Malowane henną

Tekst
Z serii: Salamandra
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przy­tak­nął.

Poło­ży­łam dłoń na jego gło­wie.

– Dzię­kuję, że dzięki tobie Radha nie spa­liła całego domu.

Uśmiech­nął się bez prze­ko­na­nia.

– A ty, Radho, musisz być bar­dziej ostrożna…

– Ale…

– Zwłasz­cza przy kuchni pani Ajan­gar.

– Dźi­dźi…

Chcia­łam wziąć sio­strę za ramię, żeby ją uspo­koić. Skrzy­wiła twarz, jak gdyby spo­dzie­wała się, że ją ude­rzę. Czy ma to robiła? A może Hari?

Opu­ści­łam rękę. Radha uni­kała mojego wzroku.

Wes­tchnę­łam. Udo­bru­cha­nie poboż­nej pani Ajan­gar miało mnie sporo kosz­to­wać. Ostat­nim razem, gdy niczego nie­świa­domy Malik prze­szedł przez jej kuch­nię, uparła się, że musi ją oczy­ścić bra­miń­ski pan­dit. (Muzuł­ma­nie, jak Malik, jadali mięso, Ajan­garowie nato­miast nie. Moja gospo­dyni nawet nikomu z Sin­ghów nie pozwo­li­łaby się zbli­żyć do swo­jej kuchni, ponie­waż radź­pu­to­wie rów­nież spo­ży­wali mię­sne potrawy). Za poprzed­nią cere­mo­nię oczysz­cze­nia zapła­ci­łam czter­dzie­ści rupii. Mia­łam dość kło­po­tów. Długi u budow­ni­czego, potem Hari, a teraz jesz­cze to.

Zatknę­łam koniec sari za halkę, szy­ku­jąc się do roz­mowy z panią Ajan­gar.

– Zaraz się dowiem, jaka kara nas czeka.

Malik pod­biegł do stołu z zio­łami i wziął dwie bute­leczki.

– Już wszystko wymie­sza­łem – powie­dział, poda­jąc mi je.

Spoj­rza­łam na ety­kiety: tonik do wło­sów i nawil­ża­jąca emul­sja do skóry. Uśmiech­nę­łam się do niego.

– Dobrze się spra­wi­łeś.

Wie­dział tak jak ja, że prze­kup­stwem naj­szyb­ciej można się wkraść w łaski pani Ajan­gar. Byli­śmy od niej zależni: nie mogli­śmy zacząć szy­ko­wać przy­sma­ków dla klien­tek umó­wio­nych na następny dzień, dopóki pan­dit dźi nie prze­pro­wa­dzi rytu­ału oczysz­cza­ją­cego, który trwał co naj­mniej godzinę, a cza­sem aż trzy. Cze­kała nas długa noc.

Malik chyba czy­tał mi w myślach, bo oznaj­mił:

– Pan­dit dźi będzie za godzinę.

Wresz­cie przy­szła pół­noc, moja ulu­biona pora. Księ­życ zaglą­dał do okna. Usły­sza­łam miło­sne woła­nie kojala. Po chwili dołą­czyła do niego syno­gar­lica. Dźaj­pur odpo­czy­wał od upału dnia i kurzu, podob­nie jak jego miesz­kańcy. Mój pokój pach­niał goto­wymi przy­sma­kami oraz emul­sjami. Na bla­cie cze­kały pakory z liści mniszka na artre­tyzm pani Patel i laddu ze słod­kimi mig­da­łami na ból głowy pani Gupty, a także świeży ole­jek san­da­łowy na bolące stopy pani Raj.

Malik już kilka godzin wcze­śniej poszedł do domu. Radha spała w łóżku. Sie­dzia­łam sama przy robo­czym stole, na któ­rym dija paliła się nie­wiel­kim pło­mie­niem. Otwo­rzy­łam notat­nik i poli­za­łam gra­fit ołówka.

Ablu­cje pan­dita (oczysz­cze­nie kuchni pani Ajan­gar zabrało godzinę): winna.

Olejki lawen­dowy i goź­dzi­kowy, kur­kuma i sza­fran kupione dziś przez Malika: winna.

Pie­nią­dze od Samira za zioła: ma.

Pie­nią­dze od Joyce Har­ris za zioła: ma.

Rachu­nek od budow­ni­czego: winna.

Kwota prze­ka­zana Hariemu: winna.

W sumie – na minu­sie. Zamknę­łam notat­nik i zaczę­łam wycią­gać szpilki z koka. Zasta­na­wia­łam się, ile czasu zaj­mie sfi­na­li­zo­wa­nie umowy mał­żeń­skiej mię­dzy Sin­ghami i Śar­mami. Może budow­ni­czy zgo­dziłby się odro­czyć spłatę długu. A Hari? Ile mógł jesz­cze zażą­dać w zamian za mil­cze­nie? Bar­dzo potrze­bo­wa­łam zle­ce­nia z pałacu, ale jak długo mia­łam cze­kać, aż Par­wati poroz­ma­wia z maha­ra­nią?

Prze­cze­sa­łam włosy pal­cami. Sasu dźi powie­działa mi kie­dyś, że są trzy rodzaje karmy: ta, która jest sumą naszych wszyst­kich poprzed­nich wcie­leń; ta z obec­nego życia; oraz ta, którą gro­ma­dzimy na przy­szłe nasze ist­nie­nia. Zasta­na­wia­łam się, która odpo­wia­dała za moje mał­żeń­stwo z Harim. A za ucieczkę od rodziny? Czy to była nowa karma, czy ta z minio­nego życia, która dopiero w tym przy­nio­sła owoce?

Radha jęk­nęła przez sen, jak gdyby z zamknię­tymi ustami wołała o pomoc. Pode­szłam do niej, żeby ją uci­szyć, nim obu­dzi cały dom.

– To tylko sen – powie­dzia­łam, gła­dząc sio­strę po ramie­niu.

Nie prze­bu­dziła się. Leżała na boku, sku­lona jak dziecko w łonie matki. Zaci­śnięte pię­ści trzy­mała pod brodą. Jej łzy wsią­kały w poduszkę. Wyda­wała się taka deli­katna. W moje myśli wdarł się błysk wspo­mnie­nia: żyjąc z Harim, co noc zasy­pia­łam zapła­kana.

Poło­ży­łam się przy niej i przy­tu­li­łam do jej ple­ców. Mój poli­czek doty­kał jej policzka, moja noga – jej nogi. Oplo­tłam ją całą sobą, tak że nie było mię­dzy nami wol­nej prze­strzeni. W pracy codzien­nie doty­kałam klien­tek, ale taka bli­skość z drugą osobą była dla mnie zupeł­nie nowym prze­ży­ciem.

– Ciii… już dobrze. Ciii… – wyszep­ta­łam.

Wolną ręką pogła­ska­łam ją po wło­sach, wciąż pach­ną­cych kwia­tem fran­gi­pani, który wpięła ran­kiem.

Rando rani, bari sajani. Piti thanda, thanda pani. Lekin karti he man­mani – zanu­ci­łam cichutko tuż przy jej buzi, tak jak kie­dyś nucił mi ojciec.

Jej oddech stał się spo­koj­niej­szy. Mię­śnie się roz­luź­niły. Ock­nęła się. Ujęła moją dłoń i przy­ci­snęła do piersi. Czu­łam, jak jej żebra uno­szą się i opa­dają z każ­dym wde­chem i wyde­chem.

Wytar­łam jej twarz i szyję brze­giem mojego sari.

– Co ci się śniło, Radho? Opo­wiedz.

Pocią­gnęła nosem.

– Wkoło było ciemno. Pita dźi wpadł do studni. Zdo­łał mnie zła­pać za rękę. Plot­kary dawno poroz­cho­dziły się do domów. Pró­bo­wa­łam mu pomóc. Ale był dla mnie za ciężki. – Zaszlo­chała przej­mu­jąco. – Puści­łam go, dźi­dźi, puści­łam. Nie dałam rady go utrzy­mać. Nie mogłam. Roz­glą­da­łam się za tobą, ale ni­gdzie cię nie było! – Wcią­gnęła wielki haust powie­trza. – Tyle razy marzy­łam, że się zja­wisz i mi pomo­żesz. Kie­dyś nawet wyru­szy­łam sama z wio­ski, żeby cię szu­kać, ale Mala, nasza sąsiadka, zoba­czyła mnie na dro­dze i kazała wra­cać do domu. – Nowy stru­mień łez popły­nął na moją dłoń, tę, którą przy­ci­skała do piersi. – Kiedy ma umarła, nikomu nie powie­dzia­łam. Przez całe dwa dni. Zosta­wi­łam ją na łóżku. Tak się bałam. Nie wie­dzia­łam, co ze mną będzie. Czu­łam się opusz­czona. Gdzie przez ten cały czas byłaś, dźi­dźi? Dla­czego ucie­kłaś od nas… od niego?

Prze­sta­łam ją tak mocno tulić. Nie dzi­wi­łam się, że chciała wie­dzieć. Przez trzy­na­ście lat nikomu o tym nie mówi­łam.

Prze­łknę­łam ślinę.

– Umar­ła­bym, gdy­bym z nim została. Hari by się o to posta­rał. Do ma i pita dźi nie mogłam wró­cić.

Tak jak ja rozu­miała, że po ślu­bie kobieta staje się wła­sno­ścią męża. Nie­szczę­śliwa żona nie może tak po pro­stu wró­cić do rodzi­ców, ocze­ku­jąc, że się nad nią zli­tują. Nie­które rodziny zmie­niają nawet imię syno­wej, gdy tylko prze­kra­cza próg ich domu, jak gdyby wcze­śniej w ogóle nie ist­niała.

Opo­wie­dzia­łam sio­strze o jedy­nej jasnej stro­nie mojego mał­żeń­stwa – o matce Hariego. To ona nauczyła mnie poma­gać kobie­tom, które ścią­gały do niej z oko­licz­nych wio­sek. Przy­cho­dziły z cho­rym żołąd­kiem, opa­rze­niami, bole­snymi mie­siącz­kami i jało­wym łonem. Nie wspo­mnia­łam nic o tych, które bez wie­dzy męża pra­gnęły się pozbyć nie­chcia­nego cię­żaru.

Wyja­śni­łam, że Hari się nade mną znę­cał, i pew­nego popo­łu­dnia po pro­stu wyszłam z jego chaty. Pie­szo ruszy­łam do Agry. Kry­łam się w zaro­ślach lub przy­droż­nych rowach, gdy tylko kogoś zauwa­ży­łam. Wędro­wa­łam tak cały tydzień. Jadłam to, co udało mi się zdo­być, czę­sto nocą, kiedy nikt nie mógł mnie zoba­czyć. Pil­no­wa­łam tylko, by w pobliżu nie było dzi­ków. Gdy tra­fi­łam wresz­cie do mia­sta sły­ną­cego z Tadź Mahalu, zaczę­łam poma­gać kobie­tom, tak jak robiła to moja teściowa. W swo­jej opo­wie­ści pomi­nę­łam szcze­góły. Nie wyja­wi­łam, że moim głów­nym źró­dłem dochodu były muśli­nowe woreczki, w które wkła­da­łam po kilka łyżek mie­lo­nego korze­nia bawełny indyj­skiej – takie same, jakie moja sas przy­go­to­wy­wała dla kobiet z oko­licz­nych wsi. Nie wsty­dzi­łam się mojej pracy; gdyby nie ja, wiele kur­ty­zan i tan­ce­rek ucie­ka­łoby się do pry­mi­tyw­nych i bar­dziej nie­bez­piecz­nych metod, by się ustrzec przed nie­chcianą ciążą. Wie­dzia­łam o iry­ga­cjach sil­nymi deter­gen­tami, celo­wych upad­kach ze scho­dów, a nawet prze­kłu­wa­niu płodu dru­tem, ale trzy­na­sto­let­nia wraż­liwa dziew­czyna, nie powinna słu­chać o takich rze­czach.

Wyja­wi­łam jej, że wła­śnie w Agrze pozna­łam sztukę malo­wa­nia hen­no­wych wzo­rów. Uśmiech­nę­łam się na myśl o Hazi i Nasrin, które uczyły mnie, jak zdo­bić kobiece ciało, by roz­bu­dzić pożą­da­nie, lecz tym wspo­mnie­niem też nie podzie­li­łam się z Radhą. Powie­dzia­łam nato­miast, że otrzy­ma­łam pro­po­zy­cję, by w Dźaj­pu­rze robić hennę za wyż­szą zapłatę, i skwa­pli­wie sko­rzy­sta­łam z szansy.

– Dzięki temu mogłam wysy­łać rodzi­com wię­cej pie­nię­dzy.

– Ale henną zaj­mują się kobiety śudrów, a nie bra­mi­nów – zauwa­żyła. – Pita dźi ni­gdy by ci nie pozwo­lił doty­kać cudzych stóp.

Puści­łam jej rękę i odwró­ci­łam się na plecy.

– Wola­łam to, niż zostać dziwką, Radho. – Chcia­łam, by moje słowa zabrzmiały ostro, i osią­gnę­łam cel.

Przez jakiś czas mil­cza­ły­śmy.

– Jak umarł pita dźi? – spy­ta­łam w końcu.

– Uto­nął. Ale był chory. Na żołą­dek.

– Jak to?

– Za bar­dzo lubił śarab – wyszep­tała. – Myślał, że to przed nami ukrywa, ale wie­czo­rami bywał tak pijany, że nie mógł ustać na nogach. Następ­nego ranka musia­łam zamiast niego pro­wa­dzić lek­cje.

 

Wie­dzia­łam, że ojciec zaczął pić po prze­pro­wadzce do Adźaru, ale na samym początku nie upi­jał się aż tak, bym musiała zastę­po­wać go w szkole, to działo się póź­niej.

– A ma mu wyba­czyła?

Radha odwró­ciła głowę i spoj­rzała na mnie zdzi­wiona.

– Co?

W tym momen­cie tak bar­dzo przy­po­mi­nała naszą matkę, że poczu­łam się tak, jak tam­tej nocy, gdy leżąc obok ma, zapy­ta­łam, gdzie są jej złote bran­so­lety. Byłam jesz­cze mała i pamię­ta­łam, że nosiła je zawsze, nawet pod­czas kąpieli, goto­wa­nia i snu. Uwiel­bia­łam się nimi bawić, kiedy tak obok sie­bie leża­ły­śmy. Moje pyta­nie spra­wiło, że do jej oczu napły­nęły łzy, a ja po raz pierw­szy w życiu poczu­łam lęk.

Pogła­dzi­łam Radhę po policzku.

– Nie zawsze miesz­ka­li­śmy w Adźa­rze. Ma ci nie powie­działa? Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się tam z Lakh­nau. Pita dźi dostał obse­sji na punk­cie nie­pod­le­gło­ści. Potra­fił nie iść do pracy, by wziąć udział w mar­szu. Na wie­cach prze­ma­wiał prze­ciwko domi­na­cji bry­tyj­skiej. W końcu, kiedy ruch potrze­bo­wał pie­nię­dzy, sprze­dał całe złoto ma, jej biżu­te­rię z posagu, ślubne bran­so­lety, naszyj­niki, kol­czyki… wbrew jej woli. Ma była na niego wście­kła. Bry­tyj­czy­kom, któ­rzy zarzą­dzali szkol­nic­twem, nie podo­bała się jego walka o wol­ność. Dla­tego został prze­nie­siony do Adźaru, maleń­kiej wio­ski na pro­win­cji. Mia­łam wtedy jakieś dzie­sięć lat. Zwierzch­nicy za jed­nym zama­chem pozba­wili go wyso­kiej pen­sji i dumy.

– Ale miał rację. Indie w końcu zwy­cię­żyły. – Radha chciała wie­rzyć w ojca i bro­niła go, tak jak daw­niej ja to robi­łam.

– Oczy­wi­ście – zgo­dzi­łam się. Wła­śnie tacy ludzie, jak nasz pita dźi, całe ich miliony, uświa­do­mili Bry­tyj­czy­kom, że oby­wa­tele Indii nie godzą się dłu­żej być zakład­ni­kami we wła­snym kraju.

Rozu­mia­łam jed­nak reak­cję matki. Tak wiele osób spo­tkały krzywdy lub wię­zie­nie za sprze­ci­wia­nie się Bry­tyj­czy­kom. Pró­bo­wała roz­ma­wiać z naszym ojcem. Dla­czego nie mógł mil­czeć i trosz­czyć się o rodzinę, zosta­wia­jąc walkę innym? Ale on żar­li­wie wie­rzył w słusz­ność wła­snych prze­ko­nań. Podzi­wia­łam go za to. Był oddany ide­ałom. Nie­stety miały one wysoką cenę.

Kiedy wyczer­pał całe swoje oszczęd­no­ści, sprze­dał to, co zostało z posagu żony – biżu­te­rię, która mogła oca­lić nas przed biedą, zabez­pie­czyć matkę, na wypa­dek gdyby owdo­wiała, a mnie ura­to­wać przed zamąż­pój­ściem w wieku pięt­na­stu lat. W kraju, gdzie złoto kobiety chroni ją przed nie­prze­wi­dzia­nymi kło­po­tami, ogo­ło­cone z ozdób uszy i nad­garstki mamy nie­ustan­nie przy­po­mi­nały nam, że dla mojego ojca poli­tyka była waż­niej­sza od rodziny.

Nie mie­li­śmy wyj­ścia, musie­li­śmy się prze­nieść do Adźaru. Tam moja matka pogrze­bała swoje roz­cza­ro­wa­nie, a ojciec dumę. Na nie­pod­le­głość trzeba było cze­kać jesz­cze dwa­na­ście lat, ale wtedy pita dźi był już cie­niem czło­wieka.

– Ma ni­gdy o tobie nie wspo­mi­nała – przy­znała Radha. – Nie wyma­wiała nawet two­jego imie­nia. Nie mia­łam poję­cia, że ist­nie­jesz, dopóki plot­kary mi nie powie­działy, że znik­nę­łaś w tym samym roku, kiedy ja się uro­dzi­łam. Gdy nauczy­łam się czy­tać, poję­łam, że to ty przy­sy­ła­łaś listy, które ma paliła, jak tylko przy­cho­dziły. Prze­czy­ta­łam jedy­nie ten, w któ­rym pisa­łaś do rodzi­ców o bile­tach na pociąg do Dźaj­puru. O mnie nie było tam ani słowa. Wtedy poję­łam, że tak jak ja o twoim, ty nie mia­łaś poję­cia o moim ist­nie­niu.

Zamknę­łam oczy.

Och ma, jakże musia­łaś być na mnie zła. Mąż cię zdra­dził. Ja cię zdra­dziłam. Gdy­byś tylko otwie­rała moje listy!

Gdy zaczę­łam wię­cej zara­biać, do każ­dej koperty wkła­da­łam pie­nią­dze, by rodzice mogli kupić to, czego potrze­bo­wali. Bła­ga­łam ich o wyba­cze­nie ucieczki od męża i obie­cy­wa­łam, że poślę po nich, kiedy tylko będzie to moż­liwe. Skoro wysy­łane bank­noty pło­nęły razem z listami, nic dziw­nego, że Radha zja­wiła się w Dźaj­pu­rze w tak znisz­czo­nym ubra­niu.

Znów przy­tu­li­łam się do niej, podob­nie jak daw­niej obej­mo­wa­łam matkę – za którą tak tęsk­ni­łam.

Radha ści­snęła moją dłoń, czym spro­wa­dziła mnie do teraź­niej­szo­ści i przy­po­mniała, że mam praw­dziwą sio­strę. Może miała być dla mnie oca­le­niem, a nie karą za wszyst­kie moje winy. Już nie mogłam napra­wić rela­cji z rodzi­cami, uko­rzyć się przed nimi ani odbu­do­wać znisz­czo­nej repu­ta­cji. Mogłam nato­miast zająć się nią, wpro­wa­dzić ją w doro­słość, zostać jej prze­wod­niczką w świe­cie kobiet. Pomóc jej stać się córką, z któ­rej oni byliby dumni – nie tak jak ze mnie.

Radha się poru­szyła.

– Dźi­dźi, pamię­tasz Mun­ćiego?

Przed oczami sta­nął mi sta­ru­szek z Adźaru, pochy­lony nad maleń­kim szkie­le­tem liścia, na któ­rym malo­wał gopi i krowę nie więk­szą niż mój kciuk. Pamię­ta­łam, jak sta­wiał kropki na sari pasterki pędzel­kiem z wiel­błą­dziego wło­sia. Do niego bie­głam, kiedy rodzice kłó­cili się o pie­nią­dze. Ucie­ka­łam od gorz­kiego mil­cze­nia matki i picia ojca do miej­sca, gdzie mogłam bez reszty oddać się malo­wa­niu. Stary Munći, nim wrę­czył mi pędzel, nauczył mnie patrzeć na wszystko uważ­nie i dostrze­gać każdy szcze­gół tego, co mia­łam przed­sta­wić. Dzięki jego lek­cjom wiele lat póź­niej z taką łatwo­ścią malo­wałam henną obrazy, które zapa­dały mi głę­boko w pamięć.

– Wciąż trudni się malo­wa­niem? – spy­ta­łam.

– Han. Zawsze powta­rzał, że byłaś jego naj­lep­szą uczen­nicą.

Uśmiech­nę­łam się mimo­wol­nie.

– Cie­bie rów­nież uczył malo­wać?

– Nie mam two­ich zdol­no­ści, Lakszmi. Prze­waż­nie poma­ga­łam mu pre­pa­ro­wać szkie­lety liści pipalu. I przy­go­to­wy­wa­łam skład­niki na farby. – Znowu odwró­ciła głowę w moją stronę, a na jej usta wkradł się szel­mow­ski uśmie­szek. – Wiesz, co otrzy­masz, jeżeli nakar­misz krowę liśćmi man­gowca, a potem zmie­szasz kro­wie­niec z moczem i gliną?

– Co?

– Poma­rań­czowy pig­ment! – Uśmiech­nęła się sze­roko. – Munći dźi mawiał, że moje farby są gład­kie jak jedwab.

– Jeżeli chcesz, nauczę cię ucie­rać liście henny na pastę.

– Aććha. – Tak. Zamknęła oczy i ziew­nęła gło­śno.

– Powin­naś zasła­niać usta, kiedy zie­wasz, Radho.

Pod­nio­sła oczy i spoj­rzała na mnie łobu­zer­sko.

– To po dwu­dzie­ste?

Zawsze mia­łam lekki sen, więc gdy szczęk­nęła klamka, natych­miast pode­rwa­łam się z posła­nia. Na zewnątrz wciąż pano­wał mrok. Radha spała głę­boko. W progu ujrza­łam Samira. W pierw­szej chwili pomy­śla­łam, że za dużo wypił w klu­bie i coś mu się pomie­szało – dopiero potem zauwa­ży­łam, że na rękach trzyma kobietę. Była opa­tu­lona w kapę. Miała zamknięte oczy i cicho poję­ki­wała. Sami­rowi towa­rzy­szył jego przy­ja­ciel, dok­tor Kumar. Zer­k­nę­łam na zegar na ścia­nie. Docho­dziła druga w nocy. Wpu­ści­łam ich do środka, nim obu­dzą panią Ajan­gar.

Gdy zapa­li­łam świa­tło, zoba­czy­łam poważną minę Samira.

– Z panią Har­ris jest nie­do­brze. Kumar musi z tobą poroz­ma­wiać – wyszep­tał. Spoj­rze­niem omiótł pokój i zatrzy­mał je dopiero na moim łóżku.

Radha oparła się na łok­ciu i prze­tarła oczy.

Pode­szłam do niej pospiesz­nie.

– Radho, wstań, pro­szę.

Natych­miast mnie usłu­chała. Wiel­kimi oczami patrzyła, jak Samir ostroż­nie kła­dzie kobietę na posła­niu, na któ­rym chwilę wcze­śniej obie spa­ły­śmy. Brzegi kapy roz­chy­liły się i w świe­tle sła­bej żarówki pod sufi­tem ujrza­łam skrzep­niętą krew. Zaczer­wie­nione powieki Joyce Har­ris, z wyraź­nymi nie­bie­skimi żył­kami, zatrze­po­tały. Kolana pod­cią­gnęła do piersi, trzy­ma­jąc się za brzuch. Gło­śno szczę­kała zębami. Aż dziw, że pani Ajan­gar nie dobi­jała się jesz­cze do moich drzwi, doma­ga­jąc się ciszy.

– Dla­czego ją tu…

– Nie ma czasu. Kumar wszystko wyja­śni.

Dostrze­głam czarną torbę lekar­ską. Dok­tor wyjął z niej ste­to­skop.

Samir chwy­cił mnie za ręce.

– Dzię­kuję, Lakszmi. Pro­szę, rób to, co poleci Kumar – powie­dział bła­gal­nie, po czym szybko wyszedł, jak naj­ci­szej zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Spę­dził tu mniej niż minutę.

Powie­trze w pokoju było cięż­kie. Ciszę mąciły jęki Angielki.

– Coś wzięła. Muszę wie­dzieć, co i ile – ode­zwał się cicho dok­tor, który nie­ustan­nie wędro­wał wzro­kiem po pomiesz­cze­niu, nie zatrzy­mu­jąc go ni­gdzie na dłu­żej.

– Nie rozu­miem…

– Co tu jest do rozu­mie­nia? – Ścią­gnął brwi. – Zażyła jakieś nie­bez­pieczne zioła, żeby pozbyć się dziecka. Umrze, jeżeli nie dowiem się, co to było.

– Ale ja tylko… – Poczu­łam gorące wypieki na twa­rzy. – Samir wyja­śnił panu, czym się…

– Wie pani, jak nie­bez­pieczna jest abor­cja w pią­tym mie­siącu? – Jego szare oczy bły­snęły.

– W pią­tym? – Ze zdu­mie­nia otwo­rzy­łam usta.

Kumar przy­tak­nął i przy­tknął ste­to­skop do brzu­cha Joyce Har­ris. Kobieta jęk­nęła gło­śniej.

– Sły­szę bicie serca dziecka, więc to co naj­mniej osiem­na­sty tydzień. Ale tętno jest słabe. Kobieta stra­ciła dużo krwi. Potrze­buje trans­fu­zji. Samir po zna­jo­mo­ści szuka dla niej miej­sca w pry­wat­nym szpi­talu. – Prze­niósł wzrok z Joyce Har­ris na mnie. – Myślę, że dziecko raczej nie prze­żyje. – Spoj­rzał na moje zaci­śnięte dło­nie. Po chwili cof­nął rękę ze ste­to­sko­pem. – Co pani jej zaapli­ko­wała? – zapy­tał, wyraź­nie oddzie­la­jąc słowa, jak gdyby z tru­dem pano­wał nad gnie­wem.

Ode­rwa­łam oczy od kobiety, która wiła się z bólu na moim łóżku.

– Dałam jej korzeń bawełny indyj­skiej do samo­dziel­nego spo­rzą­dze­nia wywaru. Jeżeli postą­piła ści­śle według moich wska­zó­wek, zago­to­wała jedną por­cję w litrze wody. Miała co godzinę pić wywar małymi łykami, aż wypije cały litr, a potem powtó­rzyć wszystko od początku. Zazwy­czaj to wystar­cza i płód zostaje w pełni wyda­lony. Na wszelki wypa­dek zosta­wi­łam jej jesz­cze trze­cią por­cję spe­cy­fiku.

Dok­tor Kumar przy­tknął dwa palce do nad­garstka kobiety i spoj­rzał na swój zega­rek.

– Ma bar­dzo słaby puls. Moż­liwe, że wzięła trzy dawki naraz bądź użyła mniej wody, by śro­dek sil­niej zadzia­łał.

– Ale przy­się­gała mi, że jest dopiero w czwar­tym mie­siącu. Pyta­łam ją o to dwa razy i ostrze­ga­łam, że w bar­dziej zaawan­so­wa­nym sta­dium nie­bez­pie­czeń­stwo jest zbyt wiel­kie. Nie mia­łam powo­dów, by jej nie wie­rzyć.

Przyj­rzał mi się uważ­nie. Czyżby myślał, że kła­mię?

– Ni­gdy nie poda­łam takiego wywaru kobie­cie, która byłaby dalej niż w czwar­tym mie­siącu. Albo pani Har­ris nie wie­działa dokład­nie, który to mie­siąc, albo była tak zde­spe­ro­wana, że mnie okła­mała.

Patrzy­łam, jak nasą­cza baweł­niany wacik alko­ho­lem i prze­ciera nim skórę Angielki w zgię­ciu łok­cia.

– Jak dowie­dzie­li­ście się o jej sta­nie… pan i Samir?

Z torby wyjął fiolkę i strzy­kawkę.

– Jej przy­ja­ciel zadzwo­nił do klubu, gdzie z Sami­rem jedli­śmy kola­cję. Poin­for­mo­wał, że potrzebna jest pomoc. – Postu­kał pal­cami w przed­ra­mię kobiety, by zna­leźć żyłę, po czym wkłuł się w nią. Joyce Har­ris drgnęła. – Zabra­li­śmy ją z domu. Jej mąż i teściowa wyje­chali wcze­śniej do Dźo­dh­puru, więc była sama. Pro­szę to przy­trzy­mać w tym miej­scu.

Przy­ci­snę­łam wacik zgod­nie z jego pole­ce­niem. Dok­tor Kumar zabez­pie­czył igłę i scho­wał przy­bory do torby. Potem ujął Joyce Har­ris za nad­gar­stek i długo patrzył na swój zega­rek. Miał smu­kłe palce i wypie­lę­gno­wane paznok­cie. Deli­kat­nie odło­żył jej rękę z powro­tem na kapę.

– Poda­łem jej odro­binę mor­finy, żeby zła­go­dzić ból, ale musi pozo­stać przy­tomna. Mor­fina nie powinna wejść w reak­cję z tym, co dostała od pani. Potrzebne jed­nak będą anty­bio­tyki, żeby nie doszło do zaka­że­nia. – Uważne oczy dok­tora Kumara przyj­rzały się moim dło­niom, twa­rzy, wło­som. Zauwa­ży­łam siwe pasma w jego ciem­nych lokach i pie­przyk nad górną wargą. – Pani Śastri, naprawdę uważa pani, że można zara­dzić… kobie­cym pro­ble­mom… za pomocą samych ziół?

– Ow­szem, jeżeli kobieta nie ma innych moż­li­wo­ści.

– Ta kobieta je miała.

– Ona tak nie uwa­żała.

– Dla­czego? Prze­cież jest Angielką. Może korzy­stać z naj­now­szych osią­gnięć medy­cyny. Ist­nieje nawet szpi­tal dla bia­łej lud­no­ści.

– A jeżeli ojcem dziecka jest Indus?

Dok­tor uniósł brwi i spoj­rzał na swoją pacjentkę z zacie­ka­wie­niem.

– Samir nic panu nie powie­dział?

 

Kątem oka dostrze­głam jakiś ruch i przy­po­mnia­łam sobie, że w pokoju jest też Radha. Sły­szała całą naszą roz­mowę. Zer­k­nę­łam na nią ukrad­kiem.

– Pani Har­ris nie wie, czy ojcem dziecka jest jej mąż – wyja­śni­łam dok­to­rowi.

Bła­gam, Radho, spró­buj to zro­zu­mieć.

Moja sio­stra zasło­niła usta dło­nią.

Gęste brwi męż­czy­zny ponow­nie się unio­sły.

– Mimo wszystko… zioła? To zbyt ryzy­kowne. Mogła jej pani bez­wied­nie podać tru­ci­znę.

Zaci­snę­łam zęby.

– Nic podob­nego nie zro­bi­łam, dok­to­rze Kumar. Poda­łam jej spe­cy­fik, który powo­duje śli­skość łona. W ciągu sze­ściu, naj­wy­żej ośmiu godzin płód jest wyda­lany wraz z tym, co orga­nizm matki two­rzył dla dziecka. – Mia­łam wra­że­nie, że moje wyja­śnie­nia brzmią tak, jak­bym pró­bo­wała się bro­nić.

– A w jaki spo­sób ów spe­cy­fik wywo­łuje ową, jak to pani nazwała, śli­skość łona?

– Jego dzia­ła­nie unie­moż­li­wia orga­ni­zmowi kobiety wytwo­rze­nie sub­stan­cji, która pomaga jajeczku zagnieź­dzić się w macicy.

Przy­glą­dał mi się dłuż­szą chwilę.

– Pro­ge­ste­ronu – powie­dział w końcu. – Sub­stan­cja, o któ­rej pani mówi, nazywa się pro­ge­ste­ron. – Raz jesz­cze spraw­dził puls pacjentki. – Czy kie­dy­kol­wiek pani zioła wywo­łały u któ­rejś z kobiet nie­po­żą­dane skutki uboczne?

– Ni­gdy.

Dok­tor Kumar otwo­rzył usta, jakby chciał zadać kolejne pyta­nie, ale w tym momen­cie roz­le­gło się gło­śne puka­nie do drzwi. Usły­sza­łam zdu­szony jęk Joyce Har­ris. Przez kró­ciutką chwilę roz­glą­dała się po pokoju dzi­kim wzro­kiem, po czym ponow­nie zapa­dła w bezgło­śne deli­rium. Dok­tor i ja spoj­rze­li­śmy po sobie.

Zza drzwi dobiegł gło­śny szept pani Ajan­gar.

Kja ho gaja? Pani Śastri, co to za hałasy?

Radha bły­ska­wicz­nie uło­żyła się na posła­niu obok cier­pią­cej i pod­cią­gnęła koł­drę pod brodę, zupeł­nie zakry­wa­jąc Joyce Har­ris.

– Jest druga w nocy! – Pani Ajan­gar uchy­liła drzwi.

Pośpiesz­nie zastą­pi­łam jej drogę.

– Ogrom­nie prze­pra­szam, dźi. Moja sio­stra… źle się poczuła.

Gospo­dyni wycią­gnęła szyję, żeby doj­rzeć coś ponad moim ramie­niem. Radha stęk­nęła, uda­jąc bole­ści i zagłu­sza­jąc ciche jęki Angielki.

– Wezwa­łam leka­rza, pani Ajan­gar. – Oczami wska­za­łam dok­tora Kumara. – Tak mi przy­kro, że panią obu­dzi­li­śmy.

Joyce Har­ris zaczęła coś mam­ro­tać, ale Radha jęk­nęła gło­śniej. Dok­tor Kumar ujął nad­gar­stek mojej sio­stry i przy­ci­ska­jąc jego wnę­trze kciu­kiem, spo­glą­dał na zega­rek.

– Pacjentka potrze­buje spo­koju, pani Śastri – oznaj­mił, uda­jąc iry­ta­cję z powodu naj­ścia wła­ści­cielki domu.

Radha zaci­snęła powieki.

– Dźi­dźi! – wezwała mnie płacz­li­wym tonem.

– Może zja­dła coś nie­do­brego…

– Muszę wra­cać do sio­stry, pani Ajan­gar. – Się­gnę­łam do skrzy­dła drzwi, by je zamknąć, ale gospo­dyni nie ruszyła się z miej­sca.

– Słone i kwa­śne zimą, tak zawsze mówi mój mąż, a słod­kie i łagodne latem…

– Tak, tak, dzię­kuję. Wezmę pani radę pod uwagę, podob­nie jak zale­ce­nia dok­tora. Jesz­cze raz prze­pra­szam, że panią obu­dzi­li­śmy.

Sta­now­czo zamknę­łam drzwi i opar­łam się o nie ple­cami. Zdu­miona spoj­rza­łam na Radhę. Skąd wie­działa, jak się zacho­wać? Wyka­zała się nie­ma­łym spry­tem.

Pani Har­ris znowu zaczęła jęczeć. Radha pod­nio­sła się z łóżka i otu­liła kobietę kapą.

Dok­tor spoj­rzał na mnie nie­uf­nie.

Ode­rwa­łam plecy od drzwi i zwi­nę­łam włosy w kok.

– Radho, potrze­bu­jemy pyłku z kwia­tów rumianku.

– Dość już ziół, pani Śastri. – W gło­sie męż­czy­zny brzmiało zmę­cze­nie.

– Joyce Har­ris wie­rzyła, że jej pomogę, dok­to­rze Kumar. Zaufała mi. – Pode­szłam do robo­czego stołu. – Pospiesz się, Radho! – pona­gli­łam sio­strę, wyry­wa­jąc ją z zamy­śle­nia.

Dołą­czyła do mnie i zaczęła oddzie­lać płatki i łodygi rumianku od peł­nych pyłku koszycz­ków, które mi poda­wała. Roz­gnio­tłam je w moź­dzie­rzu, doda­jąc dwa liście mięty i kilka kro­pel wody. Zaczę­łam ucie­rać wszystko na pastę i nie­wielki pokój wypeł­niła ostro-słodka woń, zara­zem owo­cowa i kwia­towa.

– Zmocz płótno – pole­ci­łam sio­strze.

Radha zwil­żyła czy­sty kawa­łek bawełny. Umie­ści­łam pastę pośrodku mate­riału i zawi­nę­łam brzegi, po czym zawią­za­łam oba końce, aby powstał kom­pres.

Usia­dłam na wąskim posła­niu po prze­ciw­nej stro­nie niż dok­tor Kumar i deli­kat­nie przy­ło­ży­łam okład do gorą­cego czoła cier­pią­cej. Na sekundę otwo­rzyła oczy. Zorien­to­wa­łam się, że mnie roz­po­znała, nim jej powieki ponow­nie opa­dły.

– Pro­szę oddy­chać spo­koj­nie, pani Har­ris – powie­dzia­łam do niej. – Wszystko będzie dobrze. Niech pani spo­koj­nie oddy­cha. – Powta­rza­łam te słowa mia­rowo jak kapłan man­trę lub wyznawca Ganeśi bła­galną modli­twę, aż poczu­łam, że jej czoło nie jest już tak napięte.

Zsu­nę­łam z niej przy­kry­cie. Wciąż trzy­mała się kur­czowo za brzuch. Zna­la­złam odpo­wiedni punkt tuż pod jej spo­co­nym nad­garst­kiem i naci­ska­łam go, dopóki nie roz­warła pal­ców. Potem prze­nio­słam kom­pres na jej brzuch. Po minu­cie jej nogi i ręce prze­stały drżeć, a oddech nieco się uspo­koił.

Dok­tor Kumar przy­glą­dał się moim zabie­gom z nie­do­wie­rza­niem.

– Kom­pres wyciąga zaka­że­nie – wyja­śni­łam, poda­jąc mu zawi­nięty mate­riał.

– Jest gorący. – Ostroż­nie dotknął okładu, jak gdyby rze­czy­wi­ście parzył w palce.

Uśmiech­nę­łam się.

– Moja sas poka­zała mi, jak go przy­go­to­wać.

Roz­legł się cichy szczęk otwie­ra­nych drzwi. Obró­ci­li­śmy się i ujrze­li­śmy Samira. Pod­szedł do nas szybko i pod­niósł pacjentkę z posła­nia.

– Wie­ziemy ją do pry­wat­nej kli­niki Goli. Pamię­tasz go ze szkoły? – zwró­cił się do przy­ja­ciela.

Dok­tor przy­tak­nął.

– Co z nią? Lepiej?

– Ból się zmniej­szył. Ale dziecka nie da się ura­to­wać. – Dok­tor Kumar spoj­rzał na mnie, gdy wypo­wia­dał te słowa. W jego gło­sie brzmiał ton rezy­gna­cji, nie pre­ten­sji. O nic mnie nie oskar­żał. Pod­niósł swoją czarną torbę.

– Nic na to nie pora­dzimy. – Samir był już w poło­wie drogi do wyj­ścia. Chyba wolał nie prze­cią­gać roz­mowy na ten temat. – Chodźmy!

Odpro­wa­dzi­łam ich do drzwi.

– Poin­for­mują mnie pano­wie o jej sta­nie?

– Za parę dni przy­ślę wia­do­mość – wyszep­tał Samir, zno­sząc Joyce Har­ris po scho­dach.

Dok­tor Kumar raz jesz­cze obiegł oczami mój pokój, zatrzy­mu­jąc wzrok na rze­czach, które go inte­re­so­wały, nim wresz­cie spoj­rzał na mnie. Prze­krzy­wił głowę w poże­gnal­nym ukło­nie i pośpie­szył za przy­ja­cie­lem.

Zamknę­łam za nim drzwi i opar­łam o nie czoło. Cisza huczała mi w uszach jak cykady w upalny letni dzień. Cze­ka­łam, aż Radha zacznie zada­wać pyta­nia.

– Ta kobieta… Angrezi… ona chciała stra­cić dziecko? – ode­zwała się w końcu.

– Tak.

– I ty jej w tym pomo­głaś?

– Tak. – Sku­li­łam ramiona. Naiw­nie liczy­łam, że jesz­cze przez kilka lat nie będę musiała jej wta­jem­ni­czać w te sprawy.

– Ale mówi­łaś, że zara­biasz henną…

Zaci­snę­łam usta i odwró­ci­łam wzrok.

Radha ścią­gnęła brwi, myśląc o czymś.

– Pamię­tasz żebraczkę, którą widzia­ły­śmy wczo­raj… tę z nie­mow­lę­ciem. Mówi­łaś, że nie powinna mieć wię­cej dzieci. Że nie jest w sta­nie ich wykar­mić.

– Tak.

– Ale angrezi na pewno jest bogata.

– Kobiety z róż­nych powo­dów muszą podej­mo­wać trudne decy­zje. – Ponow­nie zaci­snę­łam usta. – Nie pytam ich, dla­czego to robią. Nie muszę tego wie­dzieć.

Radha zer­k­nęła na łóżko.

– Jak do cie­bie tra­fiają?

Wzru­szy­łam ramio­nami.

– Różni ludzie o mnie wie­dzą.

– A ci dwaj męż­czyźni? Kim byli?

– Samir Singh jest przy­ja­cie­lem. Znamy się od dawna. A ten drugi, dok­tor Kumar… wiem jedy­nie, że to stary zna­jomy Samira.

Przez chwilę mil­czała.

– Malik wie? – spy­tała w końcu.

Nie­mal nie­zau­wa­żal­nie ski­nę­łam głową. Tak.

– Możesz mi zadać jesz­cze jedno pyta­nie, Radho. Potem musimy tu posprzą­tać.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?