Wszystko da się naprawićTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział I. Zbyt łatwo, zbyt szybko się rozstajemy

Rozdział II. Jak dobrze się kłócić

Rozdział III. Wybaczyć zdradę?

Rozdział IV. Jak uniknąć znużenia

Rozdział V. Kto jest złym doradcą?

Rozdział VI. Jak ożywić rutynę w seksie?

Rozdział VII. Dziecko rywalem

Rozdział VIII. Najpowszechniejsze błędy, jakie popełniamy w związku

Rozdział IX. Klub szczęśliwych żon

Rozdział X. Kiedy iść na terapię?

Okładka


Copyright © Zbigniew Lew-Starowicz, Krystyna Romanowska, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

FRYCZ I WICHA

Redaktor prowadząca

Katarzyna Litwińczuk

Korekta

Mirosława Jasińska-Nowacka

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-185-1

Warszawa 2015

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Rozdział I
Zbyt łatwo, zbyt szybko się rozstajemy


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Panie profesorze, da się stworzyć związek bez konfliktów?

To ja pani zadam pytanie: spotkała pani kiedyś anioła?

Nie.

No właśnie. Ja też nie. Będziemy zatem rozmawiać o ludziach, bo ja na tym się znam, nie na niebiańskich sielankach. A ludzie mają konflikt wpisany w naturę. Więc oczekiwanie na to, że związek może obyć się bez konfliktów, to oczekiwanie niedorzeczne. Mało tego, konflikty są potrzebne. Rozładowują napięcia, pozwalają lepiej poznać drugą stronę, ale też siebie. Zna pani takie powiedzenie: zdrowo się pokłóciłem z żoną/mężem? No właśnie, zdrowo. Bo istnieją naprawdę zdrowe kłótnie, po których, jak po burzy, oczyszcza się atmosfera, wyartykułowane zostały żale i pretensje, czasem na nowo wynegocjowane zasady życia pod jednym dachem. Bywa i tak, że nagle druga strona dostrzega w partnerze osobę z temperamentem, a od jakiegoś czasu widziała w nim safandułę czy bezwolną ciapę. Ileż to razy konflikt sprawia, że i seks nabiera na nowo smaku.

Kłótnia higieniczna?

Albo wręcz jak skalpel przecinający wrzód. Mówimy oczywiście o sytuacji, kiedy konflikt nie przeradza się w wojnę domową. Ale tak naprawdę takich ostrych sytuacji nie jest wiele. Mimo to przez lata mojej pracy obserwuję, że teraz ludzie rozstają się zbyt łatwo, zbyt szybko. Zdecydowanie za szybko.

Bo jest to łatwe i wygodne?

Teraz tak. W przeszłości nie podejmowano łatwo decyzji o rozwodzie, bo człowiek żył pod silną presją opinii społecznej. Proszę pani, ja jeszcze pamiętam, że rozwodników nie zapraszało się na przyjęcia. Działo się to w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. Byli na marginesie, nie wypadało się z nimi spotykać. W małych miasteczkach stawali się szybko obywatelami drugiej kategorii.

Izolowani z powodu swojego życiowego niepowodzenia czy zerwania przysięgi małżeńskiej?

Ze wszystkich tych powodów. Proszę pamiętać, że małżeństwo było traktowane jako nierozerwalne, trwałe. Podjąć decyzję o rozwodzie to było wielkie wyzwanie, o wiele większe niż dzisiaj. Oczywiście, wiedziano, że są różne problemy: awantury, nieporozumienia, nadużywanie alkoholu, niedopasowanie seksualne, niewierność, ale trzeba było to przetrzymać dla dobra rodziny. Rodzina była najważniejsza, otaczano ją swoistym kultem, a jej trwałość, dobro dzieci to były właściwie dogmaty. Kościół miał ogromny wpływ na trwałość małżeństwa, tym bardziej że unieważnienie ślubu kościelnego należało do rzadkości. Generalnie, 40 lat temu nie było więc warunków sprzyjających do tego, żeby się rozwodzić. Notowano szalenie niski wskaźnik rozwodów. W sytuacji konfliktowej mąż i żona byli zdeterminowani, że trzeba konflikt przezwyciężyć dla dobra rodziny, dzieci. Albo sami się męczyli, albo chodzili do specjalistów, albo korzystali z pomocy księży w rodzinnych poradniach usytuowanych przy parafiach. Starali się przezwyciężyć ten kryzys. Zdarzały się wypadki, że przyjeżdżała dalsza rodzina, aby ingerować, zażegnać konflikt. Wspólnie próbowali jakoś pomóc. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia.

Popatrzmy na źródła tamtych sytuacji kryzysowych. Zdrada – to było bardzo częste. Więc co mogło pomóc? Wycofanie się z romansu: dla dobra dzieci, dla dobra rodziny. Oczywiście niektórzy (czy niektóre) byli po tej decyzji mocno poobijani, ale wiedzieli, że robią to w słusznej sprawie. W przeszłości, kiedy małżeństwo było traktowane bardzo serio, jeżeli kobieta zorientowała się, że mąż ma romans, czuła się mimo wszystko bezpiecznie. On utrzymywał rodzinę i raczej nie był skłonny, żeby zostawić żonę. Udawano więc, że tego romansu się nie widzi. Weźmy inny przykład: pijaństwo – alkoholik decydował się na leczenie też dla dobra rodziny.

A tzw. niezgodność charakterów?

Ona, po pijaństwie i zdradach, zajmowała trzecie miejsce w rankingu przyczyn rozstań. Tylko że to takie pojęcie wytrych: wszystko tam można zmieścić.

Czyli ludzie pracowali nad sobą chętniej niż teraz?

Nie wiem, czy chętniej, ale byli bardziej zdeterminowani, żeby rozwiązać problem dla dobra rodziny. Myślało się wtedy o tym, jak bardzo rozstanie odbije się na dzieciach, że będą cierpiały, więc nie można ich zawieść. Podkreślam raz jeszcze: było to poświęcanie się dla rodziny. Wtedy wskaźnik rozwodów był bardzo niski, wystarczy przejrzeć roczniki statystyczne. Pamiętajmy też o polskiej – bardzo prorodzinnej – obyczajowości. Rozbicie związku oznaczało samotność. Nic dziwnego, że wtedy się do sądu tak szybko nie leciało. To była ostateczność.

Czy ci ludzie z dogmatem nierozerwalności rodziny byli bardziej szczęśliwi niż dzisiaj?

Nie można tego rozpatrywać w kategoriach szczęścia. Ale można było mieć satysfakcję, że się poświęciło wszystko na rzecz rodziny, zwłaszcza jeśli się widziało wdzięczność ze strony dzieci.

A oni nie chcieli być razem dla siebie samych? Bycie ze sobą nie było wtedy wartością?

Nie aż tak jak dzisiaj. To, czy chcą być razem, było na dalszym miejscu, w cieniu. Głównie liczyło się poświęcenie na rzecz rodziny. To było takie powszechne hasło, nawet jeśli nie zawsze prawdziwe. Ale na pewno motywowało do działania, zmian.

No to zróbmy duży krok, 40 lat do przodu...

Zmieniło się ogromnie podejście społeczne. Kościół stał się dużo bardziej liberalny, łatwiej zdobyć unieważnienie związku małżeńskiego. Środowisko opiniotwórcze – celebryci, ludzie z show-biznesu, politycy, VIP-y – bez żenady mówi o swoich rozwodach, porzucaniu partnerów. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Kiedyś starano się dawać przykłady prorodzinności, rozwodem się nikt nie chwalił, nie obnosił się. Dzisiaj w gazetach rozwody są opisywane z detalami, ba – rozstania zaczęły być celebrowane, urządza się przyjęcia rozwodowe. Nic dziwnego, że małżeństwo przestało być cenione. O tym świadczy także liczba związków na kocią łapę. Są kraje w Europie, gdzie takich związków jest więcej niż małżeństw. U nas dzieje się już to samo. W Polsce jesteśmy świadkami rosnącej liczby rozwodów, również po krótkim czasie trwania związku, jak i większej popularności konkubinatu. Podejście do rozstania staje się dość łatwe, a co więcej – nie jest to już dyskryminujące. Nikt się nie dziwi, że ktoś się rozwiódł, mówi się o tym otwarcie. A poza tym w wielu szkołach są klasy, gdzie większość uczniów pochodzi z rozbitych związków. Również te dzieci nie czują, że są gorsze, nikt ich nie piętnuje. Dojdzie być może i do takiej sytuacji, że dzieci z trwałych związków będą się czuły jakieś nietypowe.

Pan mówi: zbyt łatwo podejmujemy decyzję o rozstaniu.

Wie pani, to jest trochę tak jak z samochodem. Zmienia się go po dwóch, trzech latach, nawet gdy jest sprawny. Kiedyś ubrania przechodziły z ojca na syna, czyli…

Trwałość była wartością.

A teraz zmiana, zmiana, zmiana, wszystko jest w zasadzie jednorazowe. Lodówka się zepsuła, no to kupimy nową, nie warto naprawiać. Komórki się wymienia co rok. Laptopy – to samo. Zużył się troszkę, no to kupujemy nowy. I to zachowanie kulturowo-społeczne przenosi się na nasze związki. Druga osoba też się zużyła, trzeba ją wymienić na lepszy model. To jeden z motywów skłonności do rozstań.

 

Ale najbardziej niepokojące jest to, że rozwód stał się metodą rozwiązywania problemu. Tyle tylko, że rozwód nie jest żadną metodą rozwiązywania konfliktu. Jest raczej ucieczką od niego. Na dodatek łatwość rozstania w pierwszym związku rodzi obawę, że tak samo będzie się działo w następnych – czy to w małżeństwie, czy w konkubinatach. Zresztą był taki okres, kiedy królowały rozwody „lekkomyślne” – poznali się na dansingu, alkohol, następnego dnia ślub w urzędzie stanu cywilnego, po miesiącu rozwód. To były nieprzemyślane decyzje podjęte pod wpływem chwili, najczęściej chodziło o seks, a kobieta przecież zastrzegła, że „dopiero po ślubie”. Ktoś się zorientował, że coś jest nie tak, i wprowadzono zapis, że od momentu zgłoszenia się do urzędu stanu cywilnego trzeba było czekać miesiąc na ślub. I ubyło par, które po pierwszej randce uznawały, że są dla siebie stworzone i będą żyły razem aż po grób. Dlatego pewne bariery czasowe w zawieraniu małżeństwa mają sens, żeby nie było tak jak w Las Vegas.

Ale przecież do rozwodu chyba wiedzie daleka droga. Najpierw są konflikty, często awantury, ciche dni i tak dalej, rozstanie to przecież tak poważna decyzja, że podejmuje się ją chyba rozważnie?

Nie do końca. Bywa, że ludzie walczą o zachowanie związku, ale zbyt łatwo mówi się teraz: „OK, to rozstańmy się, rozwiedźmy się”. Jeżeli druga osoba zareaguje emocjonalnie: „Chcesz rozwodu, proszę bardzo”, to mamy rozejście się jak w banku. A może warto, tak jak kiedyś cerowało się skarpetki, spróbować zacerować związek? Powiedzieć tej drugiej osobie: „Co ty wygadujesz? Przecież mamy tyle wspólnych wspomnień, możemy to wszystko naprawić”.

Inaczej to wyglądało w czasach, kiedy ludzie żyli krócej, rodziny były wielodzietne – dynamika związku przebiegała trochę odmiennie. Aż takich starań wokół siebie nie trzeba było robić. Teraz wyobraźmy sobie parę, która w 30. roku życia postanawia się związać. Przed nimi jest statystycznie około 50 lat. Nie wszyscy muszą być 50 lat razem, ale na ogół chcą. Jakież to jest wyzwanie! Mamy być 50 lat razem! Przez pół wieku utrzymywać atrakcyjne relacje!

To dopiero sztuka…

To jest największe wyzwanie dla związku. A na dodatek ewolucja tego nie przewidziała, ewolucja była związana z naszą rozrodczością, później opieką nad małymi – i do widzenia. Znaleźliśmy się w nowym świecie. Tak samo jak ewolucja nie przewidziała, że świat ten jest ciekawszy od tego, co stworzyła natura. Bardziej wciągający. Młodzież się spotyka i każdy siedzi w swoim tablecie czy komórce. Trudno nawet przewidzieć, jak będą wyglądały ich miłosne relacje. Chłopak z dziewczyną będą w tym samym pokoju, przy różnych tabletach, w świecie elektronicznych pasji – i mogą oddalać się od siebie. Byłoby dobrze, gdyby chociaż oglądali to samo na tym samym tablecie… Do tej pory ludzie ciągle przebywali razem w ich wspólnym świecie, opiekowali się dziećmi i gospodarstwem, wolny czas też spędzali razem. Oglądali te same filmy, czytali te same książki. A teraz wszystko stało się osobne. Jedno siedzi przy jednym telewizorze, a drugie w innym pokoju przy drugim. Już coś tracą. A sztuka bycia razem polega na tym, żeby łączyć. Oczywiście trzeba zachować swój indywidualizm i nic złego nie ma w tym, że ona sobie sama ogląda swój serial, ale dobrze by było, gdybyśmy wieczorem coś razem obejrzeli.

Jeżeli ewolucja nas tak nie zaprogramowała, to gdzie szukać pomocy?

U specjalistów i w książkach. Minęła już rola babć i dziadków, rodziców, którzy pomagali młodym. Oni już nie są opiniotwórczy. Często słyszę taką odpowiedź na pytanie, czy małżeństwo rodziców było udane: „Tak, dotąd są razem”. Ale czy są szczęśliwi, czy się kochają, w jakiej są kondycji, czy jest im razem dobrze – nie wiadomo. Jeżeli rodzice mówią, że trzeba być razem, bo najważniejsze jest dobro rodziny, to nie jest to już żaden argument.

Sztuka życia we dwoje skomplikowała się, bo ludzie później wchodzą w związki i mają już pewne określone przyzwyczajenia. W dodatku długo żyją osobno jako single. Mieszkają we własnych mieszkaniach, prowadzą swój styl życia i teraz nagle chcą być razem. Różnice osobowościowe są już tutaj większe, ponieważ do tego wszystkiego dochodzi jeszcze duży pośpiech. Jest trudniej niż np. w moim przypadku – ja startowałem jeszcze w młodym wieku, kiedy nie było tych nawyków, kiedy istniały niewielkie różnice środowiskowe, np. małżeństwa z rodzin chłopskich, robotniczych czy inteligenckich miały podobne scenariusze. Młodzi ludzie szybko potrafili się dopasować do siebie – i ruszyli. A teraz różnice środowiskowe są duże. Dzisiaj sporo ludzi z założenia tworzy związki przejściowe. Na ogół stawiają na karierę, na to, by poznać życie, wyszumieć się, a później dopiero się ustatkować, czyli wchodzą w związki, które istnieją np. tylko dla seksu – to takie znajomości, przyjaźnie z seksem, ale to jeszcze nie ta właściwa osoba.

Obserwuję też jeszcze jedną niepokojącą rzecz: to nadprodukcja psychologów. Studia psychologiczne mają zdecydowanie obniżony poziom, nie przygotowują do pracy z pacjentami. A ci świeżo upieczeni absolwenci jeszcze z ciepłym dyplomem otwierają gabinet i praktykują terapię rodzinną. I zdarza się, że na pierwszej rozmowie z pacjentami mówią: „Musicie się rozstać, a pani powinna się wyprowadzić”. Skąd po pół godzinie rozmowy już taka radykalna rada?! Tak nie wolno! Nie uważam, że jestem najlepszym fachowcem od terapii par od Bałtyku do Tatr. Mój styl pracy też się może nie podobać. Ale na pewno nie można słuchać terapeuty, który nakazuje po pierwszym spotkaniu, żeby partnerzy się rozstali – nikt nie ma prawa tak pochopnie decydować o ludzkich losach.

Panie profesorze, spróbujmy w tej książce ponaprawiać związek tak, żeby nie musiało dojść do trzęsienia ziemi i rozstania.

Może lepiej tak: jak trzeba, niech się zatrzęsie, byleby uniknąć śmiertelnych ran.


Żeby naprawić, trzeba zrozumieć

Jak sprawdzić więź uczuciową

Podczas terapii proszę partnerów, aby na kartce zapisali zalety drugiej osoby i uczucia, jakie żywią do niej, a następnie je odczytali. Okazuje się, że nawet w wieloletnich związkach jedna z osób potrafi zamienić się w słup soli, słysząc litanię zalet, których nigdy dotąd nie usłyszała z ust partnera. Padają wtedy pełne zaskoczenia pytania: „Ale dlaczego dotąd nigdy mi tego nie powiedziałeś(aś)?!”. Partner z reguły odpowiada: „Myślałem(am), że wiesz”, „Przecież to oczywiste i po co o tym mówić?”.

Jak zdążyłem się przekonać przez lata terapii, słowo ma wielką moc i potrafi przeobrazić relacje w związku. Przyjemnie wiedzieć, co myśli i czuje do nas partner, który nie jest obdarzony darem ekspresji uczuć. Zdarza się jednak, że partnerzy zatrzymują się na poziomie ograniczonej komunikacji, przeżywaniu różnic w ujawnianiu uczuć i wyciągania pochopnych wniosków. Niejeden związek rozpadł się tylko dlatego, że partnerzy nie potrafili nawiązać dobrego dialogu, poznać siebie wzajemnie. Rosnące rozczarowanie i dystans doprowadziły do zaniku więzi uczuciowej i seksualnej.

Czy istnieje sprawdzony sposób, by ocenić dystans uczuciowy w związku? Tak. Proponuję wątpiącym w uczucia drugiej osoby dość proste ćwiczenie: stańcie w odległości kilku metrów od siebie, na wprost. Najpierw jedna osoba niech zamknie oczy i stoi w miejscu, a druga – po uprzedniej zapowiedzi – niech wolnym krokiem zbliża się do partnera. On w każdej chwili może powiedzieć „stop”, jeżeli odczuje taką potrzebę. Następnie robimy zamianę w tej samej konwencji. Jeżeli druga osoba nie zostanie zatrzymana i wchodzi na nas, to więź uczuciową do niej można ocenić jako dobrą. W przypadku zatrzymania na „stop” ocenia się odległość, w jakiej to nastąpiło – im dalej od nas, tym większy dystans, opór czy niechęć. Takie ćwiczenie może powiedzieć więcej niż słowa.

(Zbigniew Lew-Starowicz, „O miłości”)

Rozdział II
Jak dobrze się kłócić


Wspomniał pan przed chwilą o zdrowych kłótniach. Na czym to polega?

Przede wszystkim powiedzmy wyraźnie: kłótnia jest lepsza od obojętności. Bo wywołuje emocje, daje nadzieje na interakcję. Kłótnia jest dowodem na komunikację z partnerem. A obojętność to przeważnie koniec więzi.

Ale przyzna pan, że częste kłótnie wyczerpują energię ludzi będących w związku.

Jasne, czasami jak para zaczyna się u mnie kłócić, to tak się zaperzają, że nie widzą, że ja siedzę obok. Całkiem zapominają o moim istnieniu. Ale proszę pamiętać – do mnie nie przychodzą ludzie szczęśliwi, tylko skonfliktowani. Dlatego jestem codziennie obserwatorem kłótni, bo napięcia, które ci ludzie noszą w sobie, przynoszą ze sobą do gabinetu. Co nie znaczy, że w domu kłócą się bez przerwy.

Żeby dać przepis na bezpieczną kłótnię, rozłóżmy ją najpierw na czynniki pierwsze. W książce Pogodzić różnice Don Peterson, psycholog z Uniwersytetu w Rutgers, ustalił, że są cztery typowe zdarzenia, które stanowią przyczynę kłótni: krytyka, wymagania wobec drugiej strony, postawa: „Powtarzam po raz setny” i odrzucenie. Dla wszystkich ludzi, którzy się kłócą, typowe jest myślenie: ktoś musi być winowajcą – na pewno jest nim ta druga strona. „Jeżeli zadamy sobie pytanie, dlaczego doszło do nieprzyjemnej kłótni, wyciągamy zwykle oskarżycielsko palec w stronę naszych partnerów. Wina leży po ich stronie i to ich cechy charakteru wywołały dane zdarzenie. A my? Bez względu na to, jak niewłaściwe było nasze zachowanie, zostaliśmy sprowokowani” – czytamy w Pogodzić różnice. Radzę zapamiętać te słowa w momencie, kiedy rozpoczynacie kłótnię.

Co łączy wszystkie kłótnie?

Przede wszystkim emocje. Podczas kłótni rozum śpi. Albo można powiedzieć inaczej: rozum jest wtedy na usługach emocji. Zawsze, powtarzam, zawsze występuje najsilniejszy element: obwinianie drugiej osoby. Partner lub partnerka występuje w kłótniach w roli prokuratora, sędziego, czasami nawet w roli kata. Typowa jest próba narzucania swojego zdania i oczekiwanie, że druga strona podda się. W rezultacie do niczego to nie prowadzi z wyjątkiem eskalacji kłótni. W tak dużym stanie napięcia ludzie zapominają o tym, co mówią, a potrafią powiedzieć bardzo niedobre, wręcz toksyczne słowa.

Jakie?

„Jesteś menda, głupia, jesteś cham, wykapana mamusia”…

…„nie jesteś wcale lepszy od swojego ojca”…

…„prymitywny żołdak”, „debilny spaślak”, „nieudacznik”, „ty flejo”. Tak nie wolno! Nie można ubliżać. Nie można porównywać. I tak samo nie można generalizować na zasadzie: „ty zawsze”, „od zawsze”, „ty nigdy”, „ja nigdy”, „brzydzę się tobą”. Nie można tak robić. Nie można używać obraźliwych tekstów pomniejszających wartość człowieka.

W zdrowej kłótni chodzi o to, by w komunikatach koncentrować się na tym, co mnie boli, a nie obrzucać partnera inwektywami. Wypowiadać diagnozę „czuję się zawiedziona, jest mi przykro, boli mnie to, że…”, zamiast „jesteś beznadziejny, nie można na ciebie liczyć, do niczego się nie nadajesz”. W czasie terapii uczymy pary takiego konstruktywnego sporu, by wypowiadane w złości słowa nie raniły do żywego. Wiadomo przecież, że partnerzy znają siebie lepiej niż inni i najlepiej wiedzą o swoich czułych punktach czy kompleksach. Wykorzystywanie tej wiedzy w kłótni jest ciosem poniżej pasa. Jeśli kobieta w zaufaniu opowiedziała mężczyźnie swoją biografię i wyznała, jak poczuła się oszukana przez poprzedniego partnera i jak mocno to przeżywała, ten obecny nie może sięgać po tę wiedzę i mówić w złości np.: „Zostawił cię, bo nie można z tobą wytrzymać”.

Jak więc się kłócić, żeby nie kończyło się to za każdym razem wojną domową i słowami: „Jak chcesz, to się wyprowadź”?

Proszę pani, specjaliści opracowali dokładny plan przebiegu kłótni idealnej.

Czyli poda pan teraz przepis na najlepszą kłótnię świata.

Tak, i ten lekki sarkazm w pani tonie jest niepotrzebny, chociaż go rozumiem, bo wydaje się to niemożliwe. A jest możliwe. Podam zaraz wszystkie składniki i czas przygotowania. Otóż kłótnia kontrolowana powinna się składać z kilku faz – zapewniam, że można to zrobić. I można się tego nauczyć. Zacznijmy od tego, że dobra kłótnia nie powinna przekraczać pół godziny.

 

Z zegarkiem w ręku?

Tak, ale dlaczego te pół godziny jest ważne? Ze względu na to, że naukowo zostało dowiedzione: po takim czasie kłótnia przestaje być efektywna. Ludzie zaczynają się kręcić dokoła swojej osi. I nic z tego nie wynika. Są partnerzy, którzy potrafią całą noc się kłócić i nad ranem zaczynają od początku.

Bo znajdują się w punkcie wyjścia?

Tak. Tracą tylko czas. Powinni wiedzieć, że początkiem kłótni idealnej jest faza pierwsza, w której ujawnia się problem. Czyli np. spóźniłeś się znowu do domu.

Wiemy, że mamy do czynienia z problemem spóźniania się. Ten, którego problem dotyczy, zwykle odpowie: „O, ty zawsze tak reagujesz”. I dobrze – tyle wystarczy, i tu przechodzimy do punktu drugiego kłótni idealnej: najistotniejsze jest mówienie o emocjach. Czyli: „Jestem wściekła, bo się spóźniłeś”, „Jestem zła, jest mi smutno, jest mi przykro”, „Źle się z tym czuję, bo kiedy się spóźniasz, zaniedbujesz pewne obowiązki”, „Czuję się zlekceważona”. Te emocje trzeba koniecznie nazwać, bo dopiero wtedy będą czytelne dla drugiej strony. A nie mówić: „Spóźniasz się dokładnie tak, jak robił to twój ojciec”. Teraz uwaga: w większości przypadków wiemy, o co się kłócimy, ale są kłótnie, gdzie nie wiadomo, o co wybucha awantura.

Tzw. ukryty motyw. Ona krzyczy na niego, że się spóźnia, ale de facto wkurza ją jego pracoholizm.

I wtedy to spóźnienie jest właściwie punktem zapalnym. Następuje eksplozja, a nie wiadomo, o chodzi. Dlatego dobrze by było, gdybyśmy się kłócili o coś. O to, co jest wiadome.

Lepiej się kłócić o to, że „coraz bardziej mnie drażnisz”?

Tak, i wtedy nie ukrywajmy tego pod rzekomym problemem ze spóźnieniem. Nie szukajmy przyczyny pozornej, tylko mówmy wprost, o co chodzi. I w tym momencie przechodzimy płynnie do następnej części kłótni, czyli dyskutowania, omawiania problemu. Tu znowu należy koncentrować się na swoich emocjach. W fazie trzeciej trzeba znaleźć rozwiązanie.

Na przykład: „Nie mam już siły z tobą gadać, porozmawiajmy jutro?”.

To niezłe rozwiązanie. Byle przy tym nie strzelać focha. Rozwiązaniem może być powiedzenie sobie: „Wiesz co? Pozostańmy przy swoich zdaniach, bo tutaj nie osiągniemy porozumienia, ale nie będziemy już do tego wracać”. Też dobrze. Albo rozwiązanie w przypadku spóźnienia: „Jeżeli miałbym się spóźnić następnym razem, to do ciebie zadzwonię”. Proszę pamiętać, że jeżeli po kłótni obie strony czują się gorzej, to znaczy, że kłótnia nie spełniła swojej roli, czyli wyładowania emocji. Takie kłótnie tylko nasilają patologie w związku. Kłócąc się dobrze, powinniśmy wiedzieć, że właśnie stajemy przed kryzysem, a awantura jest drogą do jego przezwyciężenia.

To na razie teoria. Ale jak właściwie można ją zastosować w praktyce i nauczyć ludzi dobrze się kłócić?

Ja to robię codziennie. Proszę ich, żeby obserwowali, jak przebiegła ich kłótnia, uczę oceniać jej konkretność. Konkretność kłótni jest bardzo ważna, trzeba wiedzieć, o co właściwie chodzi. Partnerzy oceniając swoje kłótnie, muszą się skupiać na swoich emocjach: czy one są w ogóle czytelne dla drugiej strony? Czy podczas kłócenia się wystąpiły wszystkie fazy i – co jest bardzo ważne – czy była wola rozwiązania problemu? I tego bardzo ładnie można się nauczyć. Nadal brzmi to niewiarygodnie?

Brzmi niewiarygodnie...

Ale w praktyce potrzeba zaledwie trzech do pięciu takich szkoleniowych kłótni i para zaczyna już zupełnie inaczej funkcjonować. Kłótnie są bardzo destrukcyjne, bo zapadają w pamięć, pozostawiają bolesny osad. Zwłaszcza kiedy się coś wykrzyczy w złości. Ostatnio była u mnie na terapii para z dziesięcioletnim stażem. Ona cierpiała z powodu nadżerki szyjki macicy, stosunki seksualne sprawiały jej ból. A jej partner był – niestety – namolny. Podczas awantury z jakiegoś zupełnie niezwiązanego z seksem powodu, ona będąc w wielkim napięciu, wykrzyczała mu w twarz: „Mnie od początku z tobą bolało!”. Na dodatek przyznała, że zawsze miała wstręt do jego nasienia. Dla niego oznaczało to koniec. Przez te dziesięć lat był przekonany, że było im razem dobrze, że ona chciała się z nim kochać, że była zadowolona. Nigdy w spokojnej rozmowie nie powiedziała mu o swoim kłopocie. Efekt był taki, że mężczyzna się zablokował i zaczął unikać seksu. Mówił mi podczas terapii, że kiedy ona zaczynała go nakłaniać do seksu, to za każdym razem jakby na nowo słyszał te bolesne słowa.

Wniosek: nawet w największej złości uważajmy na słowa.

Słowa są niesłychanie trudne do odkręcenia. Jak ma zareagować kobieta, jeżeli on jej wykrzyczy w kłótni: „Wyglądasz jak tłusta krowa!”? Jak ma zapomnieć takie zdanie?

John Gottman, amerykański psycholog, twórca słynnego Laboratorium Miłości, podkreśla, że poniżanie, pogarda, wrogość i defensywność podczas konfliktów to tzw. czterej jeźdźcy Apokalipsy. Czego pan się dowiaduje o danej parze podczas tych kłótni w gabinecie?

Widzę, kto jest osobą dominującą, kto uległą. Śledzę mowę ciała, intonację, komunikaty, sposób wypowiadania się. Wyczuwam strefę konfliktową i zaczynam do niej docierać.

Z czym ci, którzy uczą się u pana dobrze kłócić, mają największy problem?

Z tym, że się w ogóle kłócą, i to coraz częściej, i z dużą dozą impulsywności. No i z tym, że te kłótnie właściwie nic nie dają. A jednocześnie partnerzy czują, jak cegiełka po cegiełce narasta ich wzajemna niechęć. Niech sobie pani wyobrazi, że się pani dzień w dzień kłóci...

Zdarzało mi się...

Przychodzą też z żalem, że ta druga osoba się nie zmieniła mimo serii awantur. Charakterystyczne jest zawsze oczekiwanie zmiany.

Kłócę się z tobą, bo chcę, żebyś był inny lub inna.

Dzięki kłótni on/ona ma się zmienić. I wtedy osiągniemy nasz cel, przestaniemy się kłócić i będziemy żyć długo i szczęśliwie.

Czy to zasadne oczekiwanie?

I tak, i nie. Niech pani wyobrazi sobie czysty, zadbany dom. Mężczyzna wciąż wchodzi do niego w ubłoconych buciorach. Żona mu mówi: „Zdejmij buty, już ci kapcie przygotowałam przy samym wejściu”. Jeżeli brudzi butami, bo jest bezmyślny, można w końcu to zmienić. Kobieta powinna usiąść i powiedzieć: „Nie jest łatwo to błoto zmyć. Dlaczego to robisz? Dlaczego mi to robisz? Przestań”. I wszyscy staną po jej stronie: ona ma prawo oczekiwać zmiany. Gorzej, jeżeli on to robi dla zasady.

Dla jakiej zasady?

Na przykład takiej, że kobieta nie będzie nim rządziła w tym zadbanym czystym domu, a on będzie robił, co zechce. Wtedy jest sprawa o niebo trudniejsza, bo trzeba sięgnąć do rzeczywistej przyczyny konfliktu, którą tu jest najprawdopodobniej walka o władzę między nimi. A chodzenie w brudnych butach po całym mieszkaniu to tylko symbol tego, co się w tym małżeństwie dzieje. Dokładniej – to symbol oporu mężczyzny. Dlatego nieraz potrzebny jest terapeuta, żeby uświadomić to partnerom.

Lepiej się kłócić o drobiazgi czy o rzeczy duże?

Trudno generalizować. Częściej wybuchają kłótnie o drobiazgi, ludzie raczej nie kłócą się z takiego powodu, że ona uwielbia Kukiza, a on – Leszka Millera.

Znam świetnie funkcjonującą parę: ona – liberalna, on – zwolennik PiS-u. Kłócą się czasami. O pozostawione na podłodze skarpetki.

Widzi pani, czyli jednak o głupstwa. Czasami jednak, jeżeli chodzi o sprawy światopoglądowe, może dojść do trzęsienia ziemi. Pamiętam parę niesłychanie kłócącą się z powodu tego, że schorowany papież jeździł po świecie. On uważał, że to nonsens i niepotrzebne męczenie starszego człowieka, ją to doprowadzało do szału, bo była głęboko wierząca i dla niej papież był świętą osobą. Ale tego typu kłótnie są rzadkie. Przeważnie spory dotyczą tego, że któraś ze stron lekceważy partnera.

„Bo ty jesteś egoistką”...

Tak, to słowo niesłychanie często pada podczas kłótni. Nie dalej jak wczoraj para mi się w gabinecie tak kłóciła, że ledwo dorwałem się do głosu. I to słowo padło z dwóch stron. Jeżeli zreferuję teraz tę kłótnię, to nasi czytelnicy mogą wyciągnąć dziwne wnioski na temat mojego podejścia do równouprawnienia. Ale trudno. Mąż mówi do żony w ten sposób: „Słuchaj, ja wiem, że jestem wybuchowy, że nie panuję nad emocjami i że się szybko nakręcam. Rzeczywiście. Błyskawicznie się nakręcam. Mogę być wtedy chamski, ale błagam, ty wtedy nic nie mów. Spróbuj zmniejszyć moje napięcie. Uśmiechnij się albo zrób coś, żeby mnie rozśmieszyć”. A ona na to: „Tak? Jak nic nie powiem, to znaczy, że się z tobą zgadzam. Mowy nie ma!”. On wtedy mówi: „Kochanie, przecież daję ci wszystko”. I rzeczywiście, stworzył jej luksusowe warunki życia. Sądzę, że wiele kobiet by zazdrościło.

Ale ta wybuchowość...

Mówi do niej dalej: „Ja chcę tylko jednego, oczekuję od ciebie, żebyś była kobietą, która nie próbuje mi stawiać oporu, mówić nie. Tylko tyle. Żebyś była kobieca” – czyli w jego pojmowaniu „uległa”. A ona mówi: „Nie”.

Mogę ją zrozumieć.

Mówi: „Nie będę uległa, bo nigdy w życiu nie byłam uległa”. Ich dramat i kryzys w związku zaczął się, kiedy zamieszkali razem. Przedtem, gdy okres tańca godowego się wydłużał, bo mieszkali w innych miastach i przez kilka lat spotykali się okazjonalnie, wszystko grało. Okres tańca godowego minął, zderzyły się dwie silne osobowości. Nawet jej matka mówi: „Ustąp, zobacz, masz świetne warunki, inne kobiety byłyby szczęśliwe na twoim miejscu”. A ona mówi: „Nie chcę takiego szczęścia”.

No i co pan na to?

No, źle widzę przyszłość tego związku. On się w swojej wybuchowości nie zmieni. Po prostu. Ona też chce dominować i ma ogromną potrzebę władzy. Gdyby rzeczywiście podczas konfliktowych sytuacji nie nakręcała go swoim zachowaniem, to można by z nim dojść do ładu. Gdyby potrafiła chociażby wyjść w tym trudnym momencie do innego pokoju, zrobić cokolwiek, byle mu się nie stawiać i nie mówić tego nieszczęsnego „nie”.