Pozwolenie na przywóz lwaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbi­gniew Nie­nacki

Pozwo­le­nie na przy­wóz lwa

Wyda­nie I

Liber Novus


Redak­tor naczelny • Mar­cin Nowak

Pro­jekt okładki • Maciej Łazow­ski

Wydaw­nic­two

Liber Novus Mar­cin Nowak ul. Łaska 43 95–050 Kon­stan­ty­nów Łódzki www.liber­no­vus.pl info@liber­no­vus.pl

Copy­ri­ght © • Helena Nowicka

Copy­ri­ght © for elec­tro­nic ver­sion • Liber Novus

Kon­stan­ty­nów Łódzki 2019

ISBN • 978-83-7741-121-6

Liber Novus 2019


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział pierw­szy

Tajem­ni­cza kartka. Zagad­kowy Ałba­zin. Roz­po­czy­nam poszu­ki­wa­nia. Ogło­sze­nie. Pie­częć warowni sybe­ryj­skiej. Dziwny leśnik. Skarb kor­sa­rza Kidda. Złoto Ałba­zina. Amur. Pozwo­le­nie na przy­wóz lwa

Przy­czyną wszyst­kiego stała się mała, zadru­ko­wana kartka, którą w kwiet­niu 1958 roku zna­la­złem na pod­ło­dze w swoim pokoju.

Rano sprzą­taczka ze spół­dzielni „Czy­stość” umyła mi pod­łogę i zażą­dała gazet do roz­ście­le­nia ich na wyszo­ro­wa­nym par­kie­cie. Gazet w domu nie mia­łem. Zadzwo­ni­łem do redak­cji i popro­si­łem gońca, żeby przy­niósł mi nieco maku­la­tury. Wie­czo­rem, gdy zasia­dłem przy biurku do pracy, pod­łoga wyglą­dała jak nowo­cze­sna malar­ska kom­po­zy­cja z bia­łych figur geo­me­trycz­nych. Prze­wa­żały wiel­kie pro­sto­kąty Time­sów i Izwie­stii, ale nie bra­kło także nie­wiel­kich płacht gazet pro­win­cjo­nal­nych, tu i ówdzie zazna­cza­ją­cych się smugą czer­wo­nego tytułu.

Rzu­cił mi się w oczy malutki pro­sto­ką­cik — kartka wyrwana z książki. Leżała tuż obok biurka i cią­gle mia­łem ją przed oczami. Raziła mnie jej obec­ność, od dziecka bowiem wpa­jano we mnie sza­cu­nek dla książki. Coraz trud­niej było mi pra­co­wać. Pisa­łem wła­śnie arty­kuł o miło­ści do ksią­żek i ta samotna, zdep­tana kartka wyda­wała mi się jakby żywym two­rem, zada­ją­cym kłam moim sło­wom. Dla­tego wresz­cie pochy­li­łem się, pod­nio­słem ją z pod­łogi, zdmuch­ną­łem z niej kurz.

Zauwa­ży­łem, że wyrwano ją z rosyj­skiej książki. Prze­czy­ta­łem pierw­sze zda­nie:

24 marta 1684 goda w Ałba­zi­nie była połu­czena gra­mota ot kitaj­skogo impie­ra­tora z prie­dło­że­ni­jem o sda­cze, napi­sana na man­dżur­skom, mon­gol­skom i pol­skom jazy­kach.

W tłu­ma­cze­niu brzmiało to nastę­pu­jąco:

24 marca 1684 roku w Ałba­zi­nie otrzy­mano list od chiń­skiego cesa­rza z żąda­niem pod­da­nia się, napi­sany w języ­kach: man­dżur­skim, mon­gol­skim i pol­skim.

Po pol­sku?

Pośpiesz­nie czy­ta­łem dalej. Ale następne zda­nia nie przy­no­siły wyja­śnie­nia. Zawie­rały tylko skromną wia­do­mość, że miesz­kańcy Ałba­zina poczęli się goto­wać do obrony. 4 czerwca 1685 roku nad­cią­gnęły pod Ałba­zin pierw­sze oddziały wojsk chiń­skich. Potem lądem nade­szła ogromna armia: 10000 kon­nych wojow­ni­ków, 100 dział lek­kich i 50 dział cięż­kich. Rzeką przy­pły­nęło 100 wiel­kich łodzi, a na każ­dej z nich znaj­do­wało się 50 żoł­nie­rzy.

11 czerwca 1685 roku komen­dant wojsk chiń­skich jesz­cze raz zapro­po­no­wał obroń­com Ałba­zina pod­da­nie warowni…

I tu koń­czyła się stro­nica. A choć po wie­le­kroć obra­ca­łem kartkę w ręku i czy­ta­łem od nowa — nie dowie­dzia­łem się jed­nak nic wię­cej nad to, co zostało na niej wydru­ko­wane.

Jakie były dal­sze losy obroń­ców Ałba­zina? Gdzie był ów Ałba­zin i dla­czego wła­dze chiń­skie pisały po pol­sku do jego obroń­ców? Malutka kartka nosząca porząd­kowe liczby „41” i „42” — mil­czała.

Naza­jutrz pół dnia spę­dzi­łem w redak­cji, prze­trzą­sa­jąc zebraną w archi­wum maku­la­turę. Tutaj, w ster­cie zaku­rzo­nych papie­rzysk — jak twier­dził goniec, który poprzed­niego dnia przy­niósł mi stare gazety — nale­żało szu­kać dal­szych potrzeb­nych mi kar­tek. Była to zresztą tylko próżna mitręga. Nie zna­la­złem ani jed­nej. I do dziś, choć od tam­tej chwili minęło wiele czasu — odby­łem ogromną podróż i zazna­łem dzie­siąt­ków przy­gód — do dziś nie wiem, z jakiej książki pocho­dziła malutka kar­teczka pod­nie­siona z pod­łogi w moim pokoju.

Ale nie jest chyba naj­waż­niej­sze, jakiego kształtu i koloru był kamyk, który spo­wo­do­wał lawinę.

Wysi­la­łem pamięć, pró­bo­wa­łem zaglą­dać do poważ­nych dzieł histo­rycz­nych. Ni­gdzie jed­nak nie natra­fi­łem na wia­do­mość, że w dru­giej poło­wie XVII wieku Pol­ska uczest­ni­czyła w walce z Chi­nami, lub że w woj­nie z Chiń­czy­kami brali udział Polacy. Żadna ze zna­nych mi ksią­żek nie wymie­niała także nazwy „Ałba­zin”.

A prze­cież było napi­sane wyraź­nie: „24 marca 1684 roku w Ałba­zi­nie otrzy­mano list od chiń­skiego cesa­rza z żąda­niem pod­da­nia się, napi­sany w języ­kach: man­dżur­skim, mon­gol­skim i pol­skim”.

„A może ten wyraz — pol­skim — powstał z dru­kar­skiego błędu?” — Zasta­na­wia­łem się, nie potra­fiąc wyja­śnić zagadki.

Gdyby cho­ciaż wia­domo było, gdzie leży ów Ałba­zin!… Ale i w tym wzglę­dzie kartka nie dawała naj­drob­niej­szej wska­zówki. Pod Ałba­zina przy­było lądem 10 000 wojow­ni­ków, rzeką zaś przy­pły­nęło 100 wiel­kich łodzi. Ałba­zin leżał więc nad jakąś rzeką. Nie­stety, nazwa rzeki pozo­stała dla mnie nie­znana.

Chiny, Man­dżu­ria, Mon­go­lia — sąsia­du­jące ze sobą kraje. Dziw­nie i obco brzmi słowo „Ałba­zin”. Czy nie zna­czy to, że Ałba­zina należy szu­kać aż gdzieś, hen, na Dale­kim Wscho­dzie? Dla­czego jed­nak do ałba­ziń­skiej warowni Chiń­czycy pisali nie tylko po mon­gol­sku i man­dżur­sku, lecz także po pol­sku?

Był to pro­blem dla histo­ryka, a nie dzien­ni­ka­rza pochło­nię­tego spra­wami dnia współ­cze­snego. Co prawda, mia­łem dość spe­cy­ficzne zain­te­re­so­wa­nia — w cza­sie prze­zna­czo­nych na wypo­czy­nek tygo­dni let­nich przy­łą­cza­łem się do eks­pe­dy­cji arche­olo­gicz­nych. To było także tro­pie­nie śla­dów zamierz­chłej prze­szło­ści i roz­wią­zy­wa­nie zaga­dek. Robi­łem to jed­nak zawsze pod kie­run­kiem naukow­ców-spe­cja­li­stów. Teraz — wobec dziw­nej sprawy Ałba­zina — pozo­sta­wa­łem samotny. Histo­rycy, do któ­rych zwra­ca­łem się o pomoc, wzru­szali ramio­nami lub pro­po­no­wali mi zaję­cie się pro­blemami, jakie ich samych tra­piły. Radzono mi, abym spró­bo­wał napi­sać o tajem­ni­cach zakonu tem­pla­riu­szów, o zagad­ko­wej dzia­łal­no­ści Związku Jasz­czur­czego i o wielu innych bar­dzo fra­pu­ją­cych tema­tach. Lecz mnie tra­piła zagadka Ałba­zina, choć — poczy­na­łem poj­mo­wać — prze­ra­stała ona moje moż­li­wo­ści.

Zre­zy­gno­wa­łem z niej, sta­ra­łem się o niej nie myśleć. Ale ile­kroć po pracy w redak­cji wra­ca­łem do domu i sta­wa­łem w progu swego pokoju — natych­miast przy­po­mi­na­łem sobie chwilę, gdy pod­nio­słem z pod­łogi małą zadru­ko­waną kartkę. I choć nie jestem czło­wie­kiem prze­sąd­nym, to prze­cież nie potra­fi­łem wyzwo­lić się od myśli: a może to Los pod­rzu­cił mi tę sprawę, abym się nią zajął? A może to jest wła­śnie ta jedna jedyna w życiu „wielka szansa”, obok któ­rej nie wolno przejść obo­jęt­nie?

Dałem do gazety ogło­sze­nie:

Poszu­kuje się wia­do­mo­ści, wska­zó­wek i ksią­żek zwią­za­nych z histo­rią ist­nie­ją­cej w dru­giej poło­wie XVII wieku warowni Ałba­zin.

Zgło­sze­nia pro­simy kie­ro­wać do działu repor­tażu naszej gazety.

Minął jeden, drugi, trzeci dzień. Prze­szedł tydzień. Nikt się nie zgło­sił. Pono­wi­łem ogło­sze­nie. I znowu bez­sku­tecz­nie. Kole­dzy poczęli sobie ze mnie podrwi­wać. Na tablicy komu­ni­ka­tów, wiszą­cej na kory­ta­rzu redak­cji, prze­czy­ta­łem wia­do­mość:

Roz­są­dek pil­nie poszu­ki­wany. Zgło­sze­nia pro­simy kie­ro­wać do działu repor­tażu, dla redak­tora Ałba­zin.

Uzna­łem, że nade­szła naj­wyż­sza pora, abym prze­stał zaprzą­tać sobie głowę zagadką Ałba­zina. Lecz wła­śnie wów­czas listo­nosz dorę­czył mi dużą szarą kopertę nadaną w Kra­ko­wie. Zawie­rała foto­ko­pie jakby jakie­goś medalu z malut­kim uszkiem i krótki list od zna­nego pol­skiego numi­zma­tyka1:

Sza­nowny Panie Redak­to­rze!

Nie znam histo­rii warowni Ałba­zin. Jestem nato­miast w posia­da­niu dość rzad­kiej chyba ksią­żeczki: Zapi­ski Pria­mur­skogo Otdieła Obszcze­stwa Wosto­ko­wie­die­nija, wyda­nej w Bła­go­wiesz­czeń­sku w 1915 roku. W ksią­żeczce tej wid­nieje odbitka pie­częci warowni Ałba­zin i bar­dzo krótka wzmianka, że ory­gi­nał pie­częci znaj­duje się w muzeum Ermi­taż. „W Pio­tro­gro­dzie na dorocz­nym zebra­niu człon­ków Rosyj­skiego Towa­rzy­stwa Gene­alo­gicz­nego — wspo­mina się w Zapi­skach — S. P. Troj­nicki wygło­sił refe­rat pt: Pie­częć warowni ałba­ziń­skiej. Pie­częć ta jest rzad­kim i cie­ka­wym zabyt­kiem heral­dycz­nym2, ponie­waż pod­waża ona roz­po­wszech­nioną opi­nię, jakoby znaki heral­dyczne nie­znane były w XVII stu­le­ciu. Ulu­bio­nymi zna­kami heral­dycz­nymi na pie­czę­ciach osie­dli sybe­ryj­skich — a do takich należy rów­nież znaj­du­jąca się w Ermi­tażu pie­częć warowni ałba­ziń­skiej — były figury zwie­rząt i pta­ków, zamiesz­ku­ją­cych olbrzy­mie leśne poła­cie Sybe­rii”.

 

Dalej w Zapi­skach nastę­puje dokładny opis pie­częci.

Prze­sy­łam Panu foto­ko­pię inte­re­su­ją­cego Pana frag­mentu tek­stu, a także foto­gra­fię zamiesz­czo­nej w Zapi­skach odbitki pie­częci. Być może okażą się one pomocne dla pozna­nia histo­rii warowni Ałba­zin.

Z powa­ża­niem,

dr K. W.

Długo wpa­try­wa­łem się w foto­gra­fię pie­częci. A więc Ałba­zin jest jed­nak czymś real­nie ist­nie­ją­cym, a nie two­rem mej wyobraźni — jak poczy­na­łem mnie­mać.

Wiem już, gdzie leży tajem­ni­czy Ałba­zin. Na Sybe­rii.

W kil­ka­na­ście dni póź­niej odwie­dził mnie w redak­cji młody, trzy­dzie­sto­letni męż­czy­zna w mun­du­rze leśnika.

— Ja w spra­wie ogło­sze­nia — powie­dział. A ponie­waż nie bar­dzo mogłem pojąć, o jakie ogło­sze­nie mu cho­dzi, nie koja­rzy­łem bowiem osoby mło­dego leśnika z histo­rią sie­dem­na­sto­wiecz­nego Ałba­zina, leśnik zapy­tał:

— To pan ogło­sił, że szuka się wska­zó­wek o Ałba­zi­nie?

— Tak, ja…

Usiadł na krze­śle przed moim biur­kiem. Wyjął z kie­szeni bla­szane pudełko z pięk­nym bos­ma­nem na wieczku. Uła­mał połówkę papie­rosa i osa­dził ją w pro­stej wiśnio­wej cygar­niczce. Jak zahip­no­ty­zo­wany wio­dłem wzro­kiem za każ­dym ruchem jego dłoni.

— Nazy­wam się Antoni Szulc. Pra­cuję w leśnic­twie Kamionki.

— Taaak…

— Czy mogę liczyć na pań­ską dys­kre­cję? — zapy­tał nie­ocze­ki­wa­nie.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

— Nie rozu­miem…

— Pra­gnę panu powie­dzieć w zaufa­niu o poważ­nej spra­wie. Myślę, że doj­dziemy do poro­zu­mie­nia. Jeśli jed­nak sta­nie się ina­czej, czy mogę liczyć, że to, co panu powiem, nie zosta­nie nikomu ujaw­nione?

Zbli­żył do mnie twarz. Mówił pół­gło­sem. Papie­ros, który poło­żył na popiel­niczce, dymił okrop­nie. Dym ucho­dził w górę cien­kim słup­kiem i na wyso­ko­ści głowy mojego roz­mówcy wiro­wał tajem­ni­czo.

Ski­ną­łem głową:

— Może pan liczyć na moją dys­kre­cję.

Roz­siadł się wygod­niej, zało­żył nogę na nogę, zacią­gnął się papie­ro­sem.

— Mam dwa stare plany. Jeden to plan warowni Ałba­zin, jej umoc­nień i for­ty­fi­ka­cji, drugi plan, pro­szę pana, przed­sta­wia miej­sce, gdzie został zako­pany… skarb. Złoto.

— Oczy­wi­ście inte­re­suje mnie wyłącz­nie ten pierw­szy plan — rze­kłem pośpiesz­nie.

— A skarb? Złoto? — zawo­łał. I aż zerwał się z krze­sła. Nachy­lił się ku mnie i mówił gorącz­kowo: — Ja wiem, że Ałba­zin znaj­duje się bar­dzo daleko stąd. Za gra­nicą. Ale pan jest dzien­ni­ka­rzem. Znaj­dzie pan jakiś powód, żeby poje­chać w tamte odle­głe strony, tra­fić do Ałba­zina i odna­leźć złoto. Skar­bem z Ałba­zina podzie­limy się. Zawrzemy umowę na piśmie. Pan otrzyma ode mnie plany, odnaj­dzie skarb i weź­mie sobie połowę. A ja dostanę drugą połowę. Nie mogę panu dać tylko jed­nego planu, bo może oby­dwa są od sie­bie w jakiś spo­sób uza­leż­nione.

Poło­ży­łem mu ręce na ramio­nach i posa­dzi­łem na krze­śle.

— Czy wie pan, gdzie leży Ałba­zin? — zapy­ta­łem uprzej­mie.

— Nie­zbyt dokład­nie. To gdzieś bar­dzo daleko. Nad Amu­rem, pro­szę pana.

— Baga­telka!

— Pan jest dzien­ni­ka­rzem. Może pan wysta­rać się o pozwo­le­nie na taką daleką podróż.

Żal mi było tego czło­wieka. Wyglą­dał na maniaka. Maniak w mun­du­rze leśnika!

— Będę musiał pana roz­cza­ro­wać — rze­kłem. — Ałba­zi­nem inte­re­suję się wyłącz­nie dla­tego, że chcę wie­dzieć, dla­czego w dru­giej poło­wie XVII wieku Chiń­czycy po pol­sku pisali list do obroń­ców ałba­ziń­skiej warowni. Złoto Ałba­zina zupeł­nie mnie nie pociąga. W naj­bliż­szej przy­szło­ści nie zamie­rzam także brać udziału w jakich­kol­wiek poszu­ki­wa­niach ukry­tych skar­bów.

— Ale tam jest złoto. Czy pan rozu­mie? Złoto — wołał.

Wes­tchną­łem ciężko.

— Pro­szę pana, ist­nieje Mię­dzy­na­ro­dowy Klub Poszu­ki­wa­czy Skar­bów, który ma swą sie­dzibę w Paryżu. Co pewien czas spe­cjalny biu­le­tyn wyda­wany przez Klub przy­nosi wprost rewe­la­cyjne infor­ma­cje i wska­zówki o skar­bach roz­sia­nych po całej kuli ziem­skiej. Infor­ma­cje te nie są zmy­ślone, lecz oparte o mate­riały histo­ryczne, ba, nawet o dokładne plany, które wła­ści­wie odczy­tane pozwolą uzy­skać milio­nowe for­tuny. Czy dużo jest złota w Ałba­zi­nie?

— Worek. Pełen worek.

— Tylko tyle? Ja wiem przy­naj­mniej o czter­dzie­stu skar­bach, któ­rych war­tość jest tak wielka, że po pro­stu nie spo­sób jej okre­ślić. Znam miej­sca, gdzie leży nie jeden worek, ale całe tony złota i klej­no­tów. A jed­nak jak pan sam widzi, nie należę do milio­ne­rów.

Leśnik mil­czał, a ja wysze­dłem zza biurka i prze­cha­dza­jąc się po swym pokoju opo­wia­da­łem iro­nicz­nie:

— Czy pan wie, że w głębi zatoki Matan­zas na Kubie spo­czywa jede­na­ście gale­onów admi­rała Rodryga Far­fana? Zato­nęły one wraz z ogrom­nym ładun­kiem złota. Czy pan sły­szał, że dwa­dzie­ścia pięć gale­onów guber­na­tora Boba­dilla roz­biło się w 1502 roku o skały przy­lądka Engano koło San Domingo? Razem z gale­onami zato­nął ładu­nek skła­da­jący się z bez­cen­nych krusz­ców, klej­no­tów oraz szcze­rego złota wagi trzy i pół tysiąca fun­tów! Na wyspie Aruba w Wene­zu­eli, w pod­ziem­nej gro­cie Ger­rita Colo­rado suspen­do­wany3 ksiądz Domingo Mun­goz i jego przy­ja­ciółka Wanda ukryli kosz­tow­no­ści pocho­dzące z kor­sar­stwa. Czy sły­szał pan o wspa­nia­łym skar­bie zakonu jezu­itów ukry­tym w Boli­wii w XVIII wieku? W 1903 roku Anglik Prod­gers zna­lazł doku­ment spo­rzą­dzony przez jezu­itów, wska­zu­jący drogę do skarbca. Nie­stety, skarbca jesz­cze nie odna­le­ziono… Wiem o wyspie w archi­pe­lagu Gala­pa­gos, na któ­rej kor­sarz fran­cu­ski Dasam­ret z Dieppe zako­pał w 1673 roku swój ogromny łup. Znane są miej­sca ukry­cia bogactw zra­bo­wa­nych przez takich kor­sarzy, jak: Kidd, Wafer, Davies, Dam­pier, nie jeste­śmy jed­nak w sta­nie tra­fić do kry­jó­wek peł­nych złota. W gro­cie góry Ora, w dorze­czu rzeki Adygi we Wło­szech, oddział hitle­row­skich żoł­nie­rzy scho­wał w 1945 roku manierki wypeł­nione zło­tem. Złota tego jest tam około pię­ciu­set kilo­gra­mów, wszy­scy żoł­nie­rze tego oddziału zgi­nęli i dotąd nie ujaw­niono schowka ze skar­bem… W 1938 roku w oko­licy Saint Moritz w Szwaj­ca­rii roz­bił się nie­miecki Jun­kers-81 wio­zący ładu­nek złota ośmio­mi­liar­do­wej war­to­ści. Nie odna­le­ziono ani ładunku, ani szcząt­ków samo­lotu. W zatoce jed­nej z wysp Mar­ki­zów ukryty jest łup wojenny hitle­row­skiego kapi­tana łodzi pod­wod­nej U-435, Hel­muta. Skarb ten składa się z dużej ilo­ści klej­no­tów, złota oraz trzech obra­zów pędzla van Dycka. Na wyspie Gri­gan w archi­pe­lagu Maria­nów angiel­ski kor­sarz Robert­son ukrył w 1872 roku dwa miliony zło­tych pia­strów, zra­bo­wa­nych z dwu­masz­towca „Peri­vian” sto­ją­cego na redzie portu Cal­lac. Robert­son, ujęty przez kapi­tana Pacheco, popeł­nił samo­bój­stwo. Skarbu, jak dotąd, nie odkryto… Złota waza z ośmioma wiel­kimi bry­lan­tami i sied­mioma szma­rag­dami, dwa kilo­gramy pla­tyny, pięć­dzie­siąt tysięcy fun­tów szter­lin­gów i dwa miliony fun­tów turec­kich zako­pał w 1917 roku w Arme­nii, nie­da­leko gra­nicy per­skiej, dowódca bia­łych koza­ków, Czer­niaw­ski… Czy mam dalej wyli­czać?

Młody leśnik uśmiech­nął się smut­nie. Posta­no­wi­łem go osta­tecz­nie pognę­bić.

— W domu, szu­flady mojego biurka pełne są foto­ko­pii pla­nów pro­wa­dzą­cych do miliar­do­wych for­tun. Nie­stety, plany te zro­bione były na chyb­cika i nie­do­kład­nie. W tym leży zasad­ni­cza trud­ność. Ja wiem o skar­bach miliar­do­wych, a pan pro­po­nuje mi Ałba­zin i wore­czek ze zło­tem. A poza tym zapo­mniał pan o jed­nym. Ałba­zin znaj­duje się na Sybe­rii, albo, jak pan mówi, na Dale­kim Wscho­dzie. To zie­mie nale­żące do Związku Radziec­kiego. Ist­nieje prawo, które głosi, że skarb zna­le­ziony na jakimś tere­nie jest wła­sno­ścią pań­stwa, które włada tym tery­to­rium. Zaś szmu­giel złota przez gra­nicę to już nie moja spe­cjal­ność…

Leśnik mil­czał. Ja rów­nież. Wypa­li­li­śmy po papie­ro­sie.

Potem on wstał i poże­gnał się ze mną.

— Prze­pra­szam, że oka­za­łem się czło­wie­kiem pozba­wio­nym fan­ta­zji i nie­skłon­nym do przy­gód — powie­dzia­łem.

— A może jed­nak pan się zasta­nowi? — nie tra­cił nadziei.

— Może…

— Niech pan na wszelki wypa­dek zapi­sze sobie mój adres: Antoni Szulc, leśnic­two Kamionki.

Zapi­sa­łem w note­sie adres leśnika. Uczy­ni­łem to przez uprzej­mość. Nie zamie­rza­łem bowiem poszu­ki­wać skar­bów Ałba­zina. Zale­żało mi jedy­nie na pla­nie sta­rych for­ty­fi­ka­cji warowni. Ale nie widzia­łem spo­sobu, w jaki mógł­bym je od leśnika wydo­stać, skoro w grę wcho­dziło złoto.

Po powro­cie do domu roz­ło­ży­łem na stole atlas Związku Radziec­kiego. Duża okrą­gła lupa poczęła sunąć po mapie, wydo­by­wa­jąc nie­bie­skie żyłki rzek, czer­wone nitki kolei i dróg, żółte pła­sko­wyże, buracz­kowe łań­cu­chy gór.

Amur — gra­niczna rzeka mię­dzy Man­dżu­rią, nale­żącą do Chin, i Związ­kiem Radziec­kim. Wypły­wa­jący z Mon­go­lii Arguń łączy się z Szyłką i jako Czarna Rzeka — Amur — pły­nie do Morza Ochoc­kiego, mija­jąc Bła­go­wiesz­czeńsk, Cha­ba­rowsk, Kom­so­molsk, Niko­ła­jewsk.

…Po man­dżur­sku, mon­gol­sku i po pol­sku pisały wła­dze chiń­skie do obroń­ców warowni ałba­ziń­skiej.

Suną­łem lupą wzdłuż gru­bej nitki Amuru. Odczy­ty­wa­łem nazwy nie­licz­nych miast i osad. Nie­które z nich brzmiały bar­dzo dźwięcz­nie, lecz nie zna­la­złem Ałba­zina.

A może Ałba­zin jed­nak nie znaj­duje się nad Amu­rem? W takim razie czemu ałba­ziń­ska pie­częć wid­nieje w Zapi­skach Pria­mur­skogo Otdiela Obszcze­stwa Wosto­ko­wie­die­nija?

Kto wie, jaki był los warowni? Może na sku­tek walk została ona na zawsze zmie­ciona z powierzchni ziemi i nazwa jej nie figu­ruje na współ­cze­snych mapach? A może jest teraz tylko maleńką wio­ską zapo­mnianą przez kar­to­gra­fów?

Przy­pisy na końcu atlasu lako­nicz­nie infor­mo­wały, że Amur liczy sobie 4354 kilo­me­try. Jest dłuż­szy od Leny, Obu, Jeni­seju, Wołgi i Irty­szu. Pro­szę bar­dzo, szu­kaj­cie na prze­strzeni czte­rech tysięcy kilo­me­trów miej­sco­wo­ści o nazwie Ałba­zin!

W Klu­bie Dzien­ni­ka­rzy sprze­da­wano wino o pięk­nej nazwie Samos. Pili­śmy je z moim przy­ja­cie­lem, poetą Rober­tem. Przy­ja­ciel był gruby, jowialny i przy­po­mi­nał raczej poczci­wego skle­pi­ka­rza.

Robert pró­bo­wał mnie pocie­szać:

— Wszystko to, co piszesz i co zazwy­czaj prze­ży­wasz, podobne jest, nie obraź się, do tek­tu­ro­wej gry, którą posia­da­łem w dzie­ciń­stwie. Gra ta nazy­wała się: Pozwo­le­nie na przy­wóz lwa. Uczest­nicy gry posta­na­wiali spro­wa­dzić lwa. Żywego, praw­dzi­wego lwa. Ale przy­wóz lwa nie był łatwy. Żądano spe­cjal­nych kwi­tów, zaświad­czeń, opłat. Pię­trzyły się coraz to nowe prze­szkody i trud­no­ści. Jeśli rzu­ciło się kostkę szczę­śli­wie, pio­nek — czyli gra­jący — wcho­dził do gabi­netu wysoko posta­wio­nych osób i uzy­ski­wał potrzebne zezwo­le­nie. Jeśli zaś rzu­ciło się kostkę nieszczę­śli­wie, oka­zy­wało się, że znów bra­kuje jakichś papier­ków, albo że na morzu roz­sza­lała się burza i sta­tek ze lwem o mało nie zato­nął. Ist­niał w tej grze nie­bez­pieczny punkt: gdy pio­nek nań tra­fił, lew umie­rał na zaraź­liwą cho­robę i wszystko nale­żało zaczy­nać od początku. Ale ist­niało także i inne miej­sce. Gra­jący łączył się tele­fo­nicz­nie z samym pre­mie­rem, a ten wspa­nia­ło­myśl­nie zezwa­lał na przy­wóz lwa. I odtąd nie było żad­nych prze­szkód. Gra koń­czyła się zwy­cię­sko.

— Chcesz powie­dzieć, że i w spra­wie Ałba­zina jest jedno takie szczę­śliwe miej­sce? Wystar­czy jeden tele­fon i będę wszystko wie­dział, a może nawet odwie­dzę tajem­ni­czy Ałba­zin?

Robert ski­nął głową.

— Uwa­żam, że musisz wytrwale rzu­cać kostką i nie mar­twić się. Z pew­no­ścią tra­fisz na szczę­śliwą chwilę. A wtedy spro­wa­dzisz sobie pięk­nego, żywego lwa.

1 Numi­zma­tyk (z grec.) — znawca sta­rych monet. [wróć]

2 Heral­dyka (z łac.) — nauka o her­bach. [wróć]

3 Suspen­do­wany (z łac.) — zawie­szony w czyn­no­ściach. [wróć]