Uściski

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Aurelia Blancard

Uściski


ISBN 978-83-8202-104-2


Copyright © by Aurelia Blancard, 2020

All rights reserved Redaktor Karolina Kaczorowska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Stała na balkonie w samej bluzie od dresu założonej na gołe ciało. Bluza była stara, rozciągnięta, z prującym się różowym napisem „Love”. Zaciskając kurczowo dłonie na metalowej barierce, Natalia słuchała toczącego się gdzie indziej życia. W pobliskim parku miejscowy zespół młodzieżowy dawał koncert z okazji zakończenia lata. Spomiędzy drzew dochodził piskliwy głos młodego wokalisty i świsty z głoś­ników. Sąsiedzi za żywopłotem świętowali nad basenem urodziny. Śpiewali „Sto lat” już czwarty raz tego wieczoru, za każdym razem coraz bardziej fałszywie. Brzęczało szkło. Jakiś mężczyzna roześmiał się głośno z pełnymi ustami, zakrztusił się, zadzwoniły kieliszki. Dzieci piszczały i kłóciły się o kolejność strzelania zabawkową dubeltówką. Po ulicy tam i z powrotem przechodziły zygzakiem roześmiane grupki młodych ludzi. Chłopak na rowerze wiózł na bagażniku długonogą dziewczynę. Na zakrętach zahaczała stopami o krawężnik i z całej siły obejmowała chłopaka w pasie.

Spod domu ruszył czarny samochód. Mężczyzna za kierownicą po raz ostatni podniósł wzrok i przez przednią szybę spojrzał na stojącą na balkonie półnagą młodą kobietę. Ale Natalia uparcie nie patrzyła w dół. Mocniej ścisnęła barierkę i wbiła wzrok w czubki drzew, spomiędzy których unosiło się teraz zawodzenie żeńskiego chórku. Czarny samochód odjechał i dopiero wtedy wychyliła się przez balkon. Powiał wiatr, pierwszy chłodniejszy podmuch jesieni. Sąsiadce z dołu zwiał z balkonu czerwoną bluzkę. Leżała na betonowym parkingu pod blokiem z rozrzuconymi na boki rękawami.

Na początku lata, z okazji swoich dwudziestych dziewiątych urodzin, których nikt z nią nie świętował, Natalia obiecała sobie, że teraz nareszcie zacznie żyć. Na trzydzieste urodziny wróci do domu i urządzi wielką imprezę. Przywiezie najlepsze francuskie wino i koniecznie kilka butelek prowansalskiego muscatu dla siostry. Ostatnio bardzo Adrianie smakował. Zaprosi dużo gości, całą rodzinę, stare i nowe przyjaciółki i chłopaka, którego już za rok na pewno będzie mieć. Obiecała sobie, że przez najbliższe dwanaście miesięcy nie zmarnuje ani jednego dnia i kolejne urodziny będzie obchodzić jako szczęśliwa, spełniona młoda kobieta, która ma całe życie przed sobą. Nie pozwoli nikomu odebrać sobie marzeń. Nawet napisała to na kartce: „Nie pozwól nikomu odebrać sobie swoich marzeń” i przypięła nad łóżkiem, ale zaraz zdjęła. Chodziła po mieszkaniu i szukała miejsca, gdzie mogłaby przylepić kartkę, tak żeby on nie zauważył. W końcu złożyła ją i schowała do książki. Nie zamierzała dłużej siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak życie przelatuje jej koło nosa. Czuła, że marnuje swoje najpiękniejsze lata i że coś ją omija. Trzeba to zmienić. I to szybko.

Tak myślała trzy miesiące wcześniej, na początku lata, siedząc samotnie na balkonie w swoje dwudzieste dziewiąte urodziny. Na błękitnym niebie świeciło słońce, powietrze stało nieruchome z gorąca, miasto Charle­ville przeżywało inwazję gigantycznych biedronek, które lądowały na rozgrzanym balkonie i łaskotały Natalię po opartych o balustradę gołych nogach. Teraz nareszcie zacznę żyć, obiecała sobie w myślach, upiła duży łyk muscatu za swoje zdrowie i pstryknięciem strzepnęła z uda biedronkę.

Kiedy znaleziono jej zwłoki, z szarego nieba sączyła się zimna listopadowa mżawka. Było chłodno i wilgotno. Ostrzyżonemu na jeża policjantowi marzły uszy, gdy przez cały poranek zbierał z dna wyschniętej rzeki fragmenty czaszki. Martwa młoda kobieta była ubrana w zimowy płaszcz i bluzę od dresu założoną na piżamę, jakby w pośpiechu wyszła z domu w jesienną pluchę, żeby tylko na chwilę skoczyć po bagietkę do piekarni.

Mieszkańcy Charle­ville od lat nie widzieli tak paskudnego listopada. Niebo od wielu dni było jednolicie szare, a miasto wyglądało, jakby ktoś nakrył je wielką metalową pokrywą. Panował przejmujący chłód, niezwykły nawet jak na tę porę roku. Na nagich kikutach drzew kiwały się ostatnie zeschnięte liście. Scenę w parku zdemontowano, sąsiedzi grubą płachtą przykryli basen przed zimą. Czarny samochód jeszcze czasami zatrzymywał się przed domem, ale mężczyzna nie patrzył na balkon. Wchodził do domu, po chwili wychodził, a potem odjeżdżał tak szybko, że sąsiadka z dołu nigdy nie zdążyła zwymyślać go za niedomknięte drzwi.

Policja znalazła w mieszkaniu Natalii dwa listy. Jeden był krótki: „Dłużej nie wytrzymam. Wolę umrzeć, niż tak żyć”. Drugi był długi i napisany po rumuńsku. Znajdował się na odwrocie pocztówki przedstawiającej rynek starego miasta z zabytkowymi kamienicami, okiennicami z wyciętym serduszkiem i pelargoniami w oknach, nad którymi unosił się kolorowy napis „Uściski z Charle­ville”.

*

Był niedzielny wieczór, najlepsza pora na nadrabianie zaległości z całego tygodnia.

Lidia siedziała przy stole, przed nią stały komputer, mała biurowa lampka i miska solonych orzeszków ziemnych. Ustawiła lampkę pod takim kątem, żeby nie świecić mężowi w oczy, i starała się chrupać możliwie jak najciszej.

Znowu pokłócili się w drodze powrotnej z podwieczorku u teściów. Teraz Vincent udawał, że śpi, a Lidia usiłowała pracować, ale nie mogła się skupić. Skończyła tłumaczyć tekst na opakowanie kremu przeciwzmarszczkowego i zabrała się do pracy nad zaświadczeniem do zakładu ubezpieczeń społecznych. Wszystko pilne, wszystko na wczoraj.

Wtedy zadzwonił telefon. Lidia zerwała się z miejsca. O tej porze dzwoniła do niej tylko policja.

Vincent usiłował zasnąć. Było już późno, a następnego dnia musiał wstać na szóstą do pracy. Obrócił się na drugi bok i nakrył głowę kołdrą. Przywykł do spania ze świecącą mu nad głową lampką i poświatą z monitora. Przywykł do nocnych odgłosów chrupania, wzdychania i przeklinania, do brzęczenia rozgrzanego starego komputera, do stukania w klawiaturę. Ale telefony w niedzielę wieczorem doprowadzały go do szału. Poza tym znowu pokłócił się z Lidią w samochodzie o jakąś głupotę, którą jego matka palnęła przy stole.

— Tłumaczenie z rumuńskiego — powiedziała Lidia w słuchawkę. — Rozumiem. Oczywiście, bardzo pilne. Przyjdę jutro rano.

Zanim zdążyła się rozłączyć, westchnęła głośno. Policjantka musiała to usłyszeć. Lidia nie znosiła pracować dla policji, ale przyjmowała zlecenia, żeby nie stracić uprawnień tłumacza przysięgłego. Wolała tłumaczyć opisy na opakowania kremów do twarzy i instrukcje obsługi ekspresu do kawy, które przynosiły jej nie za wysokie, ale pewne wynagrodzenie, niż męczyć się nad policyjnymi protokołami, a potem długimi miesiącami upominać się o nędzną zapłatę.

Wróciła do stołu i do późna tłumaczyła zaświadczenia do ubezpieczalni. Potem wyłączyła lampkę i komputer, rozebrała się i szybko wśliznęła do łóżka. Vincent już spał. Przytuliła się do jego ciepłego ciała, ale zaraz przypomniała sobie, że przecież się pokłócili. Odwróciła się twarzą do ściany i zwinęła w kłębek. Było strasznie zimno. Odkąd przyjechała do Charle­ville, nie pamiętała tak chłodnego listopada.

*

Poranek wstał szary i ponury. Wilgotna mgła wisiała nisko nad domami. Lidia przycisnęła dłonie do zamkniętych, piekących pod powiekami oczu. O piątej sąsiad z naprzeciwka, pan Morand, jak co dzień rano trzasnął z całej siły drzwiami, wychodząc do pracy. Vincent poprzedniego dnia zapomniał nastawić budzik. Zerwał się z łóżka przed szóstą i przeklinając pod nosem, wybiegł z domu. Nie pocałował Lidii na pożegnanie.

Wstała o siódmej i poczłapała do łazienki. Wczorajsze ciasto u teściowej i paczka solonych orzeszków ziemnych zjedzona tuż przed północą wciąż leżały jej na żołądku. Przyjrzała się sobie w lustrze spod spuchniętych powiek. Przejechała dwa razy grzebieniem po długich włosach. Przez dłuższą chwilę bezskutecznie próbowała związać włosy tak, żeby nie sterczały z żadnej strony. W końcu zdecydowała, że założy dzisiaj czapkę.

W poczekalni na komisariacie siedziało starsze małżeństwo i niedogolony młody mężczyzna w białej koszuli i tandetnym garniturze. Roztrzęsiony dziadek co chwilę wstawał z krzesła, odchodził kilka kroków, wracał, siadał z powrotem. Opowiadał, jak w nocy włamywacze splądrowali mu garaż. Młody mężczyzna siedział z nogą założoną na nogę i słuchał dziadka z uprzejmym zainteresowaniem. Był zadziwiająco spokojny i rozluźniony jak na kogoś, kto spędza poniedziałkowy poranek na komisariacie.

— Włamali się nam do garażu, wyobraża sobie pani? — zwrócił się do Lidii dziadek, gdy tylko usiadła na wolnym krześle obok chudej, zdenerwowanej babci. — Spaliśmy z żoną na piętrze, a ci w tym czasie wkradli się do garażu na dole. Wyobraża sobie pani? To zorganizowana szajka. Przeklęci Cyganie. Plądrują domy na przedmieściach, kradną samochody, wystawiają panienki na deptak nad rzeką. Policja palcem nie kiwnie — dodał ciszej i znacząco wskazał w stronę ciemnego korytarza.

 

Lidia pomyślała, że jej i Vincentowi niestety nikt nie włamie się do garażu. Nie mieli garażu. Parkowali starego citroëna pod iglakiem na osiedlu. Nikt też nie splądruje im mieszkania, bo po co ktoś miałby okradać kawalerkę na poddaszu, w której jedynym cennym przedmiotem była leżąca w koszyczku obok łóżka para zupełnie nowych, prawie nienoszonych złotych obrączek. Vincent rano spieszył się do pracy i zawsze swojej zapominał. Lidii chyba od ślubu przytyły dłonie, bo pierścionek nie wchodził na serdeczny palec. Patrzyła na swoje dłonie splecione na kolanach i przysłuchiwała się rozmowie siedzących obok mężczyzn. Marzyła o domu na przedmieściu. Z werandą, dużą biblioteczką i wanną. I z garażem.

— Całe szczęście, że z garażu nie można dostać się do domu — tłumaczył dziadek. — Tylko to nas uratowało. Inaczej weszliby do środka i wymordowali nas we śnie.

Mężczyzna w tanim garniturze przyszedł zgłosić kradzież komputera. Był w Charle­ville służbowo. Pracodawca wynajął mu na trzy dni pokój w Hotelu Grand i kiedy mężczyzna wrócił pierwszego wieczoru do hotelu, zauważył zniknięcie komputera. Dziadek zapytał mężczyznę, w jakiej branży pracuje, ale z jego mglistej i zawiłej odpowiedzi trudno było wywnioskować, czym się właściwie zajmuje. Komputer, jak się okazało, był służbowy.

Z głębi korytarza nadszedł młody, chudy policjant. Podszedł do grupy oczekujących i odczytał z kartki nazwisko Lidii.

— Romain Chevalier — przedstawił się i wyciągnął rękę na powitanie. Miał głos jak gimnazjalista. — Proszę za mną.

Zaprowadził Lidię do biura i zaproponował kawę. Miał rzadkie włosy posklejane żelem i błyszczącą twarz, chorobliwie bladą i wysmarowaną czymś tłustym. Bił od niego intensywny zapach używanych w nadmiarze antyperspirantów. Lidia niechętnie rozpięła płaszcz. W komisariacie było niewiele cieplej niż na zewnątrz. Usiadła przy biurku naprzeciwko policjanta i objęła dłońmi plastikowy kubek z paskudną, gorącą kawą.

— W zeszłym tygodniu pod mostem na rzece Larmes znaleziono zwłoki kobiety — zaczął policjant, przerzucając papiery na biurku. — Lat dwadzieścia dziewięć, narodowość rumuńska. Z pierwszych ustaleń wynika, że popełniła samobójstwo, skacząc z mostu. W jej mieszkaniu znaleźliśmy list pożegnalny oraz tę oto pocztówkę, zaadresowaną, jak udało nam się ustalić, do siostry denatki, mieszkającej za granicą. Gdyby była pani tak uprzejma i mogła przetłumaczyć nam jak najszybciej jej treść. — Podał Lidii kartkę, po czym delikatnie poklepał dłonią po sztywnych od żelu włosach. — To bardzo pilne.

Oczywiście, pomyślała Lidia. W policji wszystko jest pilne, z wyjątkiem wypłaty wynagrodzenia dla tłumaczki.

Mruknęła potakująco i spojrzała na pocztówkę. Zdjęcie przedstawiało rynek starego miasta w Charle­ville. Druga strona zapisana była gęsto niestarannym pismem. „Kochana siostro!” było jeszcze ładne i wyraźne, ale potem drobne litery zmniejszały się, stawały się coraz bardziej koślawe, chwiały się na boki i opadały w dół, a przy końcu, gdy zabrakło miejsca, zawijały się wzdłuż marginesu. Lidia uniosła brwi i powoli wypuściła powietrze. Najpierw będzie musiała to odszyfrować. Nie było nic gorszego od tłumaczenia odręcznie napisanych listów, nagryzmolonych notatek i nieczytelnych dopisków.

Lidii zawsze się wydawało, że ma piękny charakter pisma. W szkole pisała piórem długie wypracowania z głębi serca, przepisywała z ulubionych książek całe fragmenty o sensie życia, a latem słała listy do niewidzianych od miesiąca najlepszych przyjaciółek, opowiadając im o wakacyjnych miłościach. Ale potem stopniowo pisała coraz mniej. Przestała przepisywać fragmenty z książek i wierzyć w powieściowe mądrości o sensie życia. Odręcznie pisała już tylko listy zakupów. „Masło, pieczarki, papier toaletowy”. Któregoś razu pracowała jako tłumaczka na międzynarodowej konferencji na temat przemocy wobec kobiet. Musiała wtedy, po wielu latach stukania w klawiaturę, odręcznie notować wypowiedzi pewnej słabo mówiącej po francusku przedstawicielki organizacji pozarządowej. Prawie się wtedy popłakała, usiłując odszyfrować własne gryzmoły przed wpatrzoną w nią publicznością. Słuchała wystąpienia mamroczącej pod nosem prelegentki i starała się zapamiętać wszystkie szczegóły. Robiła gorączkowe notatki, przez cały czas rozpaczliwie szukając w myślach odpowiednika słowa „zastraszanie”, i próbowała przybrać taką pozycję, żeby wycelowana w nią kamera nie zarejestrowała, że bluzka rozchodzi jej się na biuście. Wieczorem po powrocie do domu dla uspokojenia nerwów zjadła jedenaście naleśników z kremem z kasztanów. Odchorowywała konferencję przez trzy dni.

Przesunęła szybko wzrokiem po tekście listu. Osoba, która go pisała, też chyba myślała o czymś innym. Musnęła kciukiem ostatnie słowa: „Uściski, Natalia”. Dwadzieścia dziewięć lat. Sama niedawno tyle miałam, pomyślała. Schowała kartkę do teczki, wstała i wzięła płaszcz.

— Pani Lidio!

Chevalier zerwał się z krzesła. Jego chuda twarz ze śladami po pryszczach, pokryta grubą warstwą tłustej mazi świeciła się w sztucznym świetle jak nawoskowana. Do tego postawione na żel rzadkie włosy i spocone dłonie. Pan Śliski, pomyślała Lidia.

— Może jeszcze kawy?

— Dziękuję, spieszę się. Mam pilne tłumaczenie do zrobienia. — Lidia poklepała trzymaną pod pachą zniszczoną żółtą teczkę i skierowała się do wyjścia.

— To może herbaty. — Śliski dopadł drzwi, zanim Lidia zdążyła je otworzyć.

Uśmiechnęła się z przymusem.

— Do widzenia.

— Gdyby miała pani jakieś pytania, tu jest mój numer telefonu. Proszę dzwonić. Będę czekał.

*

Było zimno i nieprzyjemnie, ale postanowiła wrócić do domu pieszo. Musiała się przejść. Otuliła się szczelnie szalikiem i wcisnęła ręce w kieszenie. Szła zamyślona ulicami Charle­ville, w szarym płaszczu, z torbą na ramieniu, z której wystawała żółta teczka, i w burej, bezkształtnej czapce, którą wiele lat temu babcia zrobiła jej na drutach, zanim Lidia wyjechała na studia do Francji. Vincent twierdził, że czapka przypomina neolityczny grobowiec, i bezskutecznie namawiał żonę do kupienia nowej, ale Lidia stanowczo odmawiała. To był prezent od babci i zamierzała nosić ją do końca życia. Kiedy babcia umarła, Lidia nie pojechała na pogrzeb. Nie było jej stać na bilet. Siedziała w butiku z kartami telefonicznymi w murzyńskiej dzielnicy niedaleko akademika i z całej siły przyciskała słuchawkę do ucha. Mama przekonywała ją, żeby nie wydawała pieniędzy na autokar, tylko raczej kupiła sobie karnet na stołówkę. Lidia nie pojechała, ale wciąż nie mogła sobie tego wybaczyć. Tak jak jeszcze wielu innych rzeczy przedtem i potem.

Dwadzieścia dziewięć lat, myślała Lidia. Sama niedawno tyle miałam.

Mieszkała wtedy kątem u koleżanki. Vincent zapraszał ją regularnie do kina, a potem odwoził do domu starym citroënem, który w tamtych czasach psuł się trochę rzadziej. Tłumaczyła instrukcje obsługi drukarek i marzyła o przekładaniu wielkich powieści. Codziennie gotowała garnek makaronu, a raz w tygodniu, w soboty, chodziła na targ, gdzie po zakończonym dniu pracy zaprzyjaźniony straganiarz z Entremont oddawał jej za darmo niesprzedaną marchewkę, przywiędłą sałatę, a czasami skrzynkę bardzo dojrzałych śliwek. Niedzielne popołudnia spędzała nad rzeką Larmes i słuchała długowłosego czeskiego gitarzysty, który przez cały rok codziennie siadywał na kamiennych schodach i grał specjalnie dla niej. Przynajmniej tak się Lidii wydawało, bo była jedyną osobą, która potrafiła zamienić z gitarzystą parę słów w jego ojczystym języku. Był nieziemsko przystojny i zawsze taki smutny.

Miała dwadzieścia dziewięć lat i marzyła, żeby wyjść za mężczyznę, który kochałby ją bez opamiętania i umiał grać na gitarze; chciała być sławną tłumaczką, mieć dużo dzieci i domek pod miastem. Teraz robiła zakupy w supermarkecie, tłumaczyła akty rozwodowe i mieszkała w kawalerce na poddaszu z Vincentem, który specjalnie dla niej, choć bez większych sukcesów, uczył się grać na harmonijce ustnej. Pielęgnowała swoje marzenia i była pewna, że kiedyś uda jej się je zrealizować. Miała na to całe życie. A tamta dziewczyna nie.

*

Następnego dnia Lidia i Vincent nie widzieli się prawie wcale. Vincent wyszedł z domu wcześnie rano. Lidia została wezwana przez żandarmerię z Beaufort do młodej Ukrainki przyłapanej na kradzieży w sklepie. Dziewczyna była w ciąży, nie znała ani słowa po francusku, a cztery gry komputerowe, które próbowała wynieść pod ciążową sukienką, zamierzała podarować braciom z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Lidia pojechała do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Beaufort pociągiem, a w drodze powrotnej przysypiała na twardym siedzeniu z głową opartą o szybę.

Policjanci z Charle­ville nie upominali się o tłumaczenie, bo też mieli inne sprawy na głowie. W zaroślach nad rzeką Larmes znaleziono nagie zwłoki czarnoskórej dziewczyny. Szybko — jak na francuską policję — ustalono, że ofiarą jest młoda Malijka, studentka z Wydziału Nauk o Literaturze, znana w swoim kraju z reklamy prostownicy do włosów, przebywająca we Francji od trzech lat. Mieszkała na stancji, wynajmowała pokój od pewnego pięćdziesięcioletniego inżyniera, rozwodnika, który odstępował jej część swojego mieszkania w zamian za drobne prace domowe. Przepytywani przez policjantów sąsiedzi spuszczali wzrok, bąkali coś pod nosem i wzruszali ramionami. Inżynier miał solidne alibi: kilka ostatnich dni i nocy spędził na budowie, gdzie stolarze nadrabiali gigantyczne opóźnienie w harmonogramie. Stolarze potwierdzili, kiwając w milczeniu głowami i rzucając sobie porozumiewawcze spojrzenia.

Sprawa znalazła się na pierwszej stronie „Journal du soir” i Lidia przypadkiem natrafiła na artykuł, przeglądając gazetę w pociągu w drodze z Beaufort. Pozostawił ją na siedzeniu mężczyzna siedzący naprzeciwko, zanim wysiadł w Entremont. Miał krótko obcięte blond włosy i młodą twarz, ale postarzały go wielkie przyciemniane okulary rodem z filmów o hippisach, które nosił, choć w pociągu panował półmrok. Na złączonych kolanach trzymał podłużny czarny futerał. Miał na sobie brązowy sweter z naramiennikami i wysokie wiązane buty. Przypominał Lidii jej drużynowego z obozu nad jeziorem, który dwadzieścia lat wcześniej, podczas wyjątkowo deszczowego lata, pozwalał moknącym pod namiotami dziewczynkom ogrzewać się w swojej drewnianej chatce.

Mężczyzna z pociągu trzymał w dłoni długopis i rysował coś w „Journal du soir”, opierając otwartą gazetę o trzymany na kolanach czarny futerał. Pociąg zwolnił, zbliżając się do stacji w Entremont, mężczyzna złożył gazetę, wstał i zanim się odwrócił, skinął głową w stronę Lidii i uśmiechnął się półgębkiem. Lidia nie potrafiła uchwycić jego spojrzenia schowanego za przyciemnianymi okularami. Spojrzała na pozostawioną na siedzeniu złożoną gazetę. Wahała się przez chwilę, ale ponieważ czytała wszystko, co jej wpadło w ręce, teraz też nie mogła się oprzeć. Zanim pociąg dojechał do Charle­ville, przeczytała gazetę od deski do deski. Przeleciała wzrokiem nawet nudny artykuł o planowanych na wiosnę pracach remontowych na moście na rzece Larmes, który normalnie ominęłaby wzrokiem, gdyby pewien szczegół nie przykuł jej uwagi. W artykule przedstawiano projekt zainstalowania na moście stalowej siatki zabezpieczającej, która uniemożliwiałaby upadek z wysokości. Podano wysokość budżetu, źródła finansowania, przewidywany termin rozpoczęcia prac i sposoby na zminimalizowanie utrudnień w ruchu drogowym. Lidia długo wpatrywała się w tekst i zrozumiała, że mężczyzna siedzący przed chwilą naprzeciwko niej też zatrzymał się dłużej na tej samej stronie. Wszystkie „Larmes” występujące w teście zostały starannie zamazane niebieskim długopisem. Słowa były poprzekreślane poziomymi i pionowymi zygzakami tak mocno, że w niektórych miejscach prawie zrobił w kartce dziurę na wylot.

W Charle­ville zapadła ciemna, przesiąknięta wilgocią noc. Kiedy Lidia dotarła wreszcie z dworca do domu, Vincenta jeszcze nie było. Zjadła kolację, wyjęła paczkę słonych precelków i przetłumaczyła życiorys kierowcy ciężarówki szukającego pracy we Francji. Vincent wrócił późno, nerwowy i podekscytowany. Dziwnie pachniał. Czymś obcym. Albo kimś obcym. Chodził po mieszkaniu, przeszukiwał szuflady, przestawiał z miejsca na miejsce przedmioty na półkach. Niechcący zrzucił zdjęcie z ich pierwszych wspólnych wakacji. W końcu zamknął się w łazience i długo nie wychodził, a potem położył się do łóżka i od razu zasnął.

 

*

W sobotę pojechali na wycieczkę rzężącym citroënem, który przechylał się trochę za bardzo w prawo. Zwiedzili położone na wzgórzu d’Or ruiny zamku, „potężnej średniowiecznej warowni”, jak obiecywano w przewodniku, które okazały się bezkształtną kupą kamieni sterczącą ponad kępkami suchych krzaków. Było zimno i paskudnie jak co dzień, a na nieosłoniętym wzgórzu dodatkowo wiał lodowaty wiatr, który huczał w uszach i szarpał szalikami. Zrobili dwa zdjęcia i szybko zbiegli w dół, trzymając się za ręce. Wrócili do domu samochodem, w którym tylko ogrzewanie działało bez zarzutu.

Po drodze minęli warsztat samochodowy Mitara, o którego istnieniu wiedzieli jedynie wtajemniczeni. Warsztat znajdował się na peryferiach Charle­ville, w miejscu, gdzie stały już tylko puste zabudowania od dawna nieczynnej kopalni i cuchnące hale z używanymi meblami i dokąd nie dojeżdżał żaden autobus. Mitar był najbardziej gadatliwym mechanikiem samochodowym, jakiego Lidia kiedykolwiek poznała. Przypuszczała, że tak jak jej chrupanie orzeszków pomagało skupić się na tłumaczeniu, Mitarowi nieustanne ruszanie szczęką ułatwiało naprawę samochodów. Wszystko byłoby w porządku, gdyby Mitar mówił do siebie, ale nie — musiał mieć słuchacza.

Któregoś dnia, gdy w starym citroënie coś zaczęło rzęzić bardziej niż dotychczas, Lidia umówiła się z mężem, że rano odstawi samochód do naprawy, a Vincent odbierze go wieczorem po pracy. Mitar, z dłońmi umazanymi smarem, podał jej łokieć na powitanie, a potem zanurkował pod maskę. Z głową w samochodowych wnętrznościach opowiedział jej o grupie bezdomnych imigrantów, którzy wyłapali wszystkie kaczki z parku Alberta, upiekli na ognisku i zjedli, i o pewnym mieszkającym samotnie konduktorze kolejowym, który od czasu gdy wyrzucili go z pracy, przestał wychodzić z domu, spędzał całe dnie przed telewizorem, a po wielu tygodniach zaalarmowana przez sąsiadów policja znalazła jego rozkładające się zwłoki przed wciąż włączonym telewizorem; akurat nadawano transmisję z mistrzostw w łyżwiarstwie figurowym.

— To ja już pójdę… — bąknęła nieśmiało Lidia.

Mitar momentalnie przerwał pracę. Podniósł głowę i spojrzał z wyrzutem. Wtedy Lidia zrozumiała: musi siedzieć i słuchać. Siedziała więc, potakiwała i myślała o czekającym w domu tłumaczeniu umowy najmu lokalu użytkowego. Spędziła w warsztacie pół dnia, wysłuchała wszystkich plotek z dzielnicy i okolic, a potem wróciła do domu i do drugiej w nocy męczyła się nad tłumaczeniem umowy najmu, które okazało się dużo trudniejsze, niż przypuszczała, i najeżone specjalistycznym słownictwem. Z nerwów zjadła wtedy opakowanie chipsów serowych i dwie paczki żelków.

Dla Mitara żaden samochód nie był aż tak stary i aż tak zepsuty, żeby nie dało się go jeszcze trochę podreperować. Znał się na swoim fachu. Ceny miał dużo niższe niż gdzie indziej i podczas gdy każdy inny mechanik kazał czekać tygodniami na sprowadzenie części, Mitar mógł je mieć od ręki. Nikt, kto trafiał do jego warsztatu, nie pytał, skąd pochodzą.

Zaszyty w swoim ciemnym warsztacie wiedział o wszystkim, co działo się w Charle­ville. Wiedział to, co wiedziała policja, oraz to, o czym nie wiedziała, a wiedzieć powinna. Niekiedy dzielił się informacjami ze stróżami prawa, a oni w zamian za to nie przeszkadzali mu w prowadzeniu interesu. Pomagał policji niechętnie i bez nadmiernego spoufalania się, jak ktoś, kto robi to, bo nie ma innego wyjścia. Pod tym względem on i Lidia mieli ze sobą wiele wspólnego, chociaż ani jedno, ani drugie nie miało o tym pojęcia.

Lidia czuła się nieswojo w czarnej norze zastawionej samochodowymi trupami. Za to Vincent często przesiadywał u gadatliwego mechanika. Ostatnio jeszcze częściej niż zazwyczaj i niż wymagała tego wymiana kolejnych części wiecznie psującego się citroëna. Mitar dużo wiedział i dużo mówił, ale przede wszystkim miał to, czego Vincent najbardziej potrzebował: znajomości w pewnych kręgach.

*

Lidia położyła widokówkę na stole i przyglądała jej się z brodą opartą na dłoniach. Podobne kartki sama wysyłała do domu w czasie studiów. Rynek starego miasta był najładniejszym miejscem w Charle­ville. Jedno i to samo ujęcie, z okiennicami z serduszkiem i pelargoniami, widniało na wszystkich pocztówkach. Nie istniały kartki z widokiem zapyziałego uniwersytetu ani łuszczącego się pomnika króla Charles’a. Nie było pocztówek ze zdjęciem malowniczych deptaków nad brzegami rzeki Larmes, o każdej porze dnia i nocy zaludnionych prostytutkami wszystkich ras i narodowości. Nie było parku Alberta. Ani mostu na rzece Larmes.

Włączyła komputer i odwróciła kartkę.

Kochana siostro!

Co słychać? Mam nadzieję, że wszyscy jesteście zdrowi i macie się dobrze.

U mnie wszystko w porządku. Dawno się nie odzywałam, bo mam dużo pracy i często jestem w podróży. Byłam ostatnio na delegacji w Paryżu. Nie masz pojęcia, jakie to piękne miasto! Wyobraź sobie: blask słońca wstającego nad wzgórzem Montmartre i zapach croissantów o poranku. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się pojechać razem do Paryża. Oczywiście nie teraz, bo jestem bardzo zajęta, ale obiecuję, że pewnego dnia zabiorę Cię tam i oprowadzę po najpiękniejszym mieście na świecie. Masz moje słowo!

Dziwne, pomyślała Lidia. Podniosła wzrok znad monitora i zapatrzyła się na wiszący na przeciwległej ścianie obrazek przedstawiający studnię pośrodku rozległej pustyni. Otworzyła słownik na chybił trafił i zaczęła kartkować, ale szybko zapomniała, czego szuka. Bezmyślnie przewracała strony, podpierając dłonią podbródek. „Mam nadzieję”. Czy tak pisze człowiek, który zamierza rzucić się w przepaść?

Przykro mi, że masz ostatnio tyle kłopotów. Na pewno jest Ci ciężko, ale nie poddawaj się. Wyrzucili Cię z pracy? Przecież nigdy jej nie lubiłaś! Wyobraź sobie siebie za dziesięć lat. Patrzysz wstecz i mówisz z ręką na sercu: nie zmarnowałam ani jednego dnia. Zastanów się, co sprawi, że będziesz szczęśliwa, i zmierzaj prosto do celu. Może powinnaś zacząć uczyć się czegoś nowego? Każdy ma jakiś talent, musisz go tylko odkryć! Nigdy nie jest za późno na naukę! Żałuję, że rozstałaś się z chłopakiem, ale widocznie nie był Ci pisany. Ani się obejrzysz, a znajdziesz mężczyznę swojego życia. Miej oczy szeroko otwarte, bo wielka miłość przychodzi zwykle wtedy, gdy się jej najmniej spodziewamy!

Tutaj pismo, dotychczas z każdym zdaniem coraz bardziej koślawe, ale jednak czytelne, stało się chwiejne i niewyraźne. Litery przeskakiwały z miejsca na miejsce, wyrazy były poprzekreślane i popoprawiane tak, że Lidia musiała długo przyglądać się tłustym długopisowym kulfonom, zanim odszyfrowała najbardziej prawdopodobną wersję. Autorka tekstu też najwyraźniej nie mogła się zdecydować. „Niestety”. Litery były krzywe i skurczone. Pierwsze stały jeszcze prosto, kolejne pochylały się i zjeżdżały coraz niżej, jak uśmiech, który więdnie, a kąciki ust wyginają się i opadają. „Niestety”. Lidia pogładziła słowo palcem. Co się musiało stać, żeby młoda kobieta uznała, że nie chce doczekać kolejnego dnia, najbliższej niedzieli, następnej wiosny? Dwadzieścia dziewięć lat to mało, a jednocześnie bardzo dużo. Dwadzieścia dziewięć lat zjadanych codziennie śniadań, miliardy zrobionych kroków, hektolitry wypitej herbaty i łez wylanych w kinie, dziesiątki zużytych szczoteczek do zębów, autobusów złapanych w ostatniej chwili, przelotnych spojrzeń, porozumiewawczych uśmiechów, lodów zjedzonych nad rzeką, piosenek słuchanych na cały regulator w samochodzie pędzącym po górskich zakrętach. Co może się wydarzyć aż tak strasznego, żeby to wszystko przekreślić? Żeby odebrać sobie prawo do położenia się jeszcze kiedyś na kocu pod drzewem?

Niestety twój ewentualny przyjazd tutaj jest w tej chwili absolutnie niemożliwy. Już Ci to wiele razy wyjaśniałam. Oczywiście chętnie spotkałabym się z Tobą, ale w tym momencie okoliczności na to nie pozwalają: mam mnóstwo zajęć i często wyjeżdżam w podróże służbowe. Chciałabym przyjechać do domu na święta, więc może już niedługo się zobaczymy. A jeśli nie, to z całą pewnością możesz spodziewać się mnie latem przyszłego roku. Zamierzam urządzić wielką imprezę z okazji swojej trzydziestki!