BieszczadyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bieszczady
Bieszczady
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,30  52,24 
Bieszczady
Bieszczady
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Adrian Markowski, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Ilustracja na okładce

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcia na wkładkach

© Anna Kubiak

© Adam Andreasik

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-732-6

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

WSTĘP

Kiedy we wczesnych latach pięćdziesiątych w Bieszczadach pojawili się pierwsi turyści, nikt jeszcze nawet nie śnił, że staną się one krainą, do której będą zdążać z przyspieszonym biciem serca tysięczne rzesze. Pierwsze szlaki przecierali studenci, geodeci, leśnicy. Zapuszczali się w ziejące pustką doliny spalonych wsi, wędrowali od połoniny do połoniny i próbowali wyobrazić sobie tutejsze dawne życie. Przedzierali się przez chaszcze i potoki, natrafiali na pozostałości przedwojennych gospodarstw, smakowali jabłka z niczyich sadów. Niekiedy ktoś pstryknął zdjęcie, zatrzymując w kadrze czas, ale znacznie częściej jedynie zmysłami zapamiętał konkretne wzniesienie, cienisty jar, wielobarwną łąkę: zapach traw, ożywczą moc źródlanej wody, cichy dźwięk wydany przez przyrodę.

Taki był początek i to wtedy po raz pierwszy czyjeś usta wypowiedziały aktualne do dzisiaj słowa, że kto raz ujrzał Bieszczady, będzie do nich wracał już zawsze. Jeśli nie fizycznie, to chociaż myślą lub w owych snach, które spływają na wszystkich dotkniętych niezwykłością odkrywanych po wojnie pogranicznych gór. Bo wcześniej, owszem, też po nich wędrowano, ale bardziej na wschodzie, na terenie obecnej Ukrainy. Wąska gardziel dzisiejszych polskich Bieszczadów do akcji „Wisła” była turystyczną białą plamą, znaną jedynie największym miłośnikom pieszych eskapad, którzy zapuszczali się w ten zabiedzony, choć mocno ludny obszar. Wieloetniczny, wieloreligijny, intrygujący dla etnografów, ważny dla przedsiębiorców naftowych i drzewnych, ale nie dla turystów. Wprawdzie zdobywali oni niektóre szczyty, po wojnie „wspaniałomyślnie” pozostawione Polsce przez Stalina, ale wychodzili na nie od strony wschodniej, od Beniowej i Sianek. Leżące u podnóża połonin Wetlina, Ustrzyki Górne i Wołosate pozostawały jedynie miejscami do gospodarowania – uprawy ziemi, wypasów bydła i owiec na rozległych wysokich przestrzeniach. I takimi pozostały aż do lat pięćdziesiątych.

Adrian Markowski, autor tej książki, miłośnik Bieszczadów, przez wiele lat poznający ich tajemnice, pisze na stronie tytułowej, że jest to propozycja dla tych, którzy lubią chodzić własnymi drogami. Nieważne, czy pierwszy, czy może już kolejny raz. Zwraca uwagę, że Bieszczady to taki zakątek, w którym ilekroć człowiek jest, tylekroć odkrywa coś nowego, zaskakującego. Mają one w sobie nieustającą tajemnicę i chcą się nią dzielić, pod warunkiem jednak, że piechur jest cierpliwy, umie dostrzegać mało znaczące na pozór detale oraz czytać z nich zawiłą historię. Te góry nie są skąpe, ale nie obdarowują każdego bezkrytycznie, po równo. Dawkują własną miarą minione i obecne, hołubiąc zwłaszcza wędrowców nienapastliwych, skorych do pokory. Takich, którzy potrafią z naturą rozmawiać i wiedzą, kiedy milczeć.

Za każdym wyjściem, mówi nam autor, zdaje mu się, że idzie inną leśną przecinką, innym płajem, wzdłuż innego potoku, chociaż są to te same trakty, którymi zdążał do celu (albo bez celu) już po wielekroć. W tym przejawia się niezwykłość Bieszczadów – jako nigdy w pełni niepoznanych. Ale też trudno wskazać w Polsce inne miejsca tak silnie naznaczone tragicznymi wydarzeniami. Żeby w to wniknąć, nie wystarczy przez nie przejść; trzeba się jeszcze zatrzymać, przetrawić każdy krok, napotkaną przeszkodę, a potem zobaczyć oczami wyobraźni całą skomplikowaną przeszłość. Tym bardziej że nie jest oderwana od teraźniejszości, lecz wpływa na nią tak, jak koło zębate porusza dobrze naoliwionym mechanizmem. Historia staje się kluczem do tu i teraz, który otwiera przed przybyszami zamknięte na pierwszy rzut oka drzwi.

Są to drzwi do poznania Bieszczadów we wszystkich wymiarach. Adrian Markowski subtelnie i sugestywnie prowadzi czytelnika drogami i bezdrożami. Niczego nie narzuca, lecz jedynie wskazuje – korzystając z własnych długoletnich doświadczeń – jak wielkie bogactwo materii i metafizyki tkwi w tym niewielkim skrawku Polski. Mawia się, że Bieszczady są magiczne. Ten wyświechtany już nieco zwrot, a nawet irytujący, sprawia, że tysięczne zastępy szukają w pogranicznych górach wyjątkowych doznań. Chcą się nimi nasycić i czerpać z nich niby ze skarbca mikroświata. Owa magia – czymkolwiek jest – może być dostępna jedynie dla tych, którzy nie chodzą po Bieszczadach po to, by je zaliczyć (bo tak wypada), lecz by się z nimi zaprzyjaźnić, a czasami wziąć za bary. Bo przecież nie jest tak, że połoniny, leśne gąszcze, wąwozy i puste przestrzenie są zawsze łatwo osiągalne. Wciąż – mimo gęstej sieci asfaltowych dróg, wciskającej się wszędzie zabudowy, całej tej dobrze i źle pojętej nowoczesności – stawiają turystom wymagania. Kuszą niezaprzeczalnym pięknem, wciągają, głaszczą, by w jednej chwili zmienić się w groźny, nieobliczalny żywioł. Jakby chciały pokazać, że mimo średnich wysokości, tak często przez wielu lekceważonych, są dla człowieka wielkie – w każdym tego słowa znaczeniu. A czasami zbyt wielkie, by je pojąć i tę wiedzę przekuć w trwałą wartość.

Autor książki – na poły przewodnika, na poły reportażu – zaprasza odbiorcę na trasy bardziej i mniej znane, a ponadto proponuje wycieczkę w głąb siebie, rzecz jasna, w porozumieniu z przyrodą. Pokazuje, że każdy, jeśli tylko zechce, może przeżyć na tych rubieżach niezwyk­łą przygodę, podobną do tej, którą przeżywali powojenni pionierzy. Ci, którzy spali pod dziurawymi namiotami, targali na ramionach niemiłosiernie ciężkie plecaki, żywili się jedną konserwą na czterech.

Od tamtej pory dużo się zmieniło. Bieszczady nie są dalekie i zupełnie dzikie, lecz szczęśliwie istnieją jeszcze w ich obrębie enklawy, w których więcej zwierza niż ludzi, a cisza wypiera hałas. Były i pozostają wyzwaniem dla twardzieli, azylem dla samotników, natchnieniem dla poetów. Jedni w tych górach się zatracili, inni po długiej życiowej podróży odnaleźli, następcy zaś odważnie kroczą po ścieżkach poprzedników.

Jest prawda w powiedzeniu, że Bieszczady można pokochać lub je znienawidzić. Ale nie da się być wobec nich obojętnym.

Krzysztof Potaczała

KILKA SŁÓW PRZED PODRÓŻĄ

Wędrówka to nie tylko zmiana miejsca. Wędrówka to przeżycie. A przeżycia nie można znaleźć w górskim krajobrazie ani w szumie morza. Można je odkryć tylko w sobie. Mało kto potrafi na pierwszy rzut oka odróżnić drogocenny kamień od szkiełka. Jednak na pewno nie znasz nikogo, kto opowiadałby z przejęciem o emocjach towarzyszących oglądaniu kawałków kolorowego szkła. A przecież nieprzebrane tłumy wpatrują się z zapartym tchem w klejnoty zgromadzone w galeriach całego świata.

Trzeba wiedzieć, na co się patrzy. Różnica nie leży po stronie przedmiotu, ale patrzącego. To on wydobywa emocje z obrazu, który ma przed oczami, albo przechodzi obojętnie obok skarbów, mając je za śmieci. Nie widok miejsc wzrusza nas albo budzi grozę, ale świadomość zdarzeń, które się w nich rozegrały.

Nie inaczej jest z Bieszczadami. Można przyjechać tu, żeby odpocząć, przejść w ciągu kilku dni najpiękniejsze górskie szlaki. Ale co potem? Pozornie nie ma tu przecież niczego poza górami, a i one ani bardzo wysokie, ani rozległe.

Tak to wygląda, gdy sądzić po pozorach, ale jeśli ktoś tylko ma odrobinę ciekawości, jeśli nie chce wyłącznie odetchnąć, ale poznać Bieszczady, przeżyć je, na pewno się nie rozczaruje. Będzie do nich wracać rok po roku, odkrywać wciąż na nowo, wydeptując wiele razy te same ścieżki, będzie coraz więcej wiedzieć i widzieć (właśnie w tej kolejności). A także dostrzegać rzeczy, których nie ma, bo takich w Bieszczadach jest najwięcej. I każde miejsce stanie się w końcu jego własnym.

Twoja opowieść o Bieszczadach nie zacznie się pisać od razu. Zedrzesz niejedne buty, zanim splotą się wątki, punkty na mapie połączą się w całość. Bo opowieści o Bieszczadach nie wyczytasz z przewodnika. Trzeba ją samemu wydeptać, wypatrzyć, wysłuchać. Tylko wtedy będzie twoja. A twoja być musi, bo inaczej zobaczysz tylko to, co chcesz zobaczyć, i nie odkryjesz niczego.

Bieszczady, tak jak człowiek, dla każdego są inne, każdemu pokazują inną twarz. Jednych przyciągają tu góry, te ani bardzo wysokie, ani rozległe, ale dla wielu tak wyjątkowe, że są im wierni od dziesięcioleci. Innych przywabia cudna bieszczadzka baśń, słowa Jerzego Harasymowicza, Wojciecha Bellona, Adama Ziemianina, a przede wszystkim piosenki, „kraina łagodności” zamieszkiwana przez anioły. Jeszcze inni czytali o bieszczadzkich legendach, kowbojach z polskiego Dzikiego Zachodu, o których lepiej nie wypytywać miejscowych, bo w najlepszym razie pokręcą z niedowierzaniem głową. Pionierów, którzy już za życia stali się legendą, można zliczyć na palcach jednej ręki, a i tak podążać ich śladami nie sposób. Zresztą idzie przecież o to, by swoją własną ścieżkę wydeptywać, nie czyjąś inną.

I wreszcie ci ostatni, co przyjechali w Bieszczady raz, drugi, trzeci i dostrzegli, że te góry coraz bardziej są ich własne, że splatają się tu wątki, fabuła składa w całość, że sam się latopis pisze. Niejedną własną ścieżkę przedeptali, niejedną przeszli za innymi, a zawsze im mało i nawet jak setny raz na tej samej połoninie staną, i tak co innego zobaczą niż wcześniej. Tacy, co każde spotkanie z człowiekiem w górach obchodzą jak święto, a w każdym kamieniu widzą początek nowego szlaku, nie wiadomo dokąd. Bieszczadzka ścieżka jest dla nich tym, czym był Wyraj dla powieściowych leśnych ludzi.

 

Ta książka pomoże ci stawiać kroki na takiej właśnie ścieżce.

DROGA


Wszystko zaczyna się od drogi. W Bieszczadach zawsze od jednej i tej samej, nazwanej kiedyś dumnie wielką obwodnicą bieszczadzką. Jadąc z północy, najczęściej wpada się na nią w Lesku, by zdążając dalej ku południowi przez Baligród, szybko dotrzeć do tego jej odcinka, który leży w samym sercu Bieszczadów Wysokich. Ale wielkiej obwodnicy trzymać się wcale nie trzeba. Niedaleko za Leskiem, w Hoczwi, można od razu odbić na małą obwodnicę (bo jest tutaj i taka), biegnącą zachodnim brzegiem Zalewu Solińskiego, i malowniczą trasą, która wije się nad Solinką, dojechać do tej samej południowej części wielkiej obwodnicy, łączącej Cisną z Wetliną i z Ustrzykami Górnymi. Pożytek z tego drugiego wyboru jest taki, że można popatrzeć z całkiem niedużej odległości na wody zalewu i przejechać się najpiękniejszą chyba w całych Bieszczadach drogą, na której zakrętów i mostków nie sposób zliczyć.

Wśród budowniczych bieszczadzkich obwodnic byli żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – słynnego KBW, który poza tym jednym wyjątkiem w historii zapisał się, mówiąc najoględniej, nieszczególnie. Do niedawna tu i tam można było zobaczyć przy drodze podniszczone tablice, które przypominały o trudzie polskich enkawudzistów. Usunięto je, wywołując u jednych westchnienie ulgi, u drugich zgrzytanie zębami, bo widzieli w nich nie złowrogą pamiątkę poprzedniej epoki, ale świadectwo historii. Kto ma rację, nie będę próbował roztrząsać. Rozebrany kilka lat temu słynny pomnik Karola Świerczewskiego w Jabłonkach (przy wielkiej obwodnicy, a jakże!) również nie wszystkich jednakowo kłuł w oczy, a byli i tacy, którzy w każdą rocznicę śmierci generała składali pod nim kwiaty, co czasami kończyło się awanturą.

Pomnika nie ma, awantur też więcej nie będzie (chociaż kwiaty wciąż pojawiają się w miejscu, gdzie straszył), a prawda jest taka, że dla historii tej ziemi tak naprawdę Świerczewski wcale się nie liczy, tylko jego śmierć w Jabłonkach, która odcis­nęła na Bieszczadach tragiczne, do dziś widoczne piętno.

I tak to jest, tylko na drogę wjedziesz, a już zza zakrętu nowy wątek się wychyla.

Na wielką obwodnicę wraca się w Dołżycy. A potem Krzywe, Przysłup, Strzebowiska, Kalnica – i już jesteśmy pod połoninami. Od wsi Smerek przez Wetlinę, Brzegi Górne, Ustrzyki Górne aż do Wołosatego od drogi odchodzą jak gałązki od świerkowego pnia najpiękniejsze bieszczadzkie szlaki. Po lewej – na Połoninę Wetlińską i Caryńską, a potem na Szeroki Wierch i najwyższą w tych górach Tarnicę; po prawej – na niemal w całości zalesioną część pasma granicznego, a wreszcie na Małą i Wielką Rawkę oraz Kremenaros. Jadąc z zachodu przez Komańczę, na wielką obwodnicę wjedziemy już w Cisnej (czyli tuż przed Dołżycą) i od razu znajdziemy się w sercu gór.

Wymieniałem nazwy wszystkich wsi po drodze jednym tchem, ale szło wyłącznie o kolejność. Od Dołżycy po Wołosate możemy zobaczyć cały przekrój wielkości bieszczadzkich osiedli, od wsi widm aż po prawdziwą metropolię z kilkoma sklepami spożywczymi i miejscami, gdzie można zjeść. Gdyby skręcić w Dołżycy w prawo, trafilibyśmy do Cisnej, a tam na dodatek znaleźlibyśmy jeszcze sklep przemysłowy i punkt apteczny. Od najbliższych miast – Leska i Ustrzyk Dolnych – dzieli nas pięćdziesiąt kilometrów, a wszystko na południe od nich rozgrywa się właśnie w tej bardzo małej, a najczęściej w ogóle najmniejszej skali.

I znów, chcąc nie chcąc, trzeba wrócić do pierwszych lat powojennych. Najlepiej zamyślić się nad nimi w Brzegach Górnych, bo właśnie tam historia najbardziej dopomina się, żeby ją opowiedzieć.

Dziś Brzegi Górne to wieś upiór, punkt na mapie w miejscu, gdzie wielka obwodnica spotyka się z drogą prowadzącą wzdłuż ukraińskiej granicy ku Ustrzykom Dolnym. Parking, punkt biletowo-kasowy Bieszczadzkiego Parku Narodowego, dwa szlaki, z których jeden prowadzi na Wetlińską, drugi na Caryńską. To wszystko.

A przecież przedwojenna wieś Berehy Górne ciągnęła się kilometrami. Stało tu więcej niż sto chałup, mieszkało z górą pół tysiąca ludzi. Były pola uprawne, łąki, stada czerwonego bydła, kuźnia, młyn, karczma, cerkiew pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła, dwór z folwarkiem. Wieś pełną gębą! – po której pozostał cmentarzyk przy szlaku na Caryńską. Właściwie mogłaby stać tutaj tabliczka: „Brzegi Górne. Wieś, której nie ma. Witamy w Bieszczadach!”.

Bo Brzegi Górne to żaden wyjątek. Każda wieś, od Dołżycy po Wołosate, przez długie powojenne lata była widmem bez jednego nawet mieszkańca, a czego wojsko (najczęściej polskie, ludowe) nie puściło z dymem, samo próchniało, rozpadało się i porastało chwastem. Rozległe łąki i pola szybko pochłaniał las. Znikał krajobraz kształtowany ludzką ręką przez całe wieki.

W Wetlinie, dzisiejszej stolicy Bieszczadów Wysokich, jeszcze długo po wojnie siedzieli tylko żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza, tak samo jak w Ustrzykach Górnych. Biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców, zabudowań, przed wojną Ustrzyki Górne przypominały wielkością Berehy, a Wetlina była od nich niemal dwukrotnie większa. Podobnie dwukrotnie większe od Berehów było Wołosate, któremu dziś zdecydowanie bliżej do wsi widma niż do Wetliny.

Bieszczady to nie Warszawa. W stolicy rodowity warszawiak nie poznaje czasami otoczenia, bo wczoraj nie było, dziś stoi, wczoraj niskie, dziś cały widok zasłania. W dzisiejszej Warszawie przeszłości nie bardzo już widać, a na pewno nie na pierwszy rzut oka. Od lat całe wątki i fabuły znikają po prostu z dnia na dzień, ustępując pod naporem nowego, które wpisuje w tkankę miasta własną historię. W Bieszczadach cień rzucony w pewien marcowy poranek pod Jabłonkami straszy do dziś niby upiór. Spotyka się z nim każdy, kto tu przyjeżdża, najczęściej wcale nie mając o tym pojęcia. Trzeba wiedzieć, gdzie patrzeć. A przecież cała społeczność wraz z dorobkiem pokoleń, które pracowały na tej ziemi od stuleci, jakby się zapadła pod ziemię!

Dzisiaj rusińskiej mowy w Bieszczadach jak na lekarstwo. Przed wojną niewiele było polskiej, bo żyła tu społeczność w przytłaczającej większości rusińska i tylko odrobinę polska i żydowska. Wszystko się zmieniło i pól uprawnych dziś przy drodze nie zobaczysz, tak samo jak ludzi pracujących na roli. I nawet góry nie zostały te same, bo po tamtych mało kto chodził dla zabawy. Były w ówczesnej Polsce o wiele lepsze miejsca dla tych lubiących górskie wycieczki – te, na które możemy sobie dziś rzucić okiem, patrząc z Tarnicy w kierunku wschodnim.

Wiem, że szkicuję obraz bardzo grubą kreską, ale do każdej z trąconych tu spraw przyjdzie jeszcze wrócić, i to nie raz. Zaznaczam tylko na naszej mapie punkty, gdzie materia teraźniejszości rozchodzi się, a przez rozdarcie, ledwie uchwycone nitką, można – i trzeba – zajrzeć pod spód.

W Ustrzykach Górnych wielka obwodnica skręca na północ i między Zalewem Solińskim a granicą zmierza wprost ku Ustrzykom Dolnym. I zaraz zaczyna się inny wątek, bo gdy tylko droga odbije od Sanu, wjeżdżamy w świat porzeźbiony przez całkiem odrębną opowieść. Od rzeki, która odsuwa się teraz coraz bardziej na zachód, aż po Ustrzyki Dolne – cały ten szmat ziemi jeszcze przez ponad sześć lat po wojnie leżał po drugiej stronie granicy. Dwa razy przechodził z rąk do rąk. A kolejne wędrówki ludów spowodowane były tym razem nie przez wystrzelone na oślep pod Jabłonkami pociski, lecz przez pociągnięcia ołówka.

Wciąż okrążamy Zalew Soliński, którego – gdyby nie zmiana granic i wymiana przygranicznych terenów z sowiecką Ukrainą – w ogóle by nie było. Jeśli nałoży się na dzisiejsze mapy granicę sprzed polsko-sowieckiego machniom!, dzieliłaby na pół jezioro i zaporę. Pożytek ze słynnej korekty jest więc taki, że kiedy wda się we znaki upał, można wyskoczyć nad Solinę i odpocząć nad wodą (byle z dala od tłumnie odwiedzanych okolic). Można też powłóczyć się po dziczy, której mimo ludzkiej zawziętości nad zalewem jeszcze odrobinę na szczęście zostało.

Odbiwszy od Ustrzyk Dolnych na zachód, znów dojedziemy do Leska i w ten sposób zatoczymy koło. Można też skręcić nad zalew i ponownie znaleźć się na małej obwodnicy.

I tak mniej więcej będzie wyglądać nasza mapa, opisująca bieszczadzkie drogi i ścieżki, po których wędrują myśli.

KTO PIERWSZY CHODZIŁ PO POŁONINACH


Na Rawki najlepiej wchodzi się od Ustrzyk Górnych. Można i od Wyżniańskiej, ale wcale nie zawsze najkrótsza droga jest najlepsza. Prawie od razu szlak zaczyna piąć się ostro pod górę i tak już będzie do samego końca. Dopiero na Małej Rawce można złapać oddech. Jak dobrze przygrzeje, pot leje się strumieniami.

Można i od Wetliny przez jagodowiska Działu albo całkiem okrężną drogą, pasmem granicznym, ale wtedy trzeba zacząć od Jawornika, a to niewiele lepsze od Wyżniańskiej. A potem jeszcze długa, długa droga aż po Kremenaros, z którego trzeba zejść i wspiąć się na Wielką Rawkę.

Kiedyś, dawno temu, wybraliśmy się z Anią na Jawornik popołudniem na rozgrzewkę i tak dostaliśmy w kość, że później zawsze zastanawialiśmy się nad rozgrzewką dwa razy. Szlak krótki, ale stromy, i po deszczu robi się naprawdę niemiło. Nie wiem, czy gdzieś jeszcze jest tak jedwabiście śliskie błoto jak w Bieszczadach.

Wchodziliśmy na Rawki od Górnych, niespiesznie stawiając każdy krok. W lesie przyjemny cień i dopiero kiedy wyszliśmy na grzbiet, upał zaczął dawać się we znaki. Tylko mnie, bo dla Ani im słońce bardziej przypieka, tym lepiej, i kiedy ja rozpaczliwie rozglądam się za cieniem, ona z uśmiechem wystawia ku niebu swoje piegi.

Minęliśmy szpecący górę słynny słup, pozostałość po wieży postawionej jeszcze przez austriackich geodetów, odpoczęliśmy trochę na szczycie i zeszliśmy na Małą Rawkę z myślą, by wracać Działem do Wetliny.

„Trochę odpocząć” w tych górach znaczy coś innego niż gdzie indziej. Nie chodzi tylko o to, żeby napić się wody, herbaty z cytryną, zjeść zapobieg­liwie wziętą ze sobą kanapkę. Siadasz na ławce albo obok ścieżki i patrzysz. Woda, herbata, kanapka zupełnie w tym nie przeszkadzają. Patrzysz i chłoniesz przestrzeń między ziemią a niebem, między leżącą po drugiej stronie przełęczy Caryńską a chmurami. Można tak siedzieć godzinę, dwie albo dłużej, położyć się, nawet przespać. Nikogo to nie zdziwi. Zresztą mało co dziwi tu kogokolwiek. Ja sam raz może popadłem w zadumę, gdy na trawie pod Bukowym zobaczyłem kobietę z całą kolekcją pluszowych misiów ułożonych na małym kocyku i otulonych dzierganymi na szydełku kołderkami. „Co? – zapytała Ania, jakby moje spojrzenie świadczyło o kompletnej ignorancji. – Każdy potrzebuje pluszowego misia. Tylko nie każdy o tym wie”. Mówiąc szczerze, rzeczywiście należę chyba do tych, co nie wiedzą, ale pluszowe misie na Bukowym pamiętam do dziś, bo czegoś równie ujmującego nie widziałem nigdy wcześniej ani potem.

Tutaj nie chodzi się po górach na wynik, długość trasy, na czas. Tutaj idzie się po jakość, po to, by góry jak najpełniej przeżyć.

Za Małą Rawką zatrzymał mnie osobliwy widok. W upale, który można by kroić nożem, dwóch mężczyzn z uporem orało ścieżkę za pomocą geologicznych młotków. Młotek geologiczny swoje waży. Wejść z tym na górę to już ciężka pokuta, ale żeby ryć ścieżkę na tym słońcu? Przez chwilę zastanawiałem się nad katalogiem przestępstw zasługujących na tak surowy wyrok, ale w końcu po prostu zapytałem, czym też geolog musi się zasłużyć, żeby młotkować w pocie czoła połoninę. „Archeolog – usłyszałem w odpowiedzi – nie geolog”. Archeolog? A to zupełnie inna rozmowa! Przysiadłem obok i nadstawiłem ucha, bo przecież sam kiedyś chciałem uprawiać tę zacną profesję i chociaż nic z tego nie wyszło, do dziś z uwagą patrzę pod nogi i z nawyku zaglądam w każdy wykop w ziemi.

I tak zaczęliśmy gadać na ścieżce pod Małą Rawką. Imion ani nazwisk nie podali, ale kilka lat później domyśliłem się ich bez trudu, bo przecież nie każdy archeolog ryje w Bieszczadach Wysokich. Czego może tu szukać? Prawdę mówiąc, nie ma tego za wiele i tym bardziej wypada chylić czoło przed tymi, co się uparli.

Może niełatwo w to uwierzyć, ale jeszcze do niedawna pradzieje Bieszczadów Wysokich były dla archeologów zagadką, a o obecności człowieka tutaj opowiadały tylko zmiany szaty roślinnej, które można odczytać, badając skład pyłków w liczących tysiące lat osadach torfowisk. Dłubanie w ziemi po wsiach i na połoninach zaczęło się ledwie kilka lat temu.

 

Właśnie dzięki tej dłubaninie wiemy, że pierwsi pasterze pojawili się w tych górach mniej więcej trzy tysiące lat przed Chrystusem. Należeli zapewne do przedstawicieli kultury pucharów lejkowatych, tej, która pozostawiła po sobie słynną kopalnię krzemienia pasiastego w Krzemionkach Opatowskich.

Kultura archeologiczna to pojęcie złudne. Można by sobie zaraz wyobrazić, że za groźnie brzmiącą nazwą kryje się coś więcej niż tylko ścisły opis znalezisk, w tym lepionej ręcznie charakterystycznej ceramiki. Nic bardziej mylnego. O naszych pradziejach wiemy tylko tyle, ile wyjawi ziemia, poza tym jesteśmy zupełnie bezradni. Ożywić obraz można jedynie za pomocą wyobraźni, która rozbudzi emocje, ale nie odpowie na żadne pytania.

Kiedyś podczas rozmowy z wybitnym archeologiem profesorem Andrzejem Kokowskim snuliśmy żartobliwe rozważania, co też za kilka tysięcy lat powiedzą o nas archeolodzy, jeśli wszystkie źródła pisane rozsypią się w proch. Może dojdą do wniosku, że kulturę wypalanej cegły, po której zostały pochówki szkieletowe, wypierała z miast ludność kultury wielkiej płyty, dla odmiany preferująca kremację? Czemu nie? I tak to jest z archeologicznymi kulturami.

Wszystko wskazuje na to, że ani pucharowcy, ani ich następcy, reprezentujący kulturę ceramiki sznurowej, w Bieszczadach Wysokich nie mieszkali na stałe. Obozowali tu tylko, wypasali bydło, zostawiając niekiedy ślady, które można dziś wygrzebać z ziemi. Najczęściej są to kamienie, w których tylko wprawne oko archeologa dostrzeże pozostałość po obróbce narzędzi. Rzadziej samo narzędzie, takie jak znaleziony na Połoninie Wetlińskiej piękny krzemienny grocik, zwany sercowatym, jeden z typowych wyrobów kultury ceramiki sznurowej. I tyle wiemy o pierwszych ludziach, którzy chodzili po połoninach.

Choć brzmi to trochę dziwnie, na tych neolitycznych kulturach pradziejowy okres pobytu człowieka w Bieszczadach Wysokich zdaje się zaczynać i kończyć. Nie tylko zresztą pradziejowy, bo nic nie wskazuje na to, by od wczesnej epoki brązu ktokolwiek tu mieszkał czy nawet bywał, i to aż do czasów nie tak bardzo odległych, bo do piętnastego wieku. Próżno dziś dociekać, czy tak było naprawdę, czy też nasza niewiedza jest tylko skutkiem ubóstwa badań. Przecież w Bieszczadach, i to nie tylko tych Wysokich, łopata archeologa pracowała ostatnio w połowie lat sześćdziesiątych! Dopiero dziś znów zaczyna ryć ziemię po półwiecznej przerwie.

W gruncie rzeczy zupełna pustka w Bieszczadach Wysokich, a do tego pustka trwająca, jakkolwiek na to spojrzeć, około trzech tysięcy lat, może wydawać się zastanawiająca. Przecież całkiem niedaleko, już w okolicach dzisiejszego Zalewu Solińskiego, historia toczyła się dalej. Kultury archeologiczne pojawiały się i znikały, a jeszcze nieco wyżej na północ wędrowały pochody Celtów, Wandalów, Gotów i ostatni, Słowian. O Bieszczadach Wysokich jakby wszyscy zapomnieli i czas ruszył tu z miejsca dopiero w wieku piętnastym. A może wręcz przeciwnie, wcale nie należy się tej pustce dziwić, skoro jeszcze w wieku szesnastym o pewnej bieszczadzkiej wiosce pisano, że „dla srogich zwierząt bojaźni i miśca trudnego ku rozkopaniu ról wieś trudno ma być”.

Czego miałby szukać tutaj archeolog! Na szczęście szuka. Szuka nie tylko na połoninach, ale i w Łopience, szuka też nad zalewem, a pierwsze w historii wykopaliska w Myczkowcach od razu przesunęły datę powstania osady o czterysta lat wstecz. Może kiedyś okaże się, że i lokowane w szesnastym wieku wsie od Krzywego po Wołosate też mają znacznie dłuższą historię.

Nasiedziałem się wtedy na ścieżce pod Małą Rawką. Na szczęście Ani w to graj, bo nie dość, że nie co dzień widzi się archeologa przy pracy, a tu jeszcze można mu poprzeszkadzać, to w dodatku ja wreszcie nie marudzę, żeby uciekać do lasu przed słońcem.

I tak właśnie wyglądają rozmowy w Bieszczadach. Przywita się człowiek, a potem nie ma pojęcia, jak do popołudnia zleciało, jak kilka tysiącleci przemierzył od pucharowców po osadników z południa sprzed pięciu wieków. Takie miejsce, tacy ludzie i takie rozmowy; rozmowy, do których wraca się myślą, a potem często sięga jeszcze do książek, żeby dowiedzieć się więcej, zrozumieć, w jaki sposób przeszłość łączy się z teraźniejszością. Z rozmową na ścieżce pod Rawką nie było inaczej, bo dopiero ona uświadomiła mi, że nigdy wcześniej nie dociekałem, kim byli rdzenni mieszkańcy Bieszczadów Wysokich, Bojkowie. Intrygujące pytanie, na które wielu szukało odpowiedzi. Ale to inny wątek, do którego przyjdzie nam jeszcze powrócić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?