Kolejny rozdziałTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To raczej ja powinienem przepraszać… – bąknął Tarski i czym prędzej rozłączył się pod pretekstem pilnego spotkania. Do ostatniej chwili mojego życia, dodał w myśli, sięgając po kurtkę.

Wyszedł z budynku na deszcz, który nie przestawał padać. Wzmógł się wiatr. Było zimno i nieprzyjemnie.

Nawet tego nie zauważył.

Rozdział 2

Droga do Sadkowa prowadziła przez piękny, rzadko posadzony las iglasty. Deszcz wciąż zacinał, tworząc na asfalcie ogromne kałuże, w których odbijały się drzewa i zasnute stalowymi chmurami niebo. Kalina nie mogła się napatrzeć na ten melancholijny, jesienny obrazek. Czuła, że powoli się odpręża.

Przejechała przez wieś złożoną dosłownie z kilkunastu domów, potem przez kamienny mostek wiszący nad wąską rzeką i tuż przed kolejnym pasmem lasu skręciła w lewo. Biały szyld wskazywał kierunek do pensjonatu „Greta”. Po chwili na podjeździe pod kołami auta zachrzęścił żwir, a Kalina usłyszała szczekanie dwóch należących do właścicielki owczarków niemieckich. Kiedy przyjechała tu po raz pierwszy, przeraziła się ich nie na żarty, ale okazało się, że Astor i Klemens robią wprawdzie wiele hałasu, lecz są szalenie przyjacielskie i gotowe oddać psie dusze za kawałek kiełbasy.

Zaparkowała obok stodoły, która już dawno przestała pełnić swoją funkcję, i ze zdziwieniem zauważyła, że parking jest pełny po brzegi. Była pewna, że pensjonat będzie pusty, ale liczba samochodów z rejestracjami ze wszystkich zakątków kraju wyraźnie temu przeczyła. Wysiadła z auta i chowając głowę pod kapturem, ruszyła w stronę domu, ciągnąc za sobą walizkę.

Willa „Greta” była piętrowym budynkiem z białą elewacją i spadzistym czerwonym dachem. Od frontu miała szesnaście drewnianych podwójnie zamykanych okien, w tym cztery wykuszowe na poddaszu. Stary dom z początków dwudziestego wieku pięknie odnowiono, choć teraz jego uroda nikła w strugach deszczu. Szczególnie urokliwie było tu latem – przed domem w małym ogródku bujnie kwitły różnokolorowe malwy, na trawie rozstawiano wiklinowe leżaki i parasole, pod którymi goście mogli drzemać lub czytać. Za domem rozpościerał się spory sad owocowy. Wśród dorodnych śliw właścicielka rozwieszała hamaki, by pensjonariusze wypoczywali wśród brzęczenia pszczół, wdychając słodki zapach owoców. Panowała tu swobodna rodzinna atmosfera.

Mocnym punktem tego miejsca była też mała domowa restauracyjka, serwująca dosłownie kilka dań, za to bazujących na naturalnych składnikach i produktach od lokalnych rolników. Potrawy były tak smakowite, że Kalina nieraz z trudem powstrzymywała się przed wylizaniem talerza. Dwie kucharki wkładały w przyrządzane posiłki nie tylko swoją wiedzę i umiejętności, ale z pewnością też wielkie serce i poczucie smaku.

Od progu pachniało miodami pitnymi; na szafce przy recepcji stał wybór dwójniaków i trójniaków z miodu pszczelego z dodatkiem ziół, przypraw korzennych bądź soku z czarnej porzeczki. Kalina uśmiechnęła się na wspomnienie pewnego wieczoru, kiedy to pani Maria, właścicielka, zaprosiła ją na degustację. Było im wtedy obu bardzo wesoło, choć niektóre szczegóły tamtej nocy skrył mrok niepamięci.

W recepcji było pusto. Z restauracji, mieszczącej się za masywnymi przesuwnymi drzwiami, dobiegały śmiechy. Wszechobecne aromaty pozwalały sądzić, że właśnie podawano obiad. Kalina przysiadła na tapicerowanej kanapie w kwiaty i postanowiła zaczekać, aż pojawi się ktoś z obsługi. Sięgnęła po pierwszą lepszą książkę do witryny obok.

– Och, dzień dobry pani! Czemu mnie pani nie zawołała?

Właścicielka weszła do holu typowym dla niej energicznym krokiem.

Kalina podniosła się z kanapy.

– Dzień dobry, pani Mario, nie chciałam przeszkadzać. Nie zaszkodzi mi przecież, jak chwilkę zaczekam…

– Chwilkę? Pewnie zdążyła pani przeczytać ze cztery rozdziały. – Gospodyni wskazała na książkę, którą Kalina wciąż trzymała w dłoni. – Nawiasem mówiąc, powinnam w recepcji zainstalować dzwonek…

– Nic się nie stało. Naprawdę. – Kalina odłożyła książkę na regał. – Miło panią widzieć.

– Wzajemnie. I bardzo się cieszę, że zawitała pani do nas ponownie. Przykro mi, że nie mogłam pani zaoferować pokoju z widokiem na lipę, o który pani pytała. Ale jest i dobra wiadomość! Wolny jest apartament, ten od strony sadu. Ulubiony pokój pana Chalickiego.

Kalina odchrząknęła.

– Zasadniczo to chodzi mi głównie o spokój. Przyjechałam tutaj popisać przez kilka dni, ale… – Z restauracji ponownie dobiegły tubalne śmiechy. – Zdaje się, nie mam co na niego liczyć – westchnęła.

– Tak się złożyło. – Właścicielka uśmiechnęła się przepraszająco. – Wczoraj goście przyjechali całą grupą na jakieś spotkanie. Podobno studiowali razem i obiecali sobie, że spotkają się ponownie po dwudziestu latach. Swoją drogą to niezły temat na książkę.

Kalina uśmiechnęła się niewyraźnie, znużona wieczną troską otoczenia w tej kwestii.

– Przykro mi, że nie mogę pani zapewnić absolutnej ciszy – ciągnęła pani Maria. – Ale zrobię, co mogę, by umilić pani czas spędzony u nas. Co pani sobie życzy na obiad? Przeglądała już pani nasze dzisiejsze menu?

– A jest może kaczka z tą cudowną czerwoną kapustą? Byłoby wspaniale! – rozmarzyła się Kalina.

– Jest. A nawet gdyby jej nie było, przygotowałybyśmy ją specjalnie dla pani. Proszę. – Pani Maria podała gościowi ciężki klucz z zawieszką w kształcie śliwki.

Kalina podziękowała, mówiąc, że zejdzie na obiad za godzinę.

Schody prowadzące na piętro skrzypiały przyjemnie. Klucz zgrzytnął w zamku, drzwi otworzyły się, prezentując widok przestronnego pokoju z małżeńskim łożem zasłanym białą jak śnieg kapą. W podwójnych oknach wisiały zazdrostki; pod tym wychodzącym na sad stało spore biurko. O tej porze roku widok nie był najpiękniejszy, choć latem cieszyłby oko. To zapewne dlatego Chalicki wybierał ten pokój, stwierdziła Kalina. Skoro jemu tak dobrze się tu pisało, może mnie też będzie, pomyślała, kładąc walizkę na podłużnym pufie obok łóżka.

Wyjęła z futerału laptopa i podłączyła go do kontaktu. A później zerknęła w lustro umieszczone na jednym ze skrzydeł solidnej drewnianej szafy. Czy wyglądam na swoje niemal trzydzieści dziewięć lat?, zastanowiła się przelotnie. W oczach wciąż miała młodzieńczy blask, choć było w nich również sporo niepewności. Dotknęła brązowych, krótko ściętych włosów. Farbowała je od dłuższego czasu, kiedy po trzydziestce zauważyła pierwsze ślady siwizny. Martwiły ją nieco podkrążone oczy. Starała się tuszować tę niedoskonałość korektorem, ale i tak była widoczna. Kalina nie miała pojęcia, czy to wiek zrobił swoje, zgryzota związana z książką, czy może brak snu. A może wszystko po trosze?, zamyśliła się.

Odwróciła się od własnego odbicia gwałtownie, jakby nim zawiedziona, i spojrzała na obraz nad łóżkiem. Pamiętała go – dzieło pewnego malarza, który przyjechał do Sadkowa z rodziną na wakacje i namalował dom pani Marii. A ta, ucieszona z prezentu, zawiesiła go w najlepszym pokoju. Kalina nie znała się na malarstwie, ale ten obraz, te miękkie pociągnięcia pędzla, uważała za udany. Przypomniała sobie, jak rozmawiała o nim z Chalickim. Stali wtedy oboje właśnie tutaj, dokładnie pośrodku drewnianej podłogi – ta belka z sękiem trochę skrzypi, przypomniała sobie – a on powiedział jej, że ma spojrzenie jak dziewczyna z perłą na obrazie Vermeera. Przykuwające i prawdziwe.

Tamta dziewczyna nie ma podkrążonych oczu, stwierdziła Kalina, przeganiając wspomnienie.

Maciej wracał do domu z nieodwołalną decyzją, że jutro weźmie dzień wolnego. Był zmęczony po spotkaniu z dziennikarką, która o dziwo nie chciała pisać dla ludzi na życiowych zakrętach, nawet za pieniądze, które jej zaoferował.

– Nie mam najlepszego zdania o poradnikach motywacyjnych, rozumie pan? – zapytała ostro, odstawiając na spodek filiżankę z zieloną herbatą.

Tarski nie rozumiał, z jakich powodów ludzie pijają to siano.

– Ale dlaczego? – zdumiał się szczerze.

Jego towarzyszka poprawiła blond włosy i uśmiechnęła się znacząco. Jakby uważała, że on dobrze zna odpowiedź na to pytanie, tylko się z nią drażni.

– Pewnie dlatego, że zbyt często piszą je ludzie, którzy nie powinni tego robić. Ja nie powinnam – odparła spokojnie.

– Bzdury! Ma pani wiele do zaoferowania czytelnikom.

– Wszystko, co mam im do zaoferowania, można zobaczyć w programie, który prowadzę.

Podobną wymianę zdań prowadzili jeszcze przez kwadrans. Pod koniec spotkania Maciej poczuł rozczarowanie, że nic nie wskóra, ale mimo to patrzył na tę kobietę z podziwem. Zmusiła go do weryfikacji poglądu, że każdego można kupić.

Zajechał po drodze do ulubionej chińskiej knajpki i wziął na wynos wieprzowinę z bambusem na ostro. W domu miał butelkę wina, którą dostał od przyjaciela na niedawne czterdzieste trzecie urodziny. Dopadła go wspaniała wizja, że oto leży na kanapie z pudełkiem chińszczyzny na brzuchu, lampką wina na stoliku i filmem Allena przed oczami. A rano wyśpię się do woli i nie obudzi mnie dźwięk budzika!, postanowił.

Tarski był metodyczny, więc zrobił, jak zaplanował, i wkrótce zalegał na kanapie z plamą od wieprzowiny na swetrze, zapatrzony na scenę z filmu Alice, w której główna bohaterka zahipnotyzowana przez doktora Yanga uparcie twierdziła, że nie jest podatna na takie sztuczki. Z widelca kapał sos. Upaprany jak przedszkolak Maciej szedł najwyraźniej w ślady byłej żony, gdy hojnie dolewał sobie wina, które grzało porządnie.

W tej chwili był niemal szczęśliwy.

Dlatego kiedy usłyszał dzwonek do drzwi, nie podniósł się kanapy. Doprawdy, wizyta świadków Jehowy, ludzi zbierających datki czy kogokolwiek innego, kto czegoś ode mnie chce, nie wpisuje się w wizję tego wieczoru, pomyślał niechętnie. Trudno mu jednak było śledzić losy filmowych bohaterów, gdy mózg prześwidrowywały kolejne dzwonki. Maciej wstał zatem porządnie zirytowany, z mocnym postanowieniem, że użyje wobec osoby stojącej za drzwiami tylko jednego słowa: „Nie!”, a potem zatrzaśnie je z hukiem.

 

Bojowe nastawienie w jednej chwili ulotniło się jak sen złoty. Za progiem stała smukła brunetka, której już dawno powinien powiedzieć „nie”, ale jakoś do tej pory tego nie uczynił.

– Cześć. Dlaczego nie odbierasz? Dobijam się od pół godziny. – Karolina wkroczyła do środka, pocałowała go i skrzywiła się zaskoczona. – Piłeś?

– Telefon pewnie zostawiłem w kieszeni kurtki – odparł Tarski niepewnie. Zanim zdążył zamknąć drzwi, dziewczyna zdjęła płaszcz i zrzuciła buty. – Nie planowaliśmy, że dzisiaj się zobaczymy – zauważył.

– Nie powinieneś pić w samotności. – Karolina poprawiła grzywkę. – Poza tym, wydaje mi się, że już ci wystarczy. Jak będziesz jutro wyglądał w pracy?

– Nie idę jutro do pracy.

– Nie? A dlaczego?

– Bo będę miał kaca – prychnął. – A tak naprawdę to bez powodu.

Spojrzała podejrzliwie.

– To do ciebie niepodobne.

Maciej pomyślał, że ona kompletnie nie ma pojęcia, co jest do niego podobne, a co nie. Znała wyłącznie to, co było na wierzchu. Co on chciał jej pokazać.

– Jutro zaczynamy kampanię promocyjną nowej książki Daviesa – powiedziała. – Jestem ciekawa, jaki będzie oddźwięk. Z dziewczynami mocno wytężałyśmy umysły.

– To samograj. Sprzeda się, tak czy siak. Niezależnie od tego, co wymyśliłyście tym razem – skwitował, wieszając płaszcz Karoliny w szafie.

Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi.

– Milusi dzisiaj jesteś, nie ma co.

Tarski zacisnął zęby.

Popełnił w życiu masę błędów, ale pozostawał w przekonaniu, że na romans z koleżanką z pracy nigdy by się nie skusił. To było przecież takie banalne i mogło stwarzać mnóstwo komplikacji! Nie robi się takich ruchów i tyle. Jednak na imprezie u Darka z działu handlowego usiadł obok Karoliny. Naprawdę miło im się gawędziło, a jego dopadła najwidoczniej chwila słabości. A potem tak się jakoś potoczyło, że wylądowali u dziewczyny w domu. Kiedy po wszystkim Maciej wymykał się chyłkiem, był pewien, że to się nie powtórzy, ale się powtórzyło. I od pół roku powtarzało się cyklicznie. Tak naprawdę Karolina miała podstawy, by sądzić, że pozostają w jakiejś relacji, albo przynajmniej naciskać, aby on się określił, lecz ona zdawała się niczego nie oczekiwać. A on zwyczajnie czasem potrzebował seksu.

W pracy chyba nikt o nich nie wiedział, a przynajmniej nikt nie sprawiał takiego wrażenia. A może jestem naiwny?, zadał sobie pytanie Tarski. Tak czy siak, ostatnio Karolina pozwalała sobie na więcej i czyniła znaczące aluzje. To dawało do myślenia, że najwyższy czas zakończyć ten romans, i Maciej powziął poważne postanowienie, że zrobi to przy najbliższej okazji. Właśnie się nadarzyła, tyle że on czuł we krwi alkohol i mrowienie w podbrzuszu, a ona miała na sobie podkreślające pośladki dżinsy i jak zwykle pachniała uwodzicielsko. Zawsze miałem tendencje do odkładnia decyzji na później, westchnął w duchu, podchodząc i zagłębiając palce w jej pięknych gęstych włosach.

Na ekranie w salonie pojawiły się właśnie napisy końcowe filmu, którego Maciej ostatecznie nie obejrzał.

Karolina obróciła się na brzuch i palcami wodziła po jego klatce piersiowej. Powieki Tarskiego opadały, a pieszczota tylko pogłębiała senność. Bronił się przed zaśnięciem, bo obawiał się, że ona zrobi to samo, a noc pragnął spędzić samotnie.

– Powiedz mi – odezwał się. – Dlaczego właściwie się mną interesujesz? Jesteś ładna, mogłabyś mieć tabuny ciekawszych facetów.

– Kto powiedział, że nie mam? – Wsparła brodę na dłoni.

– No dobrze… W takim razie dlaczego jestem częścią tego haremu? Nie bardzo rozumiem.

– Nie mów, że masz kompleksy!

– Jestem realistą.

– Chcesz prawdy? Oto ona – roześmiała się. – Masz interesujący umysł. Intryguje mnie ta twoja postawa, no wiesz… Udajesz, że nic cię nie interesuje.

– Z pierwszym fragmentem się zgodzę, ale jeśli chodzi o drugi, zapewne cię zawiodę. Ja nie udaję. – Spojrzał wymownie.

– Sam widzisz. – Karolina zmieniła pozycję i poprawiła poduszkę. – Cały ty.

Maciej westchnął.

– Szczerze mówiąc, nie jestem przekonany, czy to dla ciebie dobre.

– Chcesz mi coś powiedzieć?

Gdy rozległ się dzwonek do drzwi, Tarski wykazał niespotykaną niekonsekwencję – wyskoczył z łóżka i otworzył, zanim dzwonek zdążył zabrzmieć ponownie. Po drugiej stronie stał wysoki mężczyzna.

– Dobry wieczór. Przepraszam, że przeszkadzam o tej porze, ale chciałbym się dowiedzieć, czy może kurier nie zostawił u pana paczki dla mnie.

Maciej zmarszczył brwi.

– Dlaczego miałby to zrobić?

– Tu mieszkam. – Facet wskazał drzwi obok, z ósemką. – Nie było mnie kilka dni w domu. A kurier, który do mnie zadzwonił, powiedział, że zostawił przesyłkę u sąsiada. Tylko zapomniałem pod jakim numerem…

– Nie u mnie.

Tarski przyjrzał się intruzowi uważniej, pewien, że nie widział go nigdy dotąd. Normalnie zakończyłby tę rozmowę już dawno, ale w łóżku czekała Karolina i niewygodne pytanie, które między nimi zawisło.

– W takim razie przepraszam. – Sąsiad zrobił krok wstecz.

– Długo pan tu mieszka? – zainteresował się Maciej fałszywie. – Jakoś pana nie kojarzę.

– Gdzieś od ponad roku. Pewnie się mijamy. W każdym razie miło było pana poznać.

– Miłego wieczoru.

Maciej mógłby odpowiedzieć „wzajemnie”, ale nie lubił deklaracji na wyrost. Generalnie powinien doceniać ciche towarzystwo sąsiada, bo przez dłuższy czas mieszkanie obok wynajmowała grupa studentów. Ich małpie harce przeszkadzały mu w pracy i uniemożliwiały sen. Kiedy się wreszcie wyprowadzili, pomodlił się, aby nie zjawili się następni – za ścianą panowała cisza, a on niczego więcej nie potrzebował, więc nie interesowało go, kto mieszka obok. Kojarzył wyłącznie rodzinę z dwójką dzieci z piętra wyżej, ale jej nie sposób było nie zarejestrować. Za każdym razem, kiedy wychodzili z domu, towarzyszyły temu takie odgłosy, jakby właśnie nadszedł sądny dzień. Maciej znał też z widzenia młodą dziewczynę z buldogiem. Uważał, że ten pies kompletnie do niej nie pasuje – ona była niebywale eteryczna i delikatna, pies jej zupełnym przeciwieństwem. Lecz sądząc po tym, jak chętnie bawiła się z pupilem na spacerach, dziewczyna musiała mieć w tej kwestii odmienną opinię.

Wrócił do sypialni, niepewny sceny, która mogła się rozegrać. Jednak Karolina zaskoczyła go po raz kolejny. Była już ubrana i najwyraźniej szykowała się do wyjścia. Na jej twarzy nie widział choćby śladu urazy bądź chęci kontynuowania porzuconego tematu.

– Już idziesz? – zapytał, starając się ukryć ulgę. – Moglibyśmy zjeść razem kolację.

– Przecież nie chcesz – rzuciła.

– Może nie jestem najserdeczniejszym człowiekiem na świecie, ale mimo to…

Pokręciła głową pobłażliwie, uścisnęła jego dłoń i wyszła na korytarz.

– Udanego weekendu. Do zobaczenia w poniedziałek.

Tarski znów był sam.

Można było sądzić, że Karolina po prostu przyszła wziąć, co chciała, a potem znikła zadowolona. On jednak miał doświadczenie z kobietami i wiedział, że z nimi nigdy nic nie jest takie, na jakie wygląda. Wrócił zatem do salonu i przewinął film do momentu, w którym przerwał.

Zasnął bardzo szybko.

Kalina najpierw pracowała przy biurku, ale potem przeniosła się do łóżka, bo zrobiło jej się zimno. Okryła się szczelnie kołdrą i włączyła nocną lampkę, która dawała ciepłe światło. Do uszu włożyła słuchawki. Z głębi korytarza wciąż dobiegały śmiechy i odgłosy imprezy. Najprawdopodobniej grupa dawnych kolegów bawiła się teraz lepiej niż dwadzieścia lat wcześniej. Życie już dawno pozbawiło ich złudzeń, więc wiedzieli, że sens ma wyłącznie chwytanie chwili. Nawet jeśli ta chwila przeciąga się właśnie do drugiej w nocy.

Kalina się zaparła, że dokończy rozdział, choćby miała zasnąć dopiero nad ranem. Włączyła relaksacyjną muzykę i skupiła się na pracy.

Kinga weszła do domu, który nagle wydał jej się kompletnie obcy. Jakby nigdy tu nie mieszkała, jakby nie spędziła w nim ostatniej dekady, dbając o każdy kąt.

Nie, przygryzła wargę. Usunęła ten akapit i zaczęła od nowa.

Kinga kochała swój dom, ale teraz wydawał się jej obcy, wręcz zagrażający. Mimo że mieszkała w nim od lat i dbała o wszystkie kąty jak najczulsza matka, nie potrafiła się odnaleźć w tej przestrzeni. Pośród głuchej pustki. Odkąd zaginął Marek, ich dom przestał być bezpieczną ostoją. Nie lubiła do niego wracać, bo wszystko tutaj sprawiało jej ból, wywołując wspomnienie minionego szczęścia. Szczęścia, które prysło nagle, bez ostrzeżenia, 2 stycznia 2015 roku.

Pisała jak w transie. Dopiero po czwartej, kiedy zaczęły kleić się jej powieki, a palce zmarzły na dobre, uzmysłowiła sobie, że pasja, z jaką oddaje się zajęciu, wynika z ogromnej potrzeby zrealizowania tego, co sobie zaplanowała. Wiedziała, że zaśnie, dopiero gdy skończy rozdział piętnasty. Aż w końcu postawiła kropkę po ostatnim ustępie.

Nigdy nie były z siostrą zbyt blisko, więc kiedy Anna zadzwoniła do niej wieczorem z pytaniem, czy chciałaby przenieść się do niej na jakiś czas, Kinga była zdumiona. Jednak bez chwili wahania przyjęła propozycję. Miała zamiar spakować siebie i synka z samego rana. Będzie mogła wyrwać się z domu i przestać się zastanawiać, czy mąż usiądzie jeszcze kiedykolwiek obok niej na kanapie w salonie lub czy przeczyta którąkolwiek ze stosu niedawno kupionych książek. Owinęła się kocem, bo poczuła przejmujący chłód. To nie było zwykłe zimno. W stalowy uścisk pochwyciła ją samotność.

Kalina zamknęła komputer, wyjęła słuchawki z uszu. Na korytarzu było już cicho. O dach miarowo uderzały krople deszczu.

Rozdział 3

Już na schodach poczuła dobiegający z jadalni rozkoszny zapach jajecznicy na boczku. Ta pokrzepiająca woń cudownie mieszała się z aromatem świeżo zaparzonej kawy. Była prawie pewna, że gdyby odpowiednio wcześniej zaszyła się tutaj, dajmy na to na miesiąc, książka byłaby skończona już dawno. A przynajmniej takie przekonanie obudził w Kalinie posiłek, który zastała podany w formie bufetu na sporej wielkości dębowym stole.

Było tam wszystko, czego dusza zapragnie: naleśniki z wyborem domowych konfitur, przyrumieniony pasztet, twarożek ze szczypiorkiem, pasta jajeczna, swojskie wędliny, lekka drobiowa galaretka, sałatka owocowa i drożdżówki lśniące od lukru. Część z tych specjałów na pewno nie była szczególnie dietetyczna, ale z pewnością potrafiła podnieść na duchu i zapewnić miły początek dnia.

Kalina była bardzo głodna i nie zamierzała przejmować się w tym momencie obwodem bioder, z którym nie było wcale tak źle. A przynajmniej Wiktor zawsze komplementował jej figurę, twierdząc, że jest niezwykle kobieca i ponętna. Można było podejrzewać, że jest w nią po mężowsku zapatrzony, ale dopóki jego żona mieściła się swobodnie w rozmiar czterdzieści, uznawała, że wszystko jest w porządku.

Nałożyła sobie porcję jajecznicy, posypała szczypiorkiem i ukroiła kawałek bagietki. Zmierzała już w stronę pojedynczego stolika w rogu jadalni, kiedy podeszła do niej niska przysadzista pięćdziesięciolatka. Policzki kobiety zarumieniły się wyraźnie, przybierając kolor jej malinowego sweterka, na twarzy malowała się specyficzna mieszanka zaciekawienia, niepewności i zmieszania. Kalina miała pewność, że została rozpoznana.

– Pani Milewska, prawda? – zapytała blondynka.

– Nie da się ukryć. – Uśmiechnęła się nieco skrępowana Kalina.

– Rety! – Kobieta przyłożyła dłonie do policzków. – Uwielbiam pani książki!

– Bardzo miło mi to słyszeć, dziękuję. – Kalina poczuła, że głos więźnie jej w gardle.

Wciąż nie wiedziała, jak się zachować w takich sytuacjach, choć przecież wcale nie były rzadkie.

– Jaka szkoda, że nie mam akurat żadnej ze sobą! Przeczytałam wszystkie. Ostatnią, Mroczne podszepty, również. I powiem pani, że byłam pod wrażeniem.

– W takim razie jest pani w mniejszości.

Kobieta machnęła ręką.

– Pani Kalino, niezależnie od tego, co o tej książce wypisywali, ja zarwałam dwie noce. Dwie! – Pokazała na palcach. – Według mnie nic pani nie straciła z umiejętności utrzymania uwagi czytelnika. Bo tak pisali, prawda?

– Widzę, że trzyma pani rękę na pulsie. – Kalina mocniej ścisnęła talerz.

– Uwielbiam czytać, a książki trzymające w napięciu pochłaniam wręcz pasjami! Proszę powiedzieć, pracuje pani nad czymś nowym?

 

Kalina spojrzała na jajecznicę i pomyślała, że nie przepada za zimną.

– Tak, pracuję. Może się pani do mnie przysiądzie? – zaproponowała, wskazując na stolik.

– O nie, nie będę zakłócać pani spokoju. Pomyślałam tylko, że może… Mimo że nie mam przy sobie książki, dałaby mi pani autograf?

Kalina uśmiechnęła się uprzejmie.

– Jasne.

– Wspaniale! – Ucieszyła się kobieta. – Zaraz pójdę po kartkę. Nie będzie się pani przecież podpisywać na serwetce – zachichotała, po czym spoważniała natychmiast. – Przepraszam, że się nie przedstawiłam. Bożena Jaworska. – Wyciągnęła rękę. – Zaraz wracam – oświadczyła, po czym opuściła jadalnię.

A Kalina wreszcie zasiadła do posiłku. Odkąd kilka lat temu zaczęła pojawiać się w mediach, zaczęła być rozpoznawalna. Często mówiono o jej książkach, zapraszano ją do programów śniadaniowych, gdzie zdarzało się jej bywać ekspertem w nierzadko dość zaskakujących dziedzinach. Choć ona, gdy już pojawiała się w telewizji, pragnęła mówić wyłącznie o literaturze. Nie wszyscy dziennikarze to rozumieli.

Kiedy zaczęto prosić ją o autografy, była szalenie zaskoczona. Ostatecznie, w jej pojęciu, ona tylko pisała książki. Siedziała w pokoju, przy biurku lub na kanapie, i tłukła w klawiaturę. Nic w tym spektakularnego, nic na miarę penicyliny. Ale inni najwyraźniej uważali inaczej, o czym można było przekonać się choćby tutaj, w kameralnym pensjonacie ukrytym na krańcu maleńkiej wioski. Choć początkowo łechtało to próżność Kaliny, z czasem stało się męczące. Okazało się, że nie wszyscy rozumieją, że autorka zwyczajnie ma ochotę zjeść w spokoju rodzinny obiad w restauracji czy zrobić zakupy. Nie czuje się też „tą od Pustych obietnic”, jak czasem określano ją w panicznej próbie przypomnienia sobie jej nazwiska. Może powinnam być zadowolona, że tytuł mojego największego bestsellera utkwił w ludzkiej pamięci bardziej niż ono?, zadumała się, popijając kawę.

Z biegiem czasu, kiedy sukces przestał być nowością, a stał się codziennością, czasem irytującą i nudnawą, w Kalinie zaczęło coś przygasać. Jak płomień, wypalało się, malało i cichło, a ona nie miała pojęcia, co zrobić, by iskra rozgorzała ponownie. I nie chodziło o ekscytację, którą powodowało zainteresowanie mediów, ale o to, że dopalał się w niej żar życia, łapczywość, ciekawość tego, co za zakrętem. Nie czuła już wibracji w żołądku, kiedy zabierała się do kolejnej powieści. Może to jest normalne? Może taka jest kolej rzeczy?, zastanawiała się nieraz.

– Jest ci po prostu za dobrze – stwierdzał Wiktor, kiedy próbowała mu tłumaczyć, co czuje.

Wtedy wiedziała, że jej nie rozumie.

To było coś innego. Kalina doceniała to, co ma. Brakowało jej jednak czegoś nieokreślonego, więc podjęła poszukiwania. Jak się okazało, to, co znalazła, nie było tym, czego szukała.

– Mam, proszę! – Na stoliku pojawił się niewielki notesik. – A czy wie pani, że podobno bywa tutaj także Grzegorz Chalicki?

– Tak, wiem.

– To niesamowite! Może i jego kiedyś spotkam? Na pewno będzie to dodatkowy powód, aby kiedyś tu wrócić.

Kalina uśmiechnęła się zdawkowo.

– Dla Bożeny, tak?

– Uhm – przytaknęła blondynka.

Jej oczy rozjaśniła najczystsza radość.

Kalina zapatrzyła się w jej spojrzenie, roziskrzone i ożywione. Właśnie tego szukam, tego chcę, zdała sobie sprawę, sięgając po długopis, który podała jej wierna czytelniczka.

Dzwon z nieodległego kościoła właśnie wybijał dwunastą.

Maciej otworzył oczy, a w jego głowie pojawiły się jednocześnie dwie myśli. Pierwsza – dlaczego, u licha, kupując mieszkanie, nie wziął pod uwagę niedogodności płynących z sąsiedztwa dzwonnicy, druga – jak to możliwe, że spał aż tak długo. Nie miał w zwyczaju wylegiwać się w łóżku. Sen miał płytki i czujny, więc taki incydent jak ten zdarzył mu się jakiś trzeci raz w życiu.

Wstał zadowolony, z poczuciem wolności. Mógł teraz swobodnie przeciągać się w pościeli, podczas gdy jego koledzy tkwili w wydawnictwie od kilku dobrych godzin. I niezależnie od stopnia osobistego zamiłowania do literatury, każdy najpewniej odliczał czas do końca dnia pracy.

Wyśmienity humor utrzymałby się znacznie dłużej, gdyby Maciej nie poszedł do kuchni, nie zajrzał do szafki i nie przypomniał sobie, że jego ukochana filiżanka już nie istnieje. Gapił się przez chwilę na puste miejsce na drugiej półce, gdzie zazwyczaj stała, po czym otrząsnął się i wyjął inną, w niezbyt męskie groszki, którą uwielbiała jego była żona. Mimo to nie zabrała jej, kiedy się rozstawali, jakby chciała pozostawić za sobą wszystko, co kojarzyło się jej z dawnym życiem.

Zaparzył kawę, a potem zjadł śniadanie, umył się i zaległ w piżamie na kanapie w dużym pokoju. Przeglądał internet, jednym okiem śledząc kanał informacyjny. Z każdą kolejną wiadomością przekonywał się, że roztropniej zrobiłby, nie interesując się wieściami z kraju i ze świata. Zazwyczaj nie było w nich nic pokrzepiającego, dzisiaj również. Po prostu kolejny dzień rozdawania stołków niekoniecznie kompetentnym działaczom partii, która wygrała ostatnie wybory. Doniesienia z zagranicy okazały się jeszcze bardziej destrukcyjne: bezlitosny huragan Estelle nadciągał nad Bahamy i wyglądało na to, że zagraża wschodniemu wybrzeżu Stanów Zjednoczonych.

Postanowił zamienić spodnie od piżamy na brązowe sztruksy dopiero około czwartej, ale tylko dlatego, że głód dawał mu się już mocno we znaki i Maciej musiał wyskoczyć do osiedlowego sklepiku po kilka produktów na obiad. Nie czuł się pewnie w kuchni, ale kilka trików miał opanowanych: potrafił przyprawić udka z kurczaka, wrzucić je do piekarnika i podać z ugotowanymi ziemniakami i mieszanką sałat. Nie była to żadna wirtuozeria, ale przyjemnie wypełniała żołądek.

Kiedy z siatką w dłoni wychodził do sklepu, zadzwonił Robert, jedyny człowiek na świecie, którego mógł nazwać prawdziwym przyjacielem. Z pytaniem, czy mógłby wpaść wieczorem na piwo. Mimo że Tarski nie planował weekendu w towarzystwie, ludzie najwyraźniej do niego lgnęli, co akurat w przypadku Roberta mu nie przeszkadzało. Stary kumpel był jak ulubione spodnie, wygodne, komfortowe i dające uczucie swobody.

Roberta Jackowskiego Maciej poznał tuż po obronie pracy magisterskiej na polonistyce, gdy wpadli na siebie w klubie jazzowym. Zagadali się, uważając zgodnie, że muzycy zespołu, który koncertował tamtego wieczoru, nieco zapędzili się w improwizacjach.

– Brzmią jak stado kotów w marcu – zauważył Robert, popijając piwo.

– Lepiej bym tego nie określił – przytaknął Maciej.

Właśnie od tamtej wymiany zdań rozpoczęła się ich wieloletnia znajomość, którą Tarski bardzo sobie cenił. Dlatego do listy zakupów dodał piwo, chipsy i śledzie. Nie wiedział wprawdzie, co przyjaciel widzi w tych ostatnich, ale za porcję marynowanych ryb z cebulką gotów był zaprzedać duszę. Maciej rzucał czasem niezbyt delikatne uwagi, że po śledziach najzwyczajniej śmierdzi przyjacielowi z paszczy, ale wytrzymywałby ten smród nawet codziennie, jeśli byłby on w pakiecie z Robertem.

Wyszedł na dwór i zauważył, że wreszcie przestało padać. Pomyślał o Kalinie. Miał nadzieję, że robi to, co do niej należy.

Kalina wysiadywała kolejną godzinę przy biurku, czerpiąc satysfakcję z budującego uczucia, że robi to, co do niej należy. Od śniadania zrobiła sobie zaledwie dwie przerwy.

Pierwszą na telefon do domu.

Julka nie wydawała się już specjalnie zmartwiona faktem, że została sama z ojcem, zwłaszcza że Wiktor upiekł wczoraj na kolację gofry i wprost utopił je w syropie klonowym. Obiecał też córce, że po szkole pojadą po nowe adidasy, których Julka miała w nadmiarze, ale nowa jesienna kolekcja, jak się wyraziła, „rozpierniczała system”. Kalina nie raz i nie dwa zwracała jej uwagę, żeby nie używała tego dziwacznego określenia, ale jej dziecko utrzymywało, że teraz tak właśnie mówi młodzież, a matka wiedziałaby o tym, gdyby była tym nieco bardziej zainteresowana. Kalina zastanawiała się, czy to już ten moment, w którym jej ukochana córeczka zaczyna ją postrzegać jako zramolałego piernika bez pojęcia, choć doskonale pamiętała, że obiecywała sobie, że nigdy się takim nie stanie. Widać to niezależne od woli, westchnęła w duchu.