Malowane henną

Tekst
Z serii: Salamandra
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– W prze­ci­wień­stwie do chło­paka z rodziny Rao, który myśli, że jest wyjąt­kowy. Też mi dew­das Radźa­sthanu.

Podob­nie jak inne klientki, czę­sto mówiła mi rze­czy, o któ­rych nie wspo­mnia­łaby paniom z towa­rzy­stwa. Jako kobieta bez­dzietna byłam obiek­tem współ­czu­cia – osobą, którą one mogły trak­to­wać z wyż­szo­ścią. Mia­łam trzy­dzie­ści lat i nie zali­cza­łam się ani do głu­pich dziew­cząt, ani do roz­plot­ko­wa­nych matron. Moje klientki podej­rze­wały, że mąż mnie porzu­cił – a ja nie wypro­wa­dza­łam ich z błędu. Na czole wciąż malo­wa­łam cyno­browe bindi, mani­fe­stu­jąc światu, że jestem zamężna. Bez niego nie mogła­bym zdo­być zaufa­nia moich pań i nie mia­ła­bym wstępu do budu­arów takich jak ten – z posadzką z salum­bar­skiego mar­muru i pali­san­dro­wym szez­lon­giem, na któ­rym sie­działa Par­wati.

Upi­łam jesz­cze łyk her­baty.

– Zna­le­zie­nie ide­al­nej par­tii dla tak wspa­nia­łego syna to zada­nie, któ­rego nie zazdrosz­czę.

– Ma dopiero sie­dem­na­ście lat. Gdy skoń­czył dwa­na­ście, zabrała mi go szkoła Mayo. Za rok zabie­rze mi go Oks­ford. Mia­ła­bym pozwo­lić, by zabrała mi go żona? Nawet nie chcę o tym myśleć.

Wygła­dzi­łam sari.

– Bar­dzo roz­sądne podej­ście. Uwa­żam, że Dut­to­wie za bar­dzo się pospie­szyli.

Dostrze­głam błysk zain­te­re­so­wa­nia w jej oczach.

– Jak to?

– Hm… wła­śnie wyswa­tali syna z córką Kuma­rów. Tą z pie­przy­kiem na policzku. Oczy­wi­ście ślub odbę­dzie się, dopiero gdy on ukoń­czy stu­dia. – Spoj­rza­łam przez okno na synów Par­wati ubra­nych w białe stroje do kry­kieta. – Ci naj­lepsi roz­cho­dzą się jak gorące dźa­lebi. Gdy chło­pak wyjeż­dża do Wiel­kiej Bry­ta­nii albo do Ame­ryki, rodzice się mar­twią, że wróci do domu z żoną, która nie zna ani słowa w hindi.

– Co racja, to racja. Naj­szczę­śliw­sze są mał­żeń­stwa, w któ­rych to matka i ojciec wybrali synowi dziew­czynę. Wystar­czy spoj­rzeć na mnie i Samira.

Mogła­bym coś o tym powie­dzieć, ale wola­łam się powstrzy­mać. Zamiast tego uda­łam, że dmu­cham na ćaj.

– Sły­sza­łam, że córkę Akba­rów obie­cano chło­pa­kowi Muham­mada Isma­ila. Czy on przy­pad­kiem nie cho­dził do tej samej klasy co Rawi? – spy­ta­łam. Upi­łam jesz­cze jeden łyk z fili­żanki, wytrzy­mu­jąc wzrok Par­wati.

Wypro­sto­wała plecy i spoj­rzała przez okno. Na mura­wie bra­ta­nica Lali wła­śnie poda­wała chłop­com her­batę. Rawi powie­dział coś do dziew­czyny i swa­wol­nie pac­nął ją pal­cem w nos, czym wywo­łał jej śmiech.

Par­wati zmarsz­czyła czoło. Nie odry­wa­jąc oczu od sceny na zewnątrz, nachy­liła się ku mnie powoli, wycią­ga­jąc szyję niczym pisklę – co było dla mnie sygna­łem, że mam ją poczę­sto­wać przy­go­to­wa­nymi spe­cjal­nie dla niej sma­ko­ły­kami. Wło­ży­łam jej do ust przy­pra­wiony pie­truszką namkin, który zro­bi­łam tego ranka. Podob­nie jak pozo­stałe klientki, nie podej­rze­wała, że skład­niki moich spe­cja­łów w połą­cze­niu z dese­niami, które kre­śli­łam na dło­niach i sto­pach, mają za zada­nie roz­pa­lić pra­gnie­nie kobiety i żądzę jej męża.

Po chwili odwró­ciła się od okna i deli­kat­nie odsta­wiła fili­żankę na sto­lik.

– A gdy­bym zapra­gnęła zna­leźć odpo­wied­nią kan­dy­datkę… oczy­wi­ście nie mówię, że tak jest… – Wytarła usta ser­wetką. – Mia­ła­byś kogoś na myśli?

– W Dźaj­pu­rze nie brak dziew­cząt na wyda­niu. – Uśmiech­nę­łam się do niej znad brzegu fili­żanki. – Rzecz w tym, że Rawi nie jest byle jakim chłop­cem.

Par­wati ponow­nie spoj­rzała na synów. Bra­ta­nicy Lali już z nimi nie było. Z twa­rzy mojej gospo­dyni zni­kło napię­cie.

– Zawsze przy­jeż­dża, kiedy tylko go popro­szę. „Nie po to posła­li­śmy go do szkoły z inter­na­tem”, powta­rza mi Samir. – Zaśmiała się cicho. – Ale ja tak za nim tęsk­nię. Gowin­dowi rów­nież bra­kuje brata. Miał zale­d­wie trzy latka, kiedy Rawi wyje­chał. – Się­gnęła po dzba­nek i ponow­nie napeł­niła swoją fili­żankę. – A sły­sza­łaś coś o córce Raja Sin­gha? Podobno jest nie­zwy­kle piękna.

– Ach, nie dalej jak wczo­raj obie­cano ją synowi pani Rathore. – Wes­tchnę­łam. Taka roz­mowa wyma­gała wyjąt­ko­wego taktu. Ani Par­wati, ani ja nie chcia­ły­śmy zbyt wcze­śnie odsło­nić kart.

Stu­dio­wała moją twarz szpar­kami oczu.

– Coś mi mówi, że masz już upa­trzoną kan­dy­datkę.

– Oba­wiam się, że uzna pani mój wybór za nie­od­po­wiedni…

– Jak to?

– …albo raczej za nie­kon­wen­cjo­nalny.

– Nie­kon­wen­cjo­nalny? Prze­cież mnie znasz, Lakszmi. W zeszłym roku aż dwa razy byłam w Związku Radziec­kim. Nehru dźi nale­gał, bym poje­chała tam z człon­kami Ligi Indyj­sko-Radziec­kiej. Mów wresz­cie, kogo masz na myśli.

– Hm… – Uda­łam że upi­nam pasmo wło­sów, które wymknęło się z koka. – Ona nie jest z radź­pu­tów.

Par­wati unio­sła cien­kie brwi, ale nie prze­stała mi się przy­pa­try­wać. Wytrzy­ma­łam jej spoj­rze­nie.

– To bra­minka.

W oczach Par­wati ujrza­łam zdzi­wie­nie. Wpraw­dzie uwa­żała się za kobietę nowo­cze­sną, ale nawet nie brała pod uwagę tego, że Rawi mógłby poślu­bić dziew­czynę spoza war­stwy spo­łecz­nej, do któ­rej sam nale­żał. Człon­ko­wie hin­du­skich kast – nawet kup­ców i słu­żą­cych – od wie­ków zawie­rali mał­żeń­stwa w obrę­bie wła­snych grup.

Poda­łam jej kolejny sma­ko­łyk.

– Nie wyobra­żam sobie lep­szej kan­dy­datki dla Sin­ghów – zapew­ni­łam. – Jest piękna. Jasnej kar­na­cji. Świet­nie wykształ­cona. Pełna życia. Spodo­ba­łaby się Rawiemu. A jej rodzina ma zna­ko­mite konek­sje. Och, czy her­bata nie jest tro­chę za zimna? Moja nie­stety zupeł­nie wysty­gła.

– Znamy tę dziew­czynę?

– Od dziecka. Mam popro­sić, by zapa­rzono świeżą? – Odsta­wi­łam fili­żankę i się­gnę­łam po srebrny dzwo­nek, ale Par­wati zła­pała mnie za nad­gar­stek.

– Nie zaj­muj się teraz her­batą, Lakszmi! Mów, co to za dziew­czyna, bo jak nie, to wytrę stopy w ręcz­nik i zruj­nuję to, co malo­wa­łaś przez ostat­nią godzinę.

Uni­ka­jąc jej wzroku, deli­kat­nie dotknę­łam henny, spraw­dza­jąc, czy wyschła.

– Ma na imię Śila. Jest córką Śar­mów.

Par­wati oczy­wi­ście ich znała. Obra­cali się w tych samych krę­gach zawo­do­wych. Firma budow­lana pana Śarmy, naj­więk­sza w Radźa­stha­nie, wła­śnie zdo­była kon­trakt na prze­bu­dowę pałacu Ram­bagh nale­żą­cego do maha­ra­dźi. Z kolei mąż Par­wati był wła­ści­cie­lem pra­cowni archi­tek­to­nicz­nej, która zapro­jek­to­wała wiele budyn­ków miesz­kal­nych i biu­ro­wych na tere­nie mia­sta. Mał­żeń­stwo ich dzieci byłoby nie­spo­dzie­waną unią dwóch pro­mi­nent­nych rodów. Gdyby udało mi się do niego dopro­wa­dzić, sta­ła­bym się pożą­daną swatką wśród elit Dźaj­puru, a zaję­cie to było o wiele bar­dziej lukra­tywne od henny.

Par­wati prze­krzy­wiła głowę.

– Ale… Śila jest jesz­cze dziec­kiem.

Pud­dingi ryżowe i dokładki ćapati z ghi spra­wiły, że figura córki Śar­mów przez ostatni rok się zaokrą­gliła. Śila wyglą­dała raczej jak młoda kobieta niż jak dziew­czynka.

– Ma pięt­na­ście lat – powie­dzia­łam. – I jest pełna uroku. Uczęsz­cza do Szkoły Maha­rani. W zeszłym tygo­dniu nauczy­ciel muzyki powie­dział mi, że Śila śpiewa jak Lata Man­geś­kar.

Pod­nio­słam fili­żankę. Wyobra­zi­łam sobie listę, którą Par­wati wła­śnie two­rzy w myślach, taką samą, jaką ja spo­rzą­dzi­łam tydzień wcze­śniej. Po stro­nie zalet: połą­czone dwie firmy – Sharma Con­struc­tion i Singh Archi­tects – przy­no­si­łyby znacz­nie więk­sze zyski niż każda z osobna, a poza tym mia­łaby synową płyn­nie mówiącą po angiel­sku, która mogłaby zaba­wiać poli­ty­ków i nawa­bów. Główny minus: Śila wpraw­dzie nale­żała do naj­wyż­szej kasty – ale do nie­wła­ści­wej. Oczy­wi­ście nie zamie­rza­łam wspo­mi­nać o wadach dziew­czyny: o tym, jak okrut­nie wykrzy­wiała usta, gdy cią­gnęła kuzynkę za włosy, i jak trak­to­wała swoją nia­nię. Wie­dzia­łam rów­nież o leni­stwie, na które skar­żył się nauczy­ciel śpiewu. Przez lata odwie­dza­łam domy klien­tek i obser­wo­wa­łam ich rosnące pocie­chy. Zna­łam cha­rak­tery tych dzieci – cechy, które umknę­łyby nawet doświad­czo­nej swatce. Uwa­ża­łam jed­nak, że pewne przy­wary przy­szłej żony mąż powi­nien odkryć sam, a nie usły­szeć o nich ode mnie.

Par­wati mil­czała. Bawiła się frędz­lami przy jed­nym z pod­głów­ków.

– Pamię­tasz wesele córki Gup­tów?

Przy­tak­nę­łam z uśmie­chem.

– Gdy tylko ujrza­łam hen­nowy obraz dziew­czę­cia w ogro­dzie, który stwo­rzy­łaś spe­cjal­nie dla panny mło­dej, wie­dzia­łam, że nim minie rok, uro­dzi chłopca. I mia­łam rację.

Córka Gup­tów wyszła za mąż z miło­ści, ale tego wola­łam nie mówić Par­wati.

– Twoje dzieła czy­nią cuda – przy­znała z prze­bie­głym uśmie­chem. – Myślę, że mogła­byś pomóc komuś, kto dla nas wiele zna­czy.

Uprzej­mie pochy­li­łam głowę, nie­pewna, do czego zmie­rza.

– Wczo­raj wie­czo­rem byli­śmy z Sami­rem w Ram­bagh. Galę połą­czono ze zbie­ra­niem fun­du­szy na ostatni etap budowy gym­khany – powie­działa zna­cząco, aby pod­kre­ślić, że jed­nak jest zwo­len­niczką postępu. – Maha­ra­dźa przed­sta­wił plany prze­kształ­ce­nia swo­jego pałacu w hotel. Wyobra­żasz to sobie? Tak wal­czy­li­śmy o nie­pod­le­głość i wresz­cie pozbyli­śmy się Angli­ków tylko po to, by zaraz wpro­wa­dzili się z powro­tem do naszych rezy­den­cji? – Ziry­to­wana pokrę­ciła głową.

Rozu­mia­łam, co ma na myśli: jedy­nie boga­tych Euro­pej­czy­ków, głów­nie Bry­tyj­czy­ków, stać było na wyna­jem dro­gich apar­ta­men­tów hote­lo­wych.

– Maha­rani nie było wczo­raj na przy­ję­ciu, co rzadko się zda­rza. Latika uwiel­bia wszel­kie gale. – Par­wati dodała ciszej: – Sły­sza­łam, że ostat­nio… nie­do­maga.

 

W mil­cze­niu cze­ka­łam, aż powie coś wię­cej.

Tym­cza­sem ona potarła dło­nią o dłoń i wcią­gnęła nosem zapach henny.

– Może twoje umie­jęt­no­ści jej pomogą… – ode­zwała się w końcu.

Tak długo cze­ka­łam, aż Par­wati zechce mnie przed­sta­wić w pałacu! Na myśl o tym odsta­wi­łam fili­żankę, bojąc się, że nie opa­nuję drże­nia rąk. Praca dla maha­rani nie­wąt­pli­wie pocią­gnę­łaby za sobą kolejne zle­ce­nia. Mogła­bym szyb­ciej spła­cić dom! W myślach zaczę­łam obli­cze­nia, led­wie słu­cha­jąc Par­wati.

Gdy nachy­liła się ku mnie po kolejną prze­ką­skę, poda­łam ją, uni­ka­jąc wzroku gospo­dyni. Oba­wia­łam się, że w moich oczach doj­rzy pra­gnie­nie. Pew­nie zauwa­żyła już, jak drżą mi palce.

– Wyja­wi­łam Jego Wyso­ko­ści, że dzięki two­jej hen­nie uro­dził się Gowind. Oczy­wi­ście powie­dzia­łam mu o tym dys­kret­nie. Gdy­bym miała zare­ko­men­do­wać cię w pałacu…

Domy­śli­łam się, do czego zmie­rza. Chciała, żebym wyswa­tała Rawiego, ale wolała mi za to nie pła­cić. Co za tupet! Koja­rze­nie mał­żeństw wyma­gało spo­rych umie­jęt­no­ści i zachodu. Swa­towi z uty­tu­ło­wa­nego rodu wyso­kiej kasty Par­wati musia­łaby zapła­cić dwu­krot­nie lub trzy­krot­nie wię­cej niż mnie. Nawet gdy­bym zgo­dziła się wziąć tylko dzie­sięć tysięcy rupii, dużo by zaosz­czę­dziła na moich usłu­gach. Zada­nie wyma­gało wielu tygo­dni, a nawet mie­sięcy sta­rań, by zado­wo­lić wszyst­kie strony. A prze­cież zda­rzało się, że świetną par­tię odrzu­cano – i cały wysi­łek speł­zał na niczym.

Tym­cza­sem Par­wati liczyła, że wyswa­tam jej syna w zamian za pole­ce­nie mnie w pałacu. Musia­łam dobrze wszystko prze­my­śleć, nim przed­sta­wię swoje warunki. Jej pokre­wień­stwo z rodziną kró­lew­ską (ojciec Par­wati był kuzy­nem star­szej maha­rani) gwa­ran­to­wało mi przy­naj­mniej audien­cję w pałacu. Ale która indyj­ska kobieta, bogata czy biedna, nie pró­buje się tar­go­wać? Kto tego nie robi, ucho­dzi za głupca, ofiarę. Gdy­bym z miej­sca przy­jęła pro­po­zy­cję Par­wati, zyska­ła­bym opi­nię osoby, którą można bez trudu mani­pu­lo­wać. Poza tym i tak musia­łam się liczyć z ryzy­kiem, że nie dostanę zle­ce­nia z pałacu. Jedna audien­cja niczego nie gwa­ran­to­wała.

Wyczu­wa­jąc to waha­nie, Par­wati nachy­liła się ku mnie i przy­pa­try­wała mi się tak długo, że w końcu byłam zmu­szona spoj­rzeć jej w oczy.

– Gdy­bym miała taki jak ty talent do malo­wa­nia, Lakszmi, być może para­ła­bym się twoją pro­fe­sją.

Dla moich klien­tek słowo pro­fe­sja było obe­lgą, nie kom­ple­men­tem.

Gło­śno prze­łknę­łam ślinę.

– Och, dźi, pani ma waż­niej­sze cele. Nikt inny nie potra­fiłby wyda­wać tak wystaw­nych przy­jęć dla poli­ty­ków. Ktoś musi dokła­dać sta­rań, by czuli się mile widziani.

Zaśmiała się cicho, doce­nia­jąc moją odpo­wiedź. Wró­ci­ły­śmy do ról, w któ­rych czu­ły­śmy się swo­bod­nie: ja – pod­wład­nej, ona – mem­sa­hib.

Ale nie roze­gra­łam jesz­cze tej par­tii do końca.

– Słusz­nie pokłada pani we mnie zaufa­nie, lecz powin­nam uprze­dzić, iż Jej Wyso­kość będzie zapewne wyma­gała pro­duk­tów naj­wyż­szej jako­ści.

Par­wati zaci­snęła usta. Przez chwilę się zasta­na­wiała.

– Sześć tysięcy rupii wystar­czy? – spy­tała.

Popra­wi­łam aksa­mitny ręcz­nik pod jej sto­pami i spraw­dzi­łam hennę, po czym się­gnę­łam po ole­jek goź­dzi­kowy, by usu­nąć suchą pastę.

– Nie­które skład­niki trzeba spro­wa­dzać z daleka – powie­dzia­łam. – Na przy­kład liście kaf­firu. Naj­więk­szą moc mają te z Taj­lan­dii.

Długo mil­czała. Czy pozwo­li­łam sobie na zbyt wiele? Powoli maso­wa­łam jej stopy, czu­jąc pul­so­wa­nie w skro­niach.

Przy­mru­żyła oczy i spoj­rzała na kalen­darz linii Pan Am, który wisiał na prze­ciw­le­głej ścia­nie.

– Nie­długo odbę­dzie się nasz świą­teczny ban­kiet – powie­działa wresz­cie. – 20 grud­nia. Popo­łu­dnie mogła­bym zare­zer­wo­wać na spe­cjalne przy­ję­cie z henną dla dziew­cząt z kręgu przy­ja­ciół Rawiego. – Par­wati postu­kała pal­cem w zaró­żo­wiony poli­czek. – Może spro­wa­dzę trupę szek­spi­row­ską. Mło­dzież prze­pada za ich wystę­pami.

Byłaby to świetna oka­zja pozna­nia kan­dy­da­tek odpo­wied­nich dla Rawiego. Śila Śarma na pewno miała się zna­leźć w ich gro­nie.

Par­wati obró­ciła stopy naj­pierw w jedną, a potem w drugą stronę, przy­glą­da­jąc się mojemu dziełu.

– Ale może w tym dniu nie masz wol­nego czasu? Sprawdź, pro­szę, swój kalen­darz.

Przy­go­to­wa­nie henny na takie przy­ję­cie wyma­gało mnó­stwa pracy, ale zapro­sze­nie do pałacu na pewno było jej warte.

Uśmiech­nę­łam się jak naj­uprzej­miej.

– Dla pani, mem­sa­hib, mój ter­mi­narz jest zawsze wolny – oznaj­mi­łam.

Poka­zała w uśmie­chu równe drobne zęby. Jej oczy lśniły.

– W takim razie jeste­śmy umó­wione. Dzie­więć tysięcy na pro­dukty dla maha­rani Latiki wystar­czy?

Ode­tchnę­łam. Wła­śnie zdo­by­łam moje pierw­sze zle­ce­nie jako swatka. Wpraw­dzie nie było tak lukra­tywne, jak się spo­dzie­wa­łam, ale sta­no­wiło kolejny krok do ukoń­cze­nia i spła­ce­nia domu, do któ­rego pla­no­wa­łam zapro­sić rodzi­ców – w ramach prze­pro­sin za wszystko, co przeze mnie prze­szli. Teraz zostało tylko dopro­wa­dzić do zawar­cia umowy mał­żeń­skiej.

– A przy­ję­cie z henną niech będzie moim poda­run­kiem dla pani, mem­sa­hib – powie­dzia­łam, z powro­tem zakła­da­jąc cięż­kie złote bran­so­lety na jej kostki.

Na weran­dzie Sin­ghów wło­ży­łam san­dały. Malika dostrze­głam przed domem, pod ogromną jabło­nią, któ­rej nagie gałę­zie two­rzyły kan­cia­ste wzory na tle bez­chmur­nego nieba. Roz­ma­wiał z głów­nym ogrod­ni­kiem, śmie­jąc się gło­śno.

Zawo­ła­łam go.

Pod­biegł na paty­ko­wa­tych nogach. Wyglą­dał na sześć lat, ale mógł mieć nawet dzie­sięć. Jak długo nie doja­dał, nim wresz­cie się zorien­to­wa­łam, że po mie­ście cho­dzi za mną pół­nagi urwis w brud­nych spoden­kach? Na począ­tek dałam mu do nie­sie­nia kilka pojem­ni­ków, a on się uśmiech­nął, poka­zu­jąc lukę w miej­scu, gdzie powinny rosnąć dwie jedynki. Od tam­tego dnia przed trzema laty pra­co­wa­li­śmy razem, prze­waż­nie w mil­cze­niu. Ni­gdy nie pyta­łam go, gdzie mieszka ani czy śpi na gołej ziemi.

– Masz dla mnie jakieś wie­ści? – zagad­nę­łam.

Pod­czas gdy zaj­mo­wa­łam się klient­kami, Malik zała­twiał różne sprawy. Przez ostat­nie mie­siące codzien­nie zaglą­dał na dwo­rzec kole­jowy, by spraw­dzić, czy nie przy­je­chali moi rodzice. Powinni byli już otrzy­mać pie­nią­dze na bilety, które wysła­łam im w ostat­nim liście. Wciąż jed­nak nie mia­łam od nich żad­nej wia­do­mo­ści.

Pokrę­cił głową i zmarsz­czył czoło. Nie lubił spra­wiać mi zawodu.

Wes­tchnę­łam.

– Pro­szę, spro­wadź tongę.

Pognał w kie­runku głów­nej bramy. Tego dnia miał na sobie żółtą baweł­nianą koszulę, którą mu dałam, aby pozbył się sta­rej, z kie­sze­niami na pier­siach. Gra­na­towe spodenki rów­nież były nowe. Tylko butów nie chciał nosić. Wolał tanie gumowe san­dały, które czę­sto kra­dły mu dzie­ciaki z sąsiedz­twa. Te mógł bez trudu zastą­pić; wystar­czyło pod­wę­dzić komuś inną parę. Zauwa­ży­łam, że dzi­siej­sze są na niego o numer za duże.

Malik potrze­bo­wał czasu na dotar­cie do ruchli­wej głów­nej drogi i zła­pa­nie rik­szy, przy­sia­dłam więc na murku werandy, żeby zacze­kać wśród pach­ną­cych pną­czy fran­gi­pani. Zerwa­łam dwa kwiaty i wsu­nę­łam je za ucho. Pomy­śla­łam, że wie­czo­rem zaleję je szklanką wody i rano w tej pach­ną­cej wodzie wypłu­czę bluzkę.

Ze spe­cjal­nej kie­szeni, którą wszy­łam w halkę noszoną pod sari, wydo­by­łam note­sik. Pamię­ta­łam, jak mój ojciec, wiej­ski nauczy­ciel, bił uczniów linijką po pal­cach za błędne odpo­wie­dzi. Wola­łam unik­nąć takiej kary, dla­tego zaczę­łam wszystko skrzęt­nie zapi­sy­wać w kaje­tach (i zapa­mię­ty­wać): tabliczkę mno­że­nia, nazwi­ska bry­tyj­skich wice­kró­lów i cza­sow­niki w języku hindi. Z cza­sem weszło mi to w nawyk. Noto­wa­łam daty i godziny umó­wio­nych wizyt, stresz­cze­nia roz­mów, pro­dukty, które musia­łam kupić.

Na stro­nie z nagłów­kiem Par­wati Singh, zapi­sa­łam: 15 listo­pada; 40 rupii za dło­nie/stopy. Poni­żej doda­łam datę pla­no­wa­nego przy­ję­cia i kwotę dzie­wię­ciu tysięcy rupii za sko­ja­rze­nie mał­żeń­stwa. Wie­dzia­łam, że pani Śarma, która rów­nież była moją klientką, od razu poj­mie, jakie korzy­ści przy­nie­sie zwią­zek jej córki z potom­kiem Sin­ghów. Nie dostrze­gała wpraw­dzie kapry­śnego cha­rak­teru Śili, ale mia­łam pew­ność, że urok Rawiego poskromi w dziew­czy­nie skłon­ność do humo­rów.

Odwró­ci­łam kartkę. Drżącą ręką zano­to­wa­łam: Maha­ra­dźa Sawai Mohin­der Singh i maha­rani Latika – praca w pałacu? Mia­łam głowę pełną pomy­słów. Dzięki takiemu zle­ce­niu wszyst­kie panie w Dźaj­pu­rze ubie­ga­łyby się o moje usługi. Może nawet mogła­bym na dobre zre­zy­gno­wać z malo­wa­nia henną wcze­śniej, niż pla­no­wa­łam. Przy­po­mniały mi się słowa mojej matki: Nie wycią­gaj nóg dalej, niż pozwala łóżko. Za bar­dzo wybie­ga­łam myślami w przy­szłość.

Odło­ży­łam note­sik i zamknę­łam oczy. Trzy­na­ście lat wcze­śniej moim jedy­nym pra­gnie­niem było uciec jak naj­da­lej od męż­czy­zny, któ­remu oddali mnie matka i ojciec. Nawet nie marzy­łam, że kie­dyś będę mogła robić to, co chcę, i samo­dziel­nie decy­do­wać o wła­snym życiu. Jak zare­ago­wa­liby moi rodzice, gdyby zoba­czyli, ile osią­gnę­łam? Nie­raz wyobra­ża­łam sobie ten dzień, kiedy wresz­cie zabiorę ich do mojego domu, pokażę piękną mozaikę na posadzce, którą sama zapro­jek­to­wa­łam, elek­tryczny wia­trak pod sufi­tem, ogród, w któ­rym pla­no­wa­łam upra­wiać moje zioła, i ubi­ka­cję taką jak te na Zacho­dzie, na którą nie stać było nikogo w ich wsi. Mia­łam nadzieję, że budow­ni­czy skoń­czy wszystko przed ich przy­jaz­dem, ale wciąż doda­wa­łam kolejne małe luk­susy. Oce­niw­szy postęp prac nad moim pro­jek­tem, rodzice na pewno nie mie­liby nic prze­ciwko noco­wa­niu w wynaj­mo­wa­nym przeze mnie pokoju do czasu, gdy dom zosta­nie ukoń­czony.

Wyobra­ża­łam sobie zdu­mie­nie na ich twa­rzach, gdy wszystko zoba­czą. Nie­mal sły­sza­łam, jak ojciec się dziwi: Beti, to wszystko jest twoje? Wresz­cie byliby dumni z życia, które dla sie­bie wybra­łam. Nakar­mi­ła­bym ich pysz­nymi khi­rami i sabzi, i tan­duri roti, tak że pęka­łyby im brzu­chy. Kupi­ła­bym łóżka tak nowe, że jutowe taśmy trzesz­cza­łyby pod cię­ża­rem śpią­cych. Spro­wa­dzi­ła­bym maliśa, aby wyma­so­wał zmę­czone stopy ojca. Ma wyle­gi­wa­łaby się na pali­san­dro­wym szez­longu, takim jak u Par­wati! I na jedwab­nych podusz­kach – a jakże! Wypcha­nych praw­dzi­wym pie­rzem! Tak zapę­dzi­łam się w marze­niach – bo oczy­wi­ście nie mogłam sobie jesz­cze na to wszystko pozwo­lić – że zaczę­łam się z sie­bie śmiać.

– Aż tak śmiesz­nie wyglą­dam, Lakszmi?

Otwo­rzy­łam oczy i ujrza­łam Samira Sin­gha wcho­dzą­cego po mar­mu­ro­wych stop­niach werandy. Mój świat nagle powe­se­lał. Par­wati była krą­gła, nato­miast jej mąż kan­cia­sty: z ostrym nosem, mocno zary­so­wa­nym pod­bród­kiem i wysta­ją­cymi kośćmi policz­ko­wymi. Naj­bar­dziej pocią­gały mnie jego oczy, inten­syw­nie brą­zowe z jaśniej­szymi prąż­kami – jak w żył­ko­wa­nym mar­mu­rze – błysz­czące cie­ka­wo­ścią i skore do śmie­chu. Nawet gdy jego twarz była poważna, oczy flir­to­wały, dro­czyły się, wabiły. Cie­nie pod nimi stały się głęb­sze przez dzie­sięć lat, które upły­nęły, odkąd go pozna­łam, a włosy na jego skro­niach rzad­sze, ale nie­zmien­nie try­skał ener­gią.

Wśród ślep­ców jed­no­oki jest kró­lem – powie­dzia­łam z uśmie­chem.

Roze­śmiał się, zsu­wa­jąc buty. Samir sta­no­wił inte­re­su­jącą mie­szankę sta­rych i nowych Indii. Nosił szyte na miarę angiel­skie gar­ni­tury, ale prze­strze­gał indyj­skich oby­cza­jów.

Are! Co nie­mą­dra małpa może wie­dzieć o smaku imbiru?

Ten, kto nie umie tań­czyć, wini pod­łogę.

Czę­sto tak się prze­ko­ma­rza­li­śmy, na zmianę cytu­jąc przy­sło­wia. Ja nauczy­łam się wielu dzięki prze­stro­gom mojej matki. On poznał ich sporo przez lata spę­dzone w szkole z inter­na­tem i póź­niej na uni­wer­sy­te­cie w Oks­for­dzie.

Wsta­łam, wsu­nę­łam ołó­wek w kok i scho­wa­łam note­sik z powro­tem do kie­szeni halki.

Uniósł brwi i pod­szedł bli­żej.

– Czyż­byś ukry­wała tam sre­bro Sin­ghów?

– Mię­dzy innymi. – Uśmiech­nę­łam się z uda­waną skrom­no­ścią.

– Widzę, że już sko­rzy­sta­łaś z mojej flory. – Jego wzrok padł na kwiaty, które zatknę­łam za ucho. Nachy­lił się ku mnie i wcią­gnął powie­trze. – Bil­kul odu­rza­jąca – wyszep­tał, a ja poczu­łam cie­pło jego odde­chu na płatku ucha i coś drgnęło głę­boko we mnie, pod brzu­chem.

 

Trzy­na­ście lat upły­nęło, odkąd po raz ostatni czu­łam gorącą skórę męż­czy­zny na swo­jej i jego cię­żar na moich pier­siach. Gdy­bym leciutko obró­ciła głowę, war­gami musnę­ła­bym usta Samira, a odde­chem ogrzała zagłę­bie­nie mię­dzy jego szyją a koł­nie­rzy­kiem koszuli. Tyle że on był uro­dzo­nym flir­cia­rzem, a ja mężatką. Jeden nie­roz­tropny ruch i mogła­bym się poże­gnać ze źró­dłem utrzy­ma­nia, nie­za­leż­no­ścią oraz pla­nami na przy­szłość. Nasłu­chi­wa­łam szmeru mio­tły lub pla­ska­nia bosych stóp o kamienne płyty, oba­wia­jąc się, że zoba­czy nas ktoś ze służby. Nie­chęt­nie cof­nę­łam się o krok.

– Taka jest dziś pana żona. Odu­rza­jąca. Za chwilę się pan prze­kona.

Uśmiech­nął się sze­roko.

– Po zabie­gach Lakszmi Śastri pani Singh zawsze jest wyjąt­kowo… namiętna. A skoro o namięt­no­ści mowa… – Wycią­gnął do mnie rękę.

– Ach tak. – Spo­mię­dzy zwo­jów sari wydo­by­łam trzy muśli­nowe woreczki i poło­ży­łam je na dłoni Samira. – Jesteś szczę­ścia­rzem, sahab. W sypialni czeka na pana żona, a poza domem czuje się pan wolny.

Zwa­żył woreczki w ręku, jak gdyby oce­niał cię­żar rubi­nów.

– Wol­ność jest poję­ciem względ­nym, Lakszmi. – Zręcz­nym ruchem wsu­nął mi w dłoń kilka bank­no­tów o nomi­nale stu rupii i zło­żoną kartkę. – Daw­niej mie­li­śmy Bry­tyj­czy­ków nad sobą, a teraz plą­czą się nam pod nogami.

Roz­ło­ży­łam papier i odczy­ta­łam wia­do­mość.

– Angrezi?

– Nawet Angielki potrze­bują two­ich usług. Ocze­kuje cię jutro. U sie­bie. – Samir scho­wał muśli­nowe torebki do kie­szeni. – A jak tam prace nad twoim domem?

Mia­łam oka­zję powie­dzieć mu o tym, że budow­ni­czy bez­czel­nie domaga się całej należ­no­ści. Byłam mu dłużna cztery tysiące rupii. Tyle że ów dług powstał wyłącz­nie z mojej winy. Pra­gnę­łam rze­czy, które miały moje klientki: mozaiki na pod­ło­dze, toa­lety na wzór zachodni i ścian podwój­nej gru­bo­ści, by chro­niły mnie przed połu­dnio­wym upa­łem. Sama przy­czy­ni­łam się do powsta­nia pro­blemu i sama musia­łam go roz­wią­zać. Zapłata za sko­ja­rze­nie mał­żeń­stwa miała znacz­nie popra­wić stan moich finan­sów.

– Jutro zabez­pie­czamy posadzkę kozim mle­kiem. Powi­nien pan ją zoba­czyć.

Zatrzy­mał wzrok na moich ustach.

– Pro­po­nu­jesz oso­bi­ście opro­wa­dzić mnie po swoim domu?

Zaśmia­łam się.

– Nie dość, że muszę jutro zna­leźć czas dla pana Angielki, to jesz­cze mam pana nagro­dzić pry­wat­nym poka­zem?

Od strony ogrodu dobiegł głos:

Ten, kto skła­nia towa­rzy­szy do śmie­chu, zasłu­guje na wstęp do raju!

Oboje z Sami­rem obró­ci­li­śmy się, żeby zoba­czyć, kto się zbliża. Wysoki męż­czy­zna ubrany w ele­gancki gar­ni­tur z sza­rej wełny i czer­wony kra­wat lekko wbiegł po stop­niach werandy. Jedy­nie jego ciemne loki były w nie­ła­dzie.

Samir uści­skał przy­by­sza ser­decz­nie.

– Kumar! Miło cię widzieć, stary druhu! Wresz­cie udało ci się przy­je­chać do Dźaj­puru!

– Nie wie­rzy­łem, że kolej z Śimli dowie­zie mnie tu na kola­cję… a co dopiero na obiad. – Przy­bysz spoj­rzał na mnie z nie­śmia­łym uśmie­chem, w któ­rym odsło­nił zacho­dzące na sie­bie jedynki. – Miło mi panią poznać, pani Singh.

Czyż­by­śmy z Sami­rem stali aż tak bli­sko sie­bie?

Samir pokle­pał przy­ja­ciela po ple­cach.

– Nahi nahi. Pozwól, że ci przed­sta­wię panią Lakszmi Śastri, która dodaje urody całemu Dźaj­pu­rowi.

– Widzę, że do cie­bie jesz­cze się nie zabrała, Sammy.

Samir się zaśmiał, a Kumar prze­niósł wzrok na przy­ja­ciela, potem na werandę, na swoje buty i wresz­cie z powro­tem na mnie. Tak patrzy ktoś ostrożny.

– Lakszmi, poznaj mojego przy­ja­ciela z Oks­fordu. Dźaja Kumara. Dok­tora Kumara.

Zło­ży­łam dło­nie do nama­ste w tej samej chwili, gdy dok­tor wycią­gnął do mnie rękę i nie­chcący ude­rzył mnie w nad­gar­stek.

Samir zare­ago­wał śmie­chem.

– Wybacz mu, Lakszmi. Za dużo czasu spę­dził za gra­nicą. I nie ma żony, która by go nauczyła indyj­skich oby­cza­jów.

Twarz dok­tora Kumara poczer­wie­niała. Zer­kał to na Samira, to na mnie.

– Ogrom­nie prze­pra­szam, pani Śastri.

– Nic się nie stało, dok­to­rze. – Za jego ple­cami dostrze­głam Malika, który zatrzy­mał się u pod­nóża scho­dów i przy­glą­dał się nam. – Tonga? – rzu­ci­łam w jego stronę.

Ener­gicz­nie poki­wał głową. Kilka prze­cznic od sie­dziby Sin­ghów mie­li­śmy wysiąść z kon­nego wozu i resztę drogi do kolej­nej umó­wio­nej klientki poko­nać tań­szą rik­szą.

– Miło mi było pana poznać, dok­to­rze Kumar. Do następ­nego spo­tka­nia, Sammy – powie­dzia­łam, akcen­tu­jąc ostat­nie słowo.

W moich ustach dawne prze­zwi­sko Samira zabrzmiało chyba wyjąt­kowo zabaw­nie, bo obaj pano­wie wybuch­nęli śmie­chem.

Wzię­łam pojem­niki oraz winy­lową torbę i przy­po­mnia­łam Mali­kowi, by zabrał pozo­stałe bagaże spod jabłoni. Ukło­ni­łam się na poże­gna­nie, odno­to­wu­jąc w pamięci, że mam dopi­sać w note­sie kwotę, którą otrzy­ma­łam od Samira za muśli­nowe torebki.

Scho­dząc z werandy, usły­sza­łam, jak gospo­darz mówi:

– Wejdźmy do środka. Par­wati bar­dzo chce cię poznać.

Zacze­pi­łam san­da­łem o ostatni scho­dek i cof­nę­łam się, by wsu­nąć go z powro­tem na stopę. Odwró­ci­łam się aku­rat w chwili, gdy dok­tor rzu­cił mi spoj­rze­nie, nim drzwi się zamknęły.

W kącie werandy dostrze­głam Lalę. Przy­gry­zała wargi i ner­wowo zwi­jała w dło­niach koniec pallu. Wyda­wało mi się, że patrzy na mnie bła­gal­nie, ale nim zdą­ży­łam z powro­tem wejść po stop­niach, odwró­ciła się i szybko ode­szła.

Wizyty u klien­tek znowu prze­cią­gnęły się aż do wie­czora i oboje z Mali­kiem byli­śmy wyczer­pani. Zatrzy­ma­li­śmy się nie­opo­dal bazaru, który pod koniec dnia oży­wał. Kobiety we wzo­rzy­stych sari wybie­rały spinki do wło­sów, męż­czyźni w kur­tach pała­szo­wali ostre ćat, a sta­rusz­ko­wie prze­sia­dy­wali tam, paląc biri. W pół­mroku roz­ża­rzone końce papie­ro­sów kre­śliły w powie­trzu poma­rań­czowe łuki. Zazdro­ści­łam tym ludziom poczu­cia wspól­noty oraz swo­body, z jaką człon­ko­wie kast kup­ców i robot­ni­ków prze­miesz­czali się wie­czorami po mie­ście.

Od podziału Indii chod­niki Różo­wego Mia­sta stały się węż­sze i bar­dziej zatło­czone, bo z obu stron wyro­sły wzdłuż nich pro­wi­zo­ryczne stra­gany, nie­raz osło­nięte jedy­nie zwy­kłym sari lub płó­cienną płachtą. Dawni baza­rowi sprze­dawcy zro­bili miej­sce Sin­dhi i pen­dżab­skim uchodź­com z Zachod­niego Paki­stanu, któ­rzy w swo­ich kra­mach sprze­da­wali wszystko, od przy­praw po bran­so­lety. Dźaj­pur­scy kupcy żar­to­wali, że nie bez powodu Różowe Mia­sto ma kolor sym­bo­li­zu­jący gościn­ność.

Malik miesz­kał w jed­nym z licz­nych budyn­ków w jego sta­rej czę­ści. Ni­gdy go nie pyta­łam, czy ma matkę, ojca, rodzeń­stwo. Wystar­czało, że spę­dza­li­śmy ze sobą dzie­sięć godzin każ­dego dnia, dźwi­gał moje rze­czy, znaj­do­wał rik­sze i tongi oraz tar­go­wał się z dostaw­cami. Oczy­wi­ście mie­li­śmy też wspólne tajem­nice i rozumie­li­śmy się bez słów, gdy zer­kał na mnie znie­cier­pli­wiony, bo ostat­nia tego dnia klientka kazała nam cze­kać przez godzinę.

Wsu­nę­łam mu w dłoń trzy rupie, naj­pierw wymó­gł­szy na nim obiet­nicę, że na kola­cję kupi sobie coś porząd­nego zamiast tłu­stych dań z bazaru.

– Rośniesz – przy­po­mnia­łam mu, jak gdyby o tym nie wie­dział.

Uśmiech­nął się sze­roko i śmi­gnął w kie­runku jasnych latarni, spraw­nie wymi­ja­jąc prze­chod­niów.

– Ćapati i sabzi, zgoda? – zawo­ła­łam za nim.

Odwró­cił się i poma­chał wolną ręką.

– I ćat. Rosnący chło­pak musi się najeść do syta – odkrzyk­nął, po czym znik­nął w gęstym tłu­mie.

Wsia­dłam do cze­ka­ją­cej rik­szy i pomy­śla­łam, że powin­nam zaj­rzeć do nowego domu – tak bli­skiego ukoń­cze­nia – by spraw­dzić postępy prac. Jeżeli nie kon­tro­lo­wa­łam wyko­nawcy, Narai, przy­naj­mniej co drugi dzień, robił wszystko po łeb­kach i potem musia­łam się z nim kłó­cić, żąda­jąc, by roze­brał to, co wła­śnie skoń­czył, i zaczął od nowa (zda­rzyło się to już kil­ka­krot­nie). Ale pora była późna i nie mia­łam sił na sprzeczki. Poda­łam rik­sza­rzowi adres, pod któ­rym miesz­ka­łam.