwieszone były narzędziami. Środek zajmował duży stolarski stół, drugi podręczny stolik z szufladą stał pod oknem. Przy równoległej ścianie ukraiński hydraulik zainstalował mu zlew. Miejsce między oknem a drzwiami zasłaniał regalik wypełniony butelkami. Większość z nich była pod koniec lata pusta. Na półkach stało też kilka odwróconych do góry dnem niegdysiejszych musztardówek. Ich grube, chropowate, zielonkawe szkło mogłoby niejedną męską historię opowiedzieć.

W pomieszczeniu panował wzorowy porządek. Wrzucone niedbale przez okno „coś” wprowadzało niepokój samą niezorganizowaną obecnością. Józef H. zapalił podręczną lampkę, przytwierdzoną do blatu stolarskiego stołu, rozprostował to coś otwartą dłonią i pochylił się z uwagą. Leżał przed nim fragment… No, właśnie, czego?

‒ Karton? Cienka sklejka? Co to jest? Na sklejkę za wiotkie.

Główkował.

Im dłużej się wpatrywał, tym bardziej był pewien. Tak, to kawałek pergaminu, przypominający jesienny liść pełen drobniutkich wgnieceń. Pokrywały go czarne ogonki tajemniczego pisma.

─ Dziwna rzecz.

Pomyślał, prostując plecy. Podszedł do regaliku z butelkami. Z boku, na gwoździu, wisiał wąski wężyk, zakończony z jednej strony szklaną rurką. Obok, na podłodze, z wiklinowego kosza pełnego trocin wystawała szyjka szklanego gąsiora zamkniętego korkiem do fermentacji wina. Józef H. wyjął korek, włożył szklany koniec wężyka do gąsiora, a drugim końcem wciągnął mocno powietrze. Do podstawionej butelki spłynął po ściankach krwistoczerwony płyn.

Mężczyźni nie gustują zazwyczaj w owocowym winie domowej roboty, ale Józef H. lubił słodkawo-musujący smak alkoholu powstałego z miąższu owoców, wykorzystanych wcześniej przez żonę do przygotowania soków na zimę. Każdy rok jest dla takiego wina wielką niewiadomą. Jednego lata płyn pachnie granatową cierpkością czarnych porzeczek, innego burgundowym, orzeźwiającym chłodem wiśni. W bukiecie takiego napoju można wyczuć żar lipcowego słońca i parność sadu wieczorem, i... Józef H. pociągnął łyk z butelki.

─ Jeszcze pracuje, ale zapowiada się nieźle

Powiedział do siebie półgłosem. Po czym zakorkował starannie gąsior, umył i powiesił wężyk, wziął butelkę, sięgnął po musztardówkę i wrócił do stolarskiego stołu.

Tegoroczne wczesne wino miało wyraźnie malinowy posmak. Początek lipca był upalny i maliny obrodziły nadzwyczajnie. Na dużych plantacjach dotkliwa susza wygubiła większość owoców, ale w przydomowym sadzie Józefa H. podlewane regularnie krzewy nie poniosły szkody. Sabina narobiła tyle soków, że moszcz z nich ledwo się zmieścił do pękatego gąsiora.

Józef H. upił młodego wina. Wpatrywał się teraz w leżący na stole arkusz, napełniając regularnie musztardówkę. Wkrótce półlitrówka stała pusta, ale pergamin nadal przemawiał niezrozumiałym językiem.

─ Może to jakiś list?

Józefowi H. cierpła skóra na karku.

─ E tam, po prostu kawałek pergaminu.

Uspokajał się, by za chwilę znowu ulec wątpliwościom.

 

─ Zapiski może jakieś? Notatki? Diabli wiedzą...

Serce łomotało mu szybko.

─ Ee, na zwykłą wiadomość zbyt starannie napisane. Więc może to coś ważnego? Ale jak to odczytać?

No właśnie, jak pojąć mowę tych ni to ogonków, ni przecinków, które na dodatek zawirowały nagle i obsiadły Józefa H. jak stado dokuczliwych muszek. Jeden z przecinków załaskotał go w ucho. Józef H. trzepnął ręką, ale ku jego zaskoczeniu ręka uniosła się tylko bezwładnie w powietrzu. Podobnie zresztą jak całe jego ciało, które uwolnione nagle od zwykłego sobie ciężaru, pofrunęło w górę, pchane delikatnymi powiewami wiatru. Nad głową łopotał mu wydęty balon, uszyty z upstrzonego przecinkami pergaminu.

─ Tato, tato.

Kilkuletni chłopak szarpał leżącego na łące ojca:

‒ Pamiętasz jak w sierpniu, tuż przed wojną, wylądował za miasteczkiem balon? Zleciało się mnóstwo ludzi, pamiętasz? Babka powiedziała wtedy: „Koniec świata!”. Tato! Tato, co ty robisz?!

Ojciec leżał w trawie, trzymając kurczowo grubą linę przyczepioną do kosza balonu.

─ Boże, jaki ten balon ogromny. Nie utrzymasz go... ─ powiedział Józef H.

I faktycznie, nim skończył mówić, balon szarpnął i pociągnął ojca przez łąkę a potem przez niezaorane jeszcze ściernisko po pszenicy, hen, ku kartofliskom w oddali.

─ Tato, puść linę! Puść linę!

Wrzeszczał jak opętany malec, próbując dogonić ojca. Rżysko kłuło go boleśnie w stopy. Z kosza balonu gapiły się na niego dwie dziewczyny. Starsza miała czarne, kręcone włosy, wirujące na wietrze zupełnie jak ogonki na powłoce balonu. Ogonki z balonu i loki dziewczyny mieszały się, szepcząc monotonnie jakąś niezrozumiałą modlitwę. Włosy drugiej dziewczyny, wyraźnie młodszej, splecione w grube warkocze, wypełniały kosz balonu po brzegi. Dziewczyny leżały na podłodze kosza, przygniecione ciężarem warkoczy, z oczami wlepionymi to w postać uczepionego liny ojca, to w syna. Kosz balonu był z przezroczystego szkła i chłopak widział je obie wyraźnie.

– Tato, puść linę.

Chłopiec już nie krzyczał, ale zrezygnowany wyszeptał słowa jak zaklęcie i, o dziwo... Balon, uwolniony gwałtownie od ciężaru dorosłego mężczyzny, wystrzelił w górę jak z procy. Wirujące włosy starszej dziewczyny, ogonki na czaszy balonu, grube warkocze młodszej robiły się coraz mniejsze i mniejsze...

─ Czemu tak się drzesz?

Ojciec leżał na plecach wśród rozbabranego kartofliska:

‒ Podnieś mnie.

Chłopiec szarpnął z całej siły, ale nie dał rady. Podszedł od tyłu i popychając ojca za ramiona pomógł mu usiąść. Stary zwiesił głowę, dyszał. Syn poczuł lepkość na rękach, spojrzał, były uwalane krwią.

─ Tato, krwawisz!

─ To nic. To tylko ten brzuch na plecach. Za gruby jestem na takie przeciąganie po ściernisku.

─ Brzuch na plecach? Chyba garb. Garb? Ty nie jesteś…

─ Jak mówię brzuch, to brzuch.

─ Józik! Józik!

Głos dochodził z wysoka. Chłopak spojrzał w górę, ale włosy dziewczyn i ogonki z balonu przypominały już tylko drobniutką tapetę na niebie.

─ Józik! Józik!

Sabina szarpała nerwowo męża, aż poczuł na czole chropowatość stolarskiego stołu i otworzył oczy.

─ Sam się upijasz? Na starość całkiem głupiejesz. Już myślałam, że coś ci się stało.

Żona wyrzucała z siebie potoki słów:

─ Obudziłam się, patrzę a ciebie nie ma. Serce mi stanęło w gardle. Dobrze, żeś choć światło w warsztaciku zostawił, nie musiałam długo szukać. Aleś mnie wystraszył.

Przełożyła rękę męża przez swoje ramię, chwyciła go w pasie i szarpnęła do góry.

─ Jak cię zobaczyłam na tym stole, wpierw pomyślałam: „Boże, zasłabł”, dopiero potem... Patrzę, a tu pusta butelka stoi. Słowo daję, głupiejesz, sam się upijasz, sam po nocy tu siedzisz. Ech, te chłopy...

Józef H. nie odzywał się. Szedł potulnie wsparty na ramieniu żony. Nie otrzeźwił go nawet chłód sierpniowej nocy. Przed oczami wirowały mu na przemian czarne ogonki tajemniczego pisma i kwiecisty szlafrok Sabiny.

Noc spędzona w warsztaciku nie przeszkodziła Józefowi H. wstać o zwykłej porze. Obudziło go radio nastawione na siódmą. Zanim poszedł się ogolić, wysłuchał w łóżku porannych wiadomości. Gdy wyszedł z łazienki, Sabina już czekała ze śniadaniem. Przez otwarty szeroko lufcik uciekały przed słońcem do kuchni ostatki nocnego chłodu. Dzień zapowiadał się upalnie.

Po porannym papierosie Józef H. skierował kroki od razu do warsztaciku. Pergamin nadal leżał na stolarskim stole. Mężczyzna włożył go ostrożnie w skoroszyt, wygrzebany z nauczycielskich jeszcze szpargałów wypełniających szufladę w stoliku pod oknem, wziął z regaliku butelkę orzechówki, krzyknął przez okno do Sabiny, że wychodzi na godzinę do miasta i poszedł na plebanię.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?