Zaciszny ZakątekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agata Kołakowska, 2015

Projekt okładki

www-studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

Fot. Ilina Simeonova/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-7961-993-1

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

I

Trzaski i huki. Potem głuchy stukot opróżnianego kub­ła na śmieci i dziwne piski podajnika śmieciarki. Odjazd. Chwila ciszy. I znowu to samo. Jest środa, piąta pięćdziesiąt rano. Ulica Zielonego Dębu, dzień wywozu odpadów zmieszanych.

Paulina Stawska odwraca się na wznak i przygładza dłońmi jedwabną pościel. Coś z tym trzeba zrobić, myśli, otwierając oczy. To zupełnie nieprawdopodobne, aby na takim osiedlu jak nasze śmieciarka przyjeżdżała o świcie. Robi hałas, jakby zaraz miała się rozpaść. Gdybym miała ochotę na takie cyrki, zamieszkałabym w bloku z wielkiej płyty! – oburza się, wypuszczając powoli powietrze. Składa przy tym usta w dzióbek, zupełnie jak pilna uczestniczka kursów technik relaksacji. Czynność powtarza kilkakrotnie, aż irytacja nieco opada. Irytacja, bo determinacja, żeby tak nie zostawić całej sprawy, znacząco wzrasta.

Po przeciwnej stronie ulicy, pod numerem siódmym, Małgorzata Borowiak nie śpi również. Nie są jednak temu winne odgłosy śmieciarki. Małgorzata zastanawia się, jak to możliwe, że ma czterdzieści sześć lat, a nadal brak jej pewności przy gotowaniu idealnego jajka na miękko. Potrafi upiec gęś nadziewaną jabłkami i całkiem niezły suflet czekoladowy, ale w kwestii jajka gubi się nieustannie. Ile właściwie minut powinno się je trzymać we wrzątku? Czy liczyć czas od chwili postawienia garnka na gazie, czy zagotowania się wody? I co z rozmiarem konkretnego jajka? Jej mąż, Krzysztof, wspomniał wczoraj przed snem, że ma ochotę zjeść na śniadanie właśnie jajko na miękko, a i ją także dopadła chęć na płynne żółtko posypane odrobiną soli. Jajeczny niepokój obudził ją przed szóstą, absorbując tak bardzo, że nie pozwolił zasnąć.

Za to Sabina Jońska, brunetka spod dziewiątki, śpi jak zabita, z rozrzuconymi na wszystkie strony rękami i nogami, zupełnie jakby ćwiczyła pajacyki. Pod jej powiekami wyświetla się pełen napięcia film. Właśnie wychodzi przed dom w lekkim peniuarze. Jest letni dzień. Podjeżdża śmieciarka, z tyłu samochodu zeskakuje przystojniak w firmowym uniformie. „Gorąco, prawda?”, pyta rosły mężczyzna, ocierając dłonią pot z czoła. Jest wspaniale zbudowany, zauważa z podziwem Sabina. „Bardzo gorąco”, odpowiada, obserwując, jak facet silnymi rękami chwyta kubeł na śmieci. Podchodzi do niego powoli i pyta: „Może ma pan ochotę napić się czegoś zimnego? Zapraszam”, wskazuje wejście do budynku. Wywóz śmieci z kolejnych posesji opóźni się dzisiaj... Sabina mruczy cichutko przez sen, po czym zwija się w kłębek. Na jej pełnych ustach majaczy rozanielony uśmiech.

Na końcu ulicy, na trawniku przed domem, stoi Marta Cieślak. Na piżamę narzuciła czarny płaszcz. Na bosych stopach ma kozaki, a na głowie czapkę męża, bo swojej jakoś nie mogła znaleźć. W dłoniach trzyma kubek z kawą, która na mrozie stygnie zbyt szybko. Powinna się pośpieszyć. Nie tylko ze względu na kawę, ale także dlatego, że za pół godziny musi wsiąść do samochodu i pojechać do pracy, nie potrafi się jednak powstrzymać, żeby jeszcze chwilę nie postać. Robi tak już od dwóch tygodni. Bo właśnie czternaście dni temu zamieszkali tutaj z Jackiem. To był prezent dla niej. Niespodzianka z okazji trzydziestych drugich urodzin. Wprawdzie obciążona sporym kredytem, ale w dzisiejszych czasach to przecież nic zaskakującego. Marzyli o tym od dawna. Własny dom na skraju miasta. Pod lasem. Dlatego Marta celebruje teraz to szczęście, nie zważając na zimno, niedorzeczny wygląd i prawie wystygłą kawę. Śmieciarka właśnie zawraca i odjeżdża. Przed chwilą zabrała śmieci. Spod jej własnego domu. Marta nigdy nie podejrzewała, że wywóz odpadów może wywoływać tak pozytywne emocje. Westchnęła, upojona własnym szczęściem. Zrobiła kilka kroków i wyszła na ulicę.

Osiedle Zaciszny Zakątek składało się zaledwie z czterech domów i między innymi dlatego było tak wyjątkowe. Kameralne i ciche. Tak ciche, że słychać, jak wiatr grzechocze gałęziami drzew. Prostopadle do ich ulicy biegnie ściana lasu i Marta oczami wyobraźni widzi siebie latem, przechadzającą się leśnymi ścieżkami. Pokochała to miejsce, gdy tylko je zobaczyła, ale teraz, przed obudzeniem się do życia na dobre, dostrzegła całą jego magię. Jakby w tej konkretnej chwili było wyłącznie jej własnością. Jej światem.

Zajrzała do kubka; kawa niemal wypita. Czas wracać, zaraz będzie spóźniona. Marcie robi się naprawdę zimno. Odwraca się do drzwi, nagle zauważa leżący pośrodku ulicy jakiś przedmiot. Mruży oczy, podchodzi bliżej. Kalendarz w czarnej oprawie. Na rok 2014. Nic dziwnego, że ktoś go wyrzucił, już po sylwestrze. Najwyraźniej wypadł z kubła podczas wyrzucania śmieci. Marta wzrusza ramionami i z kalendarzem w ręce wchodzi do domu. Wrzucę go do pojemnika na makulaturę, postanawia.

Domowe ciepło uświadamia jej, jak bardzo zmarzła.

– Naprawdę uważam, że jest pani w stanie coś z tym zrobić. Nie wiem tylko, czy pani opór w tej sprawie jest wynikiem pani niekompetencji, czy braku zaangażowania w obowiązki służbowe, ale myślę, że da się to dość szybko ustalić... – Paulina zawiesiła głos. – A, czyli jednak spróbuje pani zrobić coś więcej? Wspaniale. Zatem czekam na wiadomość.

Z uśmiechem triumfu odłożyła telefon na kuchenny stół i w tej samej chwili rozległ się dzwonek do drzwi. Idąc otworzyć, Paulina przez ułamek sekundy zastanawiała się, czy nie była zbyt ostra dla pracownicy firmy oczyszczania miasta, ale przecież nie mogła pozostawić kwestii piszczącej śmieciarki samej sobie. Zwłaszcza że jej niedawna rozmówczyni najwyraźniej robiła wszystko, aby spławić petentkę.

– Małgorzata? Co cię do mnie sprowadza – spojrzała na zegarek – o ósmej czternaście?

Przybyła nie przepadała, kiedy zwracano się do niej tak oficjalnie – wolała być po prostu Gosią albo Małgosią – ale zwracanie uwagi Paulinie nie miało sensu. Aż za dobrze potrafiła sobie wyobrazić, jaką minę zrobiłaby gospodyni.

– Wiem, że jest wcześnie, przepraszam, ale to pilne. Masz może jajka?

– Proszę? – Paulina ściągnęła brwi, między którymi nie powstała jednak pionowa zmarszczka. Już od dawna pewne centrum dermatologii estetycznej starało się uniemożliwić naturze pozostawianie śladów na twarzy klientki.

– Jajka. Zwykłe, od kury. Ostatecznie może być jedno.

– Wiem – zaakcentowała dosadnie Paulina – co to są jajka. Po prostu odrobinę mnie zaskoczyłaś. Nigdy nie pożyczałaś ode mnie jajek. Wejdź, sprawdzimy. Jeśli pani Stanisława uwzględniła je podczas ostatnich zakupów, powinny być. – Otworzyła lodówkę. – No proszę, co znaczy właściwy wybór pomocy domowej – skwitowała, wyciągając kartonową wytłoczkę.

– Wspaniale! Postanowiłam ugotować Krzyśkowi jajko na miękko. O dziesiątej ma spotkanie w redakcji, więc muszę się pośpieszyć.

– Moja droga. – Paulina położyła ręce na nieco zbyt kościstych biodrach. – Wciąż ci powtarzam, że powinniście skończyć z tą farsą. Weźże wreszcie kogoś do pomocy.

– Dobrze wiesz, co Krzysztof myśli na ten temat. A zresztą, co wtedy ja miałabym robić?

– Jak to co? Ja mam ręce pełne zajęć.

– Przepraszam, ale muszę już lecieć. Mam nadzieję, że tym razem mi się uda. – Małgosia uśmiechnęła się i delikatnie potrząsnęła opakowaniem.

Kilka minut później patrzy w napięciu, jak Krzysztof pozbawia jajko skorupki. Czubek starannie odkrawa nożykiem. Jego mina nie wyraża absolutnie niczego stanowczo zbyt długo.

– I jak? Udało się? – pyta na wdechu.

– Słucham? Ach, tak. W końcu się udało – odpowiada jej mąż, zanurzając łyżeczkę w miękkiej masie.

Gosia, rozanielona sukcesem, zabiera się za swoje jajko. Szybko obstukuje skorupkę i wbija się w białko, ale żółtko okazuje się na wpół ścięte. Jak to możliwe, przecież gotowała oba jednocześnie? Nie opanuję tego nigdy, myśli.

– Wracam dzisiaj później – rzuca Krzysztof, dopijając herbatę. – Idę na premierę książki Kotowskiego. I jestem absolutnie przekonany, że stoły będą uginały się pod wymyślnym cateringiem. Czy oni naprawdę uważają, że dam się przekupić jedzeniem?

– Myślę, że są świadomi, że ciebie nie można kupić. – Małgorzata podchodzi do męża i czułym gestem zdejmuje z jego marynarki włos.

Ich ukochana sunia Luna zdechła pół roku temu, ale wciąż jeszcze znajdowali jej sierść.

Uwielbiała rzucać psicy pod stół co nieco ze wspólnego posiłku, choć Krzysztof był temu przeciwny. Tyle że one miały z Luną ciche porozumienie. Sunia, udając, że wcale jej nie ma w kuchni, grzecznie siadywała przy krześle Małgosi i bez jednego mlaśnięcia zjadała wszystko, co lądowało na podłodze, darowane hojną ręką pani.

Sabina spała do dziewiątej. I pewnie spałaby jeszcze dłużej, gdyby nie obudził jej telefon od męża. Marcin startował z Barcelony o dziewiątej czterdzieści pięć. Powiedział, że pogoda jest piękna, lot zapowiada się spokojnie, a on sam nie może się doczekać powrotu do domu. Powinien być jakoś przed trzecią.

– A jak tam Kasia? – zagaiła Sabina w drodze do łazienki.

– Znów do tego wracasz? Wiesz, że nie musisz być zazdrosna.

 

– Pytam tylko, czy ona nadal uważa, że do obowiązków stewardesy należy masowanie karku pilotowi.

– Myślałem, że wszystko już sobie wyjaśniliśmy. To ja niepotrzebnie wtedy wspomniałem, że boli mnie kark. Ale lubię, gdy tak mówisz... Wiem przynajmniej, że ci na mnie zależy.

– Wiesz to tylko dlatego? – Sabina sięgnęła po elektryczną szczoteczkę do zębów.

– Nie, skarbie. Czasem widzę to także w twoich oczach.

Sabina zbliżyła się do lustra. Oczy miała brązowe, po ojcu. Teraz rozjaśnione wspomnieniem niedawnego snu.

– Kochanie, muszę kończyć. Do zobaczenia w domu. – Głos Marcina w słuchawce wyrwał ją z zamyślenia.

– Bezpiecznego lotu – odparła.

Odkręciła tubkę z pastą do zębów i postanowiła przygotować na dzisiaj coś wyjątkowego. Może uroczysty obiad? Powinna też skoczyć do miasta po nową bieliznę; wszystkie koronkowe komplety, które miała, wydały jej się jakieś nudne. Sabina przeczesała palcami długie czarne włosy. Im też przydałoby się odświeżenie, uznała. Zaraz zadzwoni do fryzjera i umówi się na wizytę. Max powinien ją przyjąć. Mimo że jest rozchwytywany, dla stałej klientki na pewno znajdzie czas w napiętym grafiku.

No dobrze. Może i godzinny dojazd do pracy jest minusem, pomyślała Marta, parkując samochód przed biurowcem, gdzie mieścił się bank, w którym pracowała jako doradca inwestycyjny. Ale spokojnie, znajdę jakiś sposób, żeby nie marnować czasu. Na przykład lekcje portugalskiego na płytach. Albo książki. Zawsze mogę słuchać audiobooków. Albo myśleć przez godzinę, jakie mam niezwykłe szczęście w życiu. Hm, brzmi całkiem nieźle, stwierdziła, gdy przystanęła przed przesuwnymi drzwiami, które od zawsze reagowały z lekkim opóźnieniem. Zazwyczaj odrobinę ją to irytowało, ale od czternastu dni, siedemnastu godzin i siedmiu minut jakoś wcale.

– Cześć wszystkim! – zaświergotała, wkraczając raźno do biura.

– To były godziny trudu i znoju, ale wreszcie dotarła! – zaanonsował jej przybycie Adam, poprawiając na nosie niedorzecznie designerskie okulary.

– Możesz być sobie złośliwy do woli – rzuciła od biurka.

– Nie każdy lubi mieszkać w przeszklonym apartamentowcu. Anonimowym i bezdusznym – rzuciła Weronika, puszczając do Marty oko.

– Faktycznie. Znacznie lepiej jest mieszkać na zadupiu – prychnął Adam.

– Ja bym się tam nie obraził na takie zadupie – dorzucił Sebastian, nie odrywając oczu od ekranu komputera.

– To jest raj na ziemi, mówię wam. Już niedługo trochę się zorganizujemy i zaprosimy was na jakieś winko. Na razie jednak wciąż tkwimy wśród pudeł.

– Trzymam cię za słowo – odparła Weronika. – A poznałaś już sąsiadów?

– O tak! – roześmiała się Marta. – Czułam się trochę jak na amerykańskim filmie. Dostaliśmy powitalne ciasto, zapiekankę i wino ze szczepu... jakiegoś tam. – Machnęła ręką. – Nie pamiętam.

– No proszę! – rzucił Adam. – Wsi spokojna, wsi wesoła...

– To wciąż miasto – uściśliła Marta. – Peryferie, ale nadal miasto.

– I ludzie, z tego co mówisz, życzliwi. To musi być miłe – wtrąciła Weronika. – Nie to, co u mnie. Mało kto odpowiada ci na „dzień dobry”.

– W sumie to jeszcze ich nie znam. Ale masz rację, powitanie było bardzo uprzejme. – Marta rozparła się na krześle.

Przywołała wspomnienie trzech kobiet na swoim progu. Pamiętała ich twarze, ale nie potrafiła przypomnieć sobie imion. Wstyd, ale to mój odwieczny problem, westchnęła. Coś jej się kojarzyło. Sabina? Chyba. Tak, raczej na pewno. Jest tak śliczna, że nie sposób jej zapomnieć. Podobnie jak faktu, że Jacek zjadł ciasto od niej w pierwszej kolejności... A imiona pozostałych? Zapamiętam przy następnej okazji, postanowiła. Teraz czas wrócić na ziemię i zająć się zadaniami na dziś. Nie płacą mi przecież za bujanie w obłokach.

II

Sabina musiała się uwijać. Marcin miał się pojawić około trzeciej, nie było więc czasu do stracenia.

Max, jak zwykle, nie zawiódł. Teraz włosy leniwie opadały lśniącymi falami; gdyby za chwilę musiała wystąpić na ceremonii rozdania Oscarów, nie miałaby się czego wstydzić. Na tylnym siedzeniu, w licznych torebkach, kryły się zakupy: nowy komplet czerwonej bielizny, pończochy, szminka od Chanel w kolorze rouge noir, cabernet sauvignon rocznik 2008, czarna szyfonowa sukienka (zakup nieplanowany, ale pokusa w witrynie okazała się zbyt wielka) oraz dania od szefa kuchni z jej ulubionej francuskiej restauracji Saint Jacques, tak starannie opakowane, że powinny utrzymać ciepło. Jeśli nie, od czego ma się mikrofalówkę? Można by uznać, że to bezczeszczenie sztuki kulinarnej, ale w sytuacji bez wyjścia? Zresztą, to przecież ja mam być główną atrakcją, a dobre jedzenie i wyśmienite wino jedynie miłym tłem, doszła do wniosku Sabina.

Zaparkowała na podjeździe, zabrała zakupy i weszła do domu. Należało działać sprawnie. Może powinna, jak Paulina, zatrudnić kogoś do pomocy, ale chyba nie zniosłaby obecności obcej kobiety w domu na stałe. Co innego pani Jola. Ona przychodziła raz w tygodniu na parę godzin, i to w czasie pobytu Sabiny w fitness clubie albo w salonie piękności. Nie przeszkadzały sobie nawzajem.

Torby zostały porzucone na stole w jadalni, pakunki z jedzeniem włożone pod poduszkę w sypialni, aby wolniej traciły ciepło. Sabina pomaszerowała do łazienki, by wziąć prysznic, odświeżyć makijaż i przebrać się w nową bieliznę. Gdy nakładała szminkę, odezwała się jej komórka.

– Halo? – Odebrała, celowo obniżając głos.

Zawsze podobały jej się niskie kobiece głosy, a natura, choć obdarzyła ją hojnie, tego akurat jej poskąpiła.

Po drugiej stronie odezwał się Marcin.

– Będę za pół godziny. Mamy w domu jakieś proszki?

– Jakie proszki? – zapytała, niezadowolona, że nie podjął gry.

– Jakoś rozbolała mnie głowa. Jeśli nie mamy, po drodze podjadę do apteki.

– Chyba coś jest.

– Sprawdź, dobrze?

Podeszła do szafki, gdzie trzymali lekarstwa.

– Syrop na kaszel – powiedziała. – Coś na zgagę. I tak, jest też paracetamol.

– Świetnie.

Sabina niedbale przymknęła drzwiczki. O nie, tego wieczoru nie zepsuje mi żaden ból głowy! Za dużo kosztowało mnie to przygotowań, pomyślała. Odbicie w lustrze nie pozostawiało wątpliwości – w nowej bieliźnie wyglądała jak milion dolarów. Gdybym była facetem, ten widok sprawiłby, że przeszedłby mi ból czegokolwiek, rozjaśniła się. Narzuciła długi czarny szlafrok z kwiecistym haftem i wyszła z łazienki. Czas nakrywać do stołu.

Mimo starań, kolacja wymagała odgrzania.

Drzwi otworzyły się, w chwili gdy mikrofalówka zasygnalizowała, że policzki cielęce mogą wjechać na stół. Sabina z trudem powstrzymała się, aby nie podbiec i nie przywitać Marcina w progu, ale zależało jej na odpowiednim efekcie. Czekała cierpliwie w jadalni, z jedną dłonią wspartą na biodrze, drugą opartą na krześle. Poły podomki rozchyliły się, ukazując smukłe udo. Za nią stał stół udekorowany bukietem z białych róż. Świece płonęły nastrojowo. Całości dopełniała zastawa stołowa, kryształowe kieliszki i pachnące dania. Zawsze kiedy wracał z pracy, w Sabinie tłukło serce, zupełnie jak w oczekiwaniu na pierwszą randkę. Nie potrafiła nic poradzić na to, że jego widok rozpalał jej zmysły. Bo jej mąż był bardzo przystojnym mężczyzną. Dobrze zbudowanym, wysokim brunetem o męskiej twarzy, z hipnotycznie błękitnymi oczami. Ciepły tembr jego głosu i zapach skóry sprawiały, że pod Sabiną uginały się kolana. Rozpływała się jak masło na ciepłej bułeczce.

– Sabina...! – powiedział.

– Cześć, kochanie. Bardzo się za tobą stęskniłam.

– Ja też. – Podszedł bliżej i objął żonę w talii.

A kiedy ją pocałował, straciła ochotę na jedzenie. Zapragnęła zaciągnąć go do sypialni. Teraz. Natychmiast.

– To wszystko dla mnie? – zapytał, gdy oderwali się od siebie.

– Mam nadzieję, że się ze mną podzielisz – roześmiała się. – Ale to, co widzisz, to zaledwie przystawka. Prawdziwe spécialité de la maison jest tutaj. – Rozwiązała pasek przy szlafroku.

– Wyglądasz obłędnie... – Wzrok Marcina prześlizgnął się po powabnym ciele. – Ale może chociaż niewielka przekąska, hm? Tak pięknie to wszystko wygląda, a ja umieram z głodu. Do tego jeszcze ta głowa. Gdzie są proszki?

– Tutaj. – Sabina wskazała opakowanie leżące przy nakryciu Marcina.

Nieco zawiedziona okryła się szlafrokiem i usiadła.

– Jak minął lot?

– Dobrze. Wczorajszy wieczorny z Rzymu też był spokojny. Jak z kursu dla początkujących. Można powiedzieć, że nudny. Prawie zasnąłem. – Marcin się uśmiechnął. – Ale żebyś widziała ten zachód słońca! Uwielbiam tę robotę między innymi za widoki.

– Ja bym wolała, żebyś robił co innego. No... Może tylko mógłbyś zachować mundur jako przydatny gadżet – dodała po chwili udawanego namysłu.

– Nie wyobrażam sobie innego życia. Ani innej pracy, ani innej kobiety. – Spojrzał Sabinie głęboko w oczy. Tak intensywnie, że gdyby zapytano ją, jak smakuje przystawka z przegrzebków, którą właśnie miała w ustach, powiedziałaby, że jest zupełnie bez smaku. Szef kuchni restauracji Saint Jacques zapewne by tego nie przeżył.

Małgosia umościła się wygodnie w fotelu. Gorącą herbatę w filiżance odstawiła na stolik i otuliła się kocem. W kominku płonął ogień, było cicho i ciepło. Właśnie zamierzała otworzyć książkę (jedną z wielu, jakie recenzował jej mąż) i zatonąć w wyimaginowanym świecie, gdy do salonu wszedł Tomek, jej osiemnastoletni syn. Opadł na sofę obitą tkaniną w kremowe pasy.

– Nie zdam tej matury. Nie ma na co liczyć – oświadczył z taką pewnością, że Gosia niemal mu uwierzyła.

Chłopak odziedziczył po niej regularny kształt nosa i mały dołek w podbródku. Skłonność do przesady z pewnością miał po ojcu.

– Jeśli nie ty, kto miałby ją zdać? – odparła uspokajająco, przypominając sobie własne maturalne obawy.

– Nie wiem. Matma załatwia wszystko.

– Na poziomie podstawowym na pewno dasz radę. Więcej ci nie potrzeba.

– Nawet nie wiesz, jak żałuję, że nie mam ścisłego umysłu. Co komu po zdolnościach humanistycznych?

– Lepiej nie mów tego ojcu. – Uśmiechnęła się. – A teraz poważnie. Jeżeli się niepokoisz, możemy zatrudnić korepetytora. To żaden problem.

– Albo korepetytorkę. – Tomek wyszczerzył się w szelmowskim uśmiechu. – Znam nawet taką jedną... – Poskrobał palcem w obicie kanapy.

– Aha, czyli już wszystko jasne. Mogłeś tak od razu. – Małgorzata łypnęła na syna znad okularów.

– Wiesz, mamo, Patryka uczy taka jedna studentka matematyki. Nie masz nawet pojęcia, jak się podciągnął. Tak go mobilizują jej nogi.

– Mam nadzieję, że ty też potrafisz odnaleźć w sobie motywację. Zdanie matury i dostanie się na studia chyba powinno wystarczyć, co?

– Owszem. Ale to całe wkuwanie mogłoby stać się choć odrobinę bardziej znośne...

– Wygadany to ty jesteś. Po ojcu.

– A gdzie się podział nasz słynny Krzysztof Borowiak?

– Nie bądź uszczypliwy. Jest na promocji książki.

– Znowu?

– Taką ma pracę. – Małgorzata pogładziła dłonią koc.

– Dziwię się, że jeszcze go zapraszają, skoro głównie jeździ po tych nieszczęsnych autorach...

– Mówi się, że jeśli Borowiak nie napisze o jakiejś książce, to tak jakby jej w ogóle nie było.

Tomek wzruszył ramionami. Nie wyglądał na kogoś, komu imponuje zajęcie ojca. Uważał krytykowanie innych za dość dziwny rodzaj profesji, dlatego pragnął zająć się czymś bardziej praktycznym. Chciał zostać prawnikiem, pomagać ludziom. Ojciec wprawdzie nie miał najlepszej opinii o tej grupie zawodowej, ale on nie miał najlepszej opinii o niczym...

Pani Stasia wiedziała, co lubi pani domu, zatem przygotowała na kolację zielone warzywa gotowane na parze, duszonego indyka z pietruszką i dziki ryż. Lekkie i zdrowe danie, dokładnie odpowiadające zaleceniom rodzinnego dietetyka Stawskich. Nie było wprawdzie potrzeby obsesyjnej dbałości o linię, ale pani Paulina uważała, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Kto wie, może przejęła podejście od męża dentysty?

Upewniwszy się, że niczego więcej nie trzeba, gosposia pożegnała się, życząc państwu udanego wieczoru. Teraz wracała do siebie, gdzie w małym mieszkanku pozwalała sobie na swobodną aranżację przestrzeni meblami o różnej stylistyce, dowolność kolorystyczną w zbyt ciepłych odcieniach, ślady kurzu na meblach i garbienie się przy stole. Mimo że ona i Paulina tak bardzo się różniły, Pani Stasia doceniała pracodawczynię za jej rzetelność i hojność. Nie mogła powiedzieć, że jest źle opłacana. O nie, wprost przeciwnie! Choćby – na przykład – przyszło jej uczestniczyć u Stawskich w codziennej musztrze, za te pieniądze poddawałaby się rozkazom bez słowa skargi.

 

– Jak ci minął dzień, Grzegorzu? – zwróciła się Paulina do męża, nakładając jednocześnie córce porcję brokułów.

– Seria banalnych wypełnień. Nie ma o czym mówić. A, pani Stępniak zdecydowała się jednak na te dwa implanty. Potrzebowała aż trzech konsultacji u Wiśniewskiego, ale w końcu ją przekonał.

– Uhm. To miłe.

– To wprawdzie spory wydatek, ale zdaje się, zwyciężyły względy praktyczne.

– Względy praktyczne powinny przemawiać do wszystkich. – Paulina spojrzała na Grzegorza i uśmiechnęła się kącikiem ust. – A jak w szkole, Tamaro?

Ośmiolatka odłożyła widelec na brzeg talerza.

– Odniosłam sukces wychowawczy – oznajmiła z dumą.

Rodzice wymienili spojrzenia.

– To znaczy? – zapytał Stawski.

– Uświadomiłam w końcu Patrykowi, że ciągnięcie dziewczynek za włosy jest zachowaniem na poziomie pierwotniaka i źle prognozuje w kwestii jego dalszej drogi życiowej.

– I podziałało? – Grzegorz spojrzał zaskoczony.

– Myślę, że bardziej przeraził go ten pierwotniak niż przyszłość. Bo potem słyszałam, jak pyta pani, co to takiego pierwotniak – oznajmiła Tamara z triumfalnym błyskiem w oku.

– A ty skąd wiesz?

– Tato, za kogo ty mnie masz? – Mała obrzuciła ojca karcącym spojrzeniem.

– Mogłaś jeszcze postraszyć go ekstrakcją bez znieczulenia. – Grzegorz podrzucił pomysł i nalał sobie wody do szklanki.

– To byłoby niehumani... niehumanitarne. – Tamara potknęła się na trudnym słowie, ale dokończyła dzielnie, odrzucając z ramienia długi warkocz w odcieniu dojrzałej pszenicy.

– Przestańcie! Uważam, że wzbudzanie strachu to żadna metoda – stwierdziła poważnie Paulina.

Mimo to jej serce przepełniała duma. Córka jest rezolutną panną, która świetnie radzi sobie z rówieśnikami, choć ma dopiero osiem lat. A później? Tamarę czeka zapewne świetlana przyszłość. To pewne jak amen w pacierzu.

Marta lubiła swoją pracę. Na dodatek uważała, że pracuje w świetnym zespole, i nawet uszczypliwości Adama traktowała jak niegroźne przekomarzanki. Mimo to do domu wracała jak na skrzydłach, nie mogąc się doczekać skrętu w lewo przy rozłożystym dębie (od którego, zdaje się, wzięła nazwę ulica) i wjazdu na osiedle.

W domu paliło się światło, Jacek zatem już wrócił. Był doradcą podatkowym w dużej firmie konsultingowej i choć nie mógł narzekać na warunki pracy, myślał czasami o pójściu na swoje. Irytował go fakt, że na wiele rzeczy nie ma żadnego wpływu.

– Hej, już jestem! – powiedziała Marta w progu.

Ściągnęła kozaki i odłożyła płaszcz na stojące przy wejściu pudło. Powinniśmy kupić wieszak, a najlepiej szafę z przesuwnymi drzwiami, gdzie będzie można upchnąć okrycia wraz z butami, symulując idealny porządek, stwierdziła w duchu.

– Nareszcie! Już myślałem, że kolacja spali się na węgiel!

Marta pociągnęła nosem.

– Co dzisiaj jemy?

– Upiekłem kurczaka.

– Całego kurczaka? Na kolację? Jesteśmy aż tak głodni?

– Zachciało mi się. Tutaj jakoś wszystkiego mi się chce. – Jacek pocałował żonę na powitanie.

– Najwyżej część zostanie do kanapek – stwierdziła Marta, zaglądając do piekarnika. – On już chyba ma dość.

– Mówiłem! – Jacek teatralnie rozłożył ręce.

– No to jemy! – ponagliła i odkręciła kran, aby umyć dłonie.

Kurczak był nieco przesolony, ale co znaczy nadmiar soli wobec własnoręcznie przygotowanego posiłku, spożywanego w domu marzeń? Nawet jeśli wywołuje drętwienie języków, to można je przecież zagadać i zapić dość kwaśnym winem za niecałe dwanaście złotych. Skoro zdecydowali się na zamieszkanie na osiedlu, musieli uznać pierwszeństwo comiesięcznej raty kredytowej nad potrzebami podniebienia.

Po kolacji postanowili dokończyć wino w salonie.

Było to jedyne pomieszczenie w całym domu, nie licząc kuchni i łazienki, które można było uznać za urządzone. Dwa pokoje na górze i małżeńska sypialnia wciąż prezentowały się dość surowo. I o ile ten przeznaczony dla dzieci czy gościnny wcale nie musiały zostać umeblowane natychmiast, o tyle w sypialni przydałoby się coś wygodniejszego od gołego materaca.

– A wiesz, że naszym sąsiadem jest Krzysztof Borowiak? – zagaił Jacek.

– Ten krytyk? – Marta, przysiadając na kanapie, okazała uprzejme zainteresowanie.

– Grzebał coś przy aucie, jak wyjeżdżałem do pracy.

– No widzisz, jak nam się trafiło! – odparła, wiedząc, że na Jacku podobne rzeczy robią wrażenie.

Bo na niej niespecjalnie.

– Tak sobie pomyślałem... Może powinniśmy zaprosić sąsiadów na taki zapoznawczy wieczór? Zrobimy coś do jedzenia, do tego jakieś wino. Skoro oni powitali nas tak miło, wypada się chyba zrewanżować?

– Powiedz po prostu, że szukasz sposobu na poznanie Borowiaka. – Marta wyszczerzyła się w uśmiechu.

– To też.

– A kiedy chcesz ich zaprosić? Do niewykończonego domu?

– Salonowi przecież nic nie brakuje. – Jacek rozejrzał się dokoła. – Poza tym, bez przesady. Chyba znają z doświadczenia bałagan po przeprowadzce?

– Może i masz rację... – odparła Marta, opierając głowę na ramieniu męża.

Drewno w kominku paliło się równym, kojącym płomieniem.