Jak się zostaje albinosemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



W serii ŚWIADECTWA. XX WIEK także:

– Dorothy Adams, Amerykańska Polka. Z miłości do mężczyzny i jego kraju

– Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

– Heinz Heger, Mężczyźni z różowym trójkątem

– Edward Herzbaum, Między światami. Dziennik andersowca 1939–1945

– Friedrich Kellner, Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939–1942

– Stefan Kisielewski, Reakcjonista. Autobiografia intelektualna

– Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918–1959

– Janina Konarska, Dwór na wulkanie. Dziennik ziemianki z przełomu epok 1895–1920

– Hans von Lehndorff, Dziennik z Prus Wschodnich. Zapiski lekarza z lat 1945–1947

– Wolfgang Leonhard, Dzieci rewolucji

– Zbigniew Lubieniecki, Odwet. Polski chłopak przeciwko Sowietom 1939–1946

– Anja Lundholm, Wrota piekieł. Ravensbrück

– Łacińska wyspa. Antologia rumuńskiej literatury faktu

– Jerzy Konrad Maciejewski, Zawadiaka. Dzienniki frontowe 1914–1920

– Anatolij Marczenko, Moje zeznania

– Hans-Jürgen Massaquoi, Neger, Neger... Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech

– Aleksander Podrabinek, Dysydenci. Nieuleczalnie nieposłuszni

– Michał Römer, Dzienniki, t. 1: 1911–1913, t. 2: 1914–1915, t. 3: 1916–1919, t. 4: 1920–1930, t. 5: 1931–1938, t. 6: 1939–1945

– Virgilia Sapieha, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk

– Michał Sokolnicki, Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896–1919

– Stanisława Sowińska, Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia

– Hanna Świda-Ziemba, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989

– Michael Wieck, Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina

– Wiktor Woroszylski, Dzienniki, t. 1: 1953–1982, t. 2: 1983–1987, t. 3: 1988–1996

SPIS TREŚCI

W serii

Od przeciwnika

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI

Rozdział XXXII

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXV

Rozdział XXXVI

Rozdział XXXVII

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXIX

Rozdział XL

Rozdział XLI

Rozdział XLII

Rozdział XLIII

Rozdział XLIV

Rozdział XLV

Rozdział XLVI

Rozdział XLVII

Rozdział XLVIII

Rozdział XLIX

Uzupełnienie

Zakończenie

Zdjęcia

Przypisy

Zigmas Stankus, Jak się zostaje albinosem. Wojna w Afganistanie oczami sowieckiego żołnierza 1979–1981

Tytuł oryginalny: Kaip tampama albinosais

© by Ośrodek KARTA, 2021

© by Dovile Stankute, 2021

© for the Polish translation by Jan Sienkiewicz, 2021

REDAKTOR SERII, REDAKCJA Agnieszka Knyt

OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII

SKŁAD KOMPUTEROWY TANDEM STUDIO

ZDJĘCIE NA OKŁADCE Afganistan, 1979–89. Żołnierz sowiecki podczas akcji w pobliżu tunelu Salang. Fot. Aleksandr Graszenkow/PAP/Russian Look

TŁUMACZENIE KSIĄŻKI ZOSTAŁO DOFINANSOWANE PRZEZ


Lithuanian Culture Institute

Fund for Central & East European Book Projects, Amsterdam

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22 848-07-12

kontakt do wydawnictwa: ok@karta.org.pl dystrybucja: kolportaz@karta.org.pl księgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.pl

karta.org.pl

Wydanie I

Warszawa 2021

ISBN 978-83-66707-09-2

OD PRZECIWNIKA

Postronnych dziwi, że weterani tej samej wojny, choć z przeciwnych stron, często nie czują do siebie animozji, a wręcz przeciwnie – darzą się sentymentem. Takie odniosłem wrażenie, zwiedzając z naszymi kombatantami pole bitwy pod Tobrukiem, i takie same mam odczucia wobec Zigmasa Stankusa, który w latach 80. trafił do Afganistanu jako żołnierz Armii Radzieckiej. Z jednej strony wszy, choróbska, niewygody i strach, a z drugiej piękno gór, łowienie pstrągów przy pomocy granatów, podróż do średniowiecza i męska przygoda to niezapomniane przeżycia, niezależnie po której było się stronie. Fascynuje punkt widzenia uczestnika zasadzek po drugiej stronie lufy. I wspólne doświadczenie powojennej traumy. Tak jak autor, po powrocie z Afganistanu szukałem kryjówki, słysząc wystrzał z rury wydechowej.

 

Książka dała mi prywatną satysfakcję, gdyż po powrocie z jednej z wypraw do Afganistanu w latach 80. wysłałem Jerzemu Giedroyciowi maszynopis wywiadu, który przeprowadziłem w bazie Tora Bora z sowieckim żołnierzem o imieniu Siergiej o tym, że uciekł do mudżahedinów ze względu na okrutne traktowanie rekrutów przez tak zwanych starików, czyli żołnierzy, którzy odbyli już rok służby. Książę odpisał, że dezerter przesadza. Stankus dowodzi, że nie przesadzał.

Urzekł mnie wątek polski, nawiązujący do mojej rodzinnej Bydgoszczy. W dniu otrzymania rozkazu o przejściu do cywila w marcu 1981 autor bierze udział w świątecznej kolacji i z kolegami dyskutuje o doniesieniach sowieckiego radia o „zamieszkach w Polsce”. Chodzi naturalnie o wydarzenia bydgoskie, w których MO pobiła Jana Rulewskiego i działaczy „Solidarności”. Sowieccy żołnierze rozmarzyli się, „by choć na miesiąc przerzucono nas tam. Tam cywilizacja, piękne Polki, dom blisko, a tu wszystko obce i niejasne”. Punkt widzenia naprawdę zależy od punktu siedzenia.

Jak się zostaje albinosem jest szczerym do bólu wspomnieniem wojny, która była jednym z ostatnich gwoździ do trumny Związku Radzieckiego. Nie ma tu analiz geopolitycznych, ale znajdziemy jeden z powodów sowieckiej klęski. Stankus nie ściemnia, opisując pacyfikacje afgańskich aułów, w których mordowano cywilów i rabowano, co popadnie: „Wyjeżdżamy, kiedy zrabujemy wszystko u ludzi, którzy i tak są biedni jak mysz kościelna”. Zresztą wystarczyło obejrzeć nawet w latach 90. dolinę wokół bazy lotniczej Bagram, w której stacjonował. Żyzna i ludna niegdyś okolica zamieniona w pustynię ruin. W rezultacie, już podczas pierwszej zmiany sowieckiego kontyngentu, początkowa neutralność ludności zamieniła się w morderczą nienawiść.

Książka jest autodenuncjacją – autora i jego kompanów jako zbrodniarzy wojennych, ale byli oni jednocześnie ofiarami totalitarnego systemu, który ich tam wysłał. Afganistan za swe bohaterstwo zapłacił milionem zabitych, pięcioma milionami uchodźców i rozchwianiem równowagi politycznej i etnicznej, za którą płaci do dziś. Ale Związek Radziecki, po raz pierwszy od bitwy warszawskiej, musiał dać za wygraną. Pamiętajmy o tym, ciesząc się dzisiaj naszą zagrożoną wolnością.

Radosław Sikorski

PROLOG

Szliśmy do wojska młodzi, ciałem dojrzali, ale umysłem jeszcze dzieci. Nastolatki... Zostawiając życie bez trosk, pozbawieni z dnia na dzień opieki rodziców, którzy troszczyli się o wszystko, inni wprost z ławy szkolnej, nie wiedząc, czym jest życie ze wszystkimi jego problemami, trafialiśmy w tryby systemu, w którym każdy dzień oznaczał walkę o przetrwanie, gdzie tylko przez siłę i spryt można było do czegoś dojść, a czasem nawet ocalić życie. Korzystając z naszej nie w pełni ukształtowanej psychiki, politycy zaprzęgli nas do swojej brudnej roboty, uczyniwszy z nas roboty-zabójców. Tylko niewielu potrafiło pojąć, co naprawdę robimy; sądziliśmy, że wojna to wojna i obowiązuje w niej główne prawo wojenne: silniejszy zawsze ma rację. Wojna okaleczyła nie tylko nasze ciała, ale i dusze. Wróciliśmy do domów zmęczeni, jednak z wiedzą, czym jest prawdziwa przyjaźń, gdzie leży granica między życiem a śmiercią.

A społeczeństwo żyło swoim życiem – kradło, piło, puszczało się na prawo i na lewo, kochało, rodziło dzieci, chodziło do pracy. Wszyscy zadowoleni, bo wojna ich nie dotknęła, nawet jej nie zauważyli...

Nie rozumieliśmy gnijącego społeczeństwa, a ono – nas. Chciało się krzyczeć, że politycy i dziennikarze kłamią – przecież tam giną nasi chłopcy, ludzie, co robicie?! Potem będziemy się błąkać, nie znajdując dla siebie miejsca, wielu z tych, co wrócili, spije się, inni ulegną i przystosują się do większości. Utoniemy w tysiące razy większym, obojętnym na wszystko tłumie, nikogo nie przekonawszy do swoich prawd. Społeczeństwo patrzeć na nas będzie jak na albinosów, tak jakby to ono od początku miało rację. A nam będzie jeszcze gorzej, bo czuć się będziemy nie tylko oszukani, ale i niezrozumiani, jakbyśmy to my kłamali.

ROZDZIAŁ I

Po bardzo mroźnej zimie 1979 roku nastąpiła wczesna jak rzadko wiosna. Koniec maja był po prostu upalny. 1 czerwca otrzymałem wezwanie do wojska. Po paru dniach pijaństwa, które się nazywało pożegnaniem z rodziną, krewnymi i przyjaciółmi, z ogoloną głową, spakowanym w drogę plecakiem, w starym ubraniu i z 25 rublami w kieszeni wyjechałem do niechcianego, lecz nieuniknionego wojska, które pociągało mnie i odstręczało jednocześnie. Byłem młody i krzepki, na studia za durny, nauka wydawała mi się potrzebna tylko po to, bym potrafił policzyć otrzymane pieniądze. Rodzice już dawno stracili cierpliwość do moich wybryków – nie mogli się doczekać, kiedy mnie wezmą do woja, żeby oni mogli spokojnie odetchnąć. A mnie się wydawało, że mam już niemałe doświadczenie życiowe: były panienki, które dawały lub nie, znałem bary piwne, restauracje i inne miejsca, gdzie można obalić butelkę wina. Szedłem do wojska chętnie, bo się bałem, że zmajstruję jakiej głupiej bachora albo się spiję. Wcześniej czy później i tak trzeba byłoby iść, a czekanie, „kiedy wezwie Ojczyzna”, było nie dla mnie. Poza tym, uważałem się za lepszego od innych, bo miałem już nie 18, tylko 19 lat i byłem dobrze przygotowany fizycznie.

*

O godzinie dziewiątej wieczorem, przy akompaniamencie okrzyków i gwizdów żegnających, autobus z czternastoma takimi samymi oberwańcami jak ja i eskortującym nas miczmanem1 z komisariatu wytoczył się przez bramę i, przebiwszy się na sygnale przez pijany i popłakujący tłum, skręcił w lewo w ulicę Witolda, potem znów w lewo, w prawo i prosto ulicą Gogola.

Rzuciliśmy się do okien autobusu, waliliśmy w brudne szyby pięściami, wyjąc jak wilki w klatce. Przez brudne okna widać było pijane fizjonomie przyjaciół i bliskich, żegnające nas panienki z puszczającym od łez tuszem do rzęs. Było wśród nich sporo takich, które chętnie płakały przy każdym pożegnaniu. Były i takie, które nie tylko ryczały, ale i wołały, przekrzykując tłum: „Będę na ciebie czekała...”, by następnej soboty obiecywać to samo już innemu.

Nieco bardziej opanowani byli rodzice przyszłych żołnierzy. Stali gdzieś z brzegu tłumu, statecznie ocierając łzy żalu: „Oto i my żegnamy naszego żołnierzyka...”, nie mieszając się z trącącym oparami alkoholu tłumem, który żywą masą usiłował zagrodzić autobusowi drogę.

Kiedy wyjechaliśmy na autostradę, w autobusie zapadła nieprzyjemna cisza. Tak jakby zaaplikowano nam środki uspokajające: siedzieliśmy zamyśleni, o szklanych oczach. Chojractwo, jakie się pojawia, kiedy człowiek idzie do wojska czy bierze ślub i jest w centrum uwagi, gdzieś wyparowało. Miczman, zdjąwszy oficerską czapkę, ocierał chusteczką spocone czoło. Kiedy ruszaliśmy, zdrowo się napracował: odciągał nas od okien i sadzał na miejsca, wrzeszczał, pienił się, wydawał rozkazy, ale nikt go nie słuchał, bo byliśmy jeszcze zupełnie zieloni. Umysły mieliśmy jeszcze niezepsute przez wojsko, więc na jego komendy nie reagowaliśmy.

Jakiś czas jechaliśmy w milczeniu, potem zaczęliśmy powoli dochodzić do siebie. Z listów od przyjaciół w wojsku wiedzieliśmy, że za miastem nas wysadzą, sprawdzą plecaki i walizki, znalezione butelki wódki rozbiją, odbiorą noże, widelce i wszystkie ostre rzeczy. Usiedliśmy więc w kółko na końcu autobusu i postanowiliśmy, że to, co jest w butelkach, lepiej wlać do żołądków niż pozwolić głupiemu miczmanowi wyrzucić. Odkorkowaliśmy pierwszą butelkę, ktoś zaradniejszy miał szklankę. Piliśmy po kryjomu. Jeden pije, inni zasłaniają, żeby nie zobaczył miczman. Wkrótce jednak przekonaliśmy się, że miczman na razie nami się nie interesuje i spokojnie patrzy przed siebie na drogę. Szklanka szybko krążyła w obawie, że nie zdążymy skonsumować wszystkiego, zanim nastąpi egzekucja. Nabraliśmy odwagi. Poczuliśmy się jak starzy przyjaciele: przedstawialiśmy się, opowiadaliśmy o sobie. Dołączyło jeszcze dwóch. Matki szczodrze zaopatrzyły wszystkich w kiełbasy i słoninę, wódkę mieliśmy... Brakowało tylko panienek, ale te zostały daleko i dla innych...

Jechaliśmy długo. Zdrzemnąłem się nieco, ale wkrótce znów dołączyłem do pijącego towarzystwa. Wszyscy mieli już mocno w czubach, jeden rechocząc opowiadał, że mu matka dała na drogę talerze i sztućce, bo niby w wojsku tego nie ma. Inny proponował dać miczmanowi w mordę, wyrzucić go z autobusu i wrócić do Kłajpedy. Wypytywał, kto potrafi prowadzić autobus. Dobrze, że tacy się nie znaleźli. Patrząc na nich wszystkich, nie miałem innego wyjścia, jak znów się ululać. Kiedy to załatwiłem, zacząłem tłumaczyć, jaki to ze mnie sprytny gość: ubrany jestem w koszulkę z krótkim rękawem, ale w plecaku mam waciak. Nie łapali, co w tym sprytnego, a ja im klarowałem, że jeśli wyślą nas na południe, to mi w koszulce będzie dobrze, jeżeli na Syberię – wyciągnę waciak, a oni w samych koszulach pomarzną. Pijany rechot. Miczman spał czy tylko udawał, bo czapkę miał zsuniętą na oczy. Wódka się skończyła.

Inkwizycja dlaczegoś nie nastąpiła, ale już nie baliśmy się jej, jak i całego tego wojska. Kilku chłopców z przodu siedziało całkiem trzeźwych, nie dołączając do nas. Zaczęliśmy ich namawiać po dobroci i nie tylko, żeby oddali nam sznaps, który wręczyły im na drogę ich mamusie, ale ci twierdzili, że nic nie mają. Jedni już się brali do bitki, inni jednak wołali, że ze swoimi zaczynać nie trzeba, bo zaraz dojedziemy do punktu przydziału poborowych w Wilnie, a tam chłopcy z Kowna, Kłajpedy i Wilna ciągle się między sobą tłuką. Nas jest bardzo mało, musimy więc trzymać się razem.

Uspokoiliśmy się i poszliśmy się zdrzemnąć. Nie poczułem, kiedy dojechaliśmy do Wilna. Budzę się – za oknem noc, w autobusie pali się światło, poborowi śpią. Zacząłem budzić swoje towarzystwo. Kiedy przybyliśmy na miejsce, miczman oświadczył, że będziemy czekać w autobusie kilka godzin, bo komisja lekarska w punkcie przydziału zaczyna pracę dopiero o ósmej. Czasu mieliśmy dużo, więc pomyśleliśmy, że nieźle byłoby obalić jeszcze kilka butelek. Obudziliśmy innych, zrobiliśmy zrzutkę, zostało tylko posłać kierowcę autobusu do jakiejś meliny, ale okazało się, że kierowca sam jest meliniarzem, więc no problem. Co prawda, kiedy się targowaliśmy, obudził się miczman i chciał posadzić mnie na miejsce, ale go odepchnąłem i posłałem na trzy litery. Zaczął straszyć, że wyśle mnie służyć na białe niedźwiedzie, więc posłałem go jeszcze raz. Wtedy zapewnił, że Północ już mnie nie minie.

Nie dali nam spać. Jednych trzeźwych, innych pijanych jak świnie – spędzono nas do jakiegoś niby to kościoła, niby byłego klasztoru. Zwracały na siebie uwagę grube mury budynku i okratowane okna. Kazano nam rozebrać się do naga. Chłopcy, którzy mieli dużo pieniędzy, niepokoili się, że mogą ich, rozebranych do gołego, okraść. Ktoś poradził bogaczom, żeby wsadzili sobie pieniądze do dupy, a kiedy zaczną ich uwierać, niech przełożą w policzek. Chodziliśmy jeden za drugim z gabinetu do gabinetu jak stado baranów, a na czele stada – niezastąpiony miczman. Cała ta komisja lekarska była czystą formalnością. Wszystkie nasze dokumenty z orzeczeniami lekarzy „zdatny” i „niezdatny” gotowe były jeszcze w Kłajpedzie.

Zdaniem wszystkich konowałów, byłem zdatny. W Wilnie poważniej badano tylko tych chłopców, którzy jakoś się nie spodobali medykom kłajpedzkim: słabszy słuch czy wzrok, doznane urazy i temu podobne. Faktycznie już w Kłajpedzie byliśmy posortowani jak byczki w rzeźni: gatunek najwyższy, pierwszy i tak dalej. W Kłajpedzie też decydowano, w jakich jednostkach każdy może służyć. W Wilnie było tylko ostatnie namaszczenie. W Kłajpedzie wzrok miałem sokoli. W Wilnie pijany nie mogłem dojrzeć ani literki nawet oboma oczyma. Po przejściu komisji kazano nam się ubrać, miczman nas odprowadził, pożegnał się, życzył wszystkim pomyślnej służby, do mnie mrugnął i poprosił o przywiezienie niedźwiedziej skóry. Byłem zielony i pewny na sto procent, że już jestem marynarzem Floty Północnej. Dopiero później zrozumiałem, że w wojsku jest jak w życiu: im niższa ranga, tym więcej udawania wielkiej władzy.

Żołnierzyk zaprowadził nas za żelazną bramę, dzielącą na pół ogrodzony wysokim murem dziedziniec, przypominający raczej więzienie niż taką niewinną instytucję, jak punkt przydziału chłopców w wieku poborowym.

Na dziedziniec za żelazną bramą wychodziło kilkoro drzwi – wysokich, wiekowych. Żołnierz machnął nam: „Idźcie, odpoczywajcie” i sam został przy bramie. Taszcząc swoje rzeczy, weszliśmy przez jedne z drzwi – wewnątrz smród szczyn, wódki, ryby i potu. Piętrowe prycze, a raczej półki zbite z grubych desek. Na nich i na posadzce leżą poborowi, wsadziwszy pod głowy jedyny swój majątek – walizkę lub plecak z włożoną przez mamę kiełbasą, szynką i konserwą. Jedni grają w karty na pieniądze czy rzeczy, inni piją wódkę.

 

Rozeszliśmy się po sali. Postanowiliśmy we dwóch wyjść na zewnątrz, bo spać się nie chciało, a siedzieć w prześmiardłym pomieszczeniu w piękny letni poranek nie mieliśmy ochoty. Kiedy wychodziliśmy, zbliżyło się do nas kilku facetów. Gotowi byliśmy do bójki, bo ci mieli wsadzone za pasy długie noże kuchenne. Spytali, dokąd idziemy i kim jesteśmy. Odpowiedziałem, że to nie ich zasrana sprawa. Słowem, bójka prawie gotowa. Jeden z nich zdążył jednak spytać, skąd nas przywieźli, a kiedy usłyszał, że z Kłajpedy, zmienił ton i zaprosił do wypitki. Opowiedział, że oni wszyscy są z Wilna, siedzą tu już tydzień i jest ich dużo, kilka autobusów. Kiełbasę i szynkę odbierają wieśniakom, tak samo pieniądze, za które można kupić wódkę u wartowników. Naparzają się z Kownem i Szawlami, z Kłajpedą – pokój.

Po dobrej półgodzinie przez głośnik wydano rozkaz zbiórki. Wyszliśmy na dziedziniec. Z szeregu wywoływano niektórych po nazwisku i kazano im stawać przy bramie. Moje nazwisko nie padło. Reszcie kazano się rozejść. Poszedłem pogadać do wywołanych, bo wśród nich było kilku kłajpedzian. Pojawili się kupcy – żołnierze i oficer z dystynkcjami jednostek budowlanych, rodzaj dalszej służby chłopców był więc jasny. Podeszli do nas dwaj żołnierze w mundurach komandosów. Okazało się, że to moi starzy znajomi – Donatas i Wołod’ka, z którymi się uczyłem. Opowiedzieli, że otrzymali przydział do dywizji desantowej w Kownie, a że mają specjalność kamieniarzy, więc tymczasem pracują w willi pułkownika.

*

Znów komenda: „Do szeregu przy bramie” – trzy nazwiska i wśród nich moje. Podszedł do nas sierżancik w mundurze komandosa i powiedział, że jedziemy do Fergany. Spytałem, czy to na Północy. Uspokoił mnie, że na pewno nie zmarznę. Kazał nam zaczekać, a sam poszedł załatwiać jakieś formalności. Donatas i Wołod’ka, kiedy usłyszeli nazwę Fergana, powiedzieli, że ich pułk był na szkoleniu w Ferganie, że jest tam bardzo gorąco i latają muchy wielkości dobrego ziemniaka. Kiedyś jechali ciężarówką, kilku żołnierzy stało w nadwoziu i taka mucha tak walnęła jednego z nich w łeb, że go znokautowała.

Wrócił nasz kupiec. Pokwitowaliśmy bezpłatne bilety i pieniądze na wyżywienie – pięć rubli z groszami na pięć dni.

Do Moskwy dojechaliśmy szybko. Tam wsiedliśmy do pociągu Moskwa–Taszkient. Jechaliśmy przez całą Rosję i nie mogłem się nadziwić, jaki wszędzie niespotykany burdel. W Kazachstanie jeszcze gorzej. Nigdy dotąd nie wyjeżdżałem poza granice Litwy. Jeżeli coś widziałem, to tylko w telewizji. Kazachskie auły – to ubogie chatynki sklecone z gliny, żwiru i jeszcze jakichś materiałów, ze sterczącymi z rzadka antenami telewizyjnymi. Na stacjach do okien wagonów rzucał się tłum wyrostków, za kopiejki tańcząc boso po peronie i śpiewając gęsto okraszane przekleństwami czastuszki. Kobiety nosiły na głowach tace z owocami i okrągłym chlebem zwanym lepioszkami. Byliśmy zszokowani takimi widokami, tylko sierżant się śmiał. Słowem, od czasów basmaczy2 nie zmieniło tu się nic...

Nasz kupiec sierżancik był niewysokiego wzrostu, ale krzepkiej postury, dumny bardzo ze swej służby w wojskach powietrzno-desantowych, co stale starał się podkreślać, w istocie jednak był tchórzem. Zebrał nasze pieniądze i dokumenty. Łaził po wagonach, grając na gitarze ładniejszym dziewczynom i podrywając je na bajki o potędze i chwale wojsk WDW3. Z początku nam imponował, później jednak przekonaliśmy się, że to tylko piana na szczynach: im więcej potrząsasz, tym więcej piany, on zaś im więcej gadał, tym więcej łgał.

Pociąg stawał przy każdym aule, odległości zaś między tymi „terenami zaludnionymi” były jak przez całą Litwę. Wszędzie nieznośny upał, powietrze faluje, a po obu stronach torów jak okiem sięgnąć niekończąca się równina – ani drzewa, ani krzaczka, tylko pożółkła trawa. Jedyne żywe stworzenia to świstaki. Stoją na tylnych łapkach przy swoich norach i z ciekawością obserwują pociąg.

W podróży nie obeszło się bez przygód. Przyszedł młody żołnierzyk ze służby ochrony wagonów i żalił się, że go czurki4 krzywdzą, żyć nie dają. Nasz orzeł sierżant zerwał się, dla powagi założył marynarkę od munduru, beret i, lekceważąc naszą propozycję pomocy, ruszył, jak powiedział, leczyć czurków. Kiedy długo nie wracał, udaliśmy się na poszukiwania, spodziewając się zwałów pokrwawionych ciał. Patrzymy, a tu czurki jego „leczą”. Nie biją. Gdyby bili, pomoglibyśmy mu. Ale to była tylko „praca wyjaśniająca”.

*

W pociągu jechali też Kirgizi z jednostek budowlanych po odbyciu służby w batalionach karnych i Uzbecy z wojsk wewnętrznych. Kirgizi urżnęli się jak świnie i zaczęli rozrabiać po pociągu. Takich ohydnych pijanych mord jeszcze nie widziałem. Obrywali żołnierze innych narodowości lub służący w innych rodzajach wojsk za to, że ich pagony są czerwone, zielone czy jeszcze inne, a nie czarne, krótko mówiąc, za to, że są czmo – gówno. Szczególnie się dostało kilku Uzbekom z wojsk wewnętrznych: pobito ich do krwi. Uzbecy skupili siły w jednym wagonie, do Kirgizów dołączyli Kazachowie, a linią frontu stał się nasz wagon, akurat tam, gdzie były nasze miejsca. Przejście wąskie, ledwie dwie osoby mogą się rozminąć, atak zmasowany jest niemożliwy, w ruch poszły więc puste butelki i zebrany z nasypów tłuczeń (widocznie do boju szykowano się zawczasu).

Kiedy walka zawrzała, wdrapaliśmy się na najwyższe półki. Strony z wrzaskiem rzuciły się na siebie. Co za mordy, samego wyglądu można było się wystraszyć. Uzbecy atakowali, bijąc sprzączkami pasów i butelkami, Kirgizi bronili się tym samym orężem. Starcie, pierwsza krew, pierwsze nieprzytomne ofiary wywlekane przez swoich na zaplecze. Ataki szły jeden po drugim. Na najbliższej stacji ktoś zerwał hamulec awaryjny i Kirgizi z Kazachami skapitulowali – otworzyli okno i powyskakiwali na zewnątrz, zostawiając walizki z rzeczami osobistymi.