Niekochalni. Lęk przed bliskością

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niekochalni. Lęk przed bliskością
Niekochalni. Lęk przed bliskością
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Niekochalni. Lęk przed bliskością
Niekochalni. Lęk przed bliskością
Audiobook
Czyta Albert Osik, Baśka Liberek, Filip Kosior
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  ***

3  Wstęp

4  Lęk przed bliskością

5  Acting out

6  Idealizacja

7  Lęk przed atrakcyjnymi osobami

8  Problemy seksualne kobiet – brak orgazmu, pochwica, trudności z lubrykacją

9  Zaburzenia seksualne mężczyzn – zaburzenia erekcji, przedwczesny wytrysk, brak orgazmu

10  Lokowanie uczuć w niedostępnym obiekcie

11  Zdrada

12  Pusty związek

13  Portale społecznościowe a lęk przed bliskością

14  Zaburzenia osobowości a bliskość

15  Uzależnienia

16  Jak wyjść z błędnego koła lęku przed bliskością

17  Zakończenie

18  Zestaw 36 pytań prowadzących do miłości

19  Literatura przedmiotu

20  O książce

21  Polecamy

Dedy­ka­cja

Dla Cie­bie i dzieci w podzię­ko­wa­niu za to, że każ­dego dnia mogę uczyć się bli­sko­ści na nowo.

Syl­wia Sit­kow­ska

Książkę dedy­kuję oso­bom bli­skim mojemu sercu i tym, któ­rzy znaj­dują w sobie odwagę, by nie bać się bli­sko­ści. Życie zaczyna się tam, gdzie się koń­czy lęk.

Andrzej Gry­żew­ski

War­szawa, 22 lutego 2020

***

Przy­kłady zawarte w książce są oparte na praw­dzi­wych histo­riach. W tro­sce o pry­wat­ność boha­te­rów wszel­kie dane i szcze­góły zostały zmie­nione.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WSTĘP

Andrzej: Od kilku lat roz­ma­wiamy ze sobą – spo­ty­ka­jąc się zarówno pry­wat­nie, jak i na prze­róż­nych super­wi­zjach, kon­fe­ren­cjach, kon­gre­sach – o tym, jak zmie­niają się rela­cje spo­łeczne. W ostat­nim cza­sie wiele naszych roz­mów doty­czyło lęku przed bli­sko­ścią. Tego, że coraz wię­cej ludzi ma lęk przed bli­sko­ścią, więc wybie­rają pozorne formy kon­tak­tów spo­łecz­nych i rela­cji emo­cjo­nalno-sek­su­al­nych.

Syl­wia: Bli­skość jest jed­nym z naj­waż­niej­szych ele­men­tów rela­cji. Nie tylko związku roman­tycz­nego. Bli­skość z przy­ja­ciółmi, dziećmi, rodziną… Bada­nia naukow­ców z Harvardu (https://www.adult­de­ve­lop­ment­study.org/gran­tand­glu­eck­study) poka­zują, że o ten wła­śnie ele­ment rela­cji warto dbać naj­bar­dziej, gdyż jest jed­nym z naj­waż­niej­szych skład­ni­ków poczu­cia szczę­ścia w życiu. Namięt­ność prze­mija naj­szyb­ciej, ale gdy pomię­dzy ludźmi jest bli­skość, zwią­zek może na­dal dawać bar­dzo dużo satys­fak­cji. Gdy zatra­cimy bli­skość, zwią­zek staje się pusty. Dekla­ru­jemy, że bli­skość jest ważna, ale mamy wokół mnó­stwo dys­trak­to­rów, rze­czy, które odcią­gają nas od bez­po­śred­niego kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem. Jakże czę­sto z przy­ja­ciółmi, zna­jo­mymi, rodziną, uko­cha­nym kon­taktujemy się za pomocą mediów elek­tro­nicz­nych.

Andrzej: Nawet psy­cho­te­ra­pia prze­nosi się do inter­netu, co zmie­nia cza­sami jej prze­bieg. Kiedy pacjent dotyka obszaru, który jest dla niego nie­kom­for­towy, udaje, że na przy­kład przy­szedł kurier, i koń­czy sesję. Albo wyłą­cza komu­ni­ka­tor i tłu­ma­czy póź­niej, że padł inter­net. Dla­czego? Czuje, że za bar­dzo zbli­żył się do psy­cho­te­ra­peuty, że za dużo powie­dział, odczuwa lęk, boi się, że zosta­nie to wyko­rzy­stane prze­ciwko niemu, wsty­dzi się, że się otwo­rzył.

Syl­wia: Uwa­żam, że pomoc poprzez kanały inter­ne­towe powoli staje się normą i nie ma sensu przed tym ucie­kać. Sta­jemy się coraz wygod­niejsi, ist­nieje też duża grupa pacjen­tów, która ma utrud­niony dostęp do bez­po­śred­niej pomocy psy­cho­lo­gicz­nej, więc moż­li­wość uczest­ni­cze­nia w sesji czy w warsz­ta­tach inter­ne­to­wych jest dla tych osób zba­wienna. Sama aktu­al­nie pra­cuję nad kur­sem online, skie­ro­wa­nym do osób, które chcia­łyby odno­wić lub utrzy­mać bli­skość w swo­ich związ­kach. Kiedy książka ukaże się na rynku, kurs będzie już dostępny. Chcia­ła­bym w nim prze­ka­zać mię­dzy innymi to, że zależ­ność i sepa­ra­cja są natu­ral­nymi ele­men­tami każ­dej rela­cji – ważne jest, aby mieć tego świa­do­mość i umieć sobie pora­dzić z wyni­ka­jącą z tego fru­stra­cją. Z jed­nej strony zla­nie się z part­ne­rem nie jest zdrowe, z dru­giej – cza­sami można odsu­nąć się tak daleko, że powrotu już nie ma. Cienka linia pomię­dzy: jeste­śmy razem, ale nie jeste­śmy jed­no­ścią.

Andrzej: Zobacz, ile fil­mów i seriali doty­czy prób budo­wa­nia rela­cji. Pacjenci czę­sto opo­wia­dają, że nie­sa­mo­wi­cie poru­szył ich serial The Affair. To histo­ria dwóch mał­żeństw, które funk­cjo­nują w bar­dzo tok­syczny spo­sób, oba­wia­jąc się bli­sko­ści. W jed­nym związku nie ma miej­sca na prze­ży­wa­nie wypa­le­nia zawo­do­wego, w dru­gim na prze­ży­wa­nie żałoby po utra­cie dziecka.

Syl­wia: Na razie dotar­łam do trze­ciego odcinka (śmiech), ale istot­nie, cie­kawa jest kon­cep­cja opo­wia­da­nia tego samego zda­rze­nia z róż­nych per­spek­tyw. To poka­zuje, że jedną i tę samą sytu­ację każda z zaan­ga­żo­wa­nych w nią osób prze­żywa ina­czej.

Andrzej: A Zimna wojna Pawła Paw­li­kow­skiego? Kanwą tego filmu jest lęk przed bli­sko­ścią. Boha­te­ro­wie nie mogą się spo­tkać na krę­tych dro­gach życia i kariery zawo­do­wej. Jedyną moż­li­wość, by byli w pełni razem, daje wspólne samo­bój­stwo. Jestem ogrom­nym popu­la­ry­za­to­rem fil­mo­te­ra­pii. Pew­nie dla­tego tak dobrze doga­du­jemy się zawo­dowo z Kata­rzyną Mil­ler. Dla mnie papier­kiem lak­mu­so­wym tego, co się dzieje w spo­łe­czeń­stwie, są filmy, które dostają nomi­na­cje do Osca­rów. W roku 2020 Oscara dostał film Joker opo­wia­da­jący o męż­czyź­nie, który chce nawią­zać bli­ski kon­takt z dru­gim czło­wie­kiem, ale któ­rego spo­tyka pasmo przy­krych rela­cji, począw­szy od tok­sycz­nej prze­mo­co­wej matki, poprzez rówie­śni­ków i współ­pra­cow­ni­ków. Zna­mienna jest scena w auto­bu­sie, w któ­rej chce pocie­szyć smutną dziew­czynkę, a zostaje zaata­ko­wany przez jej matkę. W 2019 roku Osca­rem nagro­dzono film Green Book, opo­wieść o budo­wa­niu rela­cji mię­dzy twar­dym, pro­stym, bia­łym face­tem a ciem­no­skó­rym, wyra­fi­no­wa­nym, uta­len­to­wa­nym, homo­sek­su­al­nym arty­stą. To swo­ista instruk­cja, co zro­bić, by stwo­rzyć rela­cję i nie bać się bli­sko­ści, cokol­wiek się w niej zadzieje.

Syl­wia: Ładny obraz, pięk­nie uka­zu­jący rodzącą się bli­skość. Ma jedną rysę, wzmac­nia mit, że prze­ci­wień­stwa się przy­cią­gają. Bada­nia wszak poka­zują, że jest odwrot­nie. Łączą nas podo­bień­stwa i lepiej trzy­mać się podo­bieństw w dobie­ra­niu się w pary czy nawet przy­jaź­nie. Czę­sto to, co zachwy­cało, w póź­niej­szym cza­sie, gdy mija etap fascy­na­cji, zaczyna draż­nić. Łatwiej jest budo­wać bli­skość z ludźmi podob­nymi do nas. Wyobraźmy sobie zwią­zek bała­ga­nia­rza z pedan­tem. W począt­ko­wym eta­pie bała­ga­niarz może podzi­wiać pedanta za upo­rząd­ko­wa­nie, ład, schlud­ność. Z cza­sem jed­nak sta­nie się to dla niego trudne, na tle porządku zaczną się rodzić kon­flikty i to, co było kie­dyś godne podziwu, z cza­sem sta­nie się po pro­stu upier­dli­wo­ścią: „Dla­czego on się tak cze­pia, prze­cież to tylko jedna bluzka na krze­śle” itp. Podob­nie jest z pedan­tem: bała­ga­niarz może mu się jawić na początku jako kolo­rowy ptak, spon­ta­niczna, pełna ener­gii osoba. Po jakimś cza­sie jed­nak zaczną go dener­wo­wać poroz­rzu­cane ubra­nia lub roz­sta­wione wszę­dzie kubki. W takich związ­kach trud­niej jest utrzy­mać bli­skość, cho­ciaż przy dobrej woli i wza­jem­nej akcep­ta­cji nie jest to nie­moż­liwe.

Andrzej: Wśród innych popu­lar­nych fil­mów z ostat­nich lat, które poru­szały temat rela­cji i bli­sko­ści, wyróż­nia się Bohe­mian Rhap­sody, bio­gra­ficzna opo­wieść o Fred­diem Mer­cu­rym. Arty­sta rewe­la­cyj­nie funk­cjo­no­wał na sce­nie, ale jego życie oso­bi­ste, emo­cjo­nalne i sek­su­alne, było bar­dzo skom­pli­ko­wane i czę­sto­kroć w roz­sypce. Więk­szość naszych czy­tel­ni­ków zapewne oglą­dała Naro­dziny gwiazdy, opo­wieść o słyn­nym pio­sen­ka­rzu, który pogrą­żył się w destruk­cji, gdy oka­zało się, że jego part­nerka zaczyna osią­gać suk­cesy. Dobrze się czuł w związku z nią, gdy on był „wielką gwiazdą”, a ona funk­cjo­no­wała w roli maskotki. Zupeł­nie nie potra­fił odna­leźć się z nią w bli­sko­ści.

 

Syl­wia: Bohe­mian Rhap­sody to opo­wieść o czło­wieku roz­pacz­li­wie poszu­ku­ją­cym bli­sko­ści i akcep­ta­cji. Histo­ria jego pocho­dze­nia i doświad­cze­nia z domu rodzin­nego z jed­nej strony dały mu siłę, z dru­giej wytwo­rzyły dużą potrzebę bycia akcep­to­wa­nym. Pró­bo­wał to osią­gnąć przez całe życie. Miał wiel­kie szczę­ście, jego skar­bem byli przy­ja­ciele, któ­rzy pozwo­lili mu się odda­lić, a póź­niej wró­cić. To, o czym mówi­łam wcze­śniej, sepa­ra­cja i zależ­ność, wystę­pują rów­nież w przy­jaźni.

Naro­dziny gwiazdy to jesz­cze inna bli­skość. Bli­skość zro­dzona z lęku, kom­plek­sów. Próba budo­wa­nia rela­cji na oczach świata, co zazwy­czaj jest dodat­ko­wym utrud­nie­niem.

Andrzej: Wcze­śniej Oscara dostał film Kształt wody. Jest w nim poka­zana próba budo­wa­nia bli­skiej rela­cji z huma­no­idal­nym stwo­rem. Faj­nie uka­zane ABC przy­jaźni.

Przy­po­mnia­łem naj­gło­śniej­sze filmy z ostat­nich lat, bo uwa­żam, że są one swo­istą żywą kro­niką spo­łeczną. Ale sprzed kino­wego ekranu wrócę do mojego gabi­netu tera­peu­tycz­nego. Lęk przed bli­sko­ścią widzę codzien­nie u swo­ich pacjen­tów. Wiele osób nie jest w sta­nie być bli­sko w związku i stwa­rza w swoim życiu sub­sty­tuty rela­cji. Nie­któ­rzy godzi­nami oglą­dają por­no­gra­fię, inni godzi­nami kore­spon­dują na komu­ni­ka­to­rach z oso­bami, które znają jedy­nie wir­tu­al­nie, a jesz­cze inni sie­dzą na forach lub w ser­wi­sach spo­łecz­no­ścio­wych, mając wra­że­nie, że są z kimś bli­sko.

Pro­blem nie­ko­chal­nych, ludzi oba­wia­ją­cych się bli­sko­ści, roz­rósł się w ostat­nich latach, do czego zna­cząco przy­czy­niły się por­tale spo­łecz­no­ściowe i sze­ro­ko­pa­smowy inter­net. Dla­tego pro­po­nuję, Syl­wio, żeby­śmy naszą książkę napi­sali, pochy­la­jąc się nad poszcze­gól­nymi odmia­nami lęku przed bli­sko­ścią, począw­szy od przy­czyn „nie­ko­chal­no­ści”, a koń­cząc na spo­so­bach jej zmiany w głę­bo­kie, praw­dziwe, satys­fak­cjo­nu­jące przy­jaź­nie, związki i rela­cje mię­dzy­ludz­kie.

Syl­wia: Bli­skość jest potrzebna. Bli­skość jest piękna. Bli­skość jest wspa­nia­łym uczu­ciem. Nie jest jed­nak łatwo utrzy­mać ją w dłu­go­ter­mi­no­wym związku. Więk­szość pro­ble­mów moich pacjen­tów spro­wa­dza się do rela­cji. Rela­cji z rodzi­cami, z dziećmi, z przy­ja­ciółmi, part­ne­rami, mężami, żonami. O ile trud­niej odciąć się od rodziny i dzieci (cho­ciaż i to się zda­rza), o tyle zmiana uko­cha­nego lub uko­cha­nej jest mniej­szym pro­ble­mem. Jeste­śmy w sta­nie znieść wiele w związku: zdrady, kłót­nie, ciche dni, jed­nak brak bli­sko­ści to rów­nia pochyła dla więk­szo­ści par.

Andrzej: To tyka­jąca bomba z opóź­nio­nym zapło­nem.

Syl­wia: Kiedy prze­sta­jemy się doty­kać, trosz­czyć o sie­bie, poma­gać sobie wza­jem­nie, zaczy­namy patrzeć na sie­bie z wro­go­ścią. Życie razem staje się nie do znie­sie­nia. Pary w tera­pii czę­sto mówią, że są jak „dobrze pro­spe­ru­jące przed­się­bior­stwo”, ale to za mało, by czuć się speł­nio­nym w związku. W naszej książce spró­bu­jemy przy­bli­żyć zacho­wa­nia, które odbie­rają bli­skość. Wiele z nich to zacho­wa­nia nie­uświa­do­mione, a prze­cież to świa­do­mość jest pierw­szym kro­kiem do zmiany.

LĘK PRZED BLI­SKO­ŚCIĄ
STYLE PRZY­WIĄ­ZA­NIA

Styl bez­pieczny – repre­zen­tuje go więk­szość ludzi (bada­nia wska­zują, że do 60 pro­cent). Dziecko ufa opie­ku­nom, wie, że są oni dla niego dostępni, gotowi do wspar­cia i opieki, czuje się bez­piecz­nie. Dzięki temu natu­ral­nie wykształca się w nim poczu­cie, że warte jest tro­ski i miło­ści. Ma odwagę pozna­wać oto­cze­nie, jest pewne sie­bie, chęt­nie nawią­zuje bli­skie kon­takty z innymi. W doro­słym życiu dobrze znosi zarówno swoją zależ­ność od innych, jak i zależ­ność innych od sie­bie. Nie wyka­zuje nad­mier­nego lęku przed porzu­ce­niem ani zbyt­nim przy­wią­za­niem. Doro­śli repre­zen­tu­jący ten styl przy­wią­za­nia mają naj­więk­szą szansę na two­rze­nie trwa­łych, zdro­wych rela­cji z innymi. Swo­ich rodzi­ców wspo­mi­nają jako tro­skli­wych i uczu­cio­wych.

Styl uni­ka­jący – doty­czy około 20 pro­cent ludzi. Two­rzy się w sytu­acji, gdy opie­kun nie poświę­cał dziecku zbyt­niej uwagi, dziecko było przez niego karane za próby nawią­za­nia kon­taktu fizycz­nego, miało poczu­cie odrzu­ce­nia przez opie­kuna. Dziecko uczy się igno­ro­wać i uni­kać opie­kuna, co w nega­tywny spo­sób wpływa na jego doro­słe życie: taka osoba czuje się skrę­po­wana bli­sko­ścią, jest nie­ufna w sto­sunku do innych ludzi, zaprze­cza potrze­bie więzi, może mieć skłon­ność do prze­lot­nych rela­cji sek­su­al­nych czy pra­co­ho­li­zmu. Jako doro­sły wspo­mina rodzi­ców jako kry­tycz­nych, wyma­ga­ją­cych.

Styl lękowo-ambi­wa­lentny – repre­zen­tuje go około 20 pro­cent ludzi. Two­rzy się w sytu­acji, gdy dziecko nie wie, czy matka przy­bę­dzie z pomocą, kiedy ono pła­cze, czy może pozo­stawi je w tej sytu­acji. Takie dzieci mają silną potrzebę bycia przez cały czas z opie­ku­nem. Gwał­tow­nie pro­te­stują w chwili roz­sta­nia, sama jego per­spek­tywa budzi w nich ogromny lęk. Gdy opie­kun wraca, oka­zują silną potrzebę kon­taktu, ale rów­no­cze­śnie gniew i złość. Jako doro­śli czę­sto czują się nie­warci miło­ści. Mają skłon­ność do chwiej­nych nastro­jów, zatra­ca­nia się w namięt­no­ści, a także miło­ści od pierw­szego wej­rze­nia.

Styl zdez­or­ga­ni­zo­wany – styl ten obser­wo­wany jest u osób, które w dzie­ciń­stwie doświad­czały nad­użyć, prze­mocy psy­chicz­nej bądź fizycz­nej. Rodzice tych dzieci zamien­nie oka­zują radość bądź wro­gość, bez faz przej­ścio­wych. Dziecko przez to trak­tuje rodzica jako obiekt bez­pieczny i niebez­pieczny. Pra­gnie jed­no­cze­śnie zbli­żyć się do rodzica i go unik­nąć. W życiu doro­słym osoby te mają silną potrzebę kon­troli oto­cze­nia. Ten typ przy­wią­za­nia naj­sil­niej pre­dys­po­nuje do poważ­nych zabu­rzeń psy­chicz­nych.

Andrzej: Na począ­tek powin­ni­śmy zadać pod­sta­wowe pyta­nie: jak two­rzy się lęk przed bli­sko­ścią?

Syl­wia: Nale­ża­łoby zacząć od tzw. teo­rii Bowlby’ego. Według tego zna­ko­mi­tego bry­tyj­skiego psy­chia­try, ist­nieją trzy style przy­wią­za­nia, które wytwa­rzają się w dzie­ciń­stwie i wpły­wają na całe życie.

W zależ­no­ści od tego, jak rodzic zacho­wuje się w sto­sunku do dziecka, taki styl przy­wią­za­nia ono przyj­muje i sto­suje w póź­niej­szym życiu. Jeżeli rodzic reaguje na potrzeby dziecka, przy­cho­dzi, kiedy dziecko pła­cze, jest czuły, roz­ma­wia z dziec­kiem już na eta­pie nie­mow­lęc­twa, w dziecku two­rzy się poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Rodzi się świa­do­mość, że na tym polega rela­cja z innymi ludźmi. Taka bli­skość jest dla dziecka nor­malna. Więk­szość osób ma bez­pieczny styl przy­wią­za­nia – bada­nia wska­zują, że ponad 60 pro­cent osób.

Andrzej: To budu­jąca wia­do­mość, ale może zdu­mie­wać. Zwłasz­cza psy­cho­te­ra­peutę. W mojej prak­tyce naj­czę­ściej bowiem spo­ty­kam ludzi mają­cych poza­bez­pieczne style przy­wią­za­nia.

Syl­wia: Cóż, trzeba sobie jasno powie­dzieć – w naszych gabi­ne­tach naj­czę­ściej gosz­czą takie wła­śnie osoby.

Andrzej: Stąd nasza skrzy­wiona per­spek­tywa. Nato­miast nie chcę kre­ować mitu, że na tera­pię idą wyłącz­nie osoby z pro­ble­mami, a ci, co nie cho­dzą, to są oka­zami zdro­wia.

Syl­wia: Dokład­nie tak. Jako psy­cho­te­ra­peuci jeste­śmy za pan brat ze sty­lem lękowo-ambi­wa­lent­nym, uni­ka­ją­cym i zdez­or­ga­ni­zo­wa­nym. Jako że naj­więk­sze pro­blemy w życiu poja­wiają się w kon­tak­tach z innymi ludźmi, tra­fia do nas nie­wiele osób z bez­piecz­nym sty­lem przy­wią­za­nia, gdyż takie osoby potra­fią w spo­sób natu­ralny nawią­zy­wać satys­fak­cjo­nu­jące, bli­skie rela­cje.

Andrzej: Ze smut­kiem muszę przy­znać, że mia­łem mało pacjen­tów z tym sty­lem przy­wią­za­nia.

Syl­wia: Muszę cię zasmu­cić, praw­do­po­dob­nie w przy­szło­ści rów­nież nie będziesz miał ich zbyt wielu. Ponad 70 pro­cent mło­dych doro­słych nawią­zuje takie same rela­cje z innymi ludźmi, jakie mieli z matką we wcze­snym dzie­ciń­stwie, pod warun­kiem że w pierw­szych dwu­dzie­stu latach życia nie wyda­rzyło się nic, co zmie­ni­łoby ten styl rela­cji, np. śmierć, roz­wód, prze­moc.

Dotych­czas pano­wała opi­nia, że raz wykształ­cony styl przy­wią­za­nia pozo­staje nie­zmienny do końca życia. Naj­now­sze bada­nia mówią jed­nak o tym, że styl przy­wią­za­nia może się zmie­niać. Oka­zuje się, że zmie­niają nas silne doświad­cze­nia oraz że łącząc się w pary, mamy na sie­bie silny wpływ. Styl przy­wią­za­nia zmie­nia się więc na sku­tek róż­nych życio­wych wyda­rzeń. Jeśli poczu­jemy się bar­dzo oszu­kani, ist­nieje ryzyko, że pojawi się u nas jakiś rys stylu uni­ka­ją­cego. Jeśli – mając styl bez­pieczny – „nie­chcący” wybie­rzemy part­nera z innym sty­lem przy­wią­za­nia, może się zda­rzyć, że pod wpły­wem sil­nych prze­żyć przej­miemy ele­menty jego stylu.

Andrzej: Według żela­znej zasady, że jeśli patrzysz w ciem­ność, to i ciem­ność patrzy w cie­bie. (śmiech) Prze­śledźmy, jak two­rzą się poszcze­gólne style.

Syl­wia: John Bowlby począt­kowo wyróż­nił trzy style przy­wią­za­nia, ale po jakimś cza­sie inni naukowcy uzu­peł­nili to zesta­wie­nie o styl czwarty.

Styl uni­ka­jący doty­czy około 20 pro­cent ludzi. Powstaje wów­czas, gdy opie­kun nie poświęca dziecku wystar­cza­ją­cej uwagi, dziecko jest przez niego karane za próby nawią­za­nia kon­taktu fizycz­nego i rodzi się w nim poczu­cie odrzu­ce­nia. Dziecko uczy się wów­czas igno­ro­wać i uni­kać opie­kuna, co kła­dzie się cie­niem na jego póź­niej­szym doro­słym życiu. Doro­sły, u któ­rego wytwo­rzył się ten styl, czuje się skrę­po­wany bli­sko­ścią, jest nie­ufny w sto­sunku do innych, zaprze­cza potrze­bie więzi, może wyka­zy­wać skłon­ność do prze­lot­nych rela­cji sek­su­al­nych lub pra­co­ho­li­zmu. Rodzi­ców wspo­mina jako kry­tycz­nych i bar­dzo wyma­ga­ją­cych.

Andrzej: W gabi­ne­cie ci pacjenci mówią mi, że w domu pano­wał „zimny chów”, tak że gorąca her­bata sty­gła od razu.

Syl­wia: Styl lękowo-ambi­wa­lentny rów­nież repre­zen­tuje około 20 pro­cent ludzi. Two­rzy się on wów­czas, gdy dziecko nie wie, czy matka przy­bę­dzie z pomocą, kiedy ono pła­cze, czy może pozo­stawi je w tej sytu­acji. Takie dzieci mają silną potrzebę nie­ustan­nego prze­by­wa­nia z opie­ku­nem. Gwał­tow­nie pro­te­stują w momen­cie roz­sta­nia, już sama per­spek­tywa roz­łąki budzi w nich nie­zwy­kle silny lęk. Gdy opie­kun wraca, oka­zują olbrzy­mią potrzebę kon­taktu, ale rów­no­cze­śnie gniew i złość. Jako doro­śli bar­dzo czę­sto czują się nie­warci miło­ści. Mają skłon­ność do chwiej­nych nastro­jów. To oni naj­czę­ściej zako­chują się „od pierw­szego wej­rze­nia” i zatra­cają się w namięt­no­ści.

Andrzej: Powiemy o tym póź­niej, ale zasy­gna­li­zuję tu, że z tej grupy wywo­dzi się bar­dzo dużo osób z oso­bo­wo­ścią bor­der­line. W związku tak „koły­szą łódką”, że można dostać cho­roby mor­skiej i meta­fo­rycz­nie wymio­to­wać za burtę bez­u­stan­nie – dzwo­niąc po kole­żan­kach i mówiąc, jakiego to łaj­daka ma się w domu.

Syl­wia: Kolejny styl poza­bez­pieczny – zdez­or­ga­ni­zo­wany – został dodany do modelu Bowlby’ego w póź­niej­szym cza­sie. Styl ten obser­wo­wany jest u osób, które w dzie­ciń­stwie doświad­czały prze­mocy psy­chicz­nej bądź fizycz­nej. Rodzice tych dzieci zamien­nie oka­zują radość bądź wro­gość, bez faz przej­ścio­wych. Powo­duje to, że dziecko trak­tuje rodzica jako obiekt jed­no­cze­śnie bez­pieczny i niebez­pieczny. Pra­gnie zarówno zbli­żyć się do rodzica, jak i go unik­nąć. Ten typ przy­wią­za­nia naj­sil­niej pre­dys­po­nuje do poważ­nych zabu­rzeń psy­chicz­nych.

I na koniec styl bez­pieczny, który – na szczę­ście – ma więk­szość ludzi. Dziecko czuje się bez­piecz­nie, ufa rodzi­com, wie, że są oni dla niego dostępni. Dzięki temu natu­ral­nie wytwa­rza się w nim prze­ko­na­nie, że jest warte tro­ski i miło­ści. Ma odwagę eks­plo­ro­wać oto­cze­nie i nawią­zy­wać bli­skie kon­takty z innymi. Nie oba­wia się opusz­cze­nia. W róż­nych sytu­acjach dobrze znosi swoją zależ­ność od innych ludzi oraz zależ­ność innych od sie­bie. Doro­śli, u któ­rych wykształ­cił się ten styl przy­wią­za­nia, mają naj­więk­szą szansę na stwo­rze­nie dłu­go­trwa­łych, zdro­wych rela­cji. Swo­ich rodzi­ców wspo­mi­nają jako tro­skli­wych i czu­łych.

 

Andrzej: Bez­pieczny brzmi świet­nie.

Syl­wia: Prawda? Budu­jące jest to, że ma go więk­szość ludzi… Ale w gabi­ne­cie widuję go w zde­cy­do­wa­nej mniej­szo­ści. Przy­kła­dowo, mam aktu­al­nie w tera­pii pacjentkę ze sty­lem lękowo-ambi­wa­lent­nym. Mię­dzy innymi ma trud­no­ści z zaak­cep­to­wa­niem tego, że mąż wycho­dzi spo­tkać się ze zna­jo­mymi. Jest to dla niej tak trudne, że jakiś czas temu, kiedy on się wybie­rał na spo­tka­nie z kole­gami, doznała ataku paniki – dusz­no­ści, pal­pi­ta­cje serca, drę­twie­nie koń­czyn, pełen zestaw obja­wów. Mąż zawiózł ją do szpi­tala, gdyż żadne z nich nie wie­działo, co się dzieje. Oczy­wi­ście z wyj­ścia ze zna­jo­mymi nici…

Pra­cuję z tą pacjentką nad tym, aby nauczyła się akcep­to­wać sytu­acje zwią­zane z wyj­ściem męża z domu. Nic poza jej emo­cjami nie wska­zuje na to, żeby mąż chciał ją zdra­dzić, oszu­kać lub zosta­wić, co wię­cej, mąż ma do niej naprawdę aniel­ską cier­pli­wość. Nie­stety, mimo jego zapew­nień i miło­ści, w chwi­lach roz­łąki u mojej pacjentki poja­wia się olbrzymi lęk, który ostat­nio zama­ni­fe­sto­wał się ata­kiem paniki. Dla­czego? Spójrzmy na jej rodzi­ców. Matka raz nado­pie­kuń­cza, raz zni­ka­jąca emo­cjo­nal­nie lub złosz­cząca się na swoją córkę, krzy­cząca, mówiąca raniące słowa, dodat­kowo pochło­nięta wła­snymi pro­ble­mami mał­żeń­skimi. Ojciec nie­obecny, więk­szość uwagi poświę­ca­jący pracy. Jego poja­wie­nia były niczym wizyty Świę­tego Miko­łaja. Raz na jakiś czas obda­rzał dzieci uwagą i pre­zen­tami, po to aby po chwili znów znik­nąć. Moja pacjentka weszła w świat z prze­ko­na­niem, że musi sobie zna­leźć kogoś, dzięki komu poczuje się wresz­cie bez­piecz­nie. Wyszła za mąż i chce prze­by­wać z mężem cały czas. Naj­le­piej dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Na szczę­ście, dzięki naszej pracy, tro­chę już mu odpusz­cza, zaczyna się zaj­mo­wać sobą i dostrze­gać, że można być z drugą osobą, nie­ko­niecz­nie będąc z nią „zla­nym”. Jed­nak do cał­ko­wi­tego uwol­nie­nia się od tok­sycz­nego prze­ko­na­nia, że tylko mąż może dać jej bez­pie­czeń­stwo, jesz­cze daleka droga.

Andrzej: Dla zilu­stro­wa­nia tematu przy­cho­dzi mi na myśl piękny przy­kład z kome­dii Sze­fo­wie wro­go­wie. Otóż drobny gang­ster, poma­ga­jący trzem fajt­ła­pom z kor­po­ra­cji pozbyć się ich tok­sycz­nego szefa, w trak­cie dyna­micz­nego pościgu poli­cyj­nego wyj­muje nagle tele­fon i pisze ese­mesy. Jeden safan­duła pyta go ze zdzi­wie­niem: „Co ty, czło­wieku, robisz? Zaraz nas roz­bi­jesz!”, a gang­ster na to: „Muszę napi­sać szybko ese­mesa do mojej laski. Jak nie jestem z nią w czę­stym kon­tak­cie, to jej odpie­prza”. (śmiech). Nato­miast mam pacjentkę z podob­nym pro­ble­mem. Jej rodzice byli leka­rzami. Uro­dziła się, gdy mieli po dwa­dzie­ścia trzy lata, jesz­cze stu­dio­wali. Kiedy moja pacjentka była mała, byli na „dorobku”. Jej ojciec stale był zde­ner­wo­wany. Pacjentka wspo­mina, że łatwo wpa­dał w złość. Ni­gdy nie wie­działa, kiedy nadej­dzie atak. Pamięta, jak złość w nim rosła, kumu­lo­wała się, roz­sze­rzały mu się noz­drza, wyglą­dał jak smok, który zaraz będzie ział ogniem. To zwia­sto­wało potężną awan­turę, któ­rej ona i jej rodzeń­stwo oczy­wi­ście się bar­dzo bali. A awan­tu­ro­wał się okrut­nie. Jak wybu­chał, to na całego. Był jak wul­kan: wybu­chał i lała się lawa. Matka pacjentki rów­nież była stale zde­ner­wo­wana, wciąż coś jej nie odpo­wia­dało, ale jej złość była inna. Pacjentka przy­rów­nuje ją do czaj­nika sto­ją­cego na gazie, w któ­rym nie­ustan­nie gotuje się woda i który cały czas natręt­nie gwiż­dże.

I wyobraź sobie: moja pacjentka miała dotych­czas kilku part­ne­rów i we wszyst­kich związ­kach funk­cjo­no­wała jak jej matka, czyli była nie­ustan­nie „odbez­pie­czona”. Pro­wo­ko­wała prze­różne dra­ma­tyczne histo­rie, na przy­kład to, żeby part­ner ganiał za nią po mie­ście. Nie­spo­dzie­wa­nie wsia­dała do auto­busu i odjeż­dża­jąc, machała part­nerowi, jed­no­cze­śnie poka­zu­jąc ręką fuck you. A wybie­rała sobie face­tów sil­nych fizycz­nie, któ­rzy rze­czy­wi­ście mogli za nią ganiać. No i mieli na to ochotę.

Syl­wia: Im czło­wiek młod­szy, tym bar­dziej tar­gają nim emo­cje. Objawy zabu­rzeń oso­bo­wo­ści wyci­szają się z wie­kiem.

Andrzej: Tak, czy­ta­łem te bada­nia. Mijają, ale dopiero koło sie­dem­dzie­siątki. Dość późno dla bli­skich takiej osoby. (śmiech)

Syl­wia: Jeśli dożyją. (śmiech) Objawy zmniej­szają się już po trzy­dzie­stym pią­tym roku życia, ale oczy­wi­ście u osób, które nad sobą pra­cują. Jeśli się nad nimi nie pra­cuje – to mogą się nasi­lać. Może tak było u two­jej pacjentki?

Andrzej: Myślę, że tak. Ona robiła to w chwi­lach, kiedy czuła, że traci kon­trolę. Po pro­stu musiała być w ruchu, cho­dzić, jeź­dzić. Wsia­dała do metra, tram­waju, auto­busu. Ucie­kała przed part­ne­rami, a oni ją gonili. Była jak połą­cze­nie Johna Wicka i Szyb­kich i wście­kłych. Póź­niej zwią­zała się z męż­czy­zną w zupeł­nie innym typie – spo­koj­nym, sta­bil­nym face­tem. Ale w rela­cji z nim nie tole­ro­wała jego towa­rzy­skich spo­tkań z kole­żan­kami. Nawet zawo­do­wych.

Syl­wia: Z żadną inną dziew­czyną?

Andrzej: Od razu akty­wi­zo­wała się jej złość. Miała poczu­cie, że spo­tka­nie w kawiarni zakoń­czy się sek­sem. Docho­dziło do tego, że robiła awan­tury, jak chciał pójść pograć w tenisa.

Syl­wia: Ona ewi­dent­nie pre­zen­tuje styl lękowo-ambi­wa­lentny. I dla­tego chciała go wyłącz­nie dla sie­bie. Ale być może tra­fił swój na swego.

Andrzej: Myślisz?

Syl­wia: Ist­nieje pewna pra­wi­dło­wość: dobie­ramy się w pary podob­nymi sty­lami przy­wią­za­nia. Osoba z bez­piecz­nym sty­lem przy­wią­za­nia naj­praw­do­po­dob­niej wybie­rze na part­nera rów­nież kogoś ze sty­lem bez­piecz­nym. Zacho­wa­nia wią­żące się z pozabez­piecz­nymi sty­lami przy­wią­za­nia się dla nich po pro­stu dziwne. Nie odnaj­dują się w tym.

Andrzej: Cie­kawe, czy wykształ­cony w dzie­ciń­stwie bez­pieczny styl przy­wią­za­nia gwa­ran­tuje szczę­ście w związku?

Syl­wia: Nie­stety nie znam takich badań.

Andrzej: A ja – pół żar­tem, pół serio – nie znam takich związ­ków. (śmiech)

Syl­wia: Mówisz z per­spek­tywy gabi­netu?

Andrzej: Tak. Deba­to­wa­łem na ten temat sze­roko w poprzed­niej książce napi­sa­nej z Kasią Mil­ler, Być parą i nie zwa­rio­wać.

Syl­wia: Mie­wa­łam w gabi­ne­cie cał­kiem fajne pary, tyle że pogrą­żone w kry­zy­sie. Ale czy są związki nie­prze­ży­wa­jące kry­zy­sów? Prak­tycz­nie nie ma. Mimo tych kry­zy­sów w życiu pry­wat­nym rów­nież znam kilka szczę­śli­wych związ­ków.

Andrzej: Może opo­wiedz, bo czę­sto spraw­dza się zasada „co dom, to złom”.

Syl­wia: Opo­wiem. Moja ulu­biona to histo­ria moich dziad­ków. Histo­rię tę uwiel­biam, mimo że (a może dla­tego że) wbrew obec­nie panu­ją­cym tren­dom – nie zaczęła się od miło­ści roman­tycz­nej. Bab­cia i dzia­dek nie zwią­zali się ze sobą, dla­tego że byli w sobie zako­chani lub sobą zauro­czeni. Pobrali się, bo bab­cia miała „swoje lata”, dzia­dek szu­kał żony i ich ze sobą zeswa­tano. Wyobraź sobie, że dzia­dek przy­je­chał do babci, aby ją poznać. Póź­niej bab­cia poje­chała do dziadka, poznać rodzinę, obej­rzeć poten­cjalny przy­szły dom. Gdy oboje wyra­zili chęć bycia razem, odbyły się zarę­czyny i ślub.

Andrzej: Z dzi­siej­szej per­spek­tywy to nie­wia­ry­godne, ale daw­niej tak wła­śnie aran­żo­wano mał­żeń­stwa. Na ostat­nim kon­gre­sie sek­su­olo­gicz­nym była cie­kawa pre­le­gentka z Indii, która mówiła, że Hin­dusi współ­cze­śnie chwalą sobie ten typ aran­żo­wa­nych związ­ków. Zresztą czę­sto cho­dzą mi po gło­wie słowa, które kie­dyś mi powie­dział pro­fe­sor Zbi­gniew Lew-Sta­ro­wicz, że gdy prze­mija począt­kowy okres zauro­cze­nia i feny­lo­ety­lo­aminy, to dal­sza część związku jest wielką lote­rią. Nie wia­domo, na kogo się trafi. To jak z obiet­ni­cami przed­wy­bor­czymi – nikt ci tyle nie da, ile ja ci obie­cam. (śmiech)

Syl­wia: Chyba mówił to rów­nież pół żar­tem, pół serio (śmiech) John Got­t­man, który w swo­ich wie­lo­let­nich bada­niach wyod­ręb­nił zacho­wa­nia sprzy­ja­jące dobrej rela­cji i te nisz­czące zwią­zek. Wiemy już, że nie ma cze­goś takiego jak dwie połówki, a to zna­czy, że w więk­szo­ści związ­ków można to wypra­co­wać, po pro­stu nauczyć się być razem. Osoby, które w domach rodzin­nych widziały rodzi­ców zgra­nych, darzą­cych się sza­cun­kiem, zaprzy­jaź­nio­nych, mają dużo więk­sze szanse na nawią­za­nie dobrej rela­cji. Wła­śnie tego uczę na moim kur­sie online „Jak odbu­do­wać bli­skość w rela­cji”. Uczest­nicy uczą się, jak być bli­sko z drugą osobą, uczą się zasad dobrego związku. To nie są jakieś tajemne, nie­zba­dane sprawy, wszyst­kiego można się nauczyć, ale wra­ca­jąc do dziad­ków :). Ja zna­łam ich jako super­mał­żeń­stwo. Bar­dzo się wspie­rali i trosz­czyli o sie­bie. Nie tylko się kochali, ale też lubili. Widać było, że są w sto­sunku do sie­bie bar­dzo cie­pli. Dzia­dek w sto­sunku do innych zacho­wy­wał dystans, ale w sto­sunku do babci był bar­dzo czuły. Wyobraź sobie, że mając sie­dem­dzie­siąt lat, bab­cia sia­dała dziad­kowi na kola­nach. Mam nawet takie zdję­cie. To było naprawdę nie­sa­mo­wite. Dzia­dek zmarł w tra­gicz­nych oko­licz­no­ściach. Gdy byli­śmy u niego z bab­cią w szpi­talu na oddziale inten­syw­nej tera­pii, popro­sił, aby bab­cia nie miesz­kała sama w ich domu, bez niego. Tu muszę dodać, że dom znaj­do­wał się w środku lasu. Gdy bab­cia zapy­tała dla­czego, dzia­dek odpo­wie­dział: bo mi cie­bie ukradną. Wyobraź sobie, powie­dział to, leżąc na łożu śmierci. Pew­nie nie uwie­rzy­ła­bym w taki roman­tyzm po sie­dem­dzie­siątce, gdy­bym przy tym nie była.