Kolejny rozdziałTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na sobotę została zaplanowana wyprawa do kina, której Julka nie mogła się doczekać.

– Szkoda, że nie możemy pójść razem – wtrąciła Kalina, licząc na jej stosowną reakcję.

– Nie przejmuj się, mamo. Nie teraz, to kiedy indziej – odpaliło dziecko wesoło.

Nic, tylko podziwiać łatwość, z jaką młoda otrząsa się z rozczarowań, pomyślała Kalina. Chciałabym posiadać podobną umiejętność.

– Halo, Kalina? – Telefon przejął Wiktor.

– Jak sobie radzicie?

– Świetnie. Nie masz się czym martwić. A jak praca?

– Pisałam wczoraj do późnej nocy, dzisiaj od rana to samo. Myślę, że to był dobry pomysł. Niepotrzebnie wybijałeś mi go z głowy.

– To super. A wiesz, widziałem w telewizji wywiad z Chalickim. Jest na jakichś targach w Berlinie.

– Po co mi to mówisz? – Spięła się.

Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.

– Przez moment wydawało mi się, że może…

– To niech ci się przestanie wydawać – warknęła. – I nie podtykaj Julce tyle słodyczy. Łyżeczka syropu do gofrów w zupełności wystarczy. I tak jest słodki jak ulepek.

Po rozmowie z rodziną Kalina nie potrafiła się skoncentrować – słowa przestały się układać, pokój nagle wydał się zbyt ciasny – postanowiła zatem, że poszuka równowagi podczas krótkiej przechadzki. Niestety, jej komórka odezwała się ponownie.

Ulga, że to nie Beethoven, trwała zaledwie chwilę, dopóki Kalina nie spojrzała na ekran.

Dzwoniła Alina, jej siostra. Ich rodzice, zdaje się, uważali, że to szalenie zabawne nazwać córki do rymu.

– Oto Kalina i Alina – przedstawiali je, puchnąc z dumy.

– O, jak zabawnie! Jak pasuje! – reagowali obcy i głaskali obie siostry po policzkach.

Tymczasem one do siebie nie pasowały w ogóle. Były jak dzień i noc. Jak północ i południe. Młodsza Kalina była tą rozważną, zachowawczą i ostrożną, starsza Alina żywiołową, spontaniczną i nieustraszoną. Wszyscy przepowiadali jej świetlaną przyszłość. To ona była pewniakiem, faworytem w gonitwie życia. Musiała się potężnie rozczarować, kiedy cicha i nieco wycofana Kalina wystrzeliła bez ostrzeżenia, skupiając na sobie uwagę otoczenia. Siostra odebrała Alinie wszystko, do czego ta była przyzwyczajona. Nie, nie można powiedzieć, że nie udało się jej w życiu – miała to, co uszczęśliwia większość ludzi: miłe mieszkanie w przyjemnej okolicy, dwóch synów i sympatycznego męża. Pracowała w dziale kadr urzędu miejskiego. Lecz najwidoczniej nie tak wyobrażała sobie własne życie, a przynajmniej nie do końca. Z blasku pozostał wyłącznie pył wspomnień, ze świateł jupiterów zeszła w cień. I choć generalnie starała zachowywać się jak lojalna siostra, a sukcesy Kaliny ją cieszyły, czasem sprawiała wrażenie, że kompletnie nie pojmuje, jak to się stało, że to nie ona podpisuje książki w popularnej księgarni i nie z nią przeprowadzane są wywiady. Kalina świetnie ją rozumiała i była wdzięczna, że jej siostra mimo wszystko próbuje nad sobą panować. Ich kontakty były poprawne, choć nierzadko trudne.

– Cześć, Kalina. Co słychać? – zapytała Alina śpiewnie.

– A nic specjalnego. – Wygodna formułka, która nie ujawniała niczego, a otwierała Alinie drogę do opowieści. – A jak u was?

– Świetnie, że pytasz. Trener bardzo chwali Mateusza. Wiedziałam, że młody sprawdzi się w sumo. To nasze kolejne podejście do sportu, ale wygląda, że tym razem to jest to.

– Cudownie – odparła Kalina, wyobrażając sobie chudego, wątłego dziewięciolatka w roli sumity.

– Z kolei Piotrek zamierza zdawać na medycynę. Powiedział nam o tym ostatnio.

– Dopiero co dostał się do liceum!

– Grunt to mieć plany, prawda?

– Wiesz, że życzę mu jak najlepiej, ale wobec tego powinien chyba bardziej przyłożyć się do chemii. Wspominałaś, że ma z nią kłopoty.

Alina odchrząknęła.

– Przejściowe. Właśnie szukamy dobrego korepetytora. Nie znasz?

– Nie, niestety. Mam nadzieję, że znajdziesz kogoś solidnego. W takich wspaniałych planach trzeba Piotrka wspierać.

– Sugerujesz, że sobie nie poradzi?

– Powiedziałam coś dokładnie przeciwnego. Nie słuchasz mnie?

– Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że nudzą cię moje opowieści o chłopcach.

– Skąd! Może brakuje mi entuzjazmu, ale jestem bardzo zajęta. W głowie kłębią mi się tysiące myśli. Przekroczyłam termin oddania książki.

– Zawsze ty i te twoje książki! Istnieje jeszcze coś wokół – odparowała Alina.

Kalina powoli wypuściła powietrze. Wiedziała, że jeśli wda się w wymianę zdań, niczego nie zmieni, a tylko pogorszy sprawę.

– Umówmy się tak: oddzwonię po weekendzie i porozmawiamy na spokojnie. Dobrze? Może po prostu wpadniemy z Wiktorem i Julką do was? Albo wy do nas. Jak wolicie?

– Obojętne. Odezwij się, jak nie zapomnisz.

Rozmowa była skończona.

Kalina zastanawiała się, czy gdyby miała brata, relacje z nim wyglądałyby inaczej, prościej. Nieustannie odnosiła wrażenie, że musi zginać się w pół i za coś siostrę przepraszać, żeby tylko nie urazić jej dumy, nie drasnąć obolałego ego. Męczyło ją to, bo nawet zachowanie ostrożności nie gwarantowało, że Alina nie poczuje się dotknięta byle czym. Tymczasem ona wiedziała, że nigdy nie zdoła wynagrodzić siostrze rzeczywistości. I obchodziła się z nią jak z jajkiem.

Oparła łokcie na blacie biurka i wtuliła twarz w ciepłe dłonie. Rozmowa z Aliną obudziła znajome uczucie niepokoju w żołądku. Kalina od dziecka żyła w poczuciu, że robi coś nie tak. Dlatego kiedy zyskała uznanie, była nim tak szczerze zdumiona, że przez kilka lat żyła w przeświadczeniu, że sukces okaże się snem.

– Skoro tyle osób mnie docenia, dlaczego wciąż czuję niedosyt? – wyszeptała.

Spojrzała na zegar w rogu ekranu; było po piętnastej. Czas najwyższy na obiad, uznała. Postanowiła, że jeśli spotka wesołą ekipę, zapyta, czy będzie mogła liczyć tej nocy na nieco spokoju. Przynajmniej od dwudziestej trzeciej.

Pani Maria podczas śniadania obiecywała cudowny czerwony barszcz z kołdunami. Bardzo prawdopodobne, że kiedy będę stąd wyjeżdżać w niedzielę, nie dopnę spodni, westchnęła Kalina w duchu. Zwłaszcza że widziałam desery. Gdzie ja znajdę siłę, żeby oprzeć się tortowi bezowemu?

Uwielbiała smakować, poznawać nowe kompozycje i połączenia. Marzyła, że kiedyś napisze książkę pełną smaków, kolorów i zapachów. Jeszcze nie teraz – pomiędzy policję, zwłoki, zaginięcia, tajemnicze morderstwa i porwania nie było sensu wciskać korzennych woni przypraw i cudownych połączeń kolorystycznych w zupie węgierskiej. Kilka lat temu wpakowała się do szuflady z napisem „autorka thrillerów” i wydawca z upodobaniem ją w niej trzymał, dla pewności dopychając kolanem co jakiś czas. Dzięki Kalinie sprzedawały się pełne napięcia historie i takie miała pisać. Tyle że ona kręciła się w kółko. Szybciej, szybciej, coraz szybciej.

Tarski uprzątnął duży pokój. Nie żeby zanadto się przemęczał. Po prostu poukładał to, co było rozrzucone, a naczynia powynosił do kuchni. Żeby nie przerażać przyjaciela. Gdyby Robert zastał błysk, najpewniej zacząłby się poważnie martwić. Dając zatem wyraz swojej psychicznej stabilności, Maciej pozostawił kurz na komodzie z książkami i pod telewizorem.

Robert przyszedł punktualnie, jak zawsze. Punktualność uważał za swoją wizytówkę, w przeciwieństwie do Macieja. Prawdopodobnie zepsuła mnie praca, pomyślał Tarski. W wydawnictwie rzadko co wydarza się na czas…

– Czuć kurczakiem – zauważył Robert, przekraczając próg kuchni, gdzie zamierzał postawić zakupione przez siebie piwo.

– Dobrze, że nie śledziem. – Maciej spojrzał wymownie. – Trochę mi się przypalił obiad – wyjaśnił.

– Nie mów, że nie masz śledzi? – Przeraził się Robert.

Tarski sięgnął do lodówki.

– Siedzisz z tym w odległym końcu kanapy! – zarządził i podał przyjacielowi plastikowe opakowanie.

Wzięli przekąski, szklanki i piwo. Robert ruszył ­przodem.

Był wyższy od gospodarza o pół głowy, znacznie bardziej przystojny i zawsze gustownie ubrany. Dzisiaj miał na sobie granatowe spodnie i biały golf. Jak na randkę, stwierdził Maciej. Szkoda, że uświni tę wełnę tłustymi chipsami… Ale taki jest. Nawet brudzi się z klasą.

Robert Jackowski był popularnym w mieście dermatologiem, choć przebieg jego edukacji nie wskazywał na rozwój kariery zawodowej w tym kierunku. Mówiono o nim: „zdolny, ale leń”. Widać nie był leniem permanentnym, bo gdy w drugiej klasie liceum zakochał się w pewnej Natalii, studentce medycyny, z miejsca powziął ważne życiowe decyzje. Co do studiów, rzecz jasna, nie co do dziewczyny. W obcowaniu z płcią przeciwną bowiem prezentował, hm, pewną płynność. „Nie przywiązuję się zanadto”, twierdził i po prostu żył. Tarski był pewien, że kumpel skończy jako stary kawaler, który w ogromnym domu będzie wyprawiał dzikie imprezy, a coraz młodsze laski woził kolejnymi sportowymi brykami. I może tak by się stało, gdyby na czwartym roku medycyny nie poszedł do fryzjera. Tam zapatrzył się w piękną buzię młodej dziewczyny, która obchodziła się z nim tak delikatnie, jakby był jej pierwszym i ostatnim klientem w życiu. Zamarzył, aby mieć taką kobietę przy sobie, nawet kosztem wszystkich innych. Uczucie wybuchło w obojgu z taką siłą, że Robert omal nie przypłacił go oblaniem egzaminów. Jakoś się jednak pozbierał, nie bez udziału solidnej awantury urządzonej mu przez wybrankę jego serca. Aneta była wprawdzie prześliczna, ale charakter miała nieadekwatny do niewinnego wyglądu. Nie znosiła, gdy ktoś niepoważnie podchodził do swoich obowiązków.

Para wzięła ślub i teraz wraz z dwiema córkami mieszkała w ogromnym domu z wielkim ogrodem, a Robert sportowymi samochodami woził żonę i dzieci, nie zaś roznegliżowane panny. Lecz Maciej każdego dnia spodziewał się, że przyjaciel się roześmieje i oznajmi, że to wszystko to tylko żart, a on sam nie jest zdolny do monogamii. Nic z tego. Robert był szczęśliwym mężem i ojcem i nie reagował na uszczypliwości pod swoim adresem. Maciej wprawdzie czynił aluzje na temat ślicznych pacjentek, które odwiedzają jego gabinet, ale tak naprawdę trochę mu zazdrościł. Bo tamtemu udało się to, co jemu nie wyszło.

 

– Jak minął dzień? Co w robocie? – Robert rozsiadł się wygodnie i otworzył opakowanie śledzi.

– Nie byłem dzisiaj.

– Znaczy, wziąłeś pracę do domu.

– Nie, nic nie robiłem. Leżałem do góry brzuchem.

– Ty?

– Czasem i mnie się zdarza.

– O kurde, stary. – Robert spoważniał. – Przepraszam cię. To już jakoś blisko, prawda? No tak, w końcu jest listopad.

Maciej pokręcił głową.

– Nie o to chodzi.

– A o co?

– O nic! Chciałem wziąć cholerny dzień wolnego! Co wy wszyscy?!

– Jacy wy?

– Ty. Karolina.

Robert z błogą miną nadział rolmopsa na widelec.

– Nie załatwiłeś tego jeszcze?

– Nie. Myślałem, że może wczoraj mi się uda, ale… Nic z tego nie wyszło.

– Zobaczysz, będziesz miał problemy. Zdecyduj się, w tę albo we w tę. Z tego, co opowiadałeś, to chyba fajna dziewczyna. Więc może?

– Ja mam same problemy. Zresztą nieważne, zostawmy to. Co u ciebie? Jak dziewczynki, co u Anety?

– Aneta otwiera drugi salon, ale to już wiesz. Jest cała podekscytowana i ciągle zmienia zdanie w kwestii wystroju. Pracuje z architektem, ale facet nie ma z nią łatwo. A dziewczynki sam miód, dopóki się nie pokłócą. Zapisałem w końcu Zosię do szkółki jeździeckiej, bo nie dawała mi spokoju.

– To super.

– Nie jestem taki pewien. A jak sobie skręci kark?

– Nie skręci. To sprytna, wysportowana dziewczyna. A jak znam jej ojca, wybrał najlepszą szkołę ze sprawdzonymi instruktorami.

– Jednak trochę mnie znasz – roześmiał się Robert.

Po brodzie pociekła mu strużka zalewy. Starł ją niedbale.

– Wszystkich lepiej niż siebie.

Przyjaciel spojrzał na niego bacznie, ale Maciej lekceważąco machnął ręką. Wziął piwo i podszedł do Roberta. Stuknęli się butelkami.

– Zdrowie twoich córek!

Rozdział 4

Chwila, kiedy odpuszcza blokada twórcza, jest tak samo wyczekiwana, jak niespodziewana.

Kalina płynęła na fali; tama otworzyła się w piątkowe popołudnie tuż po zjedzeniu kawałka tortu bezowego i wypiciu ogromnej filiżanki kawy. Zrobiło jej się tak słodko i błogo, że spojrzała życzliwiej na swój komputer, a potem po prostu rozjaśniło się jej w głowie. Była zaskoczona własnym pomysłem, ale wydawał się tak doskonały, że nie sposób było go zignorować. Historia ułożyła się sama i teraz trzeba było tylko przetworzyć ją na tekst.

Przepracowała całe popołudnie i pół nocy.

W sobotę rano zbiegła na pośpieszne śniadanie i poprosiła panią Marię o obiad do pokoju. Pragnęła wycisnąć z dnia jak najwięcej. Nie czuła, jak mijają godziny, dlatego zdziwiła się, gdy późnym popołudniem usłyszała pukanie do drzwi. To gospodyni zapraszała ją na wieczorek przy kominku, kusząc miodem pitnym.

Dopiero wtedy Kalina spojrzała w okno i zorientowała się, że jest już ciemno.

– Przepraszam, innym razem z chęcią, ale teraz muszę skupić się na pracy – powiedziała. – Dobrze mi idzie i chciałabym to wykorzystać.

Pani Maria była niepocieszona, ale zrozumiała. Nieco nieobecne i rozpalone spojrzenie gościa mówiło wszystko.

Jest wena, nie ma co przeszkadzać, pomyślała, wycofując się dyskretnie.

– Przepraszam – rzuciła jeszcze raz Kalina, zapatrzona w laptopa, który szumiał cichutko.

Nie była pewna, czy postępuje właściwie, ale nie potrafiła się powstrzymać. Nie miała pewności, że to, co dostanie od niej Tarski, jest tym, na co czeka, ale Kalina postanowiła się tym nie przejmować.

Ta historia musi zostać napisana i kropka!, postanowiła.

*

Wieczór był miły, dość ciepły i bez kropli deszczu, a Maciej zadowolony, że zdecydował się wyjść z domu. Potrzeba izolacji, którą odczuwał tak silnie jeszcze we czwartek, znikła, więc przez całą sobotę miotał się, dzwoniąc po znajomych z pytaniem, czy ktoś nie ma ochoty wyskoczyć na miasto.

Niestety.

Maciej postanowił zatem, że wyjdzie sam. Miał ochotę na coś słodkiego, wybrał się więc do swojej ulubionej kawiarni, której właściciele nie czuli presji, aby ich lokal był modny, szalenie indywidualny czy niszowy. Wystrój kawiarenki prezentował się dość banalnie, niemal jak magazyn starych tapicerowanych foteli i małych okrągłych stolików z różnych gatunków drewna. Właściciel jednak stawiał nie na meble, ale na świetną kawę i wyborne desery. I właśnie po nie tłoczyli się tutaj ludzie. Niczego nie fotografowali, nie gmerali w telefonach, tylko pałaszowali słodkości, aż im się uszy trzęsły, rozmawiając nad filiżankami aromatycznego naparu.

Tarski miał nadzieję, że jego ulubione miejsce będzie wolne – kącik pod oknem, z czerwonym fotelem ustawionym obok stojącej lampy z kloszem wykończonym frędzlami. Podobna stała w domu jego dziadków. Siadając tam, zawsze czuł, jakby przed chwilą odbył podróż wehikułem czasu. Zamawiał szarlotkę i niemal słyszał babciny ciepły głos: „Jedz, jedz, Maciusiu. Na zdrowie!”.

Zalewało go wtedy uczucie błogości, stan, którego prawie już nie doświadczał.

Tym razem zadysponował u kelnerki szarlotkę, ciasto śliwkowe z marcepanem, mus czekoladowy z orzechami i podwójne espresso. Był łasuchem, ale nigdy nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. Ucieszył się jak dziecko, gdy okazało się, że nikt nie zajmuje jego fotela, i przestawił go tak, żeby nie pokazywać przechodniom swojej twarzy. Nie lubił czuć się obserwowany. Nie potrafił się wtedy odprężyć.

Kelnerka zrealizowała zamówienie niemal natychmiast. Maciej pochwycił jej wzrok.

– Tak, zjem to wszystko sam – powiedział.

– Smacznego – odparła, wyraźnie rozbawiona.

Zaczął od szarlotki, zagłębiając widelczyk w miękkim jabłkowym nadzieniu. Pachniała cynamonem i nutą wanilii. Aż przymknął powieki, gdy poczuł słodycz rozpływającą się na języku. Jednak przed jego oczami pojawiły się obrazy kompletnie nieprzystające do tej miłej chwili, jakby pamięć, na złość, chciała zepsuć mu tę chwilę rozkoszy. Maciej przełknął ślinę i potrząsnął głową, aby pozbyć się szturmujących jego umysł wizji.

Po kilku sekundach odczuł ulgę. Serce zwolniło rytm.

Oddychał spokojniej, jadł i smakował. Nie znosił, gdy zwracano na niego uwagę, ale sam lubił podpatrywać. Przyglądał się ludzkim gestom, mimice. Próbował odgadnąć, czy śmiech jest autentyczny czy tylko udawany, odczytywał przebieg rozmów z mowy ciała – czy sprawiają przyjemność, czy któraś ze stron ma ochotę zakończyć spotkanie i jak najszybciej uciec. Obserwował właśnie koleżanki, z których jedna machała rękami jak wiatrak, zaś druga siedziała skulona, zauważył, że otwierają się drzwi wejściowe.

Spojrzał zaciekawiony.

Aż do tej chwili nie miał pojęcia, że jego matka bywa w tym miejscu. Dostrzegł, że jest nieco stremowana i spięta. Tego wrażenia nie tłumił nawet czerwony płaszcz, który miała na sobie.

Pani Lucyna wkładała go tylko przy wyjątkowych okazjach.

Tym razem nie była sama – towarzyszył jej szpakowaty mężczyzna, na oko sześćdziesięciopięcioletni, którego Maciej nie widział nigdy wcześniej. Obserwował parę przez chwilę, chcąc się upewnić, że wzrok go nie myli. Sposób zachowania obojga, to, jak matka uśmiechała się do nieznajomego i jak zakładała krótkie kasztanowe włosy za ucho, dawał podstawy, aby wyrobić sobie opinię o charakterze tego spotkania.

Maciej poczuł, że zaczynają pulsować mu skronie. Spojrzał na nietknięty mus i ledwie napoczęte ciasto śliwkowe, na które przeszła mu ochota. Zastanawiał się, czy lepiej ulotnić się po angielsku, czy może lepiej podejść, nie bawiąc się w dziecinadę.

Niechętnie wybrał drugie rozwiązanie.

– Cześć, mamo! – powiedział.

– Maciek? A co ty tu robisz?

– Chciałem cię zapytać o to samo.

– Proszę, poznaj. – Pani Tarska wskazała dłonią swojego towarzysza. – To mój przyjaciel, pan Bogdan Wojnicz.

– Przyjaciel? – powtórzył Maciej, wymieniając z mężczyzną uścisk dłoni.

– Miałem szczęście poznać pańską matkę na kursie komputerowym – wyjaśnił elegancki pan z poważną miną.

– Słowo „przyjaciel” wydaje mi się nieco na wyrost. Właściwsze byłoby chyba „znajomy” – odparł zimno ­Tarski.

– Synu! – Pani Lucyna spurpurowiała. – Wybacz, Bogdanie, Maciej jest redaktorem w wydawnictwie i lubi czepiać się słów.

Wojnicz pogładził rękaw marynarki, jakby chciał strącić niewidzialny pyłek.

– Zasadniczo ma pan rację… – zaczął niskim głosem. – Na miano przyjaciela trzeba sobie zasłużyć. Mam nadzieję, że tak się stanie.

Maciej spojrzał zirytowany. Mam nadzieję, że jednak nie, pomyślał.

– Może pan do nas dołączy? – zaproponował starszy pan.

– Nie będę wam psuł wieczoru. – Nadął się Maciej.

Pocałował matkę w policzek, skinął Wojniczowi na do widzenia, po czym uregulował rachunek i opuścił kawiarnię. Był pewien, że matka właśnie rozpoczęła opowieść o tym, jak to jej syn ma problemy z pogodzeniem się z przeszłością i odnalezieniem w teraźniejszości. Nagada biedakowi, że bardzo się o mnie martwi, pokręcił zrezygnowany głową, dopinając kurtkę pod szyją. A facet będzie się modlił, żeby wreszcie skończyła nudzić o czterdziestoletnim dziecku. Ona tego nawet nie zauważy. A potem pan Bogdan zniknie, tak jak ulotnili się panowie Janusz i Stefan…

Mimo że zły na matkę, Maciej brał pod uwagę fakt, że być może to ona ma rację. Przynajmniej próbuje zrobić coś ze swoim życiem, stwierdził, a ja je porzuciłem i zaledwie markuję coś na jego kształt i nie staram się o tym myśleć, bo po co? Spacerował ulicami, próbując odwrócić myśli od niewygodnych spraw. Nie chciał wracać do domu, bo wiedział, że dopadną go tam ze zdwojoną siłą, sięgnął więc po telefon i zadzwonił do Karoliny. Wiedział, że robi błąd, bo być może ona poczuje się pewniej, ale w tej chwili czuł, że to jedyne możliwe wyjście.

– Już się stęskniłeś? – roześmiała się tym swoim dźwięcznym śmiechem.

Brzmiało to tak, jakby spodziewała się tego telefonu.

Maciej wysilił się na obojętność.

– Mam ochotę na towarzystwo.

– Starzejesz się.

– Niewątpliwie – odparł, przeglądając się w witrynie sklepu obuwniczego.

Dostrzegł, że bardzo się garbi. Gdyby obserwował siebie równie bacznie jak innych, zauważyłby również, że powłóczy nogami, a cała jego postać wyraża rezygnację.

Lubił w Karolinie to, że niczego nie musiał jej tłumaczyć. Nawet jeśli pytała, wydawało się, że zadowala ją jakakolwiek odpowiedź. Może to były pozory, ale za to jakie wygodne!

Przyjęła go normalnie, jakby zapomniała o czwartkowej niezręczności między nimi. A może jej wcale nie było niezręcznie?, zadumał się Maciej, przysiadając w maleńkiej wąskiej kuchni.

Karolina parzyła dla nich herbatę.

– Myślałem, że jesteś zajęta w sobotni wieczór – odezwał się.

Oparł łokieć na blacie niewielkiego stolika dosuniętego do ściany.

– To, że nigdzie nie wyszłam, nie oznacza, że nie jestem zajęta.

Postawiła na stole cukiernicę, a po chwili dzbanek z herbatą i dwa kubki. Maciej spojrzał krytycznie, ale nie zamierzał jej sugerować konieczności zmiany naczyń. Karolina odsunęła sobie krzesło i usiadła obok.

– Czyli jednak ci przeszkodziłem?

– Przejmujesz się tym? – Uniosła brwi.

– Nie lubię zawadzać ludziom.

– Nie zawadzasz. Zgrywam się tylko. Tak naprawdę nudziłam się jak mops.

Maciej z uśmiechem nalał obojgu herbaty.

– Czy coś się stało? – zapytała. – Nie masz w zwyczaju pojawiać się ot tak.

Tarski zastanawiał się, czy powiedzieć, że nakrył matkę na randce. I o wszystkim, co do tego doprowadziło. I jak on się z tym czuje. Chciał przeprosić dziewczynę za to, że traktuje ją tak, jak traktuje, i że nie może ofiarować jej nic więcej. Miał to wszystko na końcu języka, ale usta nie chciały się układać w potrzebne słowa.

– Tak czy siak… – dodała Karolina. – Fajnie, że wpadłeś. Może zamówimy pizzę i pooglądamy filmy? Jak zwyczajna para.

Maciej spojrzał czujnie.

– Którą nie jesteśmy – uściśliła.

– Karolina, posłuchaj, to wszystko nie jest takie, na jakie wygląda…

Nakryła jego dłoń swoją.

– Wiem, to nie chodzi o mnie. To wszystko twoja wina.

 

– Skąd wiesz?

– Wszyscy tak mówicie.

– Zasługujesz na kogoś znacznie lepszego.

– Wow! Chyba naoglądałeś się amerykańskich komedii romantycznych. Nie podejrzewałam cię o taki gust. – Karolina wstała i sięgnęła po telefon. – Zanieś herbatę do pokoju, ja zamówię pizzę. Lepiej będzie, jak zapcham ci czymś usta, bo za każdym razem, kiedy je otwierasz, stwierdzam, że lepiej, kiedy nic nie mówisz.

– Też tak myślę – odparł.

Spędzili wieczór przed telewizorem, owinięci kocem. Popijali wino w blasku płonących świec. I choć patrząc na nich z boku, można by sądzić, że spędzali czas nadzwyczaj romantycznie, wcale tak nie było. Mimo to Tarski ogrzał się w cieple bliskości drugiego człowieka. Nawet jeśli Karolina była tylko namiastką.

Kalina wracała do domu pokrzepiona. Przepełniona ulgą. Pracowała przez całą sobotę i niedzielę do południa. Wycisnęła z kilku ostatnich dni, co się dało.

Nie przestawała rozpracowywać nowych pomysłów, więc droga minęła jej nie wiadomo kiedy. Wstawiając samochód do garażu, cieszyła się, że jest już na miejscu. I pomyśleć, że wyjeżdżałam stąd niemal w panice, uśmiechnęła się. Miała ochotę przebrać się w dres i spędzić spokojny wieczór z rodziną.

Gdy weszła do domu, z salonu dobiegły ją śmiechy. Wiktor z Julką siedzieli na dywanie i grali w planszówkę.

– Oszukujesz! – oburzyła się mała.

– W życiu! Nie masz na nic dowodów!

Nie zauważyli jej obecności.

– Cześć. Już jestem – oznajmiła Kalina od progu.

– O, mama! – Podbiegła do niej Julka. – Super, że już jesteś! Zagrasz z nami?

– Czemu nie?

Wiktor podszedł do żony i pocałował ją w policzek na powitanie.

– Jak poszło? – zapytał.

– Świetnie, choć trochę zmieniłam koncepcję. W zasadzie wpadłam na zupełnie nowy pomysł, ale sporo już napisałam. Książka w tej postaci pisze się sama – roześmiała się Kalina.

– No proszę! Widać to miejsce jednak ci służy.

Kalina obrzuciła męża niezadowolonym spojrzeniem.

Zauważył to, więc dodał pośpiesznie:

– To naprawdę dobre wieści. Twój redaktor z pewnością się ucieszy. Może wreszcie przestanie cię nękać telefonami. A wiesz, my też nieźle spędziliśmy czas.

– A jak film?

– Mamo, żałuj, że z nami nie byłaś! – wtrąciła się Julka. – Dawno nie widziałam nic równie fajnego. Był zabawny i bardzo wzruszający.

Wiktor wywrócił oczami na znak, że według niego było dokładnie odwrotnie.

– W takim razie muszę go obejrzeć i ja – powiedziała Kalina.

– Nie chcę narzekać, ale tato zasnął, więc następnym razem lepiej wybierzmy się razem.

– Wcale nie spałem!

– Nie? – Julka wzięła się pod boki. – Musiałam cię szturchać, bo twoje chrapanie przeszkadzało ludziom na sali.

– Masz na to dowody?

– Tato!

Kalina pogładziła córkę po głowie.

– Nie ma sprawy, na kolejny film idziemy tylko we dwie. Słuchajcie, rozpakuję walizkę, zejdę na dół i pogramy.

– Masz ochotę na wino? – zapytał Wiktor. – Kupiłem barbaresco.

– Pewnie!

Idąc po schodach do sypialni, Kalina myślała, że bardzo lubi te momenty, kiedy czuje się ze sobą dobrze. Kiedy wszystko wydaje się być na swoim miejscu, dokładnie takie, jakie powinno być. Jeszcze trzy dni temu wszystko jej zawadzało i drażniło ją do łez, ale dzisiaj czuła idealny wewnętrzny spokój. Ileż bym dała, żeby pozostał niezmącony!, westchnęła w duchu.

Maciej był zadowolony, że znów jest u siebie. Zabawił u Karoliny znacznie dłużej, niż planował. Nie zamierzał zostawać na noc, ale tak się stało i tyle. Chciał wyjść tuż po niedzielnym śniadaniu, a poszli jeszcze razem na spacer, zjedli obiad i wypili popołudniową kawę. I choć było przyjemnie, jakaś część jego duszy truchlała coraz bardziej. Z każdą chwilą czuł się jeszcze bardziej nieswojo. Aż w końcu powiedział Karolinie, że zajął jej już dostatecznie dużo czasu. I wyszedł.

Poczuł, że musi jakoś usprawiedliwić tę dezercję przed sobą samym, zrobił więc pranie. Zmienił pościel, mimo że nie znosił tej czynności. Zmył naczynia i powyrzucał podejrzane produkty z lodówki; było ich więcej, niż sądził, na szczęście żadne nie dawały oznak życia. Gdy zapadł wieczór, wziął prysznic i przebrał się w piżamę. Nie miał ochoty na telewizję, przeglądanie internetu, słuchanie ulubionego jazzu ani nawet na sen, który, choć płytki, był jak ucieczka.

Nie wiedząc jednak, co ze sobą począć, Maciej otworzył laptopa i zajrzał do skrzynki pocztowej. Postanowił, że trochę popracuje. Pomyślał o Kalinie. Jutro do niej zadzwonię, stwierdził. Był ciekaw efektów jej pracy, choć oczywiście wolałby, żeby to ona dała mu znać, że ruszyła z tekstem do przodu.

Gdy spojrzał na wiadomości z propozycjami wydawniczymi, była dwudziesta pierwsza dwadzieścia pięć. Dokładnie minutę temu ktoś wysłał mu plik z tekstem. Dlaczego ludzie przeważnie wysyłają swoje książki nocami?, zamyślił się. Jakby się ich wstydzili. A może dopiero nocą nabierają odwagi albo po całym dniu walki z samym sobą jest im już wszystko jedno?

Maciej otworzył załącznik.

I

Miasto było tak mokre od nieprzerwanie padającego deszczu, że miało się wrażenie, iż można je wyżąć w ręku jak pranie. Wszyscy mieli dość ponurej aury, co widać było zarówno po skrzywionych z odrazą twarzach przechodniów, jak i nerwowo, jakby z obrzydzeniem, stawianych przez nich krokach.

Redaktor Warski wyszedł z biurowca mieszczącego wydawnictwo, w którym pracował od piętnastu lat. Jak zwykle nie miał ze sobą parasola, więc puścił się pędem do samochodu, bezskutecznie próbując omijać kałuże. Gdy dobiegł na parking, miał mokre nogawki i – jak większość mieszkańców miasta – irytację na twarzy. Wsiadł do sześcioletniej skody octavii, która, choć nie była spełnieniem jego motoryzacyjnych marzeń, budziła w nim zaskakująco ciepłe uczucia. Deszcz tłukł o dach auta z taką pasją, jakby chciał przebić polakierowany na czarno metal i dobrać się do kierowcy.

Cholera, to nie był mój dzień!, pomyślał Warski, uspokajając oddech. Podczas biegu nieco się zasapał. Zupełnie nie miał kondycji, zapewne dlatego, że rolę aktywności fizycznej w jego życiu spełniał wyłącznie seks z koleżanką z pracy. Sam nie wiedział, jak się wplątał w tę relację, ale stało się i już. Od dawna chciał ją przeciąć, ale był na to zbyt wielkim tchórzem. Zwyczajnie brakowało mu odwagi, żeby spojrzeć w przepastne czarne oczy i powiedzieć dziewczynie „dosyć”. Prawdopodobnie czekał, że to Kamila straci do niego cierpliwość i znajdzie sobie kogoś bardziej odpowiedniego. A tak naprawdę modlił się o to nocami.

Wracał do domu zmęczony jak nigdy i znużony jak zawsze. Jedynym pocieszeniem była myśl, że jutro nie idzie do pracy. Bez poważnego powodu, tylko dla kap­rysu. Choć z drugiej strony zniechęcenie obowiązkami można chyba uznać za poważny powód?, pomyślał, parkując pod czteropiętrowym blokiem, w którym mieszkał.

Lubił to miejsce ze względu na anonimowość. Zamykał drzwi od mieszkania na klucz i odcinał się od świata. Od świata, który coraz mniej go zaskakiwał i z dnia na dzień tracił na atrakcyjności. Można by pomyśleć, że Marcin przeżywa kryzys wieku średniego, ale był to zły trop.

Wszedł do mieszkania, pośpiesznie zrzucił kurtkę i rozsiadł się na kanapie z zamiarem obejrzenia filmu. Robił tak zawsze, gdy szukał zapomnienia: oglądał filmy albo spał. Generalnie odcinał strumień świadomości.

Otworzył pudełko z chińskim daniem, po które zajechał w drodze do domu, i uświnił się nim szybciej niż zazwyczaj. Nie zauważył tego, ale nawet gdyby dostrzegł plamę mało atrakcyjnej barwy na swetrze, i tak nie poszedłby go zmienić. Nie był czyścioszkiem ani elegancikiem. Plama na ubraniu nie zaburzała jego dobrostanu. Robiły to zupełnie inne rzeczy. Na przykład to, że czołowa pisarka z jego stajni wciąż nie przysłała mu tekstu, na który czekał już zdecydowanie zbyt długo. Gdyby mógł, najchętniej użyłby wobec niej pogróżek. Tak, zrobiłby to z pewnością, gdyby był raptusem ze skłonnością do agresji albo gdyby nie obawiał się, że bestsellerowa autorka weźmie talent w troki i pójdzie zarabiać gdzie indziej. Jednak, jako że było przeciwnie, dzwonił do niej regularnie i starał się zachęcać do pracy.

Początek filmu przerwał dźwięk telefonu. Warski niechętnie sięgnął po komórkę i zerknął na wyświetlacz. Ani bank, ani natarczywy operator sieci komórkowej, stwierdził.