Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Zbigniew Korpolewski, 2011

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Romuald Broniarek/Forum;

Roman Kotowicz/Forum

Zdjęcia

Zbiory Instytutu Sztuki PAN, Warszawa

Archiwum Teatru Syrena

Archiwum prywatne Barbary i Stanisława Wudarskich

Archiwum prywatne Janusza Senta

Archiwum prywatne autora

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Elżbieta Steglińska

Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. dołożył wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich do zdjęć zamieszczonych w niniejszej książce.

Ze względu na to, że do dnia oddania książki do druku nie udało się ustalić niektórych autorów zdjęć i źródeł ich pochodzenia, wydawca zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia osobom uprawnionym, których tożsamości nie udało się ustalić, niezwłocznie po zgłoszeniu się ich do wydawcy.

ISBN 978-83-8234-698-5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 20

www.proszynski.pl

Epitafium

Tu, w tym miejscu, miała spocząć Hanka Bielicka –

sługa boży, ale nie daje się położyć.

Krzysztof Daukszewicz

JESZCZE POLSKA CZYLI PRZEDMOWA SILNIE WSTĘPNA I W MIARĘ CHAOTYCZNA

„Jeszcze Polska nie zginęła, póki się śmiejemy” albo „...zawsze mieliśmy świetlaną przyszłość, heroiczną przeszłość, tylko z teraźniejszością jakoś nam nie wychodziło...” – to dwa cytaty Hanki Bielickiej, które ostatnio słyszałem. Drugi pochodził z mojego monologu napisanego przed laty dla Artystki, a co do pierwszego, nie jestem pewien, czy to z mojej twórczości, czy też z któregoś monologu Ryszarda Marka Grońskiego, bo w ostatnich latach głównie my dwaj byliśmy „dostarczycielami”, czyli twórcami jej repertuaru. Cytowano te powiedzenia w dyskusjach radiowo-telewizyjnych dziennikarzy i polityków. Piszę o tym dlatego, że niezwykle rzadko się zdarza, aby w takich dysputach przywoływano aktora czy aktorkę w kilka lat po jego czy jej śmierci, a właśnie w tym roku przypada piąta rocznica zgonu Artystki i dziewięćdziesiąta szósta rocznica jej urodzin. Rzecz wydaje się o tyle niezwykła, że dotyczy osoby reprezentującej tak zwaną lekką muzę, czyli sferę – w mniemaniu wielu krytyków – mniej poważną. Jest to więc jeszcze jeden argument przeciwko owym mocno nadętym autorytetom, które nie doceniają sztuki estradowej czy kabaretowej i jej wpływu na życie społeczne, a nawet świadomość polityczną. Zabrzmiało to może patetycznie, ale przyznajmy rację rzeczywistości. W ostatnich latach odeszło wielu znakomitych artystów dramatu, którzy zachwycali swoimi wspaniałymi rolami-kreacjami, a których już po kilku tygodniach nikt nie cytuje, a wspominamy ich jedynie z okazji odtworzeń radiowych, telewizyjnych czy filmowych, jeżeli takie nagrania po nich zostały. O tych najwybitniejszych krążą oczywiście jeszcze pewne anegdoty czy wspomnienia, ale zazwyczaj wyłącznie o zasięgu środowiskowym. Teatr jest, czy chcemy, czy nie chcemy, sztuką żywą, lecz w warstwie aktorskiej dość szybko przemijającą, więc dla aktorów niewdzięczną. Inaczej ma się sprawa z estradą, głównie z kabaretem i jego najwybitniejszymi wykonawcami, a do takich należała niewątpliwie Hanka Bielicka, która była nie tylko wspaniałą artystką, ale też pewnym zjawiskiem socjologicznym godnym zauważenia i zbadania.

Czuję, że zawiodłem Państwa już na początku, bo pewnie powinno być śmiesznie i żartobliwie, a wyszło pompatycznie i uczenie, ale proszę o odrobinę cierpliwości, a dojdziemy do śmiechu i dowcipu bez przekraczania granicy śmieszności autora. Pamiętajcie, Czytelnicy moi kochani, Czytelniczki oczywiście też, że, jak powiedziała Hanka Bielicka, odbierając telewizyjnego Wiktora za całokształt czy coś tam innego – „Jeszcze Polska nie zginęła, póki się śmiejemy”, co wcale nie znaczy, żeby od czasu do czasu o śmiechu nie porozmawiać poważnie, co zauważywszy, usprawiedliwiam trochę niniejsze ględzenie. Wiem, wiem, że to słowo niezbyt eleganckie czy subtelne, ale nasza współczesna literatura piękna roi się od wyrażeń brzydkich, więc niech i mnie wolno będzie od czasu do czasu użyć określeń popularnych dla uniknięcia (jak mawia nasza młodzież) intelektualnego obciachu. Dotąd nie wyznałem jednego, że książka, którą być może wzięli Państwo dosyć lekkomyślnie do ręki, jest moim debiutem pisarskim, a na ten wyczyn zdobyłem się w 76. roku życia, trudno mnie zatem uznać za cudowne dziecko literatury, pięknej zwłaszcza. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko i wyłącznie to, że podobno w tej chwili znalazłoby się w Polsce więcej ludzi piszących niż czytających, a ja przez większość mojego życia należałem do tej ekskluzywnej grupy – czytelników. Nie jest to oczywiście cała prawda, bo jednak znaczną część mojej egzystencji opierałem na dochodach z pisania, gdyż, jak ktoś mądry powiedział – w Polsce można żyć z pisania, ale z literatury wyżyć trudno, chociaż i w tym przypadku są wyjątki: Sienkiewicz, Żeromski, Iwaszkiewicz, Grochola... No, może też niezupełnie – Iwaszkiewicz dorabiał walką o pokój i prezesurą, a Grochola Tańcem z Gwiazdami, ale niech im tam... Ja mimo wszystko uważam siebie za człowieka sukcesu i jako taki jestem najstarszym cudownym dzieckiem średniego pokolenia, jak mawiają nasi niektórzy mężusie stanu...

Jak się to wszystko ma do opowieści o Hance Bielickiej, wykażę za chwilę, jeżeli oczywiście do tego czasu nie wyrzucą Państwo tego dzieła za okno, co odradzam ze względów ekologicznych i ekonomicznych. W końcu zainwestowaliście w książkę, którą można w najgorszym razie oddać jakimś mniej lubianym znajomym w formie upominku imieninowego czy świątecznego, a zresztą bądźcie samodzielni – radźcie sobie sami. „Róbta, co chceta”, jak mawia nasz arcyidol nie tylko młodzieżowy – Jerzy Owsiak. Teraz wróćmy do ad remu, jak mawiają niektórzy nasi prawie inteligenci – do rzeczy! Co do cudownych dzieci, to generalnie uważam, że każde dziecko w moim pokoleniu, które przeżyło wojnę bez szwanku na zdrowiu czy umyśle, może być uznane za dziecko cudowne. Według tej teorii – ja takowym jestem. A skoro bohaterka tej książki, Hanka Bielicka, przeżyła dwie wojny światowe, to możemy uznać, że była cudownym dzieckiem do kwadratu. Jeżeli ponadto stwierdzimy, że do końca swoich dni pozostała osobą radosną i w dodatku niosącą uśmiech innym, to trzeba stwierdzić, że była nie tylko cudownym dzieckiem, ale i osobowością, czy może raczej osobliwością wyróżniającą się niezwykle na tle naszego społeczeństwa dosyć smutnawego na co dzień. Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy tym naszym smutku, czy raczej smucie narodowej; czy tak aby jest na pewno? Otóż nie jestem tak zupełnie pewien. Śmiem twierdzić, że choć pozornie silnie powszechnie zafrasowani, mamy jednak ogromne poczucie humoru, które nie zawsze ujawniamy w formie uśmiechu życzliwego dla bliźnich... Na co dzień bywamy ironiczni, ironicznie złośliwi, a nawet sarkastyczni – potrafimy się cieszyć z cudzego nieszczęścia, ale przyznajmy, że to też jest pewien rodzaj humoru, być może nie najlepszego, ale jest. Skoro więc nagle pojawia się wśród nas ktoś, kto uśmiecha się życzliwie i przyjaźnie, to i my potrafimy się zmienić. Nasze kiepskie poczucie humoru przemienia się w dobre, nasz złośliwy uśmiech staje się życzliwy i zaczynamy pogodnie, optymistycznie oglądać otaczający nas świat. Wszystko to dzieje się za sprawą osób obdarzonych pewną charyzmą radości i uśmiechu, potrafiących narzucić nam swoje poczucie humoru. Do takich osobowości należała Hanka Bielicka i dlatego jej właśnie chcę tę książkę poświęcić. O mojej bohaterce napisano już kilka książek za jej życia. Miały charakter biograficzno-anegdotyczny, były napisane ze swadą i talentem. Do napisania tej książki namawiała mnie pani Hanka na krótko przed śmiercią – niestety, nie zdążyłem. Być może dobrze się stało, że podjęte zobowiązanie realizuję dopiero teraz, w pięć lat po śmierci i w 96. rocznicę urodzin osoby, z którą łączyła mnie wieloletnia przyjaźń i współpraca zawodowa. Tak się złożyło, że pisałem dla niej, grałem z nią w wielu przedstawieniach teatralnych i estradowych, programach telewizyjnych i radiowych, z których kilkanaście reżyserowałem, byłem jej dyrektorem i kierownikiem artystycznym. Pożegnałem ją wraz z tysiącami warszawiaków pięć lat temu na stołecznych Powązkach. Takie tłumy żegnały w ostatnich latach jedynie Hankę Bielicką i Czesława Niemena. Nad grobem Artystki w imieniu prezydenta RP przemawiała śp. pani prezydentowa Kaczyńska, w imieniu Związku Artystów Scen Polskich prezes Ignacy Gogolewski i ja – w imieniu własnym, przyjaciół, kolegów i publiczności. Były delegacje różnych miast z delegacją miasta Łomży na czele, a także delegacje różnych stowarzyszeń i organizacji, były wieńce, wiązanki i morze kwiatów przyniesionych przez tłumy, które z prawdziwym żalem żegnały swoją ulubioną Artystkę. Publiczność ją kochała i uwielbiała aż po kres jej pracowitego życia, poświęconego bez reszty teatrowi, estradzie i publiczności. Jak sama twierdziła – była całkowicie uzależniona od magii teatru, która stała się jeżeli nie jedynym, to w każdym razie głównym sensem jej życia. To wszystko skłania mnie do dalszych zawartych w tej książce wspomnień i wyznań. Przez te lata naszej artystycznej współpracy i prywatnej przyjaźni nauczyłem się od niej wiele, ale wiele też moich pomysłów i własnej twórczości oddałem do Jej dyspozycji z pełnym przekonaniem o naszym wspólnym sukcesie. Dzisiaj, po latach, mogę stwierdzić z całą pewnością, że była to dla mnie najlepsza lokata artystyczna. W moim długim życiu napisałem około dwóch i pół tysiąca utworów, tak zwanych małych form literackich, z tego około dwustu w formie monologów, skeczów czy dialogów wykonała sama – lub z partnerami – Hanka Bielicka. Były to wykonania najwyższej klasy, bo wszystko, co Artystka włączała do swojego repertuaru, nabierało odpowiedniego blasku, stawało się bardzo atrakcyjne artystycznie i gorąco przyjmowane przez publiczność. Jak wspomniałem na początku, uważam się za człowieka sukcesu i spróbuję to Państwu udowodnić. Otóż, jak już powiedziałem, napisałem w swoim życiu sporo i w dodatku nigdy nie pisałem „do szuflady”, jak się zwykło mówić w naszym środowisku. Pisałem wyłącznie na zamówienie dla konkretnego wykonawcy, instytucji artystycznej czy redakcji. Miałem zaszczyt i sposobność pisania dla naszych największych gwiazd kabaretu, estrady i teatru, ale najczęściej i najchętniej pisałem dla pani Hani. Dlaczego właśnie dla niej? Pewnie dlatego, że doskonale się rozumieliśmy, a po wtóre dlatego, że sztuka pisania monologu, podobnie jak jego wykonanie, wymaga szczególnych predyspozycji. Widz nawet przez moment nie powinien mieć wątpliwości, że wygłaszany przez aktorkę czy aktora tekst został przez nich osobiście przed chwilą wymyślony i jest wypowiadany we własnym imieniu. Z tego wynikają dla autora konsekwencje mniej przyjemne, bowiem jego twórczość w tym zakresie jest anonimowa i chcąc nie chcąc, musi się z tym pogodzić „dla dobra sztuki”. Dlatego więc autor będzie znosił mało pochlebne uwagi w rodzaju, „żeby pan był choć raz tak dowcipny jak ta Bielicka” albo „kudy panu z tą pańską pisaniną do monologów Bielickiej” itd., itd. Zapewniam Państwa, że to wszystko jest do zniesienia, pod warunkiem że autor jest odpowiednio honorowany i doceniany przez wykonawcę i środowisko, które oczywiście zna doskonale tajemnice warsztatu. Dzięki temu nasza próżność jest zaspokojona, a notowania zawodowe pną się systematycznie w górę. Oczywiście mówimy o sytuacji idealnej, kiedy istnieje pełne porozumienie autora z wykonawcą – osobą klasy Hanki Bielickiej, Ireny Kwiatkowskiej1, Aliny Janowskiej, Janiny Jaroszyńskiej czy Zofii Czerwińskiej. Z panów wymieniłbym nieżyjącego już niestety Kazimierza Brusikiewicza, a z żyjących – Piotra Fronczewskiego, Janusza Gajosa, Jana Kobuszewskiego, Romana Kłosowskiego czy jeszcze kilkoro zawodowych aktorów. Kabaretowców nie wymieniam, zwykle sami sobie piszą teksty, które zresztą najczęściej nadają się wyłącznie do ich włas­nego wykonania. Autorów nie wymieniam ze względów konkurencyjnych, ale mówiąc poważnie, z żyjących uważam za mistrzów gatunku Ryszarda Marka Grońskiego, Stanisława Tyma, Krzysztofa Jaroszyńskiego, Daniela Passenta (gdyby chciał) i jeszcze kilku innych z Januszem Głowackim na czele. Wiem, wiem, jest pewnie jeszcze wielu innych, których nie wymieniłem z powodu starczej pamięci – czy raczej niepamięci, bo pamięć starcza niby wystarcza, ale że starcza, to nie zawsze starcza na tyle, na ile starcza i nie wszystkim to wystarcza... Mam nadzieję, że wystarczająco to wyjaśniłem, zresztą na więcej sił mi nie starcza...

 

No ale rozszczebiotałem się mocno ponad miarę, więc co do tych sukcesów, to naprawdę uważam, że opatrzność obeszła się ze mną więcej niż łaskawie – pisałem dla największych, występowałem z najwspanialszymi, w miejscach najsłynniejszych w kraju – takich jak Teatr Wielki, Sala Kongresowa, Opera Leśna w Sopocie, za granicą w Sydney Opera House, Mc.Cormick Hall w Chicago, Teatrze Królewskim w Brukseli i wielu innych. Prowadziłem festiwale piosenki i jazzowe, pokazy mody i programy estradowe różnego gatunku i... klasy. Przedstawiałem polskiej publiczności Rolling Stonesów, Animalsów, Aznavoura i wiele innych gwiazd. Byłem współtwórcą i współwykonawcą telewizyjnej Loży, której oglądalność, a więc i popularność, dorównywała najpopularniejszym w tamtych czasach serialom brazylijskim. Dlaczego o tym piszę, dlaczego mówię tyle o sobie zamiast o Hance Bielickiej?

Otóż chcę wszystkich Państwa przekonać, że moja długoletnia współpraca z tą właśnie artystką i najwyższy podziw dla jej aktorskiego kunsztu nie wynikają z jakiegoś zakompleksienia czy niespełnienia, ale są moim świadomym wyborem i oceną fachowca, który dobrze zna prawie wszystkie tajniki sztuki estradowej. No więc teraz już powiedzmy sobie, kiedy i jak to się zaczęło. Żeby było zabawniej, zaczęło się to w czasie Narciarskich Mistrzostw Świata w 1962 roku, które odbywały się w Zakopanem. W tym samym czasie pani Hania i ja przebywaliśmy w sali koncertowej Grand Hotelu w Sopocie. Ja byłem już dosyć popularnym, znanym w Polsce konferansjerem, a zarazem kierownikiem artystycznym i reżyserem radiowego Podwieczorku na Fali 230 w Gdańsku, którego próby i nagrania odbywały się w rzeczonym miejscu. Hanka Bielicka znalazła się tam jako zaproszona przeze mnie gwiazda z Warszawy. Była już wtedy artystką niezwykle znaną i popularną głównie za sprawą bardzo wówczas słuchanego warszawskiego Podwieczorku przy mikrofonie, który rozsławił ją jako Dziunię Pietrusińską, jedną ze stałych i bardzo charakterystycznych postaci tej popularnej audycji. W czasie próby starałem się przekonać jednego z miejscowych aktorów do wykonania mojego monologu Fis-chałtura. Trudność polegała na tym, że nie znaliśmy jeszcze wyniku jednego z pretendentów do tytułu mistrza świata, naszego skoczka Łaciaka. Finał miał się zakończyć na trzy godziny przed spektaklem i dopiero wówczas mogłem ewentualnie wpisać nazwisko naszego mistrza. Aktor twierdził, że nie zdąży nauczyć się tekstu i nie chciał się podjąć tego zadania. Przysłuchująca się sporowi pani Hania zaproponowała, że nauczy się tekstu i go wykona. Przyjąłem tę propozycję z niedowierzaniem, chociaż bardzo mi pochlebiała, bo wiedziałem, że Artystka ma zamknięte grono bardzo wówczas znanych autorów, wśród których prym wodził Bogdan Brzeziński z Krakowa, i bardzo trudno było namówić ją na jakiekolwiek zmiany w tym względzie. Widząc moje wahanie, pani Hania zapewniła mnie: „Nie martw się, piękny chłopcze (byłem podobno wówczas dosyć przystojny), dam sobie radę!”. Oczywiście zgodziłem się z radością, a wynik przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Zaskoczona publiczność, która przed chwilą usłyszała wynik – srebrny medal naszego skoczka – była świadkiem prawie natychmiastowego komentarza popularnej Hanki Bielickiej na ten temat.

1 Zmarła 3.03.2011 r. w trakcie powstawania tej książki – przyp. red.

FIS-CHAŁTURA

(Artystka wchodzi w czapeczce narciarskiej, w goglach, podpierając się kijkiem narciarskim – śpiewa na melodię góralską)

Oj fisie, oj fisie,

Popraw ze nam ty się

Oj, sprowadź nam turystów

Zamortyzuj ze się...

(dalej proza)

...No co?... Masz go... fisaka nie widzieli... Nie flisaka, tylko fisaka. Flisak spływa Wisłą w dół, a my spływamy z góry... w ramach fis-chałtury... to jest fis-kultury, chciałam powiedzieć... Że co? Że mylę chałturę z kulturą?... A kto to u nas odróżnia?... Same chałturtregery na pegeery... No, ale milcz, serce... Zabrałam trochę makulatury i jazda w góry... Co to jest makulatura?

Makulatura, to jest moneta gniotąca się, czyli banknot, a więc radość życia... Kto ma dużo gniecionej monety, tego bieda nie przygniata, pomyślałam sobie i wylądowałam w Zakopanem. Pani z panem w Zakopanem to jest państwo... i to niekoniecznie ludowe, tylko dziane, czyli jaśnie państwo ludowe na Krupówkach... Górne warstwy, czyli górskie, a więc górale z awansu społecznego – prywatna inicjatywa tatrzańska. Pełno turystów... dewizowych... dowieźli autokarami z Krakowa i Warszawy... Całe wycieczki wyciekały z Watry i Gongu... A z tym Fisem to też nieporozumienie... Przegraliśmy kombinację klasyczną... my..., bo u nas zamiast skakać do kombinacji, każdy kombinuje, jak podskoczyć... A najlepsi kombinatorzy wcale nie jeżdżą, tylko siedzą... albo chodzą po Gubałówce i wcale nie myślą o medalu złotym, tylko jak parę złotych trafić... Najlepiej wypadliśmy w skokach... No cóż, u nas każdy podskakuje, dopóki nie wyskoczy... ze stanowiska... Po cichu liczyłam jeszcze na slalom gikant..., właściwie nie tyle na slalom, ile na kanty... ta konkurencja nam wychodzi... gardłem... Mamy jeszcze szanse w zjazdach... Zjeżdżać i objeżdżać to my umiemy... się wzajemnie. W ogóle zjazdy, to nasze hobby...

(śpiewa na melodię góralską)

Hej, idę w las,

medal mi się migoce,

hej, idę w las,

jesce lepiej podskocę.

Kaj wywinę medalikiem,

całą Polskę porusę,

kaj poprawię swe wyniki,

O złoty się pokusę. Hej!

(śpiewa dalej na melodię z Halki)

Szumią jodły na gór szczycie,

szumią sobie w dal,

a nasz Łaciak pięknie skoczył

na srebrny medal.

Nie nawalił

i nie spalił

dzielny chłopak nasz.

Dzielny chłopak nasz!

Oj chłopaku,

oj Łaciaku,

tyś bohater nasz,

tyś bohater nasz. Cza-cza-cza!

(schodzi z estrady, po chwili wraca, śpiewając)

Oj Łaciaku,

oj chłopaku,

tyś bohater nasz!

Tyś bohater nasz. Cza-cza-cza!

Nastąpiła wielka owacja, co zachęciło artystkę do włączenia tego tekstu do swojego repertuaru na czas euforii po mistrzostwach, zwłaszcza że był to nasz wówczas jedyny medal. Fis-chałtura doczekała się nagrania w stołecznym – ogólnopolskim Podwieczorku przy mikrofonie, a mnie na stałe wprowadziła do grona autorów pani Hani i Podwieczorku, co było wówczas nieśmiałym marzeniem każdego młodego autora, a ja wtedy też byłem młody. Miałem na to nawet świadków, ale w większości pomarli (to taki żart, chociaż mało śmieszny). Tu pewna uwaga dla młodszych czytelników. W tym czasie telewizja była w powijakach, a o popularności aktorów czy autorów decydowało radio. Do najpopularniejszych wówczas audycji należały: Podwieczorek przy mikrofonie, Zgaduj zgadula, czy Wesoły autobus, no i oczywiście transmitowane na żywo festiwale piosenki, ale to już trochę inna specjalność, chociaż jak z moich wcześniejszych „zeznań” wynika, i ja w niej uczestniczyłem jako konferansjer. Jeszcze jedna uwaga. Pani Hania jako artystka i gwiazda w stylu przedwojennym przestrzegała obowiązujących wówczas kanonów. Uwielbiała mieć własnego fryzjera, własną kosmetyczkę, własną modystkę (bez kapelusza nigdy i pod żadnym pozorem nie wyszła na ulicę czy do kawiarni), własną projektantkę nie tylko kostiumów, ale i prywatnych sukienek (konfekcja była absolutnie wykluczona), no i buty wyłącznie na miarę od najlepszego szewca damskiego Warszawy – Kielmana. Miała też artystka własne, bardzo ograniczone grono autorów, do którego i ja się dostałem w dużej mierze za sprawą... wspaniałego skoku narciarskiego Łaciaka. Jak więc z tego widać, sport to nie tylko zdrowie, ale i możliwość awansu w tak zwanym szoł-biznesie jak zwykło się dzisiaj określać tę dziedzinę rozrywki. Ten stan faktyczny co prawda jest prawdziwy, ale żeby uznać go za decydujący o dalszej współpracy aktorki z autorem, trzeba mieć spore poczucie humoru, na którego posiadanie przez Państwa liczę.

Poczucie humoru ostatnich pokoleń Polaków w dużej mierze zawdzięczamy Podwieczorkowi przy mikrofonie. W okresie przedtelewizyjnym (telewizja była wówczas w powijakach) radio spełniało ogromną rolę kulturotwórczą. Podwieczorek był w tym czasie jedną z najpopularniejszych audycji rozrywkowych. W czasie jego emisji dosłownie zamierał ruch na ulicach, wszyscy nasłuchiwali w domach swoich dość prymitywnych odbiorników, a nawet głośników zbiorowych. Podwieczorek pełnił w tym czasie funkcję dzisiejszych seriali czy programów kabaretowych w telewizji. Miał swoje stałe pozycje do których należeli: Cie choroba, czyli sołtys Kierdziołek rodem z Chlapkowic (Jerzy Ofierski), Hanka Bielicka, Rolska lub Marszelówna do tablicy (Zenon Wiktorczyk), Andrzej Rumian, Florczak i Malinowski i wiele innych. Do podwieczorku pisywali najwybitniejsi w tym czasie satyrycy: Sławomir Mrożek, Janusz Osęka, Marian Załucki i wielu innych. Grała plejada najpopularniejszych wówczas, ale i wybitnych aktorów. Żeby zobaczyć na żywo Podwieczorek, zjeżdżały z całej Polski wycieczki, które w programie zwiedzania Warszawy miały zawsze Podwieczorek najpierw w Stolicy – kawiarni na placu Powstańców, a potem w kawiarni na ścianie wschodniej. Program nagrywany był z publicznością, więc robił wrażenie granego na żywo. Zanim więc tekst został nagrany, aktorzy wykonywali go kilka lub kilkanaście razy przed publicznością w kawiarni. Dawało to szansę „ogrania tekstu z publicznością”, ale też wspomagało silnie kieszenie autorów i aktorów, no i dostarczało emocji wycieczkom z prowincji, jak również rodowitym warszawiakom, którym było najtrudniej zdobyć bilet czy wejściówkę na podwieczorek. Jeżeli do tego dodamy posiłek dość skromny, zwykle danie z kurczaka, które serwowano wycieczkom, to kto pamięta te czasy, zrozumie jak „atrakcyjna” była to impreza. Rzeczony już kurczak spełniał niekiedy w równym stopniu marzenia o wielkim świecie, co chęć obejrzenia gwiazd Podwieczorku na żywo… Było to więc zjawisko społeczne dosyć złożone z dzisiejszego punktu widzenia. Brzęk widelców o talerze zgłodniałych wycieczkowiczów często zagłuszał orkiestrę, ale nikomu to wtedy nie przeszkadzało. Poniżej przedstawiam jeden z moich pierwszych skeczów, które napisałem dla Podwieczorku, w którym grała Hanka Bielicka i bodajże Jarema Stępowski…