SilnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ja też. Ja mam dokładnie taką samą sytuację.

– Iga, umówmy się, ty zdawałaś dwa przedmioty dodatkowe. Ja cztery. To duża różnica.

– To moja nauka się nie liczy?

– Oczywiście, że się liczy, ale to ode mnie będzie zależało, czy idziemy na studia do Warszawy. Jak ja się nie dostanę, to przecież będzie ciężko finansowo. Sama się tam nie utrzymasz, a ja mam większe szanse na stypendium. Poza tym moi rodzice zapłacą za akademik.

Zagotowało się we mnie.

Jeszcze przed zakończeniem roku szkolnego wychowawczyni wzięła mnie na bok i powiedziała, o które stypendia mogę się starać na studiach, bo wiedziała, jaką mam sytuację materialną. Byłam jej za to w tej chwili szalenie wdzięczna, bo mogłabym mu teraz ze złością wymienić wszystkie zapomogi, na które mam szansę. W tym stypendium za aktywność w harcerstwie i organizowanie tych wszystkich zbiórek i wyjazdów dla dzieciaków. Robiłam to bezinteresownie, ale okazało się, że i to może pomóc.

Jednak, myśląc też o Magdzie, która w wieku piętnastu lat potrafiła postawić się wychowawcy, po prostu mówię:

– Nie. Nie masz większej szansy na stypendium. Też mogę je dostać. – Wstaję z jego łóżka, zabieram swoje rzeczy i dodaję: – I wiesz, nie chcę już z tobą być. Z tymi twoimi nastrojami i wywyższaniem się. Zupełnie nie chcę być przez ciebie oceniana. Nie jesteś w niczym lepszy ode mnie. I nie życzę sobie już żadnej wiadomości od ciebie. Miej się dobrze ze swoim stresem pomaturalnym. Na razie. – Wychodzę na zewnątrz i cała się trzęsę w środku.

Normalnie bym się rozpłakała, ale teraz czuję coś innego. Siłę. Na twarzy pojawia mi się uśmiech. Może i reszta ludzi na świecie potrafi mówić na głos to, co czuje, ale ja nie zawsze. Nawet jeśli kilka miesięcy temu krzyczałam z koleżankami na proteście: „Miła już byłam. Wypierda***”, to własnemu chłopakowi było mi trudno się postawić.

Jest już po północy i muszę się zastanowić, gdzie się teraz podziać. O tej porze nie dojadę do własnego domu, więc pozostaje mi powrót do Mariusza.

Zaspany otwiera mi drzwi.

– Ale przecież ty tu już byłaś? Czy to mi się śni?

– Byłam, wyszłam i wróciłam. Mogę?

Rozkładam karimatę i kładę się obok niego na podłodze. Po tygodniu spania na ziemi głupio wracać na wygodne łóżko. Mariusz lekko chrapie, kładę na niego ramię i przestaje. Sama długo leżę i nie mogę usnąć, czuję się podekscytowana.

Śniadanie

Rano budzi mnie wiadomość od wychowawczyni Magdy z ośrodka: „Czy możemy porozmawiać?”. O dziwo, wcześniejszych wiadomości od Kuby zupełnie nie słyszałam. Jakby moja podświadomość go wyciszała. Przewijam jego komunikaty tylko pobieżnie. Kuba zarzuca mi wszystko jak leci. Twierdzi, że bez niego sobie nie poradzę. Blokuję go.

Z łazienki wychodzi Mariusz, ma zawiązany na biodrach biały ręcznik. Kontrastuje z jego opaloną twarzą i śladami „człowieka-koszulki”. Przecieram oczy i zastanawiam się, od czego by tu zacząć:

– Słuchaj, dzisiaj się zmyję od ciebie. Muszę tylko...

– Zostań, ile chcesz. Lubię, jak tu jesteś.

Kiwam głową.

Ubiegła noc przebiega mi przed oczami niczym sen. Zupełnie nie czuję potrzeby, żeby cokolwiek Kubie więcej wyjaśniać.

Biorę szybki prysznic, jemy śniadanie, które zrobił Mariusz, i zbieramy się do ośrodka.

Nie uśmiecham się dużo, po prostu idę. Nie chodzi o to, że uśmiech zniknął mi z twarzy, ale o to, że przy Mariuszu – i chyba tak w ogóle – czuję się wreszcie sobą. On nie wymaga ode mnie dodatkowej uwagi, a i ja nie chcę teraz odpowiadać na czyjeś potrzeby.

Denerwuję się trochę przed tym spotkaniem w ośrodku i znowu drapię skórki przy paznokciach. Ale jest jaśniej, a ja wiem, że nie muszę się tłumaczyć. Wtedy łatwiej zawalczyć. O innych. O siebie.

NATALIA FIEDORCZUK

SILNA

Wsadzili moją głowę do fejsapa i narzędziem Fatty Brush zrobili mi z fotki profilowej karykaturę obrzydliwego grubasa. ŻRYJ ŁÓJ KONFIDĘTKO – brzmiał napis z kuriozalnym błędem. Bielił się wyboldowaną czcionką pod moim przerobionym portretem, w rezultacie prezentującym skrzyżowanie wizerunku grubasa z memów i pedomisia o czarnych oczkach.

– Debile – prychnęłam na widok obrazka rozświetlającego ekran telefonu Alex.

Patrzyła na mnie wzrokiem pełnym litościwej empatii z poziomu swojego nikczemnego metr pięćdziesiąt sześć. Przypomniał mi się kotek ze Shreka, chociaż Alex ani o nic nie prosiła, ani nie próbowała wywrzeć na mnie presji, nie licząc tej, która wynikała z dramatyzmu gestu, jakby spodziewała się, że wybuchnę płaczem, rzucę się w jej ramiona i wspólnie będziemy do końca dnia czuć uczucia i tarzać się w tym całym nastoletnim gównie, które uwielbiała.

– W sumie śmieszne – powiedziałam, tylko po to, by rozdrażnić koleżankę brakiem pożądanej reakcji.

– Jezus, Dodo, nie masz w ogóle uczuć – zapiszczała. – Przecież to jest okropne, trzeba komuś o tym powiedzieć.

– Jakie ja mam mieć uczucia do tych przegrywów, Alex, poza tym, że jestem przekonana, że czeka ich smutne incelstwo po ponury kres.

– Dodo... możesz sobie mówić, przecież to niemożliwe, że cię to nie rusza.

– Ciebie to rusza za mnie, po co mam się męczyć. – Wzruszyłam zimno ramionami i poczłapałam w stronę schodów.

* * *

– Jeszcze rok, jeszcze pół roku – powtarzałam rytmicznie, wspinając się na drugie piętro. – Jeszcze rok, jeszcze pół roku. Raz-dwa-trzy; raz-dwa, trzy, czte-ry. – Kiedy zbliżałam się do drzwi klasopracowni numer trzysta sześć, zmrużyłam lekko oczy.

Postacie stojące przy wejściu rozmyły się, zlały w różowoczarną chmurę. Widok był znacznie przyjemniejszy niż to, co zobaczyłabym, przyglądając się im wprost, przeskanowując uważnie mijane sylwetki i twarze. Pryszcze Damiana i Klocka, świecące adidasy Róży, wydęte usta i całą tę karykaturalną mimikę bandy oemdżi i eloel. „Jeszcze rok, jeszcze pół roku. Raz-dwa-trzy, raz, dwa, trzy, czte-ry”.

– Konfidentka. Tłusta kurew.

Zanim stanęłam, opierając się o ścianę po przeciwnej stronie drzwi niż reszta klasy, obelgi odbiły się o moje plecy. Zamarłam na chwilę, przekrzywiłam głowę, wciąż odwrócona tyłem do reszty.

– Żryj łój, suko – zasyczała któraś dziewczyna, Lena albo Emi. – Zobaczysz, nie będziesz miała życia, donosicielko.

Powoli, jak na filmach, odwróciłam się w ich stronę. Przypomniałam sobie stare filmy Sergia Leone, które uwielbiał oglądać mój stary w towarzystwie kilku browarów, kiedy myślał, że wszyscy śpią. Przypomniałam sobie Tuca Ramireza i Anielskie Oczka i przez chwilę nie mogłam się zdecydować, którym w tej chwili chciałabym być – kostropatym i pieprzniętym Brzydkim czy oślizgłym psychopatą Sentenzą.

– Morda, suczki – wycedziłam z odrazą. „Jeszcze rok, jeszcze pół roku. Jeszcze pół roku”.

W tym momencie poczułam tępy ból w okolicach kości ogonowej. Ktoś zakradł się od tyłu i z całej siły kopnął mnie w tyłek. Rozległy się rechoty, gwizdy i okrzyki tryumfu.

– Dejmi, bo ci noga utknie w tej tłustej dupie! – wrzasnął Klocek, odsłaniając krzywe zęby. Ślina zbierała mu się w kącikach ust, poczerwieniał z uciechy.

Odwinęłam się błyskawicznie i chwyciłam Damianka za szmaty. Był niższy ode mnie o pół głowy i chudy, poza tym nie spodziewał się kontrataku. Jestem Sentenzą. Jestem Sentenzą i zaraz cię zabiję gołymi rękoma, zaropiały...

– Nie waż się mnie dotykać, cuchnący pryszczu. – Trzymałam go mocno, chociaż zabawnie wywijał się i próbował wyrwać. – Jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz, ZABIJĘ CIĘ. Jeśli jeszcze raz dotkniesz mojego brata, też cię zabiję.

Wszyscy nagle ucichli. Puściłam Damianka z furią, aż się zatoczył do tyłu i wylądował na podłodze. Za moimi plecami stała młoda matematyczka, wychowawczyni tej, pożal się Panie, klasy. Miała półotwarte usta.

– Do... Doroto. Tak... – zaczęła niewyraźnie. Stałam, patrząc na nią z zaskoczeniem. – Klaso, proszę wejść do sali. Doroto, zostań, proszę, na korytarzu.

Na mijających mnie wolno twarzach gościły miny szyderczego tryumfu. Ktoś pokazał mi trzeci palec.

– Zaczekaj tutaj – rzuciła nauczycielka i zamknęła za sobą drzwi. Słyszałam, jak każe wyciągnąć zbiór zadań i rozwiązać ostatni przykład ze strony trzeciej. – ...ma być spokój. Gdy wrócę, piszemy kartkówkę z pierwiastków sześciennych. – Trzasnęły drzwi. Kobieta, nie patrząc na mnie, ruszyła korytarzem. – Chodź.

Szłam za nią powoli. „Raz, dwa, trzy; raz, dwa, trzy, czte-ry. Jeszcze pół roku”.

* * *

W zaskakujących o tej porze roku promieniach bladawego słońca zza okna, nad stertą teczek, papierów i materiałów biurowych tańczyły białe paproszki. Próbowałam podróżować wzrokiem za każdą drobinką, zachowując jednocześnie obojętny wyraz twarzy. Byłam pewna tej swojej zdolności do nieokazywania uczuć za pośrednictwem mimiki. Pozostawałam niewzruszona w obliczu każdej inby, nieważne, czy były to ataki szału Jojo, histerie matki, nagła i nieokiełznana złość starego, czy klasowa szczujnia.

Sama byłam sobą zaskoczona. W głowie nadal czułam łaskoczące pulsowanie. Pierwszy raz to zrobiłam. Pierwszy raz zagroziłam komuś fizycznie, odwinęłam się. Czułam się lekko i wspaniale.

– Aniu, nie możesz mi tak robić. Rozumiem, że jest to dla ciebie nowa sytuacja, klasa jest w trudnym położeniu, ale musisz pamiętać, że nie prowadzę gabinetu interwencji... Mam swoją pracę, tonę w papierach – dobiegł mnie z korytarza zza uchylonych drzwi gabinetu ściszony głos pedagożki.

– Elwiro, proszę cię, porozmawiaj z nią. Albo nie rozmawiaj. Nie wiem. Jak chcesz. Ja muszę wrócić do klasy – negocjowała z rezygnacją matematyczka. – Szarpała kolegę, rzuciła nim o podłogę. Słyszałam, jak mu grozi... – zniżyła głos do szeptu.

 

Słońce zaszło za gwałtownie nawianą chmurę. Powoli prześlizgiwałam się wzrokiem po certyfikatach i dyplomach w tandetnych ramkach i napisie: „Tutaj słyszymy i słuchamy”, wpisanym kursywą w łososiowe serce ze sklejki.

– Jeśli w grę wchodzi użycie przemocy, Aniu, to ja nie wiem, nie możesz jej tak tutaj zostawiać, przecież... jesteś wychowawcą...

– Zrób, jak chcesz. Muszę wrócić do klasy. Odbiorę ją na przerwie i zajmę się tym dalej.

Oddalające się kroki. Po chwili Elwira Rąbel, magister pedagogiki, absolwentka wielu kursów, szkoleń i warsztatów z zakresu porozumienia z młodzieżą, weszła i zamknęła za sobą drzwi. Zapaliła sufitową jarzeniówkę, usiadła na swoim miejscu i zaplotła palce na niewielkiej części biurka, na której nie piętrzyły się stosy dokumentów.

Elwirę Rąbel znałam głównie z opowieści matki, kiedy w furii wymieszanej z rozpaczą relacjonowała ojcu bezskuteczne próby rozmów z nią w sprawie mojego niezwykłego i genialnego braciszka Jonatana. Może raz albo dwa prowadziła swoje głupawe warsztaty, kiedy poprzednia wychowawczyni znienacka poszła na urlop zdrowotny i po próbie samobójczej Karoliny nikt za bardzo nie chciał wziąć klasy.

* * *

Pierwszy raz skonfrontowałam się z Elwirą Rąbel jednak dość niedawno. Trzy tygodnie temu wezwano mnie do gabinetu dyrekcji. Zaskoczył mnie widok matki – miała surową, zmarszczoną minę i od razu rozpoznałam, że kipi od emocji. W gabinecie stał brzydki stół i zestaw krzeseł z lat dziewięćdziesiątych, śmierdziało płytą meblową, kurzem i papierem. Za stołem oprócz mnie i matki usadowiono magister Elwirę, młodą wychowawczynię i jeszcze faceta w niebieskiej koszuli w kratkę. Przedstawił się jako nowy psycholog szkolny, Romuald Jakiśtam, nigdy wcześniej go nie widziałam. Pomyślałam, że wygląda jak kierownik budowy – chudy, żylasty i opalony, a może po prostu był na wakacjach w Egipcie, nie wiem.

Z początku niewiele mówiłam, za to mówiła matka – szybko i głośno. Zanim ktokolwiek spróbował otworzyć spotkanie, zaczęła swoją gwałtowną litanię. Że czas powiedzieć głośno: jej syn jest prześladowany w szkole.

– Mój syn jest prześladowany w szkole i skandalem jest, że będą państwo przesłuchiwać córkę, podając w wątpliwość to, co widziała. Podejście tej szkoły do ucznia, proszę państwa, jest traumatyzujące. Samowolka i zamiatanie problemów pod dywan. – Rzuciła wymowne spojrzenie pedagożce.

Magister Elwira podskoczyła na krześle i usiłowała wejść jej w słowo: „Ależ przepraszam, przepraszam! Pani to zupełnie inaczej ukazuje...”. Dyrektorka próbowała przerwać i matce, i Elwirze Rąbel. Krzyczały wszystkie trzy, aż wreszcie zadziałał pierwotny, patriarchalny trik – znienacka odezwał się opalony facet w koszuli w kratkę. Kobiety umilkły.

– Drogie panie. Może wypowie się uczennica...

– Dorota – powiedziałam cicho. – Nazywam się Dorota.

– Tak, niech Dorota opowie.

I opowiedziałam, tak jak opowiadałam już wychowawczyni Annie Sańko i wicedyrektor Łozińskiej, bo dyrektor Stencel była tego dnia nieobecna. Monotonnym głosem powtórzyłam jeszcze raz.

– Zeszły czwartek. Wychodziłam do domu i poszłam po Jojo do świetlicy. Nie było go. Zezłościłam się, bo czasem sobie tak z tej świetlicy wychodził, a świetliczanki mają to zasadniczo w dupie, a ja muszę go szukać, czy gdzieś nie poszedł; jak to zwykle on, ze wzrokiem wbitym w podłogę i mamrotaniem do siebie. Po prostu: „Był, a nie ma. Może cię szuka, a może jest w toalecie”. Wzruszyły ramionami i wróciły do swoich dzienników. Zaczęłam chodzić po szkole, coraz bardziej wkurzona. Matka mnie prosi, żebym miała na niego oko, bo czasem zdarzy mu się gdzieś zawędrować, wyjść do domu w kapciach i bez plecaka, zapomina, że mam go odebrać...

Moja matka z furią bębniła palcami o blat stołu.

– To zadanie... to zadanie szkoły! Nie mojej córki! – wypluła z siebie.

Psycholog szkolny Romuald Jakiśtam uspokoił ją ruchem ręki:

– Proszę pani, proszę dać córce skończyć.

– Wyszłam na plac i zobaczyłam, że ktoś stoi za kontenerem. Poznałam Kloc... Karola z mojej klasy. Z ósmej c. Podeszłam bliżej. Za kontenerem stali jeszcze Damian i Jureczek. I Jonatan. Jonatan miał... spuszczone spodnie. Damian i Jurek kręcili go telefonem. Pobiegłam tam.

W gabinecie dyrektorki ucichło. Nawet Elwira Rąbel wstrzymała swoje pełne niezadowolenia, ciche fuknięcia. Ustało bębnienie matki. Spojrzałam na nią i zobaczyłam, że cała się trzęsie.

– Pobiegłam tam... zabrałam Jojo. Oni śmiali się, ale uciekli. Próbowałam zabrać im telefon, ale mi się nie udało...

(obrzydliwy śmiech, zacinający na placu szkolnym drobny deszcz, Jojo, który trzęsie się z zimna, ale też, co odbieram z zaskoczeniem, nerwowo się śmieje i macha im, jakby był częścią fajnej zabawy ze starszymi chłopakami, ja próbująca wciągnąć mu spodnie, zauważam, że ma między nogami plamę, że popuścił, on mi mówi, Dodo, oni mi chcieli pomóc, bo zasikałem spodnie, co ci zrobili, co ci zrobili, no nic, chcieli mi pomóc, nienaturalnie głośny śmiech Jojo, pogwizdywanie wiatru, mewa gdzieś w oddali, nic, nic mi nie zrobili, to żarty)

...Pytałam brata, co się stało, ale on twierdził, że nic, że nic. Poprosił, żeby nie mówić mamie, bardzo mnie prosił. Zachowywał się, jakby to on zrobił coś złego.

Matka płakała. Elwira Rąbel chrząknęła i poprawiła się na krześle, marszcząc uszminkowane na bordowo usta w elegancki dziób. Dyrektorka westchnęła.

– Następnego dnia wszyscy wysyłali sobie link do nowego filmiku na kanale Damiano Italiano. Jakby pani dyrektor i pani wychowawczyni, a także pani pedagog nie wiedziały, to jest to kanał kolegi Damiana Krawczyka, który ma trzy tysiące subskrybentów z całego świata.

– Ja... – wcięła się cicho nauczycielka. – Muszę tutaj dodać, że jestem wychowawczynią ósmej c od półtora miesiąca... Nie znam jeszcze wszystkich uczniów, ich zainteresowań...

– Proszę! – wszedł jej w słowo Romuald.

– Zainteresowań? Ciekawe – ciągnęłam. – Filmik nosił tytuł OMG CO ZA PATO autystyczny sebek spuszcza spodnie XD. Rozumiem – zwróciłam się do wychowawczyni – rozumiem, że nie wiedziała pani o filmowej pasji naszych przyszłych oscarowych reżyserów? – prychnęłam jadowicie, ale nikt się nie zaśmiał.

Matka drżała na swoim krześle. Miała nieobecny, pełen rezygnacji wyraz twarzy. Wydała mi się mniejsza niż zazwyczaj, mniejsza nawet niż jedenastoletnie dziewczynki z klasy Jonatana. Ja byłam podobna do ojca, wielka i niezgrabna, a to Jojo przypominał matkę – chudy, drobny, z identyczną jak u niej szparą między górnymi jedynkami. „Dlaczego ojca tu nie ma?”, przemknęło mi przez myśl. „Dlaczego ojca tu nie ma?”. Znów ma depresję, znów woli odciąć się od rzeczywistości, od smutnego faktu, że nie jest już gwiazdorem perkusji, grającym w składzie z Beatą Kozidrak i Anią Dąbrowską, znów wypił dwa browary o trzynastej i było mu głupio iść na spotkanie w szkole, spotkanie zwołane tylko po to, by znaleźć odpowiedź na pytanie: „Dlaczego znów ktoś poniewiera Jonatanem?”. Pytanie to zostało sformułowane w sposób błędny, szanowni państwo, a powinno brzmieć: „Dlaczego ci, co znów się przypieprzyli do mojego brata, to chuje, idioci i zwykli przestępcy?”.

Usta magister Elwiry Rąbel nie przypominały już ptasiego dzióbka, tylko wąską, otoczoną drobnymi zmarszczkami poziomą kreskę.

– Kiedy zobaczyłam ten filmik, poszłam do wychowawczyni. I wychowawczyni powiedziała, że porozmawia z chłopakami. I ja pomyślałam, że zrobiłam dobrze. Że tak trzeba robić. Tak mówiła pani pedagożka na warsztatach z zapobiegania przemocy. Należy do niej nie dopuszczać. Należy pociągać sprawców do odpowiedzialności. – Przybrałam fałszywie zatroskany ton Elwiry Rąbel, taki sam jak podczas warsztatów w siódmej klasie, po tym kiedy próbowała się zabić Karolina. Karolina się już z nami nie uczy. – Kochani, pamiętajcie, nie można przyzwalać na przemoc. Należy zawsze porozmawiać o tym z kimś starszym. Jesteśmy tu po to, aby wam pomagać. – Rozkręcałam się coraz bardziej, a usta Elwiry siedzącej naprzeciwko mnie zaciskały się coraz mocniej i wyglądały już jak narysowane cienkopisem. – Wasza koleżanka Karolina niestety nie miała odwagi przyjść do mnie i powiedzieć mi, że bardzo źle się czuje, że ma problem koleżeński. Tak bardzo mi przykro, że mnie to spotkało – szydziłam dalej. – Tak strasznie mi przykro, że musiałam wyjść z gabinetu i zawracać sobie głowę tymi bzdurami.

Rąbel nie wytrzymała i weszła mi w słowo:

– Doroto! Niczego takiego nie mówiłam! Proszę przestać, to jest oburzające! Pani dyrektor...

Pani dyrektor spojrzała na nią wymownie. Zaśmiałam się. Co za tragifarsa.

– Tak, pani pedagog. To pani było przykro, że my, uczniowie, sprawiamy takie straszne problemy. Pani było przykro. To jest właśnie wasza odpowiedź. Wam jest przykro. Tylko że najbardziej przykro było Karolinie, która postanowiła, że łyknie wszystkie tabsy z apteczki swojej babki, a teraz siedzi na indywidualnym tylko dlatego, że banda debili, których nikt tutaj nie pilnuje, stwierdziła, że będzie jej robić takie śmieszne, cha, cha, żarty! Pękam ze śmiechu! Bardzo mi się chce śmiać! – podniosłam głos. – Bardzo śmieszą mnie te żarty! Ktoś nasrał dziewczynie do buta, a potem śmiał się z całą klasą, że zawsze miała gówniane adidaski z dyskontu. O, albo to: młodszy, trochę dziwny dzieciak, który pokazuje genitalia, a potem cała szkoła plus trzy tysiące subskrybentów to ogląda, turbośmieszne! Polska noc kabaretowa!

Wszyscy milczeli. Wszyscy oprócz mnie.

– I ja nie rozumiem, dlaczego to ja tutaj siedzę. Zrobiłam wszystko tak, jak mówicie, tak, jak to powinno wyglądać. Zareagowałam, gdy ktoś dręczył mojego brata! Dlaczego siedzę tutaj ja, a nie ci filmowcy, ci... którzy to zrobili? Dlaczego to nie oni się tłumaczą?

Cisza. Minuta, dwie. Rwany oddech matki.

– W tym, co mówisz, Doroto... – zaczęła wolno dyrektorka. – W tym, co mówisz, Doroto, choć w dużych emocjach, jest sporo racji. Myślę, że skończymy na dzisiaj to spotkanie. Z tego, co zrozumiałam, młodsze dziecko było prześladowane i są na to dowody. Przyjrzę się tej sprawie i będziemy informować panią... – spojrzała w moim i matki kierunku – ...państwa na bieżąco o postępach.

Matka płakała całą drogę do domu.

* * *

Zatem w gabinecie Elwiry Rąbel, po tym, jak rzuciłam na podłogę Damiano Italiano, czułam się zaskakująco wspaniale, w przeciwieństwie do dyplomowanej pani pedagog. Czułam się niczym bezczelny przestępca posadzony przed sędzią idiotą, który nigdy nie zrozumie, jak bardzo, bardzo potężnie zajebiste jest życie na krawędzi.

Elwira Rąbel przyglądała mi się przez chwilę, a potem sięgnęła po jedną z teczek zalegających na biurku.

– Nie będę z tobą rozmawiała. Zaczekamy na panią Anię – powiedziała, nie patrząc na mnie, i pociągnęła nosem.

Przyglądałam się jej z rosnącym rozbawieniem.

– Nie wierzę. Nie wierzę, pani magister. Pani jest na mnie obrażona! Niemożliwe. Co za odlot. Ile pani ma lat? – Zaśmiałam się cicho. – Jest pani obrażona za to, co powiedziałam u dyrektorki, prawda? Ile pani ma lat? Pięćdziesiąt? Jest pani obrażona na czternastolatkę? Tego panią nauczyli na tych kursach?

Elwira ignorowała mnie, coraz bardziej nerwowo przerzucając papiery.

– A może to mindfulness? Tego się w końcu też pewnie pani uczyła na kursach za unijną kasę... A może się mnie pani boi? W sumie to fakt, mam metr osiemdziesiąt, a ojciec od zerówki posyłał mnie na karate. Jest się czego bać. Gruby babochłop. Tak na mnie mówią. Wie pani, jak to działa? Mogą się nie przyczepiać przez siedem lat, a wystarczy jedna rzecz, jedna sprawa, przypadek i z osoby niewidzialnej, z tła stajesz się tłustym kurwiem, konfidentką, którą kopie się w dupę...

– Doroto... – syknęła pedagożka, nadal nie podnosząc oczu znad papierów. – Nie będę tolerować takiego języka.

– Zero tolerancji dla przemocy, cha, cha. To ja pani powiem od razu. Tak, rzuciłam Damiana na podłogę i żałuję tylko tego, że nie pierdolnęłam nim mocniej.

Elwira zamarła, słysząc ostatnie słowa. Powoli zdjęła okulary i podniosła na mnie wzrok. Jej oczy, otoczone siatką zmarszczek i zupełnie bezsensownie obwiedzione czarnym eyelinerem, mogły samą buzującą w nich wściekłością wypalać dziury w żelbecie.

– Gówniaro... – wysyczała – może nikt inny ci tego nie powie, ale powiem ci to ja. Skończysz na ulicy. Ty i twój nienormalny brat, który swoją drogą nie jest żadnym geniuszem, jak twierdzi twoja matka histeryczka. Na moich studiach nazywano takie dzieci niedorozwiniętymi. Uczyły się w szkołach specjalnych. W szkołach dla NIEDOROZWINIĘTYCH. Przynajmniej nikt normalny nie musiał ich oglądać. A podobne do ciebie psychopatki szły do specjalnego internatu i jak miały dużo szczęścia, to rodziły dzieci z FAS-em dopiero po zawodówce. Jeśli ją skończyły. – Umilkła i znów nałożyła okulary, pochylając się nad stertą papierów.

 

Siedziałam przed nią i do końca pierwszej godziny lekcyjnej, kiedy to przyszła po mnie wychowawczyni, usiłowałam nadludzką siłą woli powstrzymać łzy.

Magister Anna zaprowadziła mnie do szatni. Usiadłam na ławce przy kaloryferze. Byłam dziwnie odrętwiała i bolało mnie całe ciało, mięśnie, kości, paznokcie. Czułam obrzydliwą, kleistą senność. Piekły mnie powieki.

– Doroto, czy rozmawiałaś z panią pedagog?

– Nie – skłamałam.

– Postanowiłam nie wyciągać konsekwencji, jednak chciałabym, żebyś dzisiaj poszła już do domu. Rozumiem, że jest ci ciężko w związku z bratem i tą... sytuacją.

Zamknęłam oczy. Wokół głowy owijał mi się ciężki, gryzący koc. Tłumił i tak wystarczająco cichy głos nauczycielki, ledwie przebijający spod obrzydliwego, zwielokrotnionego echem hałasu przerwy. Spać.

– Boi się chodzić do szkoły. Nie rozumie, co się stało – odpowiedziałam bezbarwnym głosem. – Cały czas myśli, że to jego wina, że zrobił coś złego. A potem krzyczy przez godzinę i rzuca przedmiotami. Drze zeszyty. Moczy się. Oni usunęli ten filmik z kanału, ale i tak kopie hulają po sieci.

– Przykro mi... postaram się... – Nie byłam pewna, czy powiedziała coś jeszcze, bo obok przebiegło kilku wrzeszczących chłopców.

– Mnie też jest przykro – odpowiedziałam i zamilkłam na moment.

Zadzwonił dzwonek. Dźwięki i wrzaski na korytarzu wzmogły się na chwilę tylko po to, by zaraz umilknąć. Wzięłam głęboki oddech, żeby zahamować tępy ból w skroniach. Nie pomogło. Dookoła pachniało potem i płynem do dezynfekcji.

Nauczycielka patrzyła na mnie współczująco. Wydało mi się, że jakby czeka, aż pozwolę jej odejść. Zrobiło mi się jej szkoda.

– Musi pani iść na lekcję.

– Tak – przyznała. Powoli wstała.

– Pani Aniu... – Spojrzała na mnie. – Niech się pani nie martwi. Jeszcze pół roku.

Pokiwała głową.

– Trzymaj się. Do zobaczenia jutro.

* * *

Słońce już nie wróciło. Siedziałam na osiedlowej ławce i starałam się oddychać, może trochę drzemałam, ale co chwilę wybudzały mnie zimne chlaśnięcia wiatru znad zatoki. Telefon uparcie wibrował, a zanim pokonałam odrętwienie i niechęć do sięgnięcia po niego do kieszeni, musiało minąć kilka kwadransów. Ciało nadal bolało, jakby miała rozebrać mnie grypa albo inne dziadostwo. Myślałam o niczym – nie było to słodkie, puste nic, tylko nic gliniaste, nieruchome.

– Tak, mamo. Zwolniła mnie wychowawczyni. Źle się czułam. Po pierwszej lekcji. Musiałam odpocząć. Tak, przyjdę. Tak, rozumiem. Już.

Kilkaset kroków. Weszłam do domu i niemal rozbiłam się o matkę, która właśnie rozpędzała się ku drzwiom.

– Dobrze, że już jesteś. Muszę natychmiast iść na pocztę. Wzięłam wolne po tym, co stało się z Jonatanem.

Rano, gdy wychodziłam, brat wrzeszczał zwierzęco przytulony do zimnej terakoty w przedpokoju. Słychać go było dwa bloki dalej.

– A ojciec?

Matka wzruszyła ramionami.

– Mamo, nie możesz tak robić. A gdybym nie wróciła ze szkoły?

– On nie wie, jak go uspokoić, nie ma cierpliwości.

– Mamo...

Trzasnęła drzwiami.

Ciężko opadłam na kanapę.

– Jesteś gruba i nie zdjęłaś butów – usłyszałam monotonny głos o piskliwej, dziecięcej intonacji. Jojo siedział wciśnięty w róg wersalki i stukał w ekran tabletu, nie podnosząc na mnie oczu.

– A ty jesteś leniem i atencjuszem, który nie poszedł do szkoły – odparowałam ponuro.

– Dzwoniła twoja pani i mówiła, że zwolniła cię do domu. To było rano, a jest już zaraz obiad. Dobudowałem szesnaście piramid i warownię. – Bez zająknięcia zmienił temat na ten, który interesował go najbardziej. – Na urodziny dostanę kartę do realmsów i niedługo będę modem. Trzy razy lagował się ten świat od rana, koszmar! – dodał w przesadnie afektowany sposób, nadal zawzięcie cisnąc w grę.

– Rzuciłam Damiano o podłogę – wypaliłam.

Jojo nie spojrzał na mnie, ale podniósł głowę znad swoich pikseli i przestał uderzać w ekran.

– Mama nie wie – raczej stwierdził, niż spytał.

– Nie wie – odparłam.

W korytarzu, tuż za naszymi plecami, przesunął się duży, zwalisty cień starego. Ojciec nie zwrócił na nas uwagi. Jojo miał lepszy węch niż wszystkie blokowe pieski z Żabianki i skrzywił się, pociągnąwszy nosem. Po chwili i ja poczułam przetrawione piwo i pot oblepiające sylwetkę ojca jak wilgotna mgiełka.

– Sama rzuciłaś nim o podłogę? – spytał Jojo.

– Sama.

– Silna jesteś.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?