Mutant

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mutant
Metro 2034
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,89  55,91 
Metro 2034
Audio
Metro 2034
Audiobook
39,99  29,19 
Szczegóły
Audio
Metro 2033
Audiobook
39,99  29,19 
Szczegóły
Achromatopsja
Tekst
Metro 2034
E-book
29,90  21,83 
Szczegóły
Tekst
Metro 2033
E-book
29,90  21,83 
Szczegóły
Mrówańcza
E-book
25,90 
Szczegóły
W mrok
E-book
26,50 
Szczegóły
Achromatopsja
E-book
29,90 
Szczegóły
Krucjata dzieci
E-book
29,90 
Szczegóły
Prawo do zemsty
E-book
29,90 
Szczegóły
Piter
E-book
29,90 
Szczegóły
Wędrowiec
E-book
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Метро 2033: Мутант

Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2013–2019

Copyright © Andriej Butorin, 2014

All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii Uniwersum Metro 2033 © Dmitry Glukhovsky, 2009–2019

Przekład z języka rosyjskiego

Paweł Podmiotko

Redakcja

Piotr Mocniak

Korekta i skład

Pracownia 12 A

Projekt okładki

Ilja Jackiewicz

Projekt logotypu serii

Jacek Doroszenko, www.doroszenko.com

Mapa

Leonid Dobkacz

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66360-71-6


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Chcę wyrazić ogromną wdzięczność:

– mojej ciotecznej siostrze Lubie Kuzniecowej za konsultację w sprawie akcji powieści;

– mojej koleżance Oli Teterinie za podarowanie wiersza;

– mojej koleżance Poli Kurdiaszowej za to, że popędzała mnie i nie dawała mi się obijać;

– mojej żonie Marinie oraz synom Maksimowi i Denisowi za natchnienie i oparcie.

W drogę kochani albo kopcie grób,

Wybór jest żaden mówiąc między nami.

Na śmierć powolną nas skazano tu,

Wszystkich tu nas do skał przykuto łańcuchami.

Ktoś tam w pośpiechu uwierzył, bo chciał,

Tak bez namysłu, brednią namaszczony.

Po co ma ktoś w łańcuchach żyć jak rab,

Czy jest tu wybór gdyś skuty, skazany*.

*

Dobrze odróżniam podłość od świętości,

Od dawna wiem, czym dobroć jest, czym zło.

Drogę mam jedną, jedną wśród podłości,

Wyboru mi na szczęście nie dał los**.

W.S. Wysocki

tłum. Henryk Rejmer

* Życie jak wyrok (Приговоренные к жизни, [1973]), fragm. (przyp. red.).

** Mój czarny człowiek (Мой черный человек, [1979]), fragm. (przyp. red.).

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

PRZEBUDZENIE

Wiatr cicho szumiał w wierzchołkach rozłożystych, oszpeconych przez radiację sosen. Ale niżej, nad ziemią porośniętą wysokim zmutowanym mchem o białawym odcieniu, było niemal bezwietrznie. Ciepłe letnie powietrze pachniało żywicznym aromatem sosnowym. Jaskrawe promienie słońca, przebijając się przez korony drzew, malowały ich pnie odświętną pozłotą.

Ale klęczący przy jednej z sosen wątły mężczyzna w połatanej kurtce zdawał się zupełnie nieporuszony całą tą leśną wspaniałością. Marszczył z troską rzadkie wyblakłe brwi i poruszał cienkimi spierzchniętymi wargami, jakby zadając sobie bezgłośne pytania, na które nie znał odpowiedzi. Mężczyzna co chwila nerwowo drapał się wszystkimi sześcioma palcami lewej dłoni po ozdobionej rzadkimi płowymi włoskami głowie, to znowu gładził ją prawą, całkiem ich pozbawioną.

Blisko i głęboko osadzone bladoszare oczy mężczyzny patrzyły przy tym w dół, na leżącego na wznak u jego kolan, zatopionego w wysokim mchu człowieka. Choć człowieka przypominał on mało. Jego klatka piersiowa i ramiona były niemal dwa razy szersze niż u zwykłego, przeciętnie zbudowanego mężczyzny. Muskularne włochate ręce ciągnęły się wzdłuż jego ciała i dotykały kolan koniuszkami grubych prostych palców o czarnych, podobnych do szponów paznokciach. Ale najpotworniej wyglądała twarz tej istoty: niemal całkowicie porośnięta grubą czarną szczeciną, która nawet z daleka sprawiała wrażenie sztywnej jak drut, zaś wolne od niej górne fragmenty policzków, szeroki mięsisty nos i czoło pokrywała ciemna, jakby przyprószona sadzą skóra. Łuki brwiowe zwisały niczym daszek nad głębokimi oczodołami, co upodabniałoby oblicze tego strasznego stworzenia do twarzy neandertalczyka, gdyby nie wysokie czoło, jakim nie mogliby się raczej pochwalić nawet obdarzeni największymi głowami przedstawiciele współczesnego gatunku człowieka. Resztę czaszki zdobił ten sam krótki i ciemny „drut”, przez co głowa przypominała kosmatą czarną kulę z jaśniejszym wzorem w kształcie przerażającej maski.

Za to ubrany był ów stwór zupełnie jak człowiek. Mało tego, jego odzież była nowsza i lepszej jakości niż pierwszego z mężczyzn. Spodnie i kurtka z grubej, wysokogatunkowej ciemnoszarej bawełny zdecydowanie nie były ręcznie szyte. Przy jego głowie leżała wysoka czapka z daszkiem z tego samego materiału. Na nogach tkwiły porządne skórzane buty z cholewami. Obok, w mchu, walał się plecak w kolorach maskujących, też szyty fabrycznie.

Wszystko to wskazywało, że straszliwy stwór należał jednak do rodzaju człowiek z rodziny człowiekowatych w rzędzie naczelnych, natomiast kwestia, czy można go było przypisać do gatunku homo sapiens, pozostawała otwarta. Pewnie jednak tak, ale w takim razie, jeśli określenie „mutant” do kogoś pasowało, to ta istota zajmowała na ich liście jedną z czołowych pozycji.

Klęczący mężczyzna skrzywił się z niezadowoleniem, westchnął, jeszcze raz podrapał się po umęczonej łysinie i bojaźliwie wyciągnął w stronę mutanta sześciopalczastą dłoń. Nagle tamten, jakby wyczuwając jego ruch, rozdął i bez tego szerokie nozdrza i głośno wciągnął powietrze.

Łysy podskoczył jak oparzony. Zerwał się na równe nogi i rzucił w stronę rosnącego nieopodal krzaka. Przesadził go, padł i znieruchomiał, przylegając do ziemi. Potem jednak uniósł głowę, żeby nie spuszczać z oczu mutanta, ale nie mógł go teraz dojrzeć – przeszkadzały mu zarośla i fakt, że leżące ciało całkowicie zasłaniał wysoki mech.

Tymczasem śpiący lub pogrążony dotąd w omdleniu małpolud zaczął dochodzić do siebie. Mutant jeszcze raz głośno powęszył i otworzył oczy. Jego tęczówki okazały się tak ciemne, że trudno było dojrzeć ich kolor, zdawały się niemal czarne, jak przedłużenie źrenic. I jeszcze jedno – z tych oczu wprost biło światło, jeśli oczywiście światło może być czarne.

Istota obróciła głowę w jedną stronę, potem w drugą, a następnie jednym szarpnięciem usiadła i uważnie zaczęła się rozglądać dookoła. Wtedy jej wzrok padł na własne ręce i dziwny stwór wzdrygnął się, jakby zobaczył coś zupełnie nieoczekiwanego i strasznego. Mutant zaczął się gorączkowo obmacywać, przesunął dłonią po szczeciniastej twarzy i drgnąwszy, znów zajęczał. Powoli, jak lunatyk, wstał i powiódł zaskoczonym wzrokiem po otaczającym go lesie. Między drzewami błysnęła lustrzana tafla małego jeziorka. Było do niego nie więcej niż pięćdziesiąt–sześćdziesiąt kroków i nieszczęsny małpolud rzucił się w stronę wody niczym zdecydowany na ostateczny krok samobójca. Jednak mutant wcale nie zamierzał się topić, podbiegł tylko do czarnej stojącej wody i spojrzał w nią jak w lustro.

Po lesie, odbijając się wielokrotnym echem, poniósł się dziki ryk rozpaczy i bólu. Zdawało się, że nawet wiatr ucichł w koronach drzew, zmrożony tym pełnym beznadziei i przerażenia krzykiem.

Stworzenie zamachnęło się i uderzyło pięścią w wodę. Fale zniekształciły odbicie, robiąc z niego groteskowo-absurdalną ilustrację nocnego koszmaru.

– Mutant!… – wyjęczał właściciel przerażającej twarzy. – Jestem mutantem…

Jego głos, niski i ochrypły, brzmiał jednak całkiem ludzko. Być może to właśnie przywróciło mutantowi panowanie nad sobą. Wziął kilka głębokich oddechów, potrząsnął głową i nachylił się, żeby zaczerpnąć dłonią wody i ochłodzić pałającą ze wzburzenia twarz.

Ale małpolud nie zdążył tego zrobić. Powierzchnia jeziora ukazała nie tylko jego samego, ale jeszcze coś dużego i ciemnego, co leciało na niego zza pleców. Refleks mutanta okazał się bez zarzutu. Było już za późno, by uskoczyć w bok, więc po prostu gwałtownie przysiadł. Nad głową przemknął mu jakiś cień i jęcząc z przerażenia, wpadł z pluskiem w wody jeziora, ochlapując małpoluda.

Nie czekając, aż nieznane stworzenie dojdzie do siebie, mutant wskoczył do jeziora. Natychmiast nabrał wody w buty – a co tam! – i nie zatrzymując się, dobrnął do szamoczącego się trzy metry od brzegu brudnoszarego kawała żywego mięsa. Dobrnął… i zamarł przerażony, widząc błysk bezlitosnych żółtych ślepiów drapieżnika. Które zresztą patrzyły na niego z tak szpetnego pyska, że sam mutant w porównaniu z tym wybrykiem natury był niemal przystojniakiem. Nie miał jednak czasu na rozważania, co właściwie ma przed sobą. Wiadomo, że to też był mutant, tyle że przynależny do królestwa zwierząt, najprawdopodobniej wilk, który rozpaczliwie młócąc łapami, podpłynął do niego i rozwarł przerażającą najeżoną zębami paszczę.

 

– A masz! – wysapał małpolud, opuszczając pięść na łeb drapieżnego potwora.

Wilk, czy co to było, bezgłośnie poszedł pod wodę.

Mutant odwrócił się w stronę brzegu i zobaczył, że tam, obawiając się wejść do wody, czekają na niego kolejne dwa „wilki”, a trzy inne nadbiegają w kierunku jeziora od skraju lasu.

Teraz mógł dobrze się przyjrzeć drapieżnikom. To chyba rzeczywiście były zmutowane wilki. W procesie zmian straciły niemal całą sierść – jej skąpe resztki porastały pomarszczone, białawe ciała całe we wrzodach i strupach – a przy tym i ogony. Za to sam ich tułów stał się dłuższy i bardziej gibki, łapy również się wydłużyły, a do tego stały się grubsze, przy czym na przednich pojawiło się coś w rodzaju krótkich szponiastych palców. Natomiast na widok pysków tych „mutowilków” robiło się wprost niedobrze. Przede wszystkim zapewne dlatego, że całkowicie bezwłose, na łysych czaszkach, bardzo przypominały twarze ludzi. Ale ludzi okropnie szpetnych, chorych na trąd albo poparzonych w strasznym pożarze. Mutant nie mógł się im już bardziej przyjrzeć, bo zdawał sobie sprawę, że zaraz zwymiotuje. Ale nie zamierzał też stać po pas w wodzie i czekać, aż mutowilki się stąd zabiorą. Po pierwsze, nie wiadomo, kiedy to się stanie ani czy w ogóle, a po drugie, z jakiegoś powodu wstydził się tak stać: mokry, zapędzony do tego leśnego bajora przez byle łyse kundle. Zdawałoby się, że co za różnica, i tak nikt nie widzi – a jednak to wstyd, i tyle!

„Ech, żeby tak jakiś dobry nożyk!” – pomyślał mutant i machinalnie uderzył się w bok po pasie. O dziwo, jego dłoń natrafiła na coś twardego. Małpolud uniósł połę kurtki i zobaczył przytroczoną do paska pochewkę.

– Cuda się zdarzają – mruknął mutant, wyciągając doskonały nóż myśliwski. – Może jeszcze o czymś pomarzę, na przykład o jakimś zapomnianym karabinie maszynowym?…

Ale żaden karabin maszynowy nie spadł mu z nieba. Trzeba było sobie radzić tym, co miał pod ręką. A dokładniej: tym, co pod ręką, i samą ręką też. I poradził sobie nieźle: energicznie wyskoczył na brzeg i nie zastanawiając się, ciachnął nożem gardło skaczącego na niego mutowilka. Drugi, podkradający się z boku, widząc to, bojaźliwie się cofnął, ale mutant dosięgnął go pięścią – ręce na szczęście miał długie. Mutowilk zaskomlał, upadł, podkurczając przednie łapy, ale od razu się zerwał i rozwścieczony bólem rzucił się do ataku. Wyciągając wnioski z niefrasobliwości pobratymcy, nie skoczył, tylko celował zębami w nogi, zamierzając przegryźć ofierze ścięgna. Tym bardziej że ta akurat patrzyła w drugą stronę, na zbliżające się do niej trzy inne osobniki. Ale ofiarą okazał się sam niby-wilk – mutant, pozornie nawet nie patrząc, kopnął go od dołu w szczękę tak mocno, że praktycznie oderwał mu czaszkę od kręgosłupa, i mutowilk poleciał do wody niczym sprana porwana szmata.

Mutant nie certował się też z kolejną trójką. Skok w stronę pierwszego, zamach, cios nożem w grzbiet, pogardliwy ruch buta – na bok, ścierwo! Obrót na pięcie w stronę drugiego, potężny kopniak w brzuch – miłej kąpieli, zdechlaku! Trzeci jednak skoczył – z desperacji czy co? No to masz za swoje! Zalśniła zimna błyskawica i ostrze noża rozpruło śmiałka od pachwiny do gardła.

Małpolud ani trochę się nie zasapał, wrócił do jeziorka i starannie – przecierając nawet piaskiem – umył nóż. Nie zdążył go jednak włożyć do pochewki, gdy usłyszał z lasu przenikliwy krzyk:

– Ratunku! Aaaaa!!! Na pomoc!…

Wołanie dobiegało z miejsca, w którym całkiem niedawno mutant odzyskał przytomność. Żeby tam dobiec, potrzebował zaledwie dziesięciu–dwudziestu sekund. Zatrzymał się i powiódł wzrokiem wkoło – w pobliżu nie było nikogo widać.

– Ma ponoc! Aj!…

Głos dobiegał z góry. Małpolud zadarł głowę i prawie na samym czubku sosny dostrzegł człowieka, który obejmował pień rękami i nogami. Przy tym jedną nogą bezskutecznie próbował zepchnąć przywierającego nieco niżej do drzewa… mutowilka!… Drapieżnik wczepił się pazurami w pień i kłapał paszczą, starając się złapać dokuczliwą nogę.

„No ładnie! – westchnął w myślach mutant. – To te stwory łażą też po drzewach?!”

Okazało się, że jeszcze jak! Małpolud opuścił nieco wzrok i zobaczył, jak z dołu po sośnie wdrapuje się kolejny mutowilk. Na zmienionych pod wpływem radiacji sosnach gałęzie zaczynały wyrastać już u samej podstawy pnia, jak na świerkach. I pozbawiony owłosienia drapieżnik wykorzystywał tę okoliczność z wyjątkową zręcznością. Chwytając się krótkimi palcami gałęzi, wdrapywał się w górę szybko i z dużą łatwością, jak po szczeblach. Jeszcze trochę i nieszczęsnej ofierze nic nie pomoże – obrona przed dwoma mutowilkami jednocześnie będzie po prostu niemożliwa.

Małpolud, ściskając w ręku nóż, podbiegł do sosny i zamarł, zastanawiając się, co począć. Wspiąć się na górę? Przecież pod jego ciężarem górne cienkie gałęzie na pewno się złamią. Może się złamać i sam wierzchołek, a wtedy zarówno on, jak i uwięziony na nim człowiek runą z samej góry i połamią sobie kości… Nawet jeśli pozostaną przy życiu, to nie na długo – mutowilki skrócą ich męczarnie w jednej chwili. Ściąć jakiś grubszy konar i strącić nim wilki?… Ale zanim to zrobi, te zdążą już zjeść biadolącego człowieka.

Mutant patrzył z nienawiścią na szczerzące zęby monstra. Złość zmieszana z rozpaczą ogarnęły go z zaskakującą siłą. Na kilka chwil oczy przesłonił mu ciemny woal. A kiedy małpolud odzyskał wzrok, zobaczył, że sosna… płonie jak potarta o niebo zapałka.

Krzyki nieszczęsnego mężczyzny stały się jeszcze bardziej przeszywające. Dołączyło do nich żałosne wycie poparzonych mutowilków, które po kilku chwilach jeden za drugim posypały się na ziemię, łamiąc po drodze płonące gałęzie.

– Skacz! – krzyknął mutant, zadzierając głowę w stronę zasnutego gęstym dymem czubka sosny.

– Nieee!!! – dobiegło stamtąd, po czym wołający zakasłał i czy to zdając sobie sprawę, że naprawdę nie ma innego wyjścia, czy to nie będąc już w stanie wytrzymać żaru i dymu, też poleciał w dół, sypiąc iskry ze strącanego po drodze płonącego igliwia.

Mutant złapał go tuż nad ziemią. Nie utrzymał się na nogach i zwalił się w wysoki miękki mech, ale natychmiast się zerwał i przyciskając do siebie nieznajomego człowieka, odbiegł daleko od płonącej sosny, i dopiero wtedy padł na kolana i rozluźnił chwyt, wypuszczając z rąk ocalonego. Chociaż czy na pewno ocalał?… Mężczyzna leżał z zamkniętymi oczami bez jakichkolwiek oznak życia. Ubrudzona sadzą twarz była nienaturalnie blada. Jego marynarka dymiła w paru miejscach. Małpolud kilkoma ostrożnymi – żeby tylko biedaka nie dobić! – klepnięciami ugasił tlącą się tkaninę i przytknął ucho do piersi mężczyzny.

Nie zdołał usłyszeć bicia serca – za głośno huczała mu w skroniach krew – za to usłyszał coś innego.

– Łaskocze… – wymamrotał mężczyzna, nie otwierając oczu.

– Co?… – Mutant poderwał głowę.

– Mówię, że mnie łasko… tało. Przez twoje włosy. Masz tam plotkę czy co? – Mówiący nadal leżał bez ruchu i był wciąż tak samo blady. Jego oczy pozostawały zamknięte.

– Jaką… plotkę? – Małpolud zmarszczył brwi, sądząc, że nieszczęśnik majaczy. – Bądź cicho, oszczędzaj siły, zaraz przyniosę ci wody.

Zaczął się podnosić, zamierzając podbiec do jeziorka i zaczerpnąć wody choćby do buta, ale mężczyzna znów się odezwał:

– Nie, nie plotkę. Jaką znowu plotkę?… O… szczotkę. Tak, tak, szczotkę. Twoje włosy są jak szczotka. Czasem mylę słowa, wyracz.

– Wybacz – machinalnie poprawił mutant. – Jak się czujesz?

Poszkodowany otworzył w końcu oczy i uniósł głowę. A kiedy ujrzał swojego wybawcę, krzyknął tak, że temu aż zadzwoniło w uszach.

– Nie bój się – burknął małpolud. – Nawet cię nie dotknę.

– Jjjuż to zrobiłeś – jąkając się i drżąc, wydusił mężczyzna. Spróbował usiąść, ale nie dał rady. Udało mu się tylko przewrócić na bok, plecami do mutanta.

– I co teraz? Niepotrzebnie ci pomogłem? Podrzucić cię znów na drzewo i zawołać pieski?

– Nnie tttrzeba pie-piesków… Tttylko ty… cze-czemu ty taki?…

– Taki już jestem! – odgryzł się małpolud. – Lepiej ci – to idź w swoją stronę! A ja w swoją.

– A dokąd idziesz? – Poparzony przekrzywił głowę, przestając się jąkać.

– Idę tam, gdzie idę – odparł mutant i pomyślał: „Rzeczywiście, dokąd mam iść? No i kim ja w ogóle jestem?…”.

Jakby słysząc jego myśli, mężczyzna zapytał:

– A… kim ty jesteś?…

– Mutantem, nie widzisz czy jak?!

– Dobrze już, dobrze, nie złość się. Ja po prostu… no… tak z braku przyzwyczajenia. Jak na ciebie popatrzyłem, to mnie strach oblał.

Mutant, choć wciąż rozdrażniony, nie wytrzymał i roześmiał się:

– Oblał cię i co teraz? Masz mokro w spodniach?… Ostrożnie z tym strachem!

– Nie, tylko znów… tego… poplątałem słowa. Chciałem powiedzieć „obleciał”.

– Jak się boisz, to nie patrz. – Małpolud znów spochmurniał.

– Dobrze już, nie bądź taki. Trochę się już przyzwyczaiłem.

– A po co masz się przyzwyczajać? Idź swoją drogą!

– Tak, tylko… ja nie mam dokąd iść… – Pogorzelec odwrócił się. Potem jednak usiadł, zaczął się obmacywać, wzdychając żałośnie, kiedy odkrywał kolejne dziurki wypalone w kurtce.

Mutantowi rzuciła się w oczy jego pozbawiona palców dłoń. Przy czym było widać, że niegdyś je miała – na ich miejscu pozostały krótkie kikuty z nieregularnymi purpurowymi bliznami.

– Dlaczego nie masz dokąd? Co ty, w lesie żyjesz?

– Można i tak powiedzieć… – Mężczyzna spuścił wzrok. – Nie mam już domu. Pozostałem przy życiu – to i tak dobrze. Chociaż… Może i lepiej, gdyby mnie zapili. – Machnął ręką zakończoną sześciopalczastą dłonią.

Ten nadmiarowy palec też nie umknął uwadze małpoluda.

– Czy to za to? – Skinął głową w stronę ręki rozmówcy. – Za mutację?

– Nie tam… U nas wszyscy mają mutacje. Po prostu wszędzie wokół są zamrażalcy.

– Jacy znowu zamrażalcy?… – Małpolud się zastanowił. W głowie zaświtało mu pewne skojarzenie z tym słowem, ale choćby nie wiadomo jak próbował, nie mógł go uchwycić. Nie wiedzieć czemu przypomniała mu się tylko nazwa miasta: Wielki Ustiug*. Dlatego spytał niepewnie: – Jesteś z Ustiuga?

– Nie, z Łuzy. Słyszałeś o tym miasteczku? Obwód kirowski, ze czterdzieści likometrów stąd. A zamrażalcy to nie zamrażalcy, nie. Tylko… Jak oni się nazywają?… Zamrażalniki. Nie… O, wiem: zwyrodnialcy!

I w pośpiechu, połykając i nieustannie plącząc jedne słowa i przestawiając głoski w innych, zaczął opowiadać, że spędził całe życie w Łuzie, nikomu nie wadził, nie założył nawet rodziny („nie wyłożyłem”, mówił początkowo i mutant nie od razu zrozumiał, co ma na myśli, zaś do głowy przychodziły mu dziwne skojarzenia). Natomiast od dziecka lubił słowo pisane, ciągle coś pisał, prowadził dziennik, tworzył nawet powiadamiania (jak się wyjaśniło, opowiadania). A potem wpadł na pomysł wydawania miejskiej gazety. No, gazety jak gazety – była to pisana ręcznie kartka w liczbie dwudziestu–trzydziestu egzemplarzy, która ukazywała się raz na miesiąc. Opisywał w niej różne lokalne wydarzenia i rozlepiał kopie na mieście. A jakie to były wydarzenia? Kogoś zabili, innego obrabowali… W sumie to właśnie za tę gazetę zapłacił. Ci, o których po raz kolejny napisał, przyszli do niego, pobili, odrąbali palce (którymi miał niby pisać – nie wiedzieli, na szczęście, że od urodzenia był mańkutem) i wyrzucili go z miasta, obiecując, że zabiją go, jeśli jeszcze raz go tam zobaczą.

– No i tak się błąkam, tulę się po lasach – zakończył mężczyzna swoją opowieść. – Dobrze jeśli przygarną mnie na noc w jakiejś wioseczce, nakarmią kartoflem czy dwoma. I proszę cię!… – Nagle padł na kolana i złożył ręce jak do modlitwy. – Nie przeganiaj mnie! Wszystko mi jedno, dokąd idziesz – pójdę za tobą jak sęp… znaczy jak pies… Będę ci we wszystkim pogamać! Proszę, jaki z ciebie bohater, uratowałeś mnie z ognia! Będę zapisywał wszystkie twoje wyczyny, zostanę twoim pistoletem!

– Kim?… – Oczy mutanta zrobiły się wielkie jak spodki. Chociaż zaczął już przywykać do oryginalnego stylu wysławiania się swojego rozmówcy, tym razem nie potrafił znaleźć odpowiednika tego, co usłyszał. Ten uciekinier z Łuzy nie proponuje chyba, żeby z niego strzelać! A kim ma być – nie chciało mu się nawet domyślać.

– Pistole… To jest tym… Jak on się nazywa?… Latopisem. Kronikarzem. Mam przy sobie gruby notatnik i owółek, nie myśl sobie! – Sięgnął za pazuchę „pistolet”.

 

– Zaczekaj – mutant zatrzymał go z uśmiechem. – Wybacz, ale nie mogę zrozumieć, jak ty zamierzasz coś pisać, jeśli nie potrafisz sklecić choćby dwóch słów na krzyż?

– Ustnie nie umiem, pewnie taka mutacja. A na piśmie to ho, ho!

– Czyli tak… – Małpolud znów sposępniał. – Żadnego latopisa ani pistoletu mi nie trzeba. Nie zamierzam dokonywać już żadnych bohaterskich czynów, nie mam też dokąd iść.

– Dlaczego?

– Dlatego że nie wiem dokąd! – ryknął mutant. – Dlatego że w ogóle nie wiem, kim jestem! Niczego nie pamiętam, rozumiesz?! Ocknąłem się pod tą sosną jak jakiś bezmózgi grzyb!…

– Podsosnówka… – wymamrotał uciekinier.

– Podchujówka!… – zaklął małpolud, ale jego wybuch gniewu natychmiast zgasł i ogarnęło go tylko nagłe zmęczenie.

– No to tym bardziej – powiedział mężczyzna.

– Co?…

– Tym bardziej powinniśmy trzymać się razem. Im nas więcej, tym sewelej. I mniejszy strach… A pamiętasz, jak się nazywasz?

– Mówię ci przecież, że grzyb… – burknął apatycznie mutant.

– W takim razie Gleb. Serio, może zostaniesz Glebem?

– Niech będzie, wszystko mi jedno. A ty, pistolecie, masz jakieś imię?

– Cóż… Sam przecież powiedziałeś: Pistolet. Więc nazywaj mnie tak dalej.

– Co, nie ufasz mi? Myślisz, że pobiegnę do tej twojej Łuzy, żeby cię wydać „zamrażalnikom”?

– Nie, nie. – Pistolet pokręcił głową. – Po prostu moje dawne życie się skończyło. Chcę zacząć nowe. Od sera!

– No nie… – Nowo mianowany Gleb skrzywił się. – Może jednak bez sera, jakoś nie przepadam.

– Czyli zgadzasz się?! – Mężczyzna się zerwał.

– Zobaczymy. Jak będziesz się zachowywał. Ale i tak nie wiem, co mamy dalej robić.

– Osobiście to na początek coś bym zjadł… – Pistolet skromnie spuścił wzrok.

* Wielki Ustiug (dawniej Ustiug) to miasto w Rosji, centrum administracyjne wielkoustiugskiego rejonu w obwodzie wołogdzkim. Położone 450 km na północny wschód od Wołogdy na lewym brzegu Suchony, w miejscu zbiegu z Jugiem (połączone rzeki tworzą Dwinę). Jedno z najstarszych miast na północy Rosji; zachowało bogate dziedzictwo kulturowe. W 1999 r. ogłoszone oficjalną siedzibą Dziadka Mroza. (Przypis autora na podstawie Wikipedii).