Rycerze Placu ZamkowegoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Olimpiada

Waldek poniósł sromotną klęskę. W bieganiu. Od kilku już tygodni ćwiczyli na przemian to lekkoatletykę, to wojsko. I wreszcie Leszek zorganizował Olimpiadę. Startowali wszyscy z placu, nawet dziewczyny biegały. Mało tego, kiedy wieści o zawodach się rozeszły, znaleźli się chętni do udziału z okolicznych ulic. W sumie zebrało się ponad trzydziestu uczestników. To była prawdziwa olimpiada sportowa, nawet kilku dorosłych przyszło popatrzeć. Leszek promieniał, zapisywał zawodników do różnych konkurencji, organizował, dyrygował. Był niemal w siódmym niebie. Ze szkoły przyniósł prawdziwą metalową kulę do miotania, od pana Bolesława pożyczył zegarek z sekundnikiem do mierzenia czasu. Cała ta majowa niedziela była świętem sportu. Nawet medale Leszek zorganizował. Z bilonu. Pan Antoni monety podziurkował (jak ci dorośli pomagają), nanizał je wszystkie na sznurki i Leszek ustalił kolory medali zależnie od wielkości monety. Pchnięcie kulą wygrał Pet, bo jakżeby inaczej. Zawsze był gruby, ale to samo mięso bez tłuszczu, jak o sobie mawiał. Z włażeniem na drzewo dawał sobie radę gorzej, ba, wręcz tego zaprzestał, kiedy któraś gałąź się pod nim złamała. Wszystkich innych utrzymała, a jego nie. Za to siłę Pet miał. Nic dziwnego, że tę konkurencję wygrał.

W sprincie natomiast tryumfował Romkul. Na imię miał Romuald, ale to było za długie do mówienia dla chłopaków. Romkul był w wieku Leszka, duży, wyrośnięty o lekko skośnych oczach. Jak się później Waldek dowiedział, pochodził z rodziny Tatarów litewskich, o czym też świadczyło jego nazwisko Samojłowicz. Mieszkał z drugiej strony zamku, na ulicy Zielonej. Jego nieodłącznym towarzyszem był młodszy od niego Staś. Ten to był artysta. Bez dwóch przednich zębów, co uwidaczniało się przy jego wiecznym, drwiącym uśmiechu. Przez szparę w uzębieniu strzykał śliną na ponad trzy metry. Chodził też po bikiniarsku, szeroko rozstawiając nogi.

- Jak marynarz - mawiał.

- Jakby w portki narobił - skwitowała kiedyś Ania.

Nadeszła kolej na koronną konkurencję, bieg na kilometr. Leszek właśnie biegi na długich dystansach trenował w SKS. Stanął do tej konkurencji i Waldek. Wiedział, że brata nie pokona, ale drugi będzie na pewno. Gdy wystartowali, wszystko zdawało się układać, jak Waldek sobie wyobrażał. Niestety, kiedy do mety zostało jeszcze ze dwieście metrów, poczuł nagłą zadyszkę. Musiał zwolnić. Wtedy stało się najstraszniejsze. Jak w zwolnionym filmie, powoli zbliżył się do niego Wyrwik, potem zaczął Waldka wyprzedzać. Oddychał lekko, swobodnie. Waldek chciał przemóc zmęczenie, przezwyciężyć ociężałość. Nie dał rady. Plecy rywala coraz bardziej się oddalały. Jego szczupła sylwetka z długimi nogami płynęła lekko, coraz szybciej do mety. I tak się stało. Kiedy Waldek przekroczył linię, stanowiącą koniec wyścigu, pierwszą rzeczą, którą ujrzał, był drwiący wzrok Leszka. Ten oczy wiście wygrał, teraz zaś śmiał się z brata.

- Co, wojaku, przegrałeś nawet z młodszym od siebie. Jaki będzie z ciebie wódz? Może twoje wojsko takie ma być?

Żeby Waldek nie był tak zmęczony, to chyba mimo przyrzeczenia skoczyłby znowu na brata. Spojrzał z rozpaczą po innych. Jednak nikt się nie śmiał, spokojnie patrzyli na obydwu. Dla nich to były tylko zawody, a nie jakaś walka o hegemonię. Ale Waldek czuł się strasznie upokorzony. Klęska, którą poniósł, wydawała mu się niebotyczna. Już nigdy nie zaimponuje chłopakom. Wszystkie jego pomysły będą wyśmiane.

- To koniec - pomyślał z goryczą. Nie wiedział jeszcze, że w jego i chłopaków wieku wszystkie, tak zdawałoby się znamienne i ważne przewagi oraz klęski już następnego dnia stają się odległą przeszłością. Że czas przemija tysiąckroć szybciej, że z każdą godziną pojawia się coś nowego, na czym skupia się uwaga. Że to, co było tak niedawno najważniejsze, po chwili jest już nieistotne, zapomniane i wyparte przez nowe. Chłopak sam nie zauważył, że już przeszedł myślami dalej, bo pozostała jeszcze szermierka, jego konkurencja. Tutaj musi być najlepszy. Podczas ćwiczeń wojskowych nikt nie mógł go pokonać, teraz więc zmaże piętno porażki. Musi tego dokonać. To Waldek założył wojsko, to jego pomysłem było dodanie szermierki do zawodów. Teraz więc przyszedł czas, by udowodnić wszystkim, kto tu jest rycerzem zamkowym. Bo mniejsza o medal, to przecież Leszek wymyślił. I już Waldek zaczął się przygotowywać do kolejnej konkurencji. Wziął w rękę swoją szpadę z leszczyny. Nie była prosta, ale lekko wygięta. Takiej Waldek jednak potrzebował, pół szpady - pół szabli. Jego ulubionym pchnięciem było wyminięcie gardy przeciwnika i zadanie ciosu wygiętą końcówką. Tak, teraz musi pokazać, że jest najlepszy w tym, do czego chłopaków namawiał. I zaczęło się.

Turniej szermierzy odbywał się systemem pucharowym, jak go Leszek nazywał, a to znaczyło, że przegrywający odpada. Każdy pojedynek trwał do zadania trzech trafień. Nie wolno było mierzyć w głowę, bo to groziło nieszczęściem, może nawet kalectwem. Liczyły się tylko trafienia w tułów. Waldek bez problemu dotarł do finału. Obserwował, kto będzie jego ostatnim przeciwnikiem. Miał być nim jeden z dwóch teraz walczących; Czesiek lub Romkul, który też stanął do tej konkurencji. Czesiek walczył dzielnie, lecz Romkul zadawał ciosy niespodziewanie, tak z niczego. Niby się cofał, niby odbijał, gdy nagle koniec jego szpady jak żądło kolił Cześka. Dwa takie ciosy zadane znienacka w biodro, trzeci prosto w pierś wyeliminowały Cześka.

- Teraz ty - z dziwnym uśmieszkiem rzucił Romkul do Waldka. Ten już wiedział, że będzie miał ciężką przeprawę. Przypomniał sobie jednak słowa pana Mrowińskiego, który kilka dni temu obserwował przypadkiem ich wojskowe ćwiczenia.

- Masz wielki talent do szermierki - powiedział pan Mrowiński. Szkoda, że w Lidzbarku nie ma żadnego klubu o tym profilu. Ale ćwicz, może kiedyś wyjedziesz i zostaniesz wielkim sportowcem. Bo już widać, że masz wrodzony dar do białej broni.

To wspomnienie zmobilizowało Waldka. Wystąpił naprzeciw, wystawił swoją szpadę. Zaczęła się walka. Pierwsze trafienie zadał Romkul. Tym samym sposobem, co zawsze, niespodzianie i bez ostrzeżenia. Waldek znowu dostrzegł ten jego dziwny uśmiech. Romkul nabrał pewności siebie. Już wierzył w swoją wygraną. I to zdecydowało o sukcesie Waldka. Walczył z najwyższą uwagą i skupieniem. Najpierw zaskoczył przeciwnika mistrzowskim odbiciem i kontrą. Celną. Remis. Romkul skurczył się w sobie, zamknął, cofnął. Tylko szpikulec wystawał, choć był skierowany w ziemię. Prowokował Waldka. Kiedy ten zaatakował, nagle szpada Romkula wyskoczyła, mierząc w brzuch rywala. Ale Waldek to przejrzał. Na zewnątrz odbił broń przeciwnika i od góry zadał pchnięcie. Znowu celnie. Już tylko jedno trafienie dzieliło go od wygranej. I wówczas Romkul nie wytrzymał. Przeszedł do otwartego ataku. Waldek podjął wyzwanie, lecz miał godnego rywala. Przez długi czas słychać było tylko charakterystyczny stukot drewna o drewno. Obaj zawodnicy zadawali pchnięcia, odbijali, znowu atakowali. Jednak dla patrzących widoczna była coraz większa przewaga Waldka, jego dostrzegalny gołym okiem instynkt szermierczy. Jakby wyssany od któregoś z przodków. No i stało się to, co się stać musiało. Kolejne pchnięcie Romkula od dołu zostało odbite, Waldek wyprowadził swoje z wyminięciem i poczuł pierś przeciwnika na swoim ostrzu. Wygrał.

Lekko zdyszany, jeszcze wspominający porażkę z Wyrwikiem w biegach, jednocześnie dumny ze zmazania tamtego piętna. Oto on, najlepszy rycerz Placu Zamkowego. Spojrzał na Romkula. Po nim nie było widać złości z powodu przegranej. Oczy miał tylko bardziej skośne, gdy powiedział:

- To nie koniec. Jeszcze będziemy ze sobą walczyć. O łąkę. Bo ona będzie należeć do nas. Niedługo zobaczycie - jego twarz poza tym dziwnym uśmieszkiem pozostała nieodgadniona.

Waldek spojrzał zaskoczony. Czego on jeszcze chce? Czyżby przewidywał następne starcie o łąkę? Z Waldkiem? Ee, zresztą w tej chwili to nieważne. Teraz można się cieszyć. Wszyscy uczestnicy olimpiady się cieszyli. Opowiadali sobie nawzajem, jak przeżywali skoki, biegi, rzuty. Mówili, co każdy z nich czuł, kiedy wygrywał, lub przegrywał. Do końca dnia było co wspominać, bo i śmieszne sytuacje się trafiały.

Do łóżek cała ferajna poszła syta wrażeń i zmęczona. To był fajny dzień. Tylko dziwne pretensje Romkula czasami chmurzyły Waldkowe czoło. Chłopak szybko te myśli odpędzał, nie chcąc psuć takiego dobrego nastroju. Zresztą Romkul gdzieś zniknął.

Pierwsze chmury

Już następnego ranka wszyscy umówili się na ćwiczenia wojskowe. Przez kilka dni pozorowali ataki, obrony, Waldek dzielił ich na oddziały. A ponieważ ostatnio był po lekturze książki Bunscha o Aleksandrze Macedońskim, zorganizował super oddział, gwardię, którą nazwał falangą na wzór wspaniałej piechoty tego króla. Podczas, gdy chłopcy z innych oddziałów uzbrojeni byli w szpady i tarcze, Waldek dodał tzw. sarysy, czyli włócznie. Gwardię tworzyło czterech wybranych, w tym jej żelazny środek, czyli Czesiek i Pet. Obaj byli silni, mocniejsi od skrzydłowych, stąd oni narzucali równe trzymanie włóczni, by te odsuwały atakujących na odległość poza zasięgiem ich szpad. Kiedy nadeszła sobota, dzień wolniejszy od zajęć, zaraz po obiedzie chłopcy zebrali się, by zweryfikować sprawność falangi. Za miejsce próbnej bitwy wybrano bramę wyjściową z placu. Waldek, jako dowódca ustawił całą czwórkę przy wyjściu z bramy. Ich zadaniem było nie dopuścić nikogo z pozostałych oddziałów, które od placu chciały się przez bramę przebić. Tych kilkunastu pod przywództwem Zondka miało za zadanie rozdzielić i pokonać falangę. Z założenia już było to trudne, gdyż w bramie mieściło się obok siebie akurat czterech wojowników, a przecież z tyłu czuwał jeszcze Waldek, który mógł któregoś z trafionych zastąpić.

Zondek dał znak i rozpoczął się atak. Przez dobre kilka minut słychać było stukot szpad szturmujących o włócznie obrońców, stuk tych ostatnich o tarcze napastników, czasem któryś z nich trafiony sarysą schodził na bok. Walka przedłużała się, ale ciągle falanga była w komplecie, z kolei w oddziale Zondka już sześciu trafionych było widzami. Waldek tylko czasem wspomagał swoich, gdy odbijane włócznie niebezpiecznie się odchylały, robiąc wyrwę. Wtedy wtykał swoją zakrzywioną szpadę i odbijał ciosy do momentu, gdy falanga znów się zwarła.

 

Bitwa trwała. W pewnym momencie Waldek, tknięty jakimś przeczuciem, spojrzał do tyłu i zmartwiał. Kilkanaście kroków od bramy, w której wszystko się kotłowało, pojawiła się wycieczka. Chłopak to poznał, bo z boku stał przewodnik, którego Waldek już nieraz widział podczas oprowadzania grup zwiedzających. Teraz stał, coś tłumacząc (Jezu - po niemiecku, to obcokrajowcy), a uczestnicy z uśmiechem uspokajająco kiwali głowami, z zainteresowaniem przyglądając się walce. Jakby im się nigdzie nie śpieszyło, spokojnie czekali końca bitwy i zwolnienia przejścia. Waldkowi zrobiło się wstyd, że swoimi chłopięcymi zajęciami blokuje tak poważne sprawy (dewizy dla kraju, jak mawiali dorośli). Krzyknął, by przerwać ćwiczenia, ale musiał to zrobić jeszcze raz, zanim go walczący usłyszeli. Kiedy już to się stało, oba oddziały wyszły przed bramę, ale w szyku, by wycieczka zobaczyła, że to poważne wojsko.

Do Waldka podszedł jeden z uczestników i o dziwo, odezwał się po polsku.

- Ciekawa walka - powiedział przyjacielsko. - Dzielnie broniliście przejścia, jak rycerze, co ten zamek zbudowali.

Waldek, aż się zaczerwienił... Wiedział, że zamek wybudowali Krzyżacy dla podbicia i pognębienia dawnych Prusów. Ale chłopcy założyli wojsko swoje, polskie. Jakim prawem więc przyjeżdża taki obcy, Niemiec i jeszcze mówi, że to krzyżackie? Dlaczego czepia się Wałdkowej ziemi, jego i chłopaków placu, zamku?

- Ćwiczymy, aby bić wroga, Niemców - odpalił bez zastanowienia.

Tamten spojrzał spokojnie, nawet się uśmiechnął. Tylko jego oczy były jakieś zimne.

- Tak - odrzekł - Niemcy wyrządziły wam wiele krzywdy podczas ostatniej wojny. Nie należy jednak wszystkich, zwłaszcza teraz w czambuł potępiać. W każdym narodzie są ludzie źli i dobrzy.

Chłopak stał zaskoczony. Skąd on zna słowo „czambuł”? Że umie po polsku, to jeszcze zrozumiałe. Ale, że tak dokładnie, jakby był celowo uczony? Szpieg, to było pierwsze, o czym pomyślał. Agitator, specjalnie dołączony do wycieczki. Przecież dużo się o takich mówiło, o czym Waldek wiedział. - Dobrze, kimkolwiek jest, zaraz usłyszy, co tutaj sobie o nich myślimy - postanowił.

Tymczasem Niemiec kontynuował: - Widzisz chłopcze, tamte złe czasy dawno już minęły. Sam zobacz, dzisiaj na przykład my przyjechaliśmy zwiedzić te tereny, ten zamek, gdzie swego czasu przebywał nasz wspólny wielki uczony, Niklas Koppernik.

Waldka zatkało. Choć tamten, coś jeszcze mówił, coś objaśniał, tłumaczył, on nic więcej nie usłyszał. Koppernik! Przez dwa „p”! Czego chcą od niego Niemcy? Że niby jest ich rodakiem? Wspólny uczony - tak powiedział Niemiec. Jaki wspólny? Kopernik to Polak, syn tej ziemi, naszej ziemi. Waldek już wiedział, to próba rozpoznania, próba wysondowania, co on myśli na ten temat, co wszyscy tutaj myślą. No to Waldek mu odpowie.

- Mówi pan o Mikołaju Koperniku, polskim astronomie, prawda? On był nie tylko uczonym, on obronił Lidzbark przed Krzyżakami. Chłopiec wiedział, że nie Lidzbark, lecz Olsztyn, ale niech tam.

Przypomniał sobie słyszany w radiu koncert organowy Bacha. I wypalił: - A jak już dorosnę, to też pojadę na wycieczkę, by zobaczyć grób naszego wspólnego kompozytora Sebastiana Bachowskiego.

Po twarzy Niemca przebiegł skurcz. Po raz pierwszy się zdenerwował, chociaż chciał to ukryć.

- Dobrze ci tak - pomyślał Waldek, wyzywająco taksując go wzrokiem i niby niedbale pomachując szpadą. Niedbale, lecz żeby tamten widział, że jest gotów bronić swego. Bronić skutecznie. I nie wiado-mo czym wiedziony, jakimś wewnętrznym odruchem, chłopak przeprowadził na oczach tego niemieckiego turysty swoje wymyślone pchnięcie. Bez przeciwnika, ale zadane po mistrzowsku. Tamten musiał zrozumieć. Do końca jednak był uprzejmy. Z nieco kwaśnym uśmiechem życzył dalszej przyjemnej zabawy i poszedł dołączyć do swoich, odprowadzany chmurnym wzrokiem grupy, bo i pozostali przysłuchiwali się rozmowie.

- Ale mu dałeś do wiwatu - skwitował

Pet, którego pucołowata twarz zaokrągliła się uśmiechem jak słoneczko.

- Ale o co mu właściwie chodziło - głośno zastanawiał się Czesiek. Chciał znowu Krzyżaków sprowadzić do Polski?

Wtrącił się spokojny jak zawsze Zondek. - Jeśli chcecie, to poproszę dziadka, aby nam o tym bliżej opowiedział. Ja też o wielu rzeczach tylko słyszałem, a teraz jestem bardzo ciekawy. To jak? - zapytał.

- Dobrze, kto chce, niech przyjdzie po kolacji na ławkę przy zamku - zdecydował Waldek. - Ty Zondek poproś dziadka, niech nam wszystko opowie, bo warto poznać, jak to wszystko wygląda. Zresztą, jako wojsko zamkowe powinniśmy o tym jak najwięcej wiedzieć. To jesteśmy umówieni. Na dziś koniec ćwiczeń. Zobaczymy się wieczorem.

Chłopcy się rozeszli, lecz już za kilka godzin cała gromadka zebrała się przy moście zamkowym. Czekali na Zondka i kustosza. Kiedy się pojawili, Waldek spojrzał na starszego, jakby go chciał poznać od nowa. To już nie był dziadek Zondka, to nauczyciel, wieszcz, Pan Kustosz. Jego długie, siwe włosy rozwiewał ciepły, letni wietrzyk. Poważna twarz, mądre oczy. Wyglądał jak kapłan Wisz ze Starej Baśni Kraszewskiego, tyle że nie miał brody. Pan kustosz usiadł na ławce, wokół wianuszkiem na trawie cała gromada.

- Co chcecie wiedzieć, młodzieży? - zapytał. - O waszej rozmowie z tym turystą opowiedział mi wnuk. I dziadek, nie czekając na pytania, rozpoczął opowieść. Bo to była cała opowieść. O ziemi Prusów, o najeździe niemieckim, o polskiej Warmii od pokoju toruńskiego aż do rozbiorów.

- Jak wiecie - ciągnął-akurat z Lidzbarkiem związane są dwie ważne dla naszego narodu osoby: Kopernik i Krasicki. O biskupie Ignacym, mistrzu fraszek opowiem wam następnym razem, jeżeli będziecie chcieli. Dzisiaj spróbuję wyjaśnić jak to się dzieje, że niektórzy Niemcy chcieliby uznawać Kopernika za swojego rodaka. Wiele już wiecie na jego temat, bo tutaj mieszkacie. Zeby się więc nie powtarzać, przypomnę tylko rzeczy podstawowe. Mikołaj Kopernik urodził się i całe życie, z wyjątkiem studiów włoskich przeżył w granicach ówczesnej Polski. W Lidzbarku, w tym właśnie zamku - kustosz wskazał za plecy - przebywał jako kanonik u swego wuja, biskupa warmińskiego Łukasza Waczerlode. Obaj, młody Mikołaj i biskup byli zaciętymi wrogami niemczyzny, zwłaszcza Zakonu. Podczas wojny króla Zygmunta z Krzyżakami, która jak wiecie zakończyła się hołdem pruskim, Kopernik walczył z Zakonem i piórem, i czynnie bronią. Swego czasu dowodził obroną Olsztyna podczas jego oblężenia przez rycerzy zakonnych. Obroną skuteczną. W listach do naszego króla niejednokrotnie sugerował twardą postawę wobec tych „zbójców”, jak określał Krzyżaków. I nikt nie może negować, jego antyniemieckiej postawy i wierności dla Polski. Czegóż więc chcą ludzie, którzy uznają go za Niemca? Jakich argumentów używają, by próbować innych o tym przekonać? Powód jest prosty. To wielkość odkrycia Kopernika, obalenie ponad tysiącletniej teorii o ziemi jako centrum wszechświata. Każdy naród chciałby mięć takiego geniusza. Stąd nie dziwcie się, że i Niemcom to przyszło do głowy. Przyszło równocześnie z pretensjami o tę ziemię. Zapamiętajcie jednak, że nie od razu. Nie za życia Kopernika, nie sto i dwieście lat później. Dopiero po okresie rozbiorów, kiedy Warmia i całe Pomorze znalazły się pod zaborem pruskim. Wcześniej nie było żadnych sporów, współcześni Kopernikowi Niemcy sami nazywali go sarmackim filozofem. Lecz później, kiedy Prusy nazwali krainą niemiecką, kiedy zapomnieli, że sami jąpodbili, wszystko, co tam się zdarzyło chcieli uznać za swoje. A jeżeli coś do tego nie pasowało, próbowali dorobić teorię, która by to uzasadniła. W ten sposób zabrali się i za naszego astronoma. Zaczęli od kolebki, początku rodu. Apoczątki sięgają wsi Kopernik na Śląsku, koło Nysy i Otmuchowa, skąd ród pana Mikołaja się wywodził. Nazwisko Kopernik jest czysto polskie, co sami musieli przyznać, a nazwa wsi przyjęła się od uprawianego tam kopru.

Kilka wieków później, kiedy Piastowie Śląscy coraz bardziej pod panowaniem Wiednia się germanizowali, wieś nazywano już przez dwa „p”, właśnie tak, jak wymawiał ten turysta. I zaczęło się w tej formie pojawiać w nazewnictwie niemieckim. Nieważne, że ojciec Kopernika mieszkał w Krakowie, że sam pan Mikołaj urodził się w Toruniu. Polskim Toruniu. Nazwisko, wbrew temu, jak sam Kopernik się podpisywał, próbowano przeinaczyć. Sami więc chłopcy widzicie, jaki to jest argument. Na tym jednak nie koniec. Mamy kolejną próbę, kolejny argument wyciągnięty tym razem z uniwersytetu w Bolonii, gdzie młody Mikołaj studiował. Otóż wpisał się tam jako członek nacji niemieckiej. Niby poważna sprawa. Tyle, że w tamtych czasach uniwersytety same ustalały tzw. nację, spośród których studenci mogli wybrać tę do wpisania. W Bolonii terytorialnie podzielono nacje na łacińską, francuską i niemiecką. Innych nie było. Dla przykładu podam wam, że taki Uniwersytet Paryski dopuszczał tylko dwie nacje, francuską i angielską. Oczywiście, do tej drugiej wpisywali się wszyscy nie Francuzi. Gdyby więc tam studiował nasz astronom, zostałby zapewne Anglikiem. Ale mamy i kolejny „dowód” niemieckości. Kopernik wydał swoje dzieło w Norymberdze, w Niemczech. Dlaczego tam, bo to jego kraj? Otóż nie. Tego może jeszcze nie wiecie, ale w 1517 roku, w Niemczech właśnie, niejaki Marcin Luter zbuntował się przeciwko papieżowi i nadużywaniu przywilejów przez księży. Wywrócił całą wiarę katolicką do góry nogami. Za to on sam i jego późniejsi wyznawcy zostali przez papieża wyklęci.

Dzieło zaś Kopernika, dzieło, które obalało teorię Kościoła mogło być wydrukowane tylko u wywrotowców, tam, gdzie zwyciężyła reformacja, więc akurat w Norymberdze. Dodam tutaj jeszcze jedno, sam Marcin Luter był przeciwny teoriom tego Sarmaty. Musicie też wiedzieć, że Kopernik, który był przecież duchownym, aby załagodzić namiętności i nie zostać również wyklętym, zadedykował swoje dzieło papieżowi. Tak, jakby prosił go o ocenę, przedstawiając swoje obliczenia i dowody. No, tak samo, gdyby któryś z was coś szatańskiego wymyślił, opisał i przesłał dyrektorowi szkoły, aby się nie gniewał.

Rozległy się chichoty chłopaków. Z tego dyrektora szkoły. Ale nie ma co, fajnie pan kustosz opowiada. I wszystko jest zrozumiałe. Młodzi wiedzą już, o co chodzi.

Tamten jednak mówił dalej: - Najważniejszym jednak argumentem tych, którym zależało, by Kopernika uznać za Niemca było nazwanie go Prusakiem, czyli mieszkańcem prowincji niemieckiej. Nie było ważnym, że kiedyś Prusowie, to zupełnie odrębny naród, że został brutalnie podbity, że nic wspólnego etnicznie z Niemcami nie posiadał. Ważnym było, że Prusami nazwano część Niemiec i wszyscy, którzy kiedykolwiek żyli w tej krainie muszą być Niemcami. A jest to tak, jak my moglibyśmy sądzić na przykład o Litwinach, czy Ukraińcach, ponieważ kiedyś w granicach wspólnych z nami, to na wieki musi tak być. Wiecie jednak sami, że to nieprawda.

Poruszył się któryś z chłopców szturchając przy tym Cześka. Ten spojrzał zdziwiony. To Waldek. Oczy jego gorejące, wbite w kustosza. Usta rozdziawił, jakby usłyszał coś niedorzecznego, szokującego. Czesiek potarł ramię, o które tamten bezwiednie zahaczył.

- Zamknij usta, bo ci cztery muchy wlecą - mruknął. Waldek bez słowa zacisnął wargi. Tymczasem inni młodzi zaczęli zadawać pytania, dziadek Zondka odpowiadał. Do późnego wieczora tak sobie jeszcze rozmawiali.

Dopiero okrzyki z okien: - Krzysiek, Waldek, Andrzej do domu! Pora spać - uświadomiły chłopakom, że dzisiaj już przeminęło. Z żalem wstawali. Każdy z nich zanim odszedł, grzecznie mówił „dobranoc panie kustoszu”. Jasny gwint, pełna kultura.

A w nocy Waldkowi śnił się potworny olbrzym z czarnym krzyżem na piersiach i rozcapierzoną ręką, którą chciał zagarnąć jego zamek i jego krainę. Zza pleców sennej mary raz z lewej strony, raz z prawej pojawiała się wykrzywiona twarz Romkula i mówiła: - łąka będzie moja, moja...

- Kurczę, czemu oni wszyscy chcąnam to zabrać?

*

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?