Pięć minut RaisyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agata Kołakowska, 2017

Projekt okładki

Zbigniew Larwa

Zdjęcie na okładce

© Drunaa/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-487-0

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

Rok 2051

Trawa po nocy była jeszcze chłodna. Raisa poczuła to, kiedy źdźbła wsunęły się pomiędzy palce jej bosych stóp. Ścisnęła mocniej uchwyt konewki i skierowała się w głąb ogrodu, gdzie rosły róże. Zawsze zaczynała od nich; uważała je za swoją dumę. Wstała przed szóstą, co jednak w jej wieku nie było niczym nadzwyczajnym. Siedemdziesiąt lat na karku miało swoje zalety. Mogła bez trudu (jeśli nie liczyć bólu w krzyżu i sztywności stawów) wstać bladym świtem, żeby zdążyć podlać rośliny jeszcze przed skwarem, który za chwilę się rozpanoszy i przyklei dosłownie do wszystkiego. Już od dekad trudno jej było wytrzymać latem, ale miała wrażenie, że tegoroczny lipiec serwował istne piekło na ziemi.

Podeszła do bujnego krzaka z jej ulubioną odmianą Chopin. Dotknęła mięsistych białych płatków róży, które w centrum kwiatu miały odcień kremowej śmietany, i uśmiechnęła się. Stanisław Żyła, który wyhodował tę odmianę w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku, najwyraźniej wiedział, co robi. Nie można było nie kochać tego zapachu, nie zachwycić się liśćmi, które w dotyku przypominają skórę, nie dać się uwieść subtelnemu urokowi. W dodatku odmiana ta była dość wytrzymała i mimo trudnych warunków wciąż w całkiem niezłej kondycji. Swoją drogą, Raisa robiła wszystko, żeby afrykańskie upały nie zaszkodziły jej ulubienicy.

Z namaszczeniem podlewała kolejne krzewy, zasłuchana w ptasie trele. Chłonęła tę chwilę, bo wiedziała, że niedługo ptaki zamilkną, szukając ochłody pośród gałęzi drzew. Wciągnęła głęboko powietrze. Już o tej porze było nieco zbyt ciepłe, ale jeszcze nie duszące. Jak podleje wszystkie grządki i zrosi trawę za pomocą szlaucha, przyrządzi śniadanie, które zje przy okrągłym stoliku ustawionym w kąciku różanym. I to będzie prawdopodobnie już ostatni moment, który spędzi na dworze tego dnia. Później wystawienie się na temperaturę trzydziestu ośmiu stopni groziłoby zasłabnięciem, udarem, a kto wie, może nawet zawałem. Raisa nie mogła sobie na to pozwolić. Kto po jej odejściu podlewałby róże?

W ogrodzie miała wyłącznie kwiaty i ozdobne krzewy. Mimo że co jakiś czas korciło ją, by zjeść soczystego, pachnącego słońcem pomidora z własnego krzaka, a może nawet chrupkiego ogórka, wiedziała, że nie miałaby sił na warzywniak. I tak już z trudem przychodziło jej doglądanie kwietnego kobierca złożonego z żółtych aksamitek, fioletowych i różowych werben, pomarańczowych nagietków i strzelistych malw. Od czasu do czasu, gdy czuła się gorzej, dzwoniła do firmy ogrodniczej, by ta zajęła się chwastami. Zawsze jednak gdy ktoś obcy dotykał jej roślin, czuła niemal fizyczny ból. Właśnie dlatego zazwyczaj sama dbała o ogród.

Skończyła podlewać trawnik, zwinęła szlauch i odłożyła go w kąt tarasu. Otarła pot z pomarszczonego czoła. Zaczyna się, pomyślała, patrząc na błękitną połać nieba. Lekko posapując, weszła do sieni i skierowała się do kuchni.

Kameralne pomieszczenie z drewnianymi meblami było sercem jej domu. Mimo że Raisa miała przestronny i przytulnie urządzony salon, to właśnie tutaj, przy starym stole przykrytym staromodnym obrusem w czerwoną kratę, zazwyczaj czytywała książki i tutaj popijała kawę z przyjaciółką. Jej córka Nadia śmiała się, że gdyby połączyć ogród z kuchnią, a obok lodówki postawić łóżko, inne pokoje nie byłyby już matce potrzebne. Raisa nie zamierzała zaprzeczać; w tym żarcie było sporo prawdy.

Podeszła do okna, z którego rozpościerał się widok na ogród. Sięgnęła do wiklinowego koszyka na parapecie po pomidora, niestety, niewyhodowanego własnoręcznie, ale podobno ekologicznego, GMO-free i bio-organic. Posiadał jeszcze kilka określeń, których Raisa nie pamiętała, wspomnianych na stronie internetowej gospodarstwa ekologicznego zajmującego się dostarczaniem warzyw i owoców „pod same drzwi”.

Raisa nie miała złudzeń. Smaczne pomidory skończyły się w okolicach roku dwutysięcznego piątego i od tamtego czasu tylko na takie wyglądały. Z szuflady wyjęła deskę i zajęła się krojeniem. Zamierzała przyrządzić je w śmietanie z cebulką. Do tego pszenną bułkę, którą sama upiekła, bo w sklepach próżno by szukać produktów z białej mąki, na której zwolennicy zdrowego stylu życia zaczęli wieszać psy już jakieś czterdzieści pięć lat temu. Dzisiaj o takim pieczywie prawie nikt nie pamiętał, a mąkę zdobywało się z zaufanych źródeł niemal z poczuciem balansowania na granicy prawa.

Nadia przy okazji każdej rozmowy telefonicznej informowała matkę o nowych odkryciach naukowców. Trzydziestopięcioletnia córka do wszystkiego podchodziła poważnie, w szczególności do spraw zdrowia. Raisa sugerowała jej czasem, że to, co obecnie uznawane jest za zdrowe, kiedyś takie nie było i na odwrót. A w dodatku podejście to zmienia się sinusoidalnie mniej więcej co dekadę.

Z chlebaka wyjęła bułkę, przekroiła ją i posmarowała masłem, które po latach banicji ponownie wróciło na stoły. Zaparzyła kawę w futurystycznie wyglądającym ekspresie, który dostała od syna i przez długi czas bała się go używać. A potem wyszła do ogrodu, by raczyć się śniadaniem.

Usadowiła się wygodnie na krześle. Na twarzy czuła przyjemny cień ze strzelistego modrzewia. Nabierając na widelec porcję pomidorów, zastanowiła się nad dalszym ciągiem dnia. Wezmę prysznic i przebiorę się w coś bardziej reprezentacyjnego, stwierdziła, przypatrując się białej przewiewnej tunice, którą miała na sobie. Nikogo się dzisiaj nie spodziewała, ale nie chciała wyglądać nieporządnie. A potem co?, zadumała się. Może zadzwonię do Edyty? Nie odzywała się z tydzień. Mam nadzieję, że nie umarła, dodała w myślach, gryząc cebulkę.

Jej przyjaciółka Edyta Niemirska była żwawą siedemdziesięciojednolatką i nic nie wskazywało na to, że z jej zdrowiem jest coś nie tak. Jednak Raisa już dawno przekonała się, że ludzie są jak płomienie. Mały podmuch i po nich. Tak, zadzwonię do niej, postanowiła, popijając kawę, od której zrobiło się jej gorąco. Stara, a głupia!, podsumowała i spojrzała krytycznie na białą filiżankę. Trzeba było zrobić mrożoną, stwierdziła.

Odstawiła kawę i powróciła do pomidorów, lecz nagle przestała jeść, a zaczęła nasłuchiwać. W ptasie trele wdarł się jakiś dźwięk. Raisa musiała oszczędzać nogi, wolała więc się upewnić, zanim poderwie się z wygodnego krzesła. Tak, to telefon.

Należała do tej grupy, która wciąż jeszcze używała tradycyjnych i archaicznych w dzisiejszych czasach tele­fonów komórkowych. Obecnie większość ludzi miała wszczepiony pod skórę chip w okolicy nadgarstka, który był telefonem, uproszczoną wersją komputera i portfelem w jednym. Podobno implant podwyższał ryzyko zachorowania na raka, ale skoro koncerny zainwestowały w innowacyjną technologię przyszłości, nie zamierzały się z niej wycofywać. Prawdopodobnie leczenie nowotworów kosztowało mniej. Zaniepokojonych wynikami badań przekonywano, że wcale nie ma pewności, że ta nowinka ma jedno­znaczny wpływ na nieprawidłowe mutacje komórek. Poza tym, wskazywano, medycyna coraz lepiej sobie radzi z najgroźniejszą chorobą dwudziestego pierwszego wieku. Mimo niepokojących doniesień teoretyczne widmo choroby nie zniechęcało użytkowników wynalazku. Mogli przecież ułatwiać sobie życie, tworząc w wyświetlającym się hologramie pliki, wysyłając mejle, surfując po sieci, płacąc poprzez przyłożenie dłoni do czytnika przy kasie i dzwoniąc bez telefonu.

Raisa miała już tyle lat, że nie musiała specjalnie obawiać się raka, lecz nie zamierzała wszczepiać sobie czegokolwiek. Dlatego podniosła się z krzesła i poszła do domu, pewna, że nie zdąży odebrać. Wciąż trudno było jej uwierzyć, że jej ongiś sprężysty krok coraz częściej zamienia się przez ból kolan w to coś – w połączenie chodu żółwia i nieudacznego łyżwiarza. Była tym, oczywiście, zdegustowana, ale mimo to cieszyła się, że wciąż jeszcze nie jest źle i że może chodzić o własnych siłach. Zmuszała się nawet do jazdy na rowerze, żeby rozruszać zesztywniałe stawy.

Telefon zostawiła w salonie na komodzie. Szczęśliwie nie przy łóżku w sypialni na piętrze, na które wdrapanie się zaczynało przypominać wyprawę na Mount Everest.

– Edyta, jak dobrze, że dzwonisz! – ucieszyła się Raisa na znajomy głos po drugiej stronie. – Właśnie o tobie myślałam.

– Mam nadzieję, że dobrze?

Raisa przygryzła wargę. Bordowy odcień jej ust nie wyblakł mimo upływu lat.

– Zawsze dobrze o tobie myślę – powiedziała. – Martwiłam się trochę.

– Myślałaś pewnie, że kopnęłam w kalendarz? – roześmiała się przyjaciółka.

– No, nie aż tak…

– Nie kłam, bo ci nie wychodzi! Dla twojej informacji: jeszcze nigdzie się nie wybieram. Obudziłam cię może?

– Dobrze wiesz, że w naszym wieku trudno o tej porze o sen.

– Wpadniesz do mnie? Przyjechałabym ja, ale w tym upale trudno u ciebie wytrzymać. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie masz klimatyzacji. Tym tropikom nawet stara cegła nie daje rady.

Raisa miała ochotę na przedpołudnie z przyjaciółką, która, jak się szczęśliwie okazało, wciąż żyła. Posiedziałyby na kanapie w jej przyjemnie chłodnym salonie, co nie było bez znaczenia, a ona miałaby okazję do pochwalenia się nowymi perfumami, które dostała w prezencie urodzinowym od Filipa.

 

Od zawsze miała słabość do ładnych zapachów. Kolekcjonowała buteleczki, a podarowany flakonik był wyjątkowo uroczy – rżnięte błękitne szkło w kształcie kuli. Złota zatyczka sprawiała wrażenie owiniętej łańcuszkiem raz przy razie. Raisa zamierzała postawić cudny przedmiot na honorowym miejscu w witrynie w sypialni, gdy tylko zużyje jego zawartość. Podobno były to jakieś rzadkie perfumy z niewielkiej manufaktury w Prowansji. Syn, nieustannie zajęty sprawami własnej firmy, widywał się z nią zdecydowanie zbyt rzadko. Zapewne miał tego świadomość, bo nader często sprawiał jej niespodzianki.

Bez chwili wahania przyjęła zaproszenie i zakończyła rozmowę uradowana, że ma plan na bieżący dzień. Skierowała się do łazienki. Włożę tę lawendową sukienkę z paskiem, postanowiła, upinając nad karkiem wsuwkami sięgające ramion, niemal całkiem siwe włosy. Nigdy ich nie farbowała i nie zamierzała tego zmieniać.

– Zawsze byłam blondynką. Teraz jestem nią także, tyle że nieco bardziej – odpowiadała tym sąsiadkom, które pytały czasem, dlaczego Raisa nie odwiedza fryzjera.

– Zapowiada się fantastyczny dzień – szepnęła, spoglądając w lustro.

Zawsze kiedy wydawało się jej, że przyzwyczaiła się do swojego odbicia, przytrafiał jej się dzień, kiedy była nim kompletnie zaskoczona. Bo choć z pewnością nie przypominała przerażającej starszej pani, z dawnej urody pozostał zaledwie młodzieńczy blask niebieskich oczu, kolor ust i mały nos, który jednak z wiekiem wydłużył się nieco. W dodatku Raisa była osobą szczupłą, więc nie ominęły ją zmarszczki i odrobinę zapadnięte policzki. Nie potrafiła się przekonać do powszechnie stosowanej obecnie, jak niegdyś krem Nivea, ingerencji chirurgów plastycznych, więc pozostawało jej z godnością przyjmować efekty upływającego czasu. Sytuację, według niej, ratowała zaróżowiona, wciąż świetlista cera, dodająca jej nieco świeżości. Na stare lata trzeba umieć godzić się z przerażająco dużą liczbą rzeczy, skwitowała w duchu Raisa, przygładzając włosy. Uśmiechnęła się do siebie. Może nieco przesadnie. Przynajmniej wciąż mam własne zęby, pomyślała pokrzepiona. Niezmiennie od lat tkwiło też na jej policzku niewielkie znamię w kształcie serduszka.

Odświeżona po prysznicu, w lawendowej sukience i spiętych klamrą włosach, potrzebowała już tylko kropki nad i. Podeszła zatem do toaletki w rogu sypialni i sięgnęła po nowe perfumy. Zeszła na dół na korytarz, gdzie wisiało ogromne lustro. Na stopy wsunęła beżowe sandały i mogła wreszcie ocenić całość wizerunku. Brakuje tylko słomkowego kapelusza, uznała. Trudno, będę musiała się bez niego obejść. Przez całe życie miała ochotę kupić sobie taki kapelusz, koniecznie przewiązany wstążką, ale jakoś nigdy tego nie zrobiła. Wyglądało na to, że przejdzie przez dane jej lata bez tego gustownego nakrycia głowy.

Odetkała złotą zatyczkę i przyłożyła szyjkę flakonu do skóry za uszami.

To była chwila.

Raisa poczuła, że szkło wysuwa się z jej dłoni. Próbowała złapać błękitne cacko w locie, ale zawiódł ją refleks. Na szczupłej szyi nie wylądowała ani jedna kropla luksusowej wody, za to na jasnych kaflach rozlało się sporej wielkości wonne prowansalskie jezioro.

– Ależ ze mnie niezdara! – jęknęła rozżalona Raisa, załamując ręce.

Zastanowiła się przez chwilę, po czym powoli, starając się oszczędzać kolana, przykucnęła przy kałuży i zanurzyła w niej palce. Roztarła zapach na szyi, tam gdzie pierwotnie miał się znaleźć; zapachniało orzeźwiająco, daleką miętą i czymś cytrusowym. Westchnęła ciężko nad stratą i podniosła się, by pójść do składziku po robota czyszczącego. Szła z wyciągniętymi przed siebie dłońmi, przypatrując się im bacznie. Chciała sprawdzić, czy aby nie zaczęły drżeć, lecz nic z tego. Nie miała pojęcia, jak to się stało, że upuściła flakon. Wystarczyła sekunda.

– Zatrzymaj się tutaj. – Magda wskazała pobocze tuż przy sosnowym lesie.

Drzew w tej okolicy było zdecydowanie więcej niż zabudowań.

Adam włączył kierunkowskaz i samochód wtoczył się na piaszczyste podłoże.

– Poprawię makijaż i za chwilę ruszamy – oznajmiła Magda, sięgając do torebki po kosmetyczkę.

– Od kiedy potrzebujesz do tego przystanku? – zdziwił się.

– Mam nową czerwoną szminkę, która nie wybacza żadnych pomyłek. Zresztą co ja ci tłumaczę! – Machnęła ręką. – Muszę przecież jakoś wyglądać, prawda?

– Zawsze świetnie wyglądasz. – Adam pokręcił głową.

– Dlatego, że o to dbam – rzuciła, otwierając puderniczkę.

Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego przy obecnym stopniu rozwoju wszelkich technologii firmy kosmetyczne wciąż nie wymyśliły pudru, który matowiłby skórę na cały dzień. Makijaż nałożyła zaledwie cztery godziny temu, a nie pokazałaby się na wizji w takim stanie.

– Myślisz, że będziemy pierwsi? – zapytał, odkręcając butelkę z wodą. – Inni mogli mieć bliżej.

– Zobaczymy. Starałam się, jak mogłam, żeby zdobyć ten adres. Dobrze mieć starych znajomych wśród gliniarzy. Że też musiała zaszyć się w tej głuszy! – Magda obrzuciła krytycznym spojrzeniem ścianę lasu za szybą służbowego samochodu.

– Nie przesadzaj. Borne Sulinowo to miasto. Nie zastaniesz jej w szałasie wśród drzew.

Magda wykręciła szminkę.

– Kto wie, co się wydarzy, zanim dojedziemy. – Wzruszyła ramionami. – Może jej dom zdąży spłonąć?

– To byłby dopiero mięsisty news!

– Każdy nasz news jest mięsisty! – Magda spojrzała wymownie.

Adam oparł głowę na zagłówku.

– Mogłabyś na wizji odliczać do miliona, a i tak by cię ludzie oglądali jak opętani. Oni cię uwielbiają.

– Fakt. Tworzymy zgrany zespół – odparła, siląc się na skromność, która nie była wiodącą cechą jej charakteru.

Adam dobrze wiedział, że to podzielenie się sukcesem programu informacyjnego, który święcił tryumfy w najpopularniejszej w kraju telewizji internetowej, to zwykłe krygowanie się. Program miał trzydziestu reporterów, ale to Magda była jego niekwestionowaną gwiazdą. Nie tylko wiadomości, ale i całej stacji. Po prostu miała to coś. I nie wynikało to z jej niewątpliwej urody. Było to połączenie silnej osobowości, inteligencji, charyzmy, zawadiackiego błysku w oku, uśmiechu i łutu szczęścia, którego innym brakowało. Tak uważał.

Magda Sajewicz w to, co robiła, wkładała całe serce. To, czego dotykała, niemal od razu zamieniało się w złoto. Dlatego była tak ubóstwiana przez kierownictwo stacji. Ekipa mawiała, że gdyby wysłać ją na relację ze wzrostu liści na drzewach, materiał okazałby się hitem. A rzesze internautów nie chciałyby oglądać nic innego.

Dzięki swojej pracy i niewątpliwej popularności Magda miała dwustumetrowy dom z basenem i niewielki domek w austriackich Alpach, gdzie każdej zimy jeździła na narty. Jej mąż Robert mógł rzucić prowadzenie firmy doradczej i na poważnie zająć się rzeźbą, o której zawsze marzył, i właśnie dopinał na ostatni guzik organizację swojej pierwszej wystawy. Magda sama mu to zaproponowała. Wierzyła w jego talent. Robert uwielbiał żonę od chwili, gdy stali się parą, i nic się w tej kwestii nie zmieniło do dziś. Zastanawiał się czasem, czy aby nie jest tak, że z roku na roku kocha ją coraz bardziej. Uważał tylko, że zbyt dużo czasu i energii Magda poświęca pracy, która niemal wyłącznie zaprzątała jej umysł, a ich oboje okradała ze wspólnych chwil. Odbyli na ten temat już niejedną rozmowę, kończoną nieodmiennie słowami: „Niedługo zwolnię”. Owo „niedługo” jednak nie nadchodziło. Magda pragnęła wykorzystać wszystkie szanse. Tego nauczyło ją życie. Czuła, że nie może się zatrzymać, choćby na chwilę.

– No to jak, pani redaktor? Gotowa? – zapytał Adam, przypatrując się, jak Magda czesze swoje czarne gęste włosy.

– Jak zawsze! Ruszaj! – zakomenderowała, rzuciwszy ostatnie kontrolne spojrzenie w lusterko.

Raisa chwytała już za klamkę drzwi frontowych, kiedy usłyszała podjeżdżający przed dom samochód. Nie spodziewała się nikogo o siódmej rano, więc uchyliła drzwi i wyjrzała zaciekawiona. Momentalnie zmrużyła oczy, bo słońce zaświeciło jej prosto w twarz. To przypomniało jej, że zapomniała zabrać okulary słoneczne. Dostrzegła, że duży czarny samochód ma jakieś logo na karoserii, ale oślepiona nie potrafiła go odczytać. Pomyślała, że może ktoś chce zapytać o drogę. W plątaninie okolicznych, położonych wśród parku uliczek można było stracić orientację. System GPS nie działał już od dawna. Satelity wysyłane od lat na orbitę w końcu zaczęły się ze sobą zderzać, w wyniku czego nawigacja, do której wszyscy tak bardzo się przyzwyczaili, przestała działać. Ludzie zostali zmuszeni na nowo sięgnąć po dawno zapomniane mapy, co w praktyce skutkowało tym, że ciągle ktoś się gubił.

– W czym mogę pomóc? – zapytała uprzejmie, widząc wysiadającą z auta młodą kobietę w białej eleganckiej sukience. – Zabłądziliście państwo?

– Pani Raisa Hedwig? – zapytała Magda, podchodząc bliżej.

– Tak – przytaknęła zaskoczona Raisa. – O co chodzi?

– Nazywam się Magda Sajewicz. Jesteśmy… – Wskazała zbliżającego się z kamerą Adama. – …z telewizji internetowej NTV. Nie wiem, czy pani nas kojarzy. – Spojrzała niepewnie. – Zawsze z wami. W każdej sekundzie – powtórzyła slogan reklamowy stacji.

– Ach tak, oczywiście! – odparła Raisa, nagle orientując się, z kim ma przyjemność. – To naprawdę pani! Zawsze oglądam wasz główny program informacyjny.

– Jeśli się pani zgodzi, o dwudziestej zostanie pani naszym pierwszym newsem. A jeśli się sprężymy, możemy wrzucić coś już za godzinę.

– Byłabym newsem? – powtórzyła zdumiona Raisa.

– Czyż to nie wspaniale? – Magda uśmiechnęła się profesjonalnie. – Chcielibyśmy przeprowadzić z panią wywiad. Dłuższy materiał planujemy na wieczór, ale na gorąco, na teraz, choćby kilka zdań. Czy ktoś już może nas uprzedził? – zapytała, rozglądając się po pustej ulicy Parkowej, która wyglądała tak, jakby po środku lasu wykarczowano pasmo drzew, by rozlać nieco asfaltu i postawić kilka willi.

– Wywiad? Ale w związku z czym? Nie bardzo rozumiem. I nikogo tutaj nie było – dodała Raisa. – Właśnie wybieram się do koleżanki. – Przygładziła fałdy lawendowej sukienki.

Magda spięła się cała. Nie mogła dopuścić, by ta kobieta się jej wymknęła i po prostu poszła sobie na pogaduszki. Kto, u licha, chodzi z wizytą o siódmej rano?, pomyślała, patrząc znacząco na Adama.

– Możemy wejść na chwilę? – zapytał. – Wszystko na spokojnie pani wyjaśnimy.

Skołowaną i niepewną Raisę niecodzienna sytuacja zaintrygowała. Skinęła zatem głową i poprowadziła dziennikarzy do domu. Towarzyszyło jej nietypowe uczucie, że najpewniej za chwilę się obudzi. Magda Sajewicz prosi mnie o wywiad? To kuriozalne!

– Przepraszam za zapach – zwróciła się do gości, zamykając za nimi drzwi wejściowe ozdobione witrażem z wizerunkiem irysa. – Przed chwilą stłukłam perfumy. Zupełnie nowe – powiedziała do dziennikarki, pewna, że kobieta zrozumie ogrom nieszczęścia. – Właśnie miałam użyć ich po raz pierwszy i trach!

– Niewiarygodne! – Magda pokręciła głową. – Prawdziwy pech!

Adam zauważył w jej orzechowych oczach błysk ekscytacji. Wyglądała tak zawsze, gdy miała przed sobą dobry temat.

Intensywny zapach, który bez pardonu wdzierał się w ich nozdrza, potwierdzał słowa starszej pani. Adam zasłonił nos. Jego astma nie tolerowała tak intensywnych woni.

– Czyli naprawdę jeszcze nic pani nie wie? – upewniła się zdumiona Magda.

– O czym mam wiedzieć?

Reporterka splotła dłonie, prezentując tym samym czerwony manikiur, i przystąpiła do wyjaśniania celu wizyty.

– Pani Raiso, nie wiem, czy pani słyszała, ale jeśli ogląda pani nasze wieczorne wydania, zapewne tak. WHO przy współpracy z Human Resources Institute ogłasza ostatnio różne statystyki. Jesteśmy w połowie dwudziestego pierwszego wieku. Nasza planeta, z powodu działalności człowieka, znajduje się w coraz trudniejszej sytuacji. Co roku ginie ponad pięćdziesiąt różnych gatunków fauny, w wielu miejscach na świecie zaczyna brakować wody pitnej. Sama pani wie. – Magda spojrzała wymownie na rozmówczynię. – Światowa Organizacja Zdrowia, zapewne chcąc potrząsnąć ludźmi, dać im do myślenia, że Ziemia znajduje się w poważnych tarapatach, przeprowadza takie podsumowania. Zajmuje się dostępnymi zasobami, stanem środowiska, wpływem rozwoju technologii na zdrowie. Podejmuje też temat ludzki. Podaje statystyki globalne, ale również, co jest nowością, zajmuje się jednostkami. Wybiera te najbardziej wyróżniające się w konkretnej dziedzinie… – Zawiesiła głos. – Wczoraj wieczorem podała, że została pani wybrana na najbardziej pechową osobę na świecie.

 

Raisa przełknęła ślinę.

– Co pani mówi…? – wymamrotała.

Magda spodziewała się nieco bardziej żywiołowej reakcji.

– Właśnie o tym chcielibyśmy z panią porozmawiać.

Raisa zastanowiła się przelotnie, czy zapach perfum długo będzie wietrzał z jej korytarza.

– No dobrze – zwróciła się do dziennikarki. – Ale skąd WHO z tym Human coś tam ma pojęcie, że gdzieś w ogóle żyje jakaś Raisa Hedwig?

– Bardzo trafne pytanie! Już wyjaśniam. Otóż kie­rowano się statystykami. Policyjnymi, szpitalnymi. Przesortowano stare materiały prasowe, zasoby Internetu…

Raisa uniosła brwi.

– Czy oni nie mają co robić?

– Najwyraźniej wychodzą z założenia, że Ziemi kurczy się termin ważności i trzeba zrobić podsumowanie – wtrącił przez zatkany nos Adam.

– Wszystko w porządku? – Raisa spojrzała na jego poczerwieniałą twarz. – Rety, ja wciąż trzymam państwa w korytarzu! Przejdźmy do pokoju. Gdzie moje maniery!

Adamowi wyraźnie ulżyło.

Gdy weszli do jasnego przestronnego salonu i usiedli na białej, ozdobionej kolorowymi poduszkami sofie, Magda postanowiła podejść rozmówczynię.

– Wydaje mi się, że nie wygląda pani na szczególnie zaskoczoną?

– Cóż, sama nie wiem. Po prostu nie sądziłam… Może podam coś do picia? – zapytała Raisa, zerkając na operatora.

– Bardzo chętnie – odparł z wdzięcznością w głosie Adam.

– Pani Raiso – powstrzymała ją Magda. – Zgodzi się pani na kilka słów do kamery, tak? Chcielibyśmy pokazać naszym widzom, że jest wśród nas ktoś wyjątkowy. Jedyny taki na świecie.

Starsza pani potarła czoło.

– Nie jestem pewna, biorąc pod uwagę kategorię, w jakiej zostałam wybrana, czy jest się z czego cieszyć.

– Gdy przyjdzie oficjalny list gratulacyjny, spojrzy pani na to inaczej.

– To jeszcze będą mi gratulować tego tytułu? – Raisa otworzyła szerzej niebieskie oczy.

Zapomniała o obiecanej wodzie?, zaniepokoił się Adam. W domu nie było klimatyzacji i obawiał się, że jeszcze chwila, a Magda będzie musiała kręcić wywiad sama. Jak ta kobiecina znosi te mordercze temperatury?, zastanowił się.

Magda dotknęła nadgarstka i w tym samym momencie pojawił się przed nią hologram. Odczytała zapiski w wirtualnym notatniku i zamknęła aplikację.

– Ale zanim odbierze pani laury, chciałabym się upewnić – powiedziała. – Czy to prawda, że przeżyła pani zatonięcie statku, katastrofę pociągu i atak szaleńca w Madrycie?

Raisa wzięła głęboki oddech.

– Żeby tylko…

– Adam, włącz kamerę! – ponagliła Magda kolegę.

Na jej przypudrowanych policzkach pojawił się soczysty rumieniec.

– Czy mógłbym jednak dostać odrobinę wody? – wychrypiał operator, próbując wachlować się kołnierzykiem niebieskiej koszulki polo.

Magda spojrzała na niego tak, jakby chciała przegryźć mu tętnicę. Konkurencja zaraz zajedzie przed dom, a ja muszę mieć ten materiał jako pierwsza!, postanowiła.