Być córką i nie zwariowaćTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mię­dzy nami, cór­kami

Wszyst­kie jeste­śmy cór­kami, co okre­śla nas rów­nie mocno jak to, że jeste­śmy kobie­tami, mat­kami, żonami, kochan­kami…

Ostat­nie lata przy­no­szą nowe podej­ście do wielu nie­pod­wa­żal­nych mitów: każdy kapłan to święta osoba, męż­czyźni rzą­dzą świa­tem, kobieta to istota słaba, wresz­cie: każda matka kocha swoje dziecko. Bo też nie każda. Wiel­kim cię­ża­rem dla kobiet było to, że nie mogły się przy­znać, że matka ich nie kochała, miały nie­do­brą matkę, matka była nie­szczę­śliwa i wpo­iła to nie­szczę­ście córce lub że to ona była matką dla swo­jej matki. Obo­wią­zuje prze­cież dobra mina do złej gry i zewsząd sły­szymy tek­sty typu: moja mama jest moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Nie mamy wąt­pli­wo­ści, że jest mnó­stwo wspa­nia­łych matek i z rado­ścią przy­ta­czamy opo­wieść o jed­nej z nich. Więk­szość mam jest tro­chę fajna, tro­chę nie. Ist­nieje takie wspa­niałe okre­śle­nie: wystar­cza­jąco dobra matka. Nie­za­leż­nie od tego, jaka ta mama jest, córka ma prawo czuć to, co czuje. Ma prawo do swo­jej prawdy. Każ­dej prawdy – i cie­płej, i tej bole­snej.

Kobiety były ople­cione i znie­wo­lone siatką krzyw­dzą­cych ste­reo­ty­pów, np.: każda kobieta chce mieć męża, rodzinę i dzieci, kobiety nie nadają się na liderki, nie są twór­cze, nie powinny zara­biać tyle samo co męż­czyźni, kobieta bez dziecka to nie kobieta, kobieta po meno­pau­zie już się nie liczy, kobie­cie bez męż­czy­zny życie się nie udało itd. W nie­któ­rych śro­do­wi­skach kobiety na­dal są spę­tane tymi prze­ko­na­niami.

Może jedna książka świata nie zmieni, ale takich publi­ka­cji jest coraz wię­cej. Kobiety piszą i czy­tają. Coraz wię­cej pisa­rek, filo­zo­fek, dzien­ni­ka­rek, leka­rek, praw­ni­czek (wszyst­kich nie wymie­nimy) dzieli się swo­imi histo­riami. Przy­łą­czamy się do tej wspól­noty z rado­ścią i nadzieją.

PS Są kobiety, które nie znają swo­jej matki: zgi­nęła, umarła, cho­ruje, ode­szła… Wycho­wują je dziad­ko­wie, dom dziecka, rodzina zastęp­cza lub obcy ludzie. Takie córki bez matek też mają pro­blemy z matką, tylko inne: poczu­cie braku, krzywdy, nie­spra­wie­dli­wo­ści losu. Plus marze­nia i wyobra­że­nia, że inne byłoby życie, gdyby miały mamę. Czy­ta­jąc prze­kazy kobiet, które miały matki na co dzień, te osie­ro­cone mogą sobie uświa­do­mić, że życie z matką nie­ko­niecz­nie jest tylko cudem. A zro­zu­mie­nie tego może przy­nieść ulgę.

Jeste­śmy prze­ko­nane, że jakie­kol­wiek zda­rzyło nam się życie, jaka­kol­wiek była nasza mama lub jej nie było, tym, co nas wyzwoli z lęku, nie­pew­no­ści, braku wiary w sie­bie, smutku – jest nasza uczci­wość i prawda, dzie­lona z innymi szcze­rymi i praw­dzi­wymi.

1

A miało cię nie być

No, wiesz. Ziu­tek nie chciał wię­cej dzieci. Byli już prze­cież chłopcy. Kole­żanki w pracy nauczyły mnie, jak to wszystko obli­czyć, żeby było bez­piecz­nie. Aku­rat wtedy wypa­dał taki dzień, że można. Wró­ci­łam do domu, ugo­to­wa­łam obiad i wie­czo­rem, gdy poło­ży­łam chłop­ców spać, namó­wi­łam ojca. Gdy po jakimś cza­sie powie­dzia­łam mu, że jestem w ciąży, osza­lał z wście­kło­ści. Bła­ga­łam, żeby pozwo­lił mi uro­dzić. Prze­ko­ny­wa­łam, że będzie dziew­czynka, bo bar­dzo chciał mieć córkę. „Kak­tus mi tu, kurwa, wyro­śnie!” – wrzesz­czał i walił krzy­wym palu­chem w otwartą dłoń. Jakoś go prze­bła­ga­łam. Całą ciążę cho­ro­wa­łam, nie mogłam jeść. Bar­dzo cier­pia­łam. Ale dono­si­łam. Równo po dzie­wię­ciu mie­sią­cach uro­dzi­łaś się. A miało cię nie być. Ojciec tym razem osza­lał z rado­ści. Przy­biegł do szpi­tala z bukie­tem bia­łych bzów, cho­ciaż był śro­dek zimy.

Po co mi to opo­wie­działa? Po co opo­wie­działa mojej młod­szej sio­strze, że przez pół roku od jej naro­dzin nawet na nią nie spoj­rzał, nie dotknął jej, nie wziął na ręce? Potem wyła na jej pogrze­bie, bo sio­stra zapiła się na śmierć, mając nie­spełna czter­dzie­ści cztery lata.

Ojcu nie wyrósł kak­tus na dłoni. Za to ja mam po nim krzywe palce. Podobno bar­dzo mnie kochał i mówił do mnie Niu­nia. Podobno kupo­wał mi piękne ubranka i zabawki od powra­ca­ją­cych z dale­kich rej­sów mary­na­rzy. Nawet wózek dla lalek. Podobno piękny, z fal­ban­kami. Nic nie pamię­tam.

Pamię­tam potwora. Pijaną, prze­ra­ża­jącą bestię. Ni­gdy nie powie­dział, że mnie kocha. Nie przy­tu­lił, nie cho­dził ze mną na spa­cery, trzy­ma­jąc mnie za rączkę, nie gła­skał po gło­wie, nie uśmie­chał się. Ni­gdy nie zawiózł mnie na tre­ning, nie był na żad­nym meczu. Nie było roz­mów. Były roz­kazy. I nie­usta­jący strach. Czy wróci pijany w sztok i od razu zaśnie? Czy nie­do­pity i będzie wyzy­wał i bił matkę, która w końcu uciek­nie w ciemną noc, w cien­kiej podomce, a my ukrad­kiem rzu­cimy jej przez płot jesionkę, żeby nie zmar­zła? A potem pod koł­drą dygo­ta­nie ze stra­chu. I wycze­ki­wa­nie, aż ojciec zacznie chra­pać. I dawa­nie matce zna­ków, że może wra­cać. A rano, jak gdyby ni­gdy nic, do szkoły.

A ona kazała nam go sza­no­wać. Bo to ojciec.

Przed wojną to pewien stu­dent wra­cał z uczelni z grupą kole­gów i zoba­czył, że jego ojciec leży w rynsz­toku. Pod­niósł go, wygła­dził mu ubra­nie i zapro­wa­dził do domu. I się nie wsty­dził.

A ja się wsty­dzi­łam. Matka patrzyła na mnie zdzi­wiona i prze­ko­ny­wała, że nie mam racji, że są gorsi ojco­wie. I znowu opo­wia­dała o stu­den­cie.

Może już wtedy nauczy­łam się wypie­rać.

Matka z mojego dzie­ciń­stwa to jedyny ratu­nek przed bestią. Dawała poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Dbała, kar­miła, ubie­rała. Ni­gdy mnie nie ude­rzyła ani nie wyzwała. Cza­sami krzy­czała, ale to aku­rat rozu­miem. Czwórka dzieci to jed­nak hard­core.

Matka – samo dobro, ojciec – samo zło. Nie było nikogo, kto uchro­niłby mnie przed ojcem. Moje dzie­ciń­stwo to nie­usta­jący strach. I wstyd. Czę­sto zda­rzało się, że kła­dłam się zwi­nięta w kłę­bek na pod­ło­dze w moim pokoju i pła­ka­łam ze stra­chu, że mama umrze.

Nie było nikogo, kto uchro­niłby mnie przed matką.

Zawłasz­czyła mnie. Wchło­nęła. Jak nazwała to kie­dyś moja tera­peutka, Kasia – inkor­po­ro­wała.

Patrząc z per­spek­tywy czasu, mam wra­że­nie, że nie było mnie i matki, dwóch oddziel­nych bytów, tylko jeden – jakimś dziw­nym tra­fem – w dwóch oso­bach. Nie było mnie – dziecka, mnie – dziew­czyny, mnie – kobiety. Był jakiś twór, który robił, myślał, czuł tak, jak ta potężna, wszech­władna, nad­rzędna istota, jaką była matka.

Ura­to­wały mnie książki. Nie­stety tylko w jakiejś mie­rze. Książki – moja ucieczka, moje pocie­sze­nie. Nikt ni­gdy nie czy­tał mi bajek na dobra­noc. Nawet ksią­żeczki z serii „Poczy­taj mi, mamo” czy­tałam sobie sama. Pamię­tam nazwę wydaw­nic­twa – Nasza Księ­gar­nia, ale nie pamię­tam, żeby czy­tała mi mama, o ojcu nie wspo­mnę. Jedna z naj­więk­szych traum mojego dzie­ciń­stwa to dzień, w któ­rym oka­zało się, że przeczy­tałam wszyst­kie książki dostępne w filii Biblio­teki Miej­skiej, czyli Biblio­tece dla Dzieci i Mło­dzieży. Oczy­wi­ście wsty­dzi­łam się zapi­sać do Biblio­teki Miej­skiej.

Matka opo­wia­dała, że daw­niej ojciec był inny, że bar­dzo ją kochał. Ale poja­wiły się dzieci i było coraz gorzej. A ja zada­wa­łam sobie pyta­nie, po co się uro­dzi­łam. Prze­cież gdy­bym nie przy­szła na świat, jej byłoby lepiej. Po co się uro­dzi­łam, skoro miało mnie nie być?

Była dla mnie wszyst­kim. Była święta, naj­lep­sza, naj­uko­chań­sza. Przez kil­ka­dzie­siąt lat mojego życia nie widzia­łam w niej żad­nej wady, sła­bo­ści, nie­do­sko­na­ło­ści. Oprócz jed­nej. Była gruba. Wsty­dzi­łam się, że jest gruba. Czu­łam się winna, że tak o niej myślę, że się jej wsty­dzę, ale nie mogłam prze­stać.

Ojciec zdra­dzał ją nie­ustan­nie. Był przy­stojny, uro­czy i uwo­dzi­ciel­ski, świet­nie tań­czył. Kobiety za nim sza­lały. Kie­dyś, jesz­cze jako mała dziew­czynka, zapy­ta­łam matkę, dla­czego nie schud­nie, dla­czego tak dużo je. No, wiesz. Są kobiety do kocha­nia i takie jak my – do jedze­nia.

My.

Jak ja jej za to nie­na­wi­dzę.

Podobno gdy byłam mała i jeź­dzi­li­śmy na wieś, bab­cia krzy­czała na matkę: Zamo­rzysz ją! Bo w porów­na­niu ze star­szymi braćmi byłam chuda jak szczapa. Nic takiego nie pamię­tam. Pamię­tam nato­miast, że byłam gruba. Zawsze uwa­ża­łam, że jestem gruba. Zawsze. Jest to jedno z naj­wcze­śniej­szych i naj­moc­niej­szych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa, a prze­cież nie­wiele pamię­tam. Tym bar­dziej dziwne jest, że pamię­tam, iż jako dziecko nie mogłam wziąć do ust nic tłu­stego. Nawet z bez­cen­nej, zdo­bycz­nej szynki wykra­wa­łam tłusz­czyk, bo nie dała­bym rady go prze­łknąć. Na nie­licz­nych zdję­ciach z dzie­ciń­stwa i mło­do­ści jestem szczu­płą dziew­czynką, dziew­czyną, kobietą. W ogóle tego nie wie­dzia­łam i nie widzia­łam. Teraz już wiem, że byłam szczu­pła, smu­kła, zgrabna. Jed­nak od lat bory­kam się z oty­ło­ścią.

Zda­niem matki naj­więk­szą zbrod­nią, naj­gor­szym grze­chem był seks. Ow­szem, były inne nie­do­bre rze­czy, ale seks był gor­szy niż pijań­stwo, bicie, prze­kleń­stwa. Nie pozwo­liła mi odkry­wać mojej kobie­co­ści. O sek­su­al­no­ści nie wspo­mnę. Pamię­tam, jak pro­wa­dząca zaję­cia z socjo­lo­gii na gen­der stu­dies popro­siła, żeby­śmy napi­sali na kart­kach odpo­wiedź na pyta­nie: Kim jestem? Wzię­łam do ręki dłu­go­pis i od razu napi­sa­łam: Jestem kobietą. Po czym natych­miast to prze­kre­śli­łam i naskro­ba­łam: Jestem czło­wie­kiem. A mia­łam już wtedy trzy­dzie­ści parę lat.

 

Zabrała mi dzie­ciń­stwo. Oboje mi zabrali, oczy­wi­ście ojciec też. Trak­to­wała mnie jak doro­słą osobę, cho­ciaż nią nie byłam. Spra­wiła, że przez całe życie czu­łam się odpo­wie­dzialna za nią i jej pozo­stałe dzieci. Ni­gdy nie byłam na pierw­szym miej­scu, zawsze ktoś inny był waż­niej­szy. Bo waga­ro­wał, bo nie był/nie była taki zdolny/zdolna jak ja i miał/miała kło­poty w szkole, bo pił/piła, bo taki biedny/biedna, bo mnie się tak powo­dzi, a im nie.

Cią­gle się bałam, że umrze. Cią­gle cho­ro­wała. Zawał serca przed czter­dziestką. Oprócz cho­rego serca – usu­nięty pęche­rzyk żół­ciowy i cią­głe ataki wątro­bowe. Nad­ci­śnie­nie i cukrzyca typu 2. Z obżar­stwa. Bie­lac­two i inne cho­roby skóry. I crème de la crème – chło­niak twa­rzo­czaszki. Co prawda już wtedy byłam doro­sła, ale przez dzie­sięć lat na sta­łym kontr­ak­cie opie­kunki. Rzy­ga­łam onko­lo­gią na Ursy­no­wie, cho­ciaż to matka rzy­gała che­mią. Ale niech mi ktoś powie: ile można wytrzy­mać? Więc pozwolę sobie zacy­to­wać Bogu­miła z Nocy i dni: „Na czyje siły, na czyj rozum obli­czone jest życie?”.

Zabrała mi dzie­ciń­stwo i mło­dość, i kawał doro­słego życia. Wni­kała we mnie nie­po­strze­że­nie i nie­ustan­nie. Myśla­łam jak ona, robi­łam jak ona, byłam jak ona.

Wra­cała do domu po serii wywia­dó­wek i opo­wia­dała: U jed­nego umie­ram ze wstydu, bo zdolny, ale cią­gle waga­ruje, u dru­giego – wstyd, bo się nie uczy, nie odra­bia pracy domo­wej – głąb, a naj­młod­sza – uro­cza, lubiana przez wszyst­kich, ale żad­nych postę­pów – też głąb. Wcho­dzę do two­jej klasy, słu­cham i nie wiem, o kim mówi wycho­waw­czyni. Zdolna, ambitna, pilna. Prze­cież to nie­moż­liwe. Prze­cież to nie może być moje dziecko.

Dla­czego jej nie uwie­rzy­łam? Dla­czego nie usły­sza­łam, że nie jestem jej? Dla­czego nie uwol­ni­łam się od niej?

Mani­pu­lo­wała nami. Czwórką swo­ich dzieci. Pew­nie ojcem też chciała, ale się nie dał. Poszedł w wódę, w baby, w hazard, w pozorną wol­ność od niej i od nas.

Pola­ry­zo­wała, sta­wiała nas po prze­ciw­nych stro­nach. Dwa bie­guny – ja, wzo­rowa uczen­nica, grzeczna, posłuszna, dobre dziecko. I reszta. Ci gorsi. Ci nie­udani. Dwóch star­szych braci i młod­sza sio­stra.

Oni się bun­to­wali. Wierz­gali. Wybrali fatal­nie, ale nie dali się jej uwieść. Sio­stra, jak już wspo­mnia­łam, zapiła się na śmierć. Bra­cia wege­tują na kra­wę­dzi. Obaj piją. Jesz­cze żyją, a raczej wege­tują, ale nie mam z nimi kon­taktu od wielu lat.

Dla­czego ja się nie zbun­to­wa­łam? Dla­czego dałam się uwieść? Dla­czego pozwo­li­łam jej ukraść moje życie?

Minęło ponad pół wieku i nie zna­la­złam odpo­wie­dzi na te pyta­nia. Raz nie­na­wi­dzę za to sie­bie, innym razem jej.

Mam głowę pełną wie­dzy o mecha­ni­zmach uza­leż­nie­nia i współuza­leż­nie­nia. O dys­funk­cyj­nych rodzi­nach. O trój­ką­cie kat–ofiara–ratow­nik. Prze­szłam tera­pię dla DDA. Nie zali­czy­łam. Tera­peutka powie­działa, że powin­nam powtó­rzyć, więc się na nią obra­zi­łam. I nie powtó­rzy­łam. Byłam na tera­pii indy­wi­du­al­nej i gru­po­wej. Napi­sa­łam dzie­siątki tysięcy afir­ma­cji. Cho­dzi­łam na warsz­taty roz­wo­jowe, kręgi kobiet, korzy­sta­łam z grup wspar­cia. Prze­czy­ta­łam mnó­stwo ksią­żek. Tra­fi­łam do Ano­ni­mo­wych Żar­ło­ków, żeby upo­rać się z oty­ło­ścią.

Minęło wiele lat, zbyt wiele, zanim dotarło do mnie, że los ofia­ro­wał mi cał­kiem nie­zły „pakiet star­towy”. Szkoda, że bez kodu dostępu.

Zdro­wie, uroda, inte­lekt. Zdro­wie – OK, uroda – raczej nie Miss Świata, ale też nie radiowa, inte­lekt – szału nie ma, ale to i owo ogar­niam.

Matura – pierw­sza w rodzi­nie i to po obu stro­nach. O magi­ste­rium nie ma co mówić. Stu­dia pody­plo­mowe? Po co, prze­cież masz dzieci, po ci to? Trzy kie­runki.

Gdy dzwo­ni­łam do niej szczę­śliwa, że się dosta­łam na kolejne stu­dia albo zda­łam kolejny egza­min, ona opo­wia­dała, jaka jest nieszczę­śliwa, bo jeden z jej synów lub młod­sza córka odsta­wili kolejny numer. Kolejny „wyczyn”, przy któ­rym mój suk­ces nie miał zna­cze­nia. Po co się cie­szyć tą, któ­rej znowu się udało?

Moja matka umarła dwa lata temu. Nic nie czu­łam. Ani smutku, ani ulgi. Jak mogła­bym pozwo­lić sobie poczuć?

Nie cho­dzę na cmen­tarz, nie pamię­tam o rocz­ni­cach. Cza­sami zawsty­dzają mnie moje dzieci, a jej wnuki, dla któ­rych była cudowną bab­cią i z którą mają mnó­stwo dobrych wspo­mnień.

A ja jestem mistrzy­nią wypar­cia. Prze­cież byłam uczen­nicą praw­dzi­wej mistrzyni.

Jed­nak cza­sami pozwa­lam sobie usły­szeć wła­sne pra­gnie­nie – chcę, żeby umarła we mnie.

* * *

Kata­rzyna: Przy­to­czy­ły­śmy na począ­tek zwie­rze­nie Basi, która zdana była tylko na matkę. Długo nie docie­rało do niej, co może ozna­czać tak głę­boka zależ­ność. Jeśli ma się świa­do­mość, że rela­cja z mamą nie jest zdrowa, i się matkę odpusz­cza, nie zabiega o jej względy, bo można się oprzeć na innych, jak ja mia­łam tę szansę – to jesz­cze pół biedy. Ale moja pacjentka nie zna­la­zła pod­pory, choć para­dok­sal­nie sądziła, że ma ją w mamie. Ojciec był alko­ho­li­kiem. Matka źle o nim mówiła i chro­niła przed nim, lecz jakoś się z nim nie roz­stała. Narzu­cała taką inter­pre­ta­cję rze­czy­wi­sto­ści, że tatuś jest nie w porządku, ale ona – mamu­sia – święta. A córka ufała jej, łączyła z nią całą nadzieję i sens życia. Przy­nio­sło to straszne rezul­taty, bo cudowna dziew­czyna, o świet­nych poten­cja­łach i umie­jęt­no­ściach, cał­kiem się z matką zro­sła. A ponie­waż rodzeń­stwo dziew­czyny poszło w ślady ojca, to matka, kla­syczna matka alko­ho­li­ków, tym bar­dziej przy­warła do jedy­nej trzeź­wej córki.

Rodzi się pyta­nie: Kto dla kogo był opar­ciem i schro­nie­niem? Nie­dawno roz­ma­wia­ły­śmy z Basią i po kil­ku­na­stu latach przy­znała, że gdy powie­dzia­łam jej kie­dyś na tera­pii, że nie tylko ojciec był nie w porządku, ale i matka, to mnie znie­lu­biła. Ilu­zja matki była dla niej w jakimś sen­sie wygodna. Ponie­waż jed­nak Basia od lat pra­cuje nad sobą, rozu­mowo przy­znaje już: „Prawdę mówiąc, to matka mnie bar­dziej znisz­czyła tym wisze­niem na mnie, zabrała mi całą mnie dla sie­bie”.

Anna: Bar­bara pozo­stała przy matce i długo cze­kała na jej miłość, dla­tego potem, w tera­pii, musiała pójść okrężną drogą. Ty, o ile wiem, odwró­ci­łaś się od swo­jej mamy. I gdy porów­nać te sytu­acje, twój wybór odwró­ce­nia się, posta­wie­nia na sie­bie wydaje się sen­sow­niej­szy.

Kata­rzyna: Oba sys­temy radze­nia sobie w tej sytu­acji są destruk­cyjne, bo z taką matką nic się nie da zro­bić. Ona się nie zmieni. Każda z form „obsługi” tej sytu­acji pro­wa­dzi do destruk­cji. Znacz­nie wię­cej kobiet zabiega o matkę. Mamu­sia mojej nie­świa­do­mej klientki grała rolę bied­nej, sła­bej, zmę­czo­nej, takiej, co to dziecko przy­cho­dzi i mówi: „Mamu­siu, co ja mogę dla cie­bie zro­bić? Nie płacz”.

Anna: Odra­ża­jące.

Kata­rzyna: Ale ona, ta matka, robi to, dla­tego że pew­nie sama obe­rwała od swo­jej matki jesz­cze bar­dziej niż jej dziecko od niej. Kiedy mówisz: „Odra­ża­jące”, odci­nasz się od tej sytu­acji, sta­wiasz się w sfe­rze poza podej­rze­niem, na lep­szym grun­cie. Ocena pozwala ci nie prze­ży­wać, pozwala ci opu­ścić zarówno ofiarę, jak i kata. Nato­miast odkąd zaczy­nasz wie­dzieć, dla­czego matka tak robi, to musisz współ­czuć zarówno tej matce, jak i córce. I tego współ­czu­cia potrzeba ogrom­nie dużo. Przy­to­czę cytat z książki Jasmin Lee Cori Matka nie­do­stępna emo­cjo­nal­nie: „Pew­nie zauwa­ży­łaś, że głę­bia two­jego bólu jest dla wielu krę­pu­jąca”1. Ludzie się krę­pują i ty się krę­pu­jesz, dla­tego się odci­nasz.

Anna: Może jest w tym cią­gle skrę­po­wa­nie za moją matkę.

Kata­rzyna: Prze­cież więk­szość matek – nie tylko dys­funk­cyjne, ale i wystar­cza­jąco dobre – robi rze­czy dla dzieci bar­dzo bole­sne. I nie mogą tego nie robić, bo taki jest spa­dek, który im przy­padł po wła­snych mat­kach. Nawet tym z sym­pa­tycz­nych, cie­płych, nie­pa­to­lo­gicz­nych i nie­de­struk­cyj­nych rodzin. A więk­szość tzw. dobrych rodzin ma w sobie spore pokłady pato­lo­gii, tylko bar­dzo sta­ran­nie dla sie­bie i innych ukry­tej. Jak u mnie. Co z tego, że udały się mojej matce inne rze­czy w życiu: powo­dze­nie, satys­fak­cja zawo­dowa, sta­tus z szansą na ele­ganc­kie życie, towa­rzy­stwo zło­żone z elity, wyjazdy, ota­cza­nie się pięk­nem rów­nież przed­mio­tów. Co z tego? I tak się skrę­cała i była nie­szczę­śliwą osobą. Jesz­cze tym bar­dziej sta­rała się pod­trzy­mać nie­na­ganny wize­ru­nek.

Anna: Tu jest, za prze­pro­sze­niem, pies pogrze­bany: z pozoru dom jest ide­alny, z całą pew­no­ścią nie jest total­nie pato­lo­giczny, a jed­nak dla dziecka, a zwłasz­cza dziew­czynki, dzieją się rze­czy złe, a przy­naj­mniej nie­ko­rzystne.

Kata­rzyna: To, co na zewnątrz udaje się mat­kom zdo­być i osią­gnąć, nie prze­nika do środka, do wnę­trza, wyma­ga­ją­cego uko­je­nia. Wize­ru­nek nie leczy duszy. Lecz ludzie tego nie chcą za cho­lerę zoba­czyć, bo musie­liby zre­wi­do­wać patrze­nie na samych sie­bie. Dotar­łoby do nich, że radzą sobie z bólem swo­jego nie­uko­cha­nego wewnętrz­nego dziecka w ten spo­sób, że budują wła­sny mit i wize­ru­nek jako uda­nych doro­słych ludzi, a jed­no­cze­śnie ukry­wają to wewnętrzne dziecko.

Jeśli ktoś przy­cho­dzi ze swoim dzie­cię­cym nie­uko­cha­niem na tera­pię w wieku czter­dzie­stu lat, ma szansę z wiel­kim pożyt­kiem dla dal­szego swego życia zająć się tym wewnętrz­nym dziec­kiem. Żeby nie było tak sza­lo­nego roz­ziewu mię­dzy wnę­trzem a zewnę­trzem. I to jest clou wszyst­kiego: żeby nie tkwić w klin­czu, że „jeśli moja matka mnie nie kochała, to ja się nie nadaję do kocha­nia”.

Ja też się tak czu­łam, stale kry­ty­ko­wana: jakie ty masz włosy, jak ty cho­dzisz, a masz kro­stę – sły­sza­łam. Bo matce było źle z tym, że ja nie byłam wytwo­rem jej pro­jek­cji.

Anna: A gdy­byś była?

Kata­rzyna: Gdy­bym była ide­alną nią – albo by mnie znie­na­wi­dziła i chciała znisz­czyć, albo by we mnie weszła, jak w to prze­dłu­że­nie sie­bie, czyli by mnie wyja­dła od środka, żebym ją fir­mo­wała.

1 Za: J.L. Cori, Matka nie­do­stępna emo­cjo­nal­nie. Jak roz­po­znać i wyle­czyć nie­wi­dzialne skutki zanie­dba­nia w dzie­ciń­stwie, przeł. K. Iwań­ska, Wydaw­nic­two Zwier­cia­dło, War­szawa 2020. [wróć]

2

Judith Arcana, ame­ry­kań­ska pisarka, femi­nistka i akty­wistka m.in. na rzecz spra­wie­dli­wo­ści repro­duk­cyj­nej, wykła­dow­czyni na stu­diach kobie­cych i magi­ster nauk o kobie­tach, jedną ze swych ksią­żek zaty­tu­ło­wała What if your mother [A jeżeli twoja matka], inną Our Mothers’ Dau­gh­ters [Córki naszych matek]. Roz­ma­wiała przy tej oka­zji ze stu dwu­dzie­stoma kobie­tami. Więk­szość z nich dekla­ro­wała, że chcia­łaby postę­po­wać w życiu cał­kiem ina­czej niż ich matki, a jed­no­cze­śnie idzie tą samą drogą, czyli powiela sche­mat mat­czy­nych zacho­wań. Ale to sta­nowi jedy­nie potwier­dze­nie wszyst­kiego, o czym mówimy. Nato­miast poja­wia się tam bar­dzo inte­re­su­jące poję­cie: dau­gh­ter­hood, czyli w wol­nym tłu­ma­cze­niu „cór­ko­stwo”.

* * *

Kata­rzyna: Rzadko kiedy kobiety, wymie­nia­jąc role spo­łeczne, jakie peł­nią, mówią o, jak to nazwa­łaś, cór­ko­stwie. Są i czują się żonami i mat­kami, co – jak wie­lo­krot­nie wspo­mi­nam – mocno leży im na sercu. Bar­dzo chcą się w tym nie tylko speł­nić, ale także spraw­dzić. Swego cór­ko­stwa kom­plet­nie sobie nie uświa­da­miają.

Anna: Wydaje mi się jed­nak, że znamy przy­naj­mniej jedną córkę bar­dzo świa­domą, która już dawno odwa­żyła się opo­wie­dzieć o matce szcze­rze i bez retu­szu, ze swo­jego, czyli córki, punktu widze­nia. Wyma­gało to tym więk­szej odwagi, że matka dopiero co zmarła, a już za życia była legendą. Mam na myśli Agatę Pas­sent, która ponad dwa­dzie­ścia lat temu powie­działa publicz­nie, że Agnieszka Osiecka artystką była wielką, ale jako matka nie w każ­dej sytu­acji umiała się spraw­dzić.

Kata­rzyna: Pamię­tam, dla mnie to było poru­sza­jące.

 

Anna: I poru­szyło opi­nię publiczną, gdyż część ludzi uznała, że ska­lany został obraz poetki, ale też nie­na­ru­szalny wize­ru­nek Matki.

Kata­rzyna: Cie­kawe, co Agata powie o tym dzi­siaj. Sama jest już matką.

Anna: I minęło ład­nych parę lat.

* * *

Kata­rzyna: Agata, jak ci się wydaje: czy twoja mama była szczę­śliwa?

Agata: Była nie­zwy­kle inte­li­gentna, a nie znam żad­nej osoby inte­li­gent­nej, która byłaby szczę­śliwa. Bo z racji prze­ni­kli­wo­ści widzi w życiu i na świe­cie nie tylko zalety, lecz także braki. I druga sprawa: Agnieszka lubiła gonić kró­liczka, jak mówią słowa jej wła­snej pio­senki, a szczę­ście trak­to­wała na spo­sób Cze­chowa, jako coś, czego nie ma, a za czym się uga­niamy. Była, można powie­dzieć, prze­ciw­niczką sto­icy­zmu, bud­dy­zmu i zen. Nie potra­fiła się ogra­ni­czać, wciąż czuła potrzebę doświad­cza­nia nowych doznań, pozna­wa­nia nowych ludzi, zawią­zy­wa­nia nowych przy­jaźni. Było w tym wieczne nie­na­sy­ce­nie. Ono wpły­wało na jej roz­wój, ale jed­no­cze­śnie przy­czy­niało się do poczu­cia zagu­bie­nia i osa­mot­nie­nia.

Anna: Odno­szę wra­że­nie, że masz dziś wobec mamy dużo wię­cej empa­tii niż kie­dyś.

Agata: Bar­dziej poznaję moją mamę przez te ponad dwa­dzie­ścia lat, które upły­nęły od jej śmierci, niż za jej życia. Nasza zna­jo­mość prze­cież trwa. Nato­miast nie jest to zna­jo­mość wyłącz­nie intymna. Uczest­ni­czą w tym teraz miliony czy­tel­ni­ków, a mama, jak każda pisarka, pod­da­wała się auto­kre­acji. Jest wiele Agnie­szek.

Kata­rzyna: A jaka była tylko dla cie­bie, jako mama?

Agata: Moi rodzice wcze­śnie się roz­wie­dli, toteż naj­le­piej pozna­łam ją jako mamę docho­dzącą. Wcze­śniej­szych wspo­mnień z mamą jako part­nerką udo­mo­wioną mam raczej mało. Mama kochała mnie, lecz nie była typową matką Polką, a raczej mene­dżerką, która potra­fiła zarzą­dzać i dys­try­bu­ować swoje powin­no­ści macie­rzyń­skie. Pod ręką byli bab­cia, mąż, czyli mój ojciec, i nia­nia. Nie mam takich wspo­mnień z dzie­ciń­stwa, gdzie jestem oprana, na siłę kar­miona („futro­wana”), że ktoś mi pod­tyka pod nos zupki, łako­cie, nie pozwala wycho­dzić na podwórko czy plac zabaw bawić się z dziećmi. Matka wolała poka­zy­wać mi świat, niż mnie przed nim chro­nić, sama nie cho­wała mnie pod klo­szem, bo ona uwa­żała, że świat jest straszny, ale i cie­kawy. Dużo podró­żo­wa­ły­śmy – bli­sko nad Świ­der pod mia­sto i dalej – nad Bał­tyk, do Wene­cji śla­dami fil­mów Viscon­tiego. Ni­gdy nie odra­biała za mnie lek­cji, nie cho­dziła do szkoły wal­czyć z nauczy­ciel­kami, ale życie naukowe i edu­ka­cja to był jeden z jej prio­ry­te­tów – miała pokaźną biblio­teczkę, czy­tała zwy­kle dwie, trzy książki jed­no­cze­śnie. Roz­ma­wia­ły­śmy o lek­tu­rach, cza­sem poma­gała mi uczyć się histo­rii, ale ni­gdy kle­pać bez sensu na pamięć. Wpo­iła mi różne war­to­ści, które na­dal są ważne: liczy się to, co w sercu i w gło­wie, a nie rze­czy, nie wygląd, nie fry­zura na gło­wie. Dzie­liła się pie­niędzmi, poży­czała auto kole­żan­kom, poma­gała inter­no­wa­nym zna­jo­mym, miała poglądy poli­tyczne i mówiła ze mną o nich. Świa­do­mie uni­kała roz­mów o dupe­re­lach typu „czy ziem­niaki już dogo­to­wane”. Wolała mówić o tym, jak się czuję, co w moim życiu się dzieje.

Kata­rzyna: A jak ci się podoba ta wer­sja mat­ko­wa­nia? Jak to widzia­łaś, gdy dora­sta­łaś?

Agata: Kiedy byłam mała, nie podo­bało mi się wiele rze­czy w naszym domu i życiu, ponie­waż wtedy jesz­cze bar­dzo chcia­łam być podobna do wszyst­kich i mieć jak inne dzieci, a moja rodzina gene­ral­nie odbie­gała od wzor­ców z tam­tych cza­sów. I nawet aspekty, które z per­spek­tywy doce­niam, na przy­kład, że miesz­ka­li­śmy w seg­men­cie w Fale­nicy, obok lasu, a nie w klitce z wiel­kiej płyty z ciemną kuch­nią, też wtedy mi nie paso­wały, bo chcia­łam mieć jak kole­żanki i cią­gnęło mnie do dużych blo­ko­wisk. Bra­ko­wało mi pew­nych zacho­wań u mamy, na przy­kład, że nie odbie­rała mnie codzien­nie ze szkoły, nie było obia­dów i ani jedze­nie, ani cele­bro­wa­nie posił­ków nie odgry­wało w naszym życiu waż­niej­szej roli. Prze­szka­dzało mi też, że mama ma obok sie­bie innych cie­ka­wych ludzi, nie tylko mnie. Czyli moje nar­cy­styczne czy ego­istyczne potrzeby dziecka nie były zaspo­ko­jone. Nie mia­łam wyłącz­no­ści, a nie doce­nia­łam jesz­cze, że moja matka zna różne nie­tu­zin­kowe osoby. Rodzice byli zwo­len­ni­kami przed­szkola, za któ­rym zaczęli się roz­glą­dać, podej­rze­wam, jak tylko zaczę­łam się pio­ni­zo­wać. I pamię­tam ten pierw­szy dzień w przed­szkolu jako auten­tyczny kosz­mar: to roz­sta­nie z moją nia­nią, które oni jesz­cze pod­krę­cili jako wyda­rze­nie przez fakt, że poszli ze mną oboje, jak mało kiedy. Paro­krot­nie potem ojciec opo­wia­dał, że krzy­cza­łam na ulicy: „Ludzie, ratunku, gdzie oni mnie pro­wa­dzą”. Oczy­wi­ście przed­szkole na drugi dzień poko­cha­łam, a nawet podobno inte­re­so­wa­łam się wymianą walut i bonów, o któ­rej panie przed­szkolanki widocz­nie roz­ma­wiały na kory­ta­rzu lub przy pia­skow­nicy.

Anna: Nie: „Mamooo” czy „tatooo”, tylko „ludzieee”…?

Agata: Widać wcze­śnie byłam pro­spo­łeczna. Zresztą szybko polu­bi­łam przed­szkole. Ale w szkole znów mia­łam matce za złe, że nie odra­bia ze mną lek­cji, a praw­dziwa mama powinna odra­biać nawet za dziecko. Nie robiła moja matka robó­tek, więc nie mia­łam pomocy na ZPT (zaję­ciach prak­tyczno-tech­nicz­nych), kiedy zadano nam gobe­lin. Nie­po­rad­ność mojej mamy dopro­wa­dzała mnie do roz­pa­czy. A prze­cież nie kuma­łam, jako ośmio­let­nia dziew­czynka, że matka fan­ta­stycz­nie potrafi tkać, ale wier­sze.

Kata­rzyna: Na odcinku ZPT zawio­dła.

Agata: Ale wła­śnie ta tzw. mała moto­ryka, czyli nie­po­rad­ność manu­alna, jest czymś, co można odzie­dzi­czyć, i tutaj duży mój żal, bo też jestem tym obcią­żona. Żałuję, że nie mogę się uspo­ka­jać, robiąc na dru­tach. Nie­po­rad­ność mamy wią­zała się też z buchal­te­rią. Nie ma gor­szego subiekta do sklepu Wokul­skiego niż Agnieszka Osiecka. Rachunki, pisma z banku czy urzędu – to wszystko było jej obce i umie­jęt­nie spy­chała te sprawy na tatę i na kole­żanki.

Kata­rzyna: Wiesz co, w sumie fajne masz wspo­mnie­nia.

Agata: Mama była geniuszką, co miało oczy­wi­ste zalety, wbrew temu, co się zwy­kle uważa, że życie z geniu­szem wtła­cza w kom­pleksy, przy­gniata. Nie jest tak. Bo wpraw­dzie nie lepi geniuszka pie­ro­gów, ale można poroz­ma­wiać o życiu i o lite­ra­tu­rze. Pamię­tam jak dziś, że roz­ma­wia­ły­śmy o twór­czo­ści Apol­li­na­ire’a, bo matka go ceniła. Taka osoba jak moja mama trak­tuje dziecko nie jako dziecko i na pewno nie jako swoją wła­sność. Dopiero jako doro­sła kobieta i matka zro­zu­mia­łam, że Agnieszka była cał­kiem inną matką niż ówcze­sny stan­dard w Pol­sce. My mamy ten model sło­wiań­ski, że dziecko jest wła­sno­ścią rodzi­ców, kobiety twier­dzą, że robią sobie dzieci dla sie­bie i w efek­cie mamy dwa miliony matek samot­nie wycho­wu­ją­cych. A męż­czyźni mówią: uro­dziła mi, dała mi dziecko. Nie­sza­blo­nowe macie­rzyń­stwo, ale zawsze czu­łam się słu­chana, atrak­cyjna, mama mówiła mi, że jestem fajną, mądrą dziew­czyną, czy­tała moje utwory szkolne, roz­ma­wiała ze mną o męż­czy­znach, rów­nież moich. Jak zaczę­łam cho­dzić na randki, nie trzeba się było kryć z życiem sek­su­al­nym. Mama pytała o chło­pa­ków i to były wprost roz­mowy: Jak w łóżku? Czy jest czuły? Oczy­wi­ście anty­kon­cep­cja rów­nież była nor­mal­nym tema­tem. Mama była eme­ry­to­waną spor­t­smenką. Przy­kła­dała się do kariery pły­wac­kiej. Ja też poszłam wcze­śnie w sport i ten sport do dziś mi bar­dzo pomaga, rów­nież psy­chicz­nie, i mama bar­dzo mnie w tym wspie­rała. Ale bez ciśnie­nia, bez par­cia do współ­za­wod­nic­twa. I z ogrom­nym wdzię­kiem mi kibi­co­wała: coś tam czy­tała, wer­to­wała, a jed­nym okiem zer­kała na mnie. Ojciec nato­miast mnie cza­sem kry­ty­ko­wał po meczach czy tre­nin­gach, a to nie­do­pusz­czalne, żeby rodzic komen­to­wał. Święci są tre­ner i tre­nerka, rodzice tylko wspie­rają.

Matka inte­re­so­wała się moim życiem towa­rzy­skim, nie two­rzyła dystansu z moimi zna­jo­mymi, cho­ciaż była wtedy u szczytu popu­lar­no­ści nie tylko w Pol­sce. Ale nie była cele­brytką. Wspól­nie wyjeż­dża­li­śmy na różne wypady: mama i moje kole­żanki albo mama i kole­dzy. Inte­re­so­wali ją wszy­scy ludzie, więc była cie­kawa także moich przy­ja­ciół. Była to cie­ka­wość nie tylko pisarki. Ona była cho­ro­bli­wie empa­tyczna i wraż­liwa. Zawsze odmła­dzała grono swo­ich zna­jo­mych, nie zamy­kała się wśród rówie­śni­ków, co sta­no­wiło pro­blem dla jej kole­ża­nek, porzu­ca­nych dla młod­szych, a i dla face­tów, porzu­ca­nych dla młod­szych. Nie została do końca życia w gro­nie STS-u, roz­wi­jała się w róż­nych kie­run­kach, ota­czała cie­ka­wymi oso­bami, które ją inspi­ro­wały. Wystar­czyło, że ktoś powie­dział o faj­nej szkole fil­mo­wej w Łodzi, to ona zaraz: „A to ja tam zdam”. I weszła w nowy krąg sztuki i w nowe śro­do­wi­sko, wyrwała się z krę­gów war­szaw­skiego dzien­ni­kar­stwa. Nie została reży­serką, nie dla niej było wie­lo­go­dzinne wycze­ki­wa­nie na chmurę desz­czu na pla­nie, skoro w tym cza­sie mogła napi­sać kilka wier­szy. Ale po raz kolejny zro­biła prze­skok i poznała inny kawa­łek świata.