Proroctwo krwi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Kroniki Rodu Drake’ów

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Epilog

Od autorki

Ostrzeżenie autorki

Kroniki Rodu Drake’ów. Dodatek

Drzewo Rodu Drake’ów

Okładka


Tytuł oryginału: BLOOD PROPHECY

Copyright © by Alyxandra Harvey

by Akapit Press Sp. z o.o.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Tłumaczenie: Julia Chimiak

Korekta: Joanna Lewandowska

Fotografia na okładce:

ISTOCK PHOTO, Passionate Couple

Wydanie I, Łódź 2014

ISBN 978-83-62955-96-1

Wydawnictwo AKAPIT PRESS Sp. z o.o.

93-410 Łódź, ul. Łukowa 18 B

tel./fax: +42 680-93-70

Księgarnia internetowa: www.akapit-press.com.pl Dział zamówień: zamawiam@akapit-press.com.pl info@akapit-press.com.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Kroniki Rodu Drake’ów:

Księżniczka wampirów

Pojedynki wampirów

Żądza krwi

Krwawiące serca

Krwawy Księżyc


Inne książki Alyxandry Harvey:

Córka medium

Wykradziona

PROLOG

Solange

Sobota w nocy

Byłam głosem w mojej własnej głowie.

Nie byłam nawet pewna, jak do tego doszło. Od tygodni słyszałam dziwny szept. Początkowo uznałam, że to moja podświadomość. Albo że słyszę go, bo tracę nad sobą panowanie, bo zdarzało się to najczęściej wtedy, kiedy byłam smutna lub zła, zwłaszcza na mamę i na Madame Veronique. W pewnym momencie przestałam rozpoznawać w tym szepczącym głosie swój własny.

Ale wtedy było już za późno. Frustracja, żądza krwi i pragnienie odnalezienia Nicholasa, kiedy zaginął, sprawiły, że posunęłam się za daleko. Zgodziłam się na plan Constantine’a, żebym została królową zamiast mojej matki, chociaż nigdy nie chciałam nią być. Patrzyłam, jak moje ręce sięgają po koronę i wyjmują ją z rąk oszołomionej mamy. Nie byłam pewna, kto kontroluje sytuację, ale kiedy srebrna obręcz dotknęła mojej głowy, wiedziałam na pewno, kto już jej nie kontroluje.

Ja.

I znowu było za późno.

Wszystko stało się czerwone, a potem białe. Spadałam w przestrzeń. Nie było góry ani dołu, żadnej grawitacji, niczego, czego mogłabym się uchwycić. Wyciągałam ręce, żeby się czegoś złapać, tu i ówdzie trafiałam na wyszczerbioną poręcz albo na nadkruszony schodek, ale to nie wystarczało. Czepiałam się urwiska, które równie dobrze mogło być ze szkła. Wszystko było zbyt jasne. Zakręciło mi się w głowie i z szarpnięciem wróciłam do swojego ciała, ale tylko na krótką chwilę.

Na tyle długą, żeby zobaczyć Lucy ciągniętą między drzewami, Nicholasa pokrytego krwią i to, jak Nicholas gryzie Lucy na mój rozkaz.

Walczyłam, ale wrócił ten głos i wtrącił mnie z powrotem na szklany klif, gdzie nie mogłam utrzymać się.

Spadałam bardzo długo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Lucy

Sobota w nocy

Farma Drake’ów była jak zagroda szympansów w zoo, kiedy spóźnia się pora karmienia.

No wiecie, gdyby wszystkie szympansy były nieumarłe.

I obłąkane.

– Um, halo? – odezwałam się, chociaż byłam prawie pewna, że nawet wrażliwy wampirzy słuch nie zdoła dosłyszeć mojego głosu w tym chaosie. – Solange i Nicholas mają kłopoty. Tak jak się spodziewałam, nikt mnie nie usłyszał. Nawet nie zauważyli Kierana, który stał tuż przy mnie.

W kuchni tłoczyli się ciemnowłosi, patrzący spode łba Drake’owie. Liam pił brandy; stojącej za nim Helenie policzki aż zapadły się z wściekłości. Ciocia Hiacynta wreszcie uniosła welon z twarzy. Jej pokryta bliznami twarz była blada. Wujek Geoffrey przeszukiwał notatniki, a bracia Drake cisnęli się na wolnych krzesłach z drabinkowymi oparciami. Moja kuzynka, Christabel, która niedawno przeszła przemianę, przywarła do ściany i szeroko otwierała oczy. Ledwie miesiąc temu była człowiekiem i nawet nie wiedziała, że wampiry istnieją. Potem została porwana, zabita i przemieniona w jednego z nich – a Drake’owie w takim nastroju byli wciąż bardziej przerażający niż wszystko, co jej się do tej pory przytrafiło. Byli nieposkromieni, jak grzmoty i błyskawice w szklanym słoiku. Było pewne, że prędzej czy później słoik roztrzaska się na kawałki.

 

W tej chwili rozwścieczeni Drake’owie byli jednak nisko na mojej liście priorytetów. To nie był dobry znak, ale nie było to zbyt zaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę, że dopiero co moja najlepsza przyjaciółka w koronie na głowie wlokła mnie przez las, a potem rozkazała mojemu chłopakowi wypić krew. Pominę, że Nicholas zaginął i do tej pory nie mieliśmy pojęcia, co się z nim stało.

– Czy oni zawsze się tak zachowują? – spytała Christabel. Stała najbliżej drzwi i ona pierwsza mnie zauważyła.

Przełknęłam ślinę.

– Nie, to coś innego.

– Co się stało tam w lesie?

– To ty mi powiedz.

– Solange włożyła koronę na głowę – powiedziała Christabel. – A potem wszyscy dookoła niej polecieli w powietrze. To wyglądało jak jakaś... magia.

– Cholera.

– Lucy? – dodała Christabel pytająco.

– Tak?

– Czy mogłabyś nie stać tak blisko?

Spojrzałam na nią z ukosa.

– Nie widziałam cię od tygodni, odkąd wyrosły ci kły, a ty wciąż nie chcesz ze mną gadać?

Christabel skrzywiła się.

– Czuję krew pod twoją skórą.

– No i?

– Pięknie pachnie. – Otworzyła oczy jeszcze szerzej, aż zaczęłam się martwić, że wypadną jej z głowy prosto na podłogę. – I to mnie przeraża!

Odsunęłam się, podczas gdy ona starała się nie zwymiotować na swoje buty. Biedna Christabel. Była tak nieprzygotowana do bycia wampirem.

– Hej! – zawołałam do pozostałych.

– Nie możemy spalić lasu – tłumaczył Liam Helenie, zaciskając szczęki. – Nigdy nie uda nam się podjeść dość blisko.

– Kilka strzał ogniowych powinno zająć tych przeklętych Chandramaa – upierała się Helena. Chandramaa byli tajną strażą, która patrolowała teren obozu, gdzie odbywały się niezwykle rzadkie ceremonie Krwawego Księżyca. Zabijali każdego wampira, który wykazywał jakiekolwiek oznaki agresji. Zakładałam, że Helena nie stała się jeszcze kupką popiołu tylko dlatego, że Chandramaa przysięgli służyć królowej.

Tylko że królową nie była już Helena. Była nią Solange.

– Niech to będzie plan B – odparł Liam.

– Mama ma rację – nalegał Quinn. – Musimy tam wkroczyć szybko i z całą siłą, zanim zdołają się przegrupować.

– To rozsądna taktyka – zgodził się cicho Sebastian.

– Tylko że będziemy musieli podzielić naszą uwagę – wytknął im Liam, opróżniając szklankę. – Nicholasa wciąż nie ma. Poza tym Solange wydała rozkaz – dodał ponuro. – Nie jest więźniem.

– Ale to nie jest Solange – wtrąciłam. Wciąż mnie nie dostrzegali, ani nawet Kierana obok mnie, a on był łowcą wampirów na litość boską! Strażnicy na zewnątrz wiedzieli, że tu byliśmy, bo pozwolili nam przejść, ale Quinn, który pienił się ze złości niecały metr ode mnie, jeszcze mnie nie zauważył.

– Mamy sprzymierzeńców w obozie – powiedział Liam, przekrzykując argumenty syna. – Lepiej zacząć tam.

Helena przesunęła ręką po twarzy. Włosy wymykały jej się z ciasno związanego warkocza.

– Zgoda – odparła niechętnie, uspokajając się powoli. – Nie podoba mi się, że będziemy tu siedzieć, ale wasz ojciec ma rację. Jeśli teraz spróbujemy załatwić to siłą, możemy ją stracić na zawsze.

Quinn głośno zaprotestował, ale Connor trącił go łokciem, żeby się uciszył. Duncan patrzył spode łba.

Wskoczyłam na kuchenny stół w moich ubłoconych butach, starając się nie uderzyć o żyrandol.

– Powiedziałam: hej! – Poddałam się i gwizdnęłam przenikliwie na palcach, jak nauczył mnie Duncan, kiedy miałam dwanaście lat.

Wampirza cisza nie jest podoba do żadnej innej ciszy na świecie. Było tak, jakby wysiadł prąd i słyszalne w tle odgłosy piecyka i boilera nagle umilkły. Podkład dźwiękowy z oddechów i minimalnych ludzkich ruchów zniknął. Była tylko przejmująca cisza bladookich wampirów i ich błyszczące kły. Nawet ja, chociaż byłam odporna na ich feromony, poczułam skurcz żołądka i przypływ adrenaliny, wystarczający, żebym zaczęła się trząść i denerwować, jakbym wypiła trzy kubki kawy.

– Nicholas wrócił – powtórzyłam głosem nagle cichym i rozedrganym jak ćma.

Zanim zdążyłam mrugnąć, Liam złapał mnie w pasie i zdjął mnie ze stołu.

– Skąd wiesz? – spytał cicho.

– Ugryzł mnie.

Znów ta wampirza cisza, tylko tym razem dużo gorsza. Oczy Liama błysnęły, a ja przeraziłam się, że zaraz się rozpłacze. Pomachałam nogami, wciąż wisząc kilka cali nad ziemią.

– Mogę już stanąć?

Liam postawił mnie na ziemi z przesadną troskliwością.

– Co to znaczy, że Nicholas cię ugryzł?

Podwinęłam rękaw i pokazałam im. Punktowe ślady były małe i już przestały krwawić. Wyglądało to, jakbym nadziała się na widelec do grilla. Nigdy jednak nie zapomnę tego, jak Nicholas wyszedł z lasu, cały w siniakach i krwi. Coś mu się stało, coś potwornego.

– Nie mówił, gdzie był ani co mu się stało – dodałam cicho. – Ale wyglądał źle. – Przygryzłam mocno dolną wargę, żeby nie drżała. Nie miałam czasu się mazać. Nie teraz.

– Ale jest cały? – spytała Helena.

Pokiwałam głową. Helena osunęła się na krzesło, jakby już nie miała siły dłużej stać. Popatrzyliśmy na nią. Helena nigdy opadała z sił. Była samą naturą, bijącą w okna i drzwi piwnic, w których ludzie chronią się przed burzą i tornadem. Liam schwycił ją za rękę.

– Solange kazała mu udowodnić jego lojalność i ugryźć mnie – ciągnęłam. Quinn zaklął szpetnie. – Nazwała mnie jego niewolnicą krwi.

– Och, Lucy – odezwała się ciocia Hiacynta. – Wiesz...

– To nie jest Solange – dodałam, machnięciem ręki ucinając jej pocieszające słowa.

– Ona przeszła na ciemną stronę, Lucy – stwierdził Connor. – Jest pijana krwią.

Pokręciłam głową.

– Słuchajcie, znam Solange lepiej niż ktokolwiek inny. – Chociaż przez ostatnich kilka tygodni sama zastanawiałam się, co się stało z moją najlepszą przyjaciółką. Zmieniła się, niezaprzeczalnie. – To nie była ona. Musimy jej pomóc!

– Pomożemy – zapewnił mnie wujek Geoffrey, podnosząc wzrok znad notatek. – Jestem pewien, że coś mi tu umknęło. Jej próbka krwi była wyjątkowa.

– Chcesz powiedzieć, że ma wampirzą grypę? – spytał Duncan, masując sobie żuchwę. Przypomniałam sobie, że Nicholas mówił mi, że Solange uderzyła go w zeszłym tygodniu. – Ładna mi grypa.

– Wiem, że to trudne – powiedział wujek Geoffrey. – Ale musisz zaakceptować, Lucy, że Solange się zmieniła.

– Nikt nie zmienia się tak bardzo i tak szybko – upierałam się, krzyżując ręce na piersiach. – Wiem swoje. To nie ona. Myślałam, że w pewnej chwili dostrzegłam dawną Solange, ale potem jakby... zniknęła. Już nawet nie porusza się jak dawniej, zauważyliście? Była taka wyniosła i drapieżna.

Logan odepchnął się od ściany, łopocząc koronkowymi mankietami.

– Isabeau mówiła, że w tym była magia. – powiedział. – To ona przewróciła nas na tyłki, kiedy Solange włożyła koronę.

– Logan, słownictwo! – Ciocia Hiacynta klasnęła językiem.

– Przepraszam. To dlatego Ogary tak prędko uciekły – ciągnął Logan. – Wszystkie mamrotały i szeptały między sobą.

– Dowiedz się, ile możesz – polecił Liam. – Jesteś naszym najlepszym łącznikiem z tym plemieniem. – Ogary były zdecydowanymi samotnikami i mogły nie chcieć nam pomóc. Ale Logan przeszedł inicjację i został jednym z nich, i co najważniejsze, Isabeau go kochała. A Isabeau potrafiła rozgryźć każdą magię. – Jak znalazłaś Nicholasa? – zwrócił się do mnie Liam.

– To on mnie znalazł – odpowiedziałam. – A właściwie nas. Solange zaciągnęła mnie do lasu. – Wzdrygnęłam się. – To... nie ona – powtórzyłam.

Logan objął mnie ramieniem, żeby mnie uspokoić.

– Jak się stamtąd wydostałaś?

– Kieran mnie znalazł.

Wreszcie go zauważyli, wszyscy jednocześnie. Trening Helios-Ra zrobił swoje i jego ręka zawisła nad kołkiem, który miał u pasa.

– Nicholas otagował jej koszulkę – wyjaśnił Kieran. – Pewnie wtedy, kiedy ją gryzł. Uzgodniliśmy to kilka tygodni temu, więc kiedy chip został aktywowany, poszedłem tam, gdzie wskazywały współrzędne.

Helena była pod wrażeniem.

– Mój chłopak. – Prawie się uśmiechnęła. – Poradzi sobie. – Zerknęła na mnie. – Mieliśmy nasz własny plan, Lucy. Nicholas wiedział, że jeśli będzie musiał wybrać, ma dołączyć do Solange.

– Co takiego?

– Wiedzieliśmy, że możemy potrzebować kogoś, żeby miał na nią oko – wyjaśnił Liam. – Chociaż, przyznaję, nigdy nie wyobrażałem sobie, że tak się to potoczy. Teraz musimy liczyć na Nicholasa. Solange uwierzy, że on będzie jej wierny bardziej niż inni.

– Ja też – dodałam.

– Tak – zgodził się uprzejmie. – Ale obóz nie jest dla ciebie bezpieczny.

Czułam taką ulgę, że ugięły się pode mną kolana.

– Naprawdę uważacie, że Nicholasowi nic się nie stanie?

– Oczywiście – odparła Helena. – To Drake.

Nie widziała go. Ja nie byłam taka pewna, że legendarnakrew Drake’ów płynąca w jego żyłach wystarczy, by ochronić go przed tym, co mu się stało, kiedy zaginął.

– Będziemy musieli ją zabić – stwierdziła zimno jakaś kobieta. Nie widziałam jej w tłumie pomiędzy mną a drzwiami. Nie musiałam jej widzieć. Słyszałam ją bardzo wyraźnie.

– Nie pozwolę, żeby Solange hańbiła nasze nazwisko. Musimy to zrobić jutro wieczorem, chociaż dzisiaj byłoby lepiej. Stała się dla nas zagrożeniem.

– Zabić Solange? – zawołałam, przepychając się przez ścianę z braci Drake’ów. – Kto do cholery... Ups.

Tym wampirem mogła być tylko Madame Veronique, obecnie najstarszy żyjący wampir z rodu Drake’ów i matriarcha całej rodziny. Nigdy wcześniej jej nie spotkałam, słyszałam tylko, jak inni szeptem opowiadali, że jest przerażająca. Uważałam, że przesadzali.

Nie miałam racji.

Mimo swoich słów nie wykonała żadnego agresywnego gestu. A jednak wszystkie włosy na rękach i na karku stanęły mi dęba. Czułam się jak zagrożony jeżozwierz z boleśnie nastroszonymi kolcami. Brązowe włosy zaplecione miała w warkocze sięgające jej do bioder pod haftowaną podwiką. Diadem na jej głowie i wstążki na długiej sukni w stylu średniowiecznym błyszczały od złota. Jej szare oczy były tak jasne, że prawie przezroczyste. I zimne.

Była blada, niska i dziwna. Emanowała innością tak, jak żaden z Drake’ów, nawet ciocia Hiacynta – a ona miała prawie dwieście lat. Madame Veronique miała osiemset i wszystko w niej było śmiertelnie niebezpieczne. Przy szpadzie Heleny była jak cicha trucizna. Zadrżałam.

– Ludzie? – spytała z lekką pogardą. Przesunęła po mnie wzrokiem i przeniosła go gdzie indziej, uznawszy mnie za nieistotną. Quinn i Connor mimo to stanęli przede mną i przesuwali się jak gdyby nigdy nic, żeby mnie zasłonić. Sebastian blokował dostęp do Kierana. – Czy nie mam dość kłopotów bez waszych niesfornych pupili? – spytała Madame Veronique spokojnie, po pełnej przerażenia ciszy.

Logan położył mi rękę na ramieniu i wyciągnął mnie przez przesuwne, szklane drzwi. Kieran deptał nam po piętach. Nie zdążyłam nawet pożegnać się z Christabel.

– Chodźcie, zanim Madame Veronique poszczuje was swoimi pokojówkami.

– Ona ma pokojówki?

– Tak, wyglądają jak przerażające, nieumarłe bibliotekarki.

– Naprawdę chce zabić waszą siostrę? – spytałam, kiedy biegliśmy przez ciemny ogród. Był trochę zarośnięty, rosły tam głównie róże. Ogród moich rodziców był pełen warzyw do robienia przetworów i ziół do naparów. Nie wspominając o porozstawianych wszędzie kryształach, żeby wspomóc wzrost roślin. – Może to zrobić?

– Tak – odparł Logan ponuro.

– Ale... wasza mama może ją powstrzymać, prawda?

– Mam nadzieję – odparł, ale jego uroczy uśmiech zniknął. – Naprawdę mam nadzieję.

– My ją powstrzymamy – odezwał się Kieran, który szedł cicho obok nas. Dzięki treningowi Helios-Ra poruszał się prawie tak bezszelestnie jak Logan. Ja się tego uczyłam, ale i tak jakaś gałąź trzasnęła pod moimi butami. – Jakoś.

– Dowiem się, co wie Isabeau – powiedział Logan, prowadząc nas podjazdem w stronę samochodu Kierana. – Uważajcie na siebie.

 

– Ty też, Logan – odparłam i mocno go uściskałam. – Nie chcę stracić jeszcze jednego Drake’a dziś wieczorem. – Usiadłam po stronie pasażera. Logan zamknął za mną drzwi i stał, wpatrując się we mnie groźnie, dopóki ich nie zablokowałam. – Muszę zadzwonić do Jenny – stwierdziłam, sięgając po torbę leżącą na tylnym siedzeniu. Zabrałam ją i Tysona na ognisko z moimi przyjaciółmi ze starej szkoły. Zakradł się tam jakiś wampir i jedna z dziewcząt została ugryziona, ale na szczęście była zbyt pijana, żeby zapamiętać szczegóły. Tyson zabrał ją do szkolnego szpitala, a ja i Jenna próbowałyśmy wytropić tego wampira. Wtedy złapała mnie straż Solange, a Jenna została w lesie, nieprzytomna.

– Nic jej nie jest – przypomniał mi Kieran. – Spencer zrozumiał twoją wiadomość i zadzwonił do Chloe, a ona sprowadziła pomoc. Jenna jest w swoim pokoju w dormitorium, ma kilka szwów i lekkie wstrząśnienie mózgu.

Nie mogłam się spierać, byłam zbyt zajęta ziewaniem tak potężnie, że aż zabolały mnie policzki. Mimo wszystkiego, co się działo, zasnęłam w drodze do akademii. Z powodu wyczerpania czułam się, jakbym była zrobiona z mokrego cementu. Kiedy Kieran trącił mnie, żebym się obudziła, zamachnęłam się na niego.

– Lucy – cholera! – Uchylił się i uderzył głową w szybę.

Zamrugałam nieprzytomnie.

– Przepraszam, Kier. To z przyzwyczajenia.

Pomasował tył głowy.

– To cud, że przy tobie i Hunter jestem ciągle cały.

Prychnęłam i przetarłam oczy.

– Potraktowałeś mnie Hypnosem.

– Trzy miesiące temu. Odpuść sobie, Hamilton.

Uśmiechnęłam się tylko sennie.

– Musisz się jeszcze wiele nauczyć.

ROZDZIAŁ 2

Solange

Wylądowałam na spiralnych, kamiennych schodach. Znalazłam się w jakimś zamku. W powietrzu unosił się kurz. Pod bosymi stopami czułam wysuszone kwiaty i siano. Miałam na sobie ciemnoczerwoną suknię w stylu średniowiecznym, taką, jakie lubiła Madame Veronique, z wysadzanym klejnotami paskiem. Madame Veronique przeszła przemianę w 1162 roku, więc moi bracia i ja studiowaliśmy dwunasty wiek na tyle dokładnie, żebym wiedziała, że okienko przede mną było tak naprawdę mordownią, przez którą łucznicy wysyłali strzały w kierunku atakujących rycerzy. Wpadł przez nią promień słońca i wylądował na grzbiecie mojej dłoni. Strzepnęłam go, jakby to była strzała, którą ktoś wystrzelił z powrotem na zamek.

Nie zapiekło mnie.

Nie poczułam się słabo.

Czubkami palców dotknęłam zębów. Wciąż miałam potrójny rząd kłów, ale nie pragnęłam już zatopić ich w najbliższym żywym stworzeniu. Nie byłam spragniona krwi, a przecież ostatnio zawsze byłam spragniona. Chciałam się tym cieszyć, ale wiedziałam, że nie mogę tu zostać. Mama powiedziałaby: „przenieś się wyżej”, albo przynajmniej „nie daj się osaczyć”. Na schodach zdecydowanie mogłam zostać osaczona, ale gdybym weszła na dach, miałabym równie ograniczoną przestrzeń.

Pobiegłam w dół po schodach, nasłuchując uważnie dobiegających z zamku odgłosów. Słyszałam dzwonienie kowalskiego młota gdzieś na zewnątrz i rżenie konia, ale nic bliżej mnie. Ściany były pobielone, a po środku każdego kamienia namalowana była róża. W salach, które widać było przez łukowate drzwi, wisiały arrasy. Czułam dym i pieczone mięso, a także suszoną lawendę pod stopami.

Niezauważona dotarłam do wielkiej sali. Wyjrzałam zza jednego z arrasów i zobaczyłam drewniane stoły i ławy, ogień płonący na środku i dym, który ulatywał do krokwi i tam już zostawał. Dookoła biegały kobiety w sukniach podobnych do mojej. Młody chłopak przyniósł naręcze drew do ogniska. Wyślizgnęłam się na zewnątrz, na słoneczny dziedziniec.

To nie miało sensu. Powinnam być w obozie Krwawego Księżyca. Czułam się bezcielesna, jakby drogocenny słoneczny blask przechodził przeze mnie na wskroś. Czy byłam niewidzialna? A może zwariowałam? Podróżowałam w czasie? Może to następna wizja podobna do tej, którą miałam dzięki Kali? Czułam się inaczej, ale na pewno była to jakaś magia.

Zresztą, to nie miało znaczenia.

Musiałam wracać do domu. Musiałam się upewnić, że moja rodzina jest bezpieczna, a Lucy nie wykrwawia się w lesie na śmierć. I że Kieran mnie nie znienawidził, zanim wyjedzie do Szkocji i już nigdy więcej go nie zobaczę.

Przypomniałam sobie smak jego krwi w moich ustach. Ugryzłam go na długo przedtem, zanim głos tej dziewczyny zaczął stapiać się z moim własnym. Nie mogłam zrzucić na nią winy, przynajmniej nie całkowicie. Ona tam była, gdzieś w tle, ale to ja go ugryzłam. Czyż nie? A on i tak nie wydał mnie łowcom. Zamiast po Helios-Ra, zadzwonił po Lucy. Zasługiwał na wyjaśnienie. Na przeprosiny. Wszyscy zasługiwali.

Kiedy przestałam być dziewczyną z zaschniętą gliną na spodniach i z patologiczną wręcz potrzebą samotności?

Poczucie winy i zmartwienie przygniotłyby mnie, gdybym im na to pozwoliła. W tej chwili nie miało znaczenia, dlaczego, kto i co. Chciałam tylko dostać się do domu, żeby posprzątać ten bałagan, który narobiłam.

Okrążyłam dziedziniec, trzymając się w cieniu krzewów różanych i lilaków. Minęłam stajnie i gołębnik. W oddali widać było sad, a za nim szary, kamienny mur. Weszłam na ścieżkę pokrytą koleinami wyżłobionymi przez powozy i podkowy koni i ruszyłam nią w kierunku dwóch okrągłych wież. Zanurkowałam pomiędzy nimi, w każdej chwili spodziewając się krzyku strażnika, który ostrzeże innych o mojej obecności. Zamiast tego słyszałam jedynie wiatr i zabłąkanego kurczaka dziobiącego w poszukiwaniu ziaren. Słońce przyjemnie ogrzewało mi twarz. Od mojej przemiany krwi minęło ledwie kilka miesięcy, ale nadal brakowało mi światła dnia.

Dłuższa ścieżka prowadziła w dół, na niższy dziedziniec, obok wielkiego pola pełnego uzbrojonych wojowników ćwiczących ze szpadami, kopiami i buzdyganami. Szpakowaci, pokryci bliznami mężczyźni walczyli pałaszami. Grupka młodszych chłopców, mniej więcej w moim wieku, strzelała do stogu siana, na którym namalowano czerwone i białe okręgi. Mężczyźni na koniach szarżowali na ciężki worek na kiju, a jeśli nie trafiali, worek odwijał się i strącał ich z siodeł.

Oświetlił mnie promień słońca, sprawiając, że moja sukienka wyglądała, jakby płonęła, a skóra błyszczała jak perła. Cienie wokół pogłębiły się, jakby moja lśniąca skóra spijała światło ze wszystkiego dookoła. Byłam jak latarnia w długą, ciemną, bezksiężycową noc.

Wszyscy rycerze zatrzymali się gwałtownie i odwrócili, żeby na mnie spojrzeć. Nie wyglądali na zadowolonych.

Chyba jednak nie byłam niewidzialna.

A niech to.

Nie wahałam się, nie czekałam, żeby sprawdzić, czy nie są po prostu zaciekawieni, a nie zwyczajnie źli. Rzuciłam się ścieżką w stronę ostatnich dwóch wież w murze i lasu za nimi.

Już wiedziałam, że nie będę dość szybka.

Wiatr plątał mi włosy, kiedy biegłam przed siebie. Stukot końskich kopyt był coraz bliżej. Kamienie wbijały się w podeszwy stóp i przecinały skórę. Biegłam szybko, ale nie tak szybko, jak wampir. Strzała przecięła powietrze koło mnie i wbiła się w ziemię. Sztylety spadały niczym ostre, stalowe krople deszczu, wystarczająco blisko, żeby przyszpilić rąbek mojej sukienki do ziemi. Potknęłam się i szarpnęłam, wyrywając się na wolność.

Usłyszałam gorący koński oddech, kiedy dopędził mnie jeden z wierzchowców. Był potężny, widać było, jak pracują jego mięśnie, a w powietrzu czuć było jego pot. Grudki ziemi spod kopyt uderzały mnie w kostki. Światło odbiło się od ostrza szpady. Nikt nic nie mówił, przez co wszystko było jeszcze bardziej okropne. Nie krzyczeli, nie śmiali się, tylko tropili mnie jak zająca.

Kiedy zaryzykowałam spojrzenie za siebie, potknęłam się ze zdumienia i przerażenia i zatrzymałam się tak gwałtownie, aż poczułam przeszywający ból.

Ścigali mnie nie tylko rozwścieczeni rycerze.

Był tam też smok.

Nigdy nie widziałam niczego podobnego. Był koloru ciemnego, głębokiego indygo, jak letnie wieczorne niebo, z zakręconymi, srebrnymi pazurami i skórzastymi skrzydłami, które mieniły się niczym zorza polarna. Jego łuski błyszczały olej albo jak mroczna tęcza. Kiedy otworzył oczy, zobaczyłam zęby wielkości mojego przedramienia. Mimo woli przypomniałam sobie starą kobietę w chatce, szepczącą przepowiednię o następnej córce rodu Drake’ów.

Smok smoka pokona.

Płomienie trysnęły spomiędzy ogromnych zębów. Liście zapaliły się i obróciły w popiół; trawa wokół moich palców płonęła. Zasłoniłam głowę i pobiegłam dalej. Rycerze trzymali się razem i rozpraszali tylko kiedy ogień pojawiał się zbyt blisko nich. Dwóch rycerzy na końcu kolumny obróciło się i uniosło lance w kierunku smoka. Ich konie szarpały się, żeby uciec. Żaden trening na świecie nie potrafił ich zmusić do zignorowania gigantycznej ognistej jaszczurki na niebie.

Nagle bycie królową przeklętych wampirów wydało mi się całkiem przyjemną alternatywą.

Strażnik przy bramie był zbyt zajęty chowaniem się, żeby mnie zatrzymać. Między mną a lasem nie było nic poza mostem przerzuconym nad fosą.

I martwymi ciałami.

Fosa była pełna nabrzmiałych ciał ze śladami po ugryzieniach i plamami krwi na ubraniach. Krew układała się w wodzie w doskonałe wstęgi. Starałam się na to nie patrzeć, kiedy pędziłam przez most, który trząsł się i drżał pod ciężarem wciąż ścigających mnie koni i siedzących na nich rycerzy. Smok leciał za nami, kierując śmiercionośny oddech na wszystkich bez różnicy.

Pot spływał mi po karku. Jedna ze wstążek przy sukience zaczęła się tlić i musiałam ją zerwać. Czubek szpady rozerwał mi rękaw i drasnął skórę. Oddech smoka był jak grzmot nad moją głową, a kiedy on sam nade mną przeleciał, jego cień połknął całe światło. Czułam spalone włosy i ziemię. Jeden z rycerzy z krzykiem wpadł do fosy; tunika pod jego zbroją płonęła.

Płomienie pożerały trawę. Utkwiłam wzrok w lesie. Musiałam znaleźć drzewa rosnące wystarczająco gęsto, żeby nie mogły się przez nie przedrzeć konie i których liście osłoniłyby mnie przed smokiem. Skórzaste skrzydła tworzyły tornada z kurzu i sosnowych igieł. Długa sukienka owinęła mi się wokół kolan. Potknęłam się, a ogień poparzył mi plecy.

A potem wreszcie znalazłam się w lesie i biegłam po nieprzyjemnym podłożu, nie zwracając uwagi na moje nagie, krwawiące stopy. Było tu chłodno i zielono, jak w lesie tam, w domu. Smok zionął ogniem, paląc górne gałęzie drzew. Ptaki uciekły z piskiem. Płonące liście opadały wokół mnie, paląc się jak kartki papieru. Rycerze zatrzymali się na skraju pola, nagle straciwszy mną zainteresowanie. Odwrócili się jak na komendę i powrócili do zamku, jakby zupełnie o mnie zapomnieli. Znalazłam rozłożyste drzewo i wspięłam się na gałęzie, żeby lepiej widzieć. Rycerze zawrócili, zanim jeszcze smok stracił mnie z oczu i skoncentrował swój ognisty oddech na nich.

Najwyraźniej tu, w ciemnym, zielonym lesie nie stanowiłam zagrożenia.

Co oznaczało, że to zamek był czymś, co chcieli chronić.

A przynajmniej coś w zamku.

Nie było to wiele, ale i tak wiedziałam już więcej, niż przedtem. No wiecie, kiedy byłam jeszcze wewnątrz zamku, gdzie ta wiedza byłaby coś warta.

A potem smoki i smoczy rycerze przestali być moim jedynym zmartwieniem.