Fruwająca duszaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kie­dy póź­niej wspo­mi­na­łam dro­gę do Szko­ły przez las me­dy­ta­cji, za­wsze do­cho­dzi­łam do te­go mo­men­tu. Spy­ta­łam kie­dyś Ki­kyo, czy zda­rza się, że przy­szłość od­kry­wa się na­gle przed na­mi jak dro­ga. Od­po­wie­dzia­ła, że do­pie­ro po ja­kimś cza­sie, kie­dy wy­da­rzy się wie­le spraw, za­czy­na­my je trak­to­wać jak po­wią­za­ne z so­bą pa­cior­ki ró­żań­ca, z któ­rych je­den mu­siał być pierw­szy, i że z wy­da­rze­nia­mi jest zu­peł­nie tak jak z bam­bu­sem: mło­de pę­dy po­ja­wia­ją się tu i tam nad zie­mią, ale nie­zwy­kle trud­no by­ło­by spraw­dzić, jak wy­glą­da­ją je­go splą­ta­ne pod zie­mią ko­rze­nie.

Yubi­hi­me po­wie­dzia­ła kie­dyś, że przez sa­mo przyj­ście do Szko­ły wca­le nie zde­cy­do­wał się nasz los, na­wet ten naj­bliż­szy. Po­tem pró­bo­wa­ła wie­le ra­zy wró­cić do do­mu. Zda­rzy­ło jej się też po­wie­dzieć, że tak jak przy­pa­dek spra­wił, iż tra­fi­ła do Szko­ły, rów­nież za spra­wą przy­pad­ku nie wró­ci­ła jesz­cze do do­mu. Pew­ne­go ra­zu gdy się pa­ko­wa­ła, po­czu­ła na­gle głód. Zo­sta­ła więc do so­bot­niej wie­cze­rzy, a po niej za­mie­rza­ła wy­ru­szyć, kie­dy jed­nak usia­dła przy sto­li­ku, wda­ła się na­gle w dys­ku­sję na te­mat Dro­gi z sie­dzą­cą obok niej ko­bie­tą. Tam­ta po­wie­dzia­ła, że gdy­by Dro­ga rze­czy­wi­ście ist­nia­ła, to wszyst­ko – ludz­kie zmy­sły, upływ cza­su – by­ło­by z pew­no­ścią li­nią pro­stą, Yubi­hi­me od­pa­ro­wa­ła na to gwał­tow­nie, nie­mal od­ru­cho­wo: nic po­dob­ne­go! I po­czu­ła, że ma roz­pa­lo­ne od dys­ku­sji po­licz­ki. Sa­ma nie pa­mię­ta do­kład­nie, co chcia­ła wte­dy po­wie­dzieć. Po­nie­waż fra­zy, któ­re wy­cho­dzi­ły z jej ust, by­ły za­le­d­wie mruk­nię­ciem, ich sens nie do­cie­rał do roz­mów­ców, a i ona sa­ma się w tym po­gu­bi­ła. Jed­no zro­zu­mia­ła na pew­no, zo­ba­czy­ła to wy­raź­nie, jak ła­ty na koń­skim bo­ku: że zo­sta­nie w Szko­le, nie wró­ci do do­mu. Wte­dy wła­śnie zde­cy­do­wał się los Yubi­hi­me. To mia­ła na my­śli, gdy mó­wi­ła, że przez sam fakt przyj­ścia do Szko­ły wca­le nie zde­cy­do­wał się nasz los. Bę­dzie pew­nie z set­ka ta­kich, któ­re wró­ci­ły do do­mu jesz­cze te­go sa­me­go dnia. A nie mniej niż sto in­nych ode­szło ze Szko­ły przed upły­wem ro­ku. Z cza­sem ma­la­ła licz­ba dziew­cząt, mie­sza­ły się od­de­chy i zmie­nia­ła at­mos­fe­ra. Na po­cząt­ku mia­łam wra­że­nie, że zo­sta­łam we­pchnię­ta w spie­nio­ny tłum. Pra­wie wszyst­kie po­cho­dzi­ły­śmy ze wsi, nie wi­dzia­ły­śmy do­tych­czas tłu­mu. Ileż moż­na się na­uczyć, bę­dąc przy­tło­czo­nym ta­ką ma­są lu­dzi? Bę­dąc tu trzy czy na­wet pięć lat, ileż ra­zy uda się po­roz­ma­wiać z Ki­kyo? Jak się póź­niej do­wie­dzia­łam, Ko­se­ki za­snę­ła z ta­ką my­ślą już na­stęp­nej no­cy po przy­by­ciu do Szko­ły. Ja też od­czu­wa­łam nie­po­kój, wci­śnię­ta w tłum, sta­ra­łam się trzy­mać w jak naj­dal­szym ką­cie, ale nie mia­łam tak kon­kret­nych obaw jak Ko­se­ki. Dla mnie, któ­ra ni­g­dy nie za­sta­na­wia­łam się głę­biej nad zna­cze­niem po­wie­dze­nia, że na dnie wo­do­spa­du jed­na jest pia­na, nie ozna­cza­ło ono bez­na­dziei, w któ­rej czło­wiek tra­ci du­cha, choć nie mia­ło też po­zy­tyw­ne­go zna­cze­nia – moż­li­wo­ści prze­kra­cza­nia gra­ni­cy mię­dzy so­bą a in­ny­mi ludź­mi, jed­no­cze­nia się jak pia­na, któ­rej źró­dło po­cho­dze­nia jest nam obo­jęt­ne.

Pew­ne­go ra­zu Ki­kyo prze­szła przez tłum aż do ostat­nie­go rzę­du, bez sło­wa od­wró­ci­ła się i wró­ci­ła na przód, po czym za­czę­ła opo­wia­dać, a że mó­wi­ła ci­cho, w tyl­nych rzę­dach nie by­ło jej sły­chać. Frag­men­ty jej słów wy­po­wia­da­nych ci­chym gło­sem do­cie­ra­ły do nas z wia­trem, ale nie mo­gły­śmy zro­zu­mieć, co mó­wi. Mia­łam wra­że­nie, że Ki­kyo ści­sza głos ce­lo­wo, że­bym ja nie sły­sza­ła, i zro­bi­ło mi się nie­swo­jo. Póź­niej roz­ba­wi­ło mnie na­wet, że ze­zło­ści­łam się w ten spo­sób, wy­obra­ża­jąc so­bie rzecz nie­praw­do­po­dob­ną. Po ja­kimś cza­sie tłum się roz­pro­szył. Czyż­by Ki­kyo skoń­czy­ła mó­wić? Wte­dy po­de­szła Ko­se­ki. Po­wie­dzia­ła: Wi­dzia­łam two­je od­bi­cie w oczach Ki­kyo. Do­da­ła jesz­cze, że wy­glą­da­ło ono jak do­ga­sa­ją­cy pło­mień. Jest ta­kie wy­ra­że­nie w sta­ro­żyt­nej ko­me­dii ma­sek: sło­wa jak pą­czek bez na­dzie­nia ze star­tej na mą­kę za­zdro­ści. Tak moż­na by chy­ba okre­ślić ton, ja­kim mó­wi­ła w tam­tej chwi­li Ko­se­ki. A więc to nie by­ło złu­dze­nie, że Ki­kyo na mnie pa­trzy? Jed­nak tyl­ko Ko­se­ki tak twier­dzi­ła, żad­na z po­zo­sta­łych ko­biet nie zwró­ci­ła na mnie uwa­gi. A ona by­ła chy­ba szcze­gól­nie wy­czu­lo­na na sto­su­nek Ki­kyo do in­nych uczen­nic.

To, o czym te­raz opo­wiem, zda­rzy­ło się du­żo póź­niej. Był za­chód słoń­ca, w po­wie­trzu zda­wa­ły się uno­sić za­rod­ni­ki grzy­bów, usia­dły­śmy z Ko­se­ki w ogro­dzie na ka­mie­niach i roz­ma­wia­ły­śmy o krwo­to­kach we­wnętrz­nych. W tym cza­sie Ki­kyo le­czy­ła się, bo cier­pia­ła na scho­rze­nie trzech na­rzą­dów, a w Szko­le by­ło wol­ne. Część ko­biet wró­ci­ła wte­dy do do­mów, dla nie­któ­rych sta­ło się to oka­zją, by zre­zy­gno­wać ze Szko­ły. Ja nie wró­ci­łam, po­zo­sta­łam w tym zim­nym, od­lud­nym miej­scu, bo chcia­łam po­wi­tać wra­ca­ją­cą Ki­kyo, de­ko­ru­jąc bra­mę kwia­ta­mi „dla re­kon­wa­le­scent­ki” oraz roz­pa­la­jąc wiel­kie ogni­sko. Oprócz nas zo­sta­ło w szko­le wie­le ckli­wych pańć, któ­re nie mia­ły do­kąd iść. Kie­dy Ki­kyo wró­ci­ła, ko­bie­ty stło­czy­ły się i za­czę­ły na­rze­kać, ja­kie to są nie­szczę­śli­we, szlo­cha­ły, jak­by sią­pił deszcz, a wo­kół uno­sił się smro­dek nie­za­do­wo­le­nia; w tej sy­tu­acji u szczę­śli­wie ozdro­wia­łej Ki­kyo mógł na­stą­pić na­wrót cho­ro­by. Czy ucie­szy się, jak mnie zo­ba­czy? Nie­wie­lu jest lu­dzi, któ­rzy by się nie cie­szy­li na mój wi­dok. W tam­tym cza­sie nie wie­dzia­łam, co to wsty­dzić się wła­snej próż­no­ści. Po raz pierw­szy w ży­ciu na mo­im czo­le po­ja­wi­ła się by­strość umy­słu, na­wet mnie sa­mej, gdy pa­trzy­łam w lu­stro, wy­da­wa­ła się pięk­na jak za­ką­tek łą­ki. A prze­ra­że­nie mo­je bu­dzi­ło to, że nie­kie­dy bez żad­ne­go po­wo­du zu­peł­nie zni­ka­ła.

Gdy Ki­kyo, jesz­cze za­nim za­cho­ro­wa­ła, spo­ty­ka­ła mnie przy­pad­kiem obok Szko­ły, uśmie­cha­ła się de­li­kat­nie, a jej uśmiech był jak wie­trzyk mu­ska­ją­cy ta­flę je­zio­ra, jak pro­mie­nie słoń­ca bły­ska­ją­ce na je­go po­wierzch­ni. Te chwi­le spra­wia­ły mi naj­więk­szą ra­dość, a wieść o jej cho­ro­bie ude­rzy­ła we mnie jak na­gła fa­la zim­na. Ki­kyo po­wie­dzia­ła nam o niej sa­ma. Po­ja­wi­ła się, gdy sta­ły­śmy z Ko­se­ki i Yubi­hi­me w ogro­dzie, i oznaj­mi­ła, że mu­si opu­ścić na ja­kiś czas Szko­łę z po­wo­du cho­ro­by trzech na­rzą­dów. Pró­bo­wa­łam po­wie­dzieć, że to bar­dzo przy­kre, że aż trzech, że gdy­by tyl­ko je­den, to..., ale Ki­kyo po­pa­trzy­ła na mnie ze zło­ścią, jak na wro­ga, i od­par­ła, że cho­ro­ba to nie jest coś, co się li­czy na sztu­ki, jed­na czy dwie, że cho­ro­ba ogar­nia wszyst­ko jak trą­ba wod­na. Trą­ba wod­na za­krę­ci się i zni­ka, za­czę­łam i za­mil­kłam. Po­my­śla­łam so­bie wte­dy – i aż się prze­ra­zi­łam – że być mo­że ła­ska­wość Ki­kyo tak sa­mo za­krę­ci się, ogar­nie wszyst­ko i znik­nie. Sły­sząc, że Ki­kyo je­dzie na le­cze­nie, jed­ne jej współ­czu­ły, in­ne twier­dzi­ły zło­śli­wie, że to ka­ra za wy­bu­ja­łe am­bi­cje, ale nie by­ło, zda­je się, ni­ko­go, kto by cze­kał na jej po­wrót z bez­wa­run­ko­wą mi­ło­ścią i sza­cun­kiem. Wpa­dłam w he­ro­icz­ny na­strój i oświad­czy­łam, że za­mie­rzam trwać tu­taj w ocze­ki­wa­niu sa­ma, choć­by bluszcz za­rósł bu­dyn­ki Szko­ły, a dro­ga zni­kła po­śród chasz­czy, na co Ko­se­ki uśmiech­nę­ła się obo­jęt­nie, mó­wiąc, że ona by­naj­mniej nie zo­sta­je po to, że­by po­cie­szyć Ki­kyo. Że po pro­stu nie chce wra­cać do swo­je­go do­mu. Ro­dzo­na mat­ka Ko­se­ki pod­czas po­ro­du do­sta­ła strasz­ne­go krwo­to­ku. Od te­go upły­wu krwi po­plą­tał jej się ję­zyk. Po­tem oj­ciec roz­wiódł się i wpro­wa­dzi­ła się no­wa mat­ka. By­ła to oso­ba mó­wią­ca tak pięk­nym ję­zy­kiem, jak­by po­cho­dził ze źró­dła. Wkrót­ce za­cho­ro­wa­ła i zmar­ła. Ko­se­ki sły­sza­ła od są­sia­dów, że ma­co­chy są z grun­tu złe, ale dla niej by­ła to uko­cha­na po­stać, któ­ra zni­kła na­gle jak zja­wa. Na­stęp­nie stra­ci­ła oj­ca i je­dy­ną jej krew­ną by­ła mat­ka. Ko­se­ki nie chce do niej wra­cać, bo drę­czy ją, pró­bu­jąc za­głu­szyć ból ro­dze­nia bó­lem ist­nie­nia. Tak opo­wia­da­ła Ko­se­ki. Do­da­ła jesz­cze, że nie ma naj­mniej­szej ocho­ty po­cie­szać Ki­kyo, któ­ra ma du­żo ła­twiej­sze ży­cie od niej, tyl­ko dla­te­go, że raz zda­rzy­ło jej się za­cho­ro­wać. Są­dzi­łam wte­dy błęd­nie, że Ko­se­ki, cho­ciaż dą­ży do po­zna­nia Dro­gi, nie jest przy­wią­za­na do Ki­kyo. W tym cza­sie spo­ty­ka­ła się po­ta­jem­nie z chło­pa­kiem, któ­ry pra­co­wał ja­ko ogrod­nik, i kil­ka ra­zy po­ro­ni­ła.

Już pierw­szej no­cy po przy­by­ciu do Szko­ły, po tym jak Ki­kyo skie­ro­wa­ła na mnie wil­got­ne, za­chę­ca­ją­ce spoj­rze­nie, mia­łam dzi­wacz­ny sen, któ­re­go sa­ma nie ro­zu­mia­łam. W tym śnie skó­ra Ki­kyo po­kry­ta by­ła tu i ów­dzie roz­chy­la­ją­cy­mi czer­wo­ne płat­ki kwia­ta­mi wiel­ko­ści ucha. Mó­wiąc „kwia­ta­mi”, su­ge­ru­ję coś pięk­ne­go, ale mo­gły to być rów­nie do­brze ra­ny al­bo wrzo­dy. Kwia­ty nie po­tra­fią mó­wić ludz­kim ję­zy­kiem, lecz sil­na woń, ja­ką roz­sie­wa­ją, z pew­no­ścią jest jak sło­wa. Nie po­zwa­la­ją nam przejść obok sie­bie obo­jęt­nie, a kie­dy się już za­trzy­ma­my, oka­zu­je się, że i tak nie je­ste­śmy w sta­nie ich po­jąć. Przej­rza­ła cie­le­sność wy­dzie­la­ła gę­stą tru­ci­znę, któ­ra psu­ła po­wie­trze wo­kół. Obu­dzi­łam się, du­sząc się od kasz­lu. By­łam prze­ko­na­na, że ten sen nie pa­su­je do Ki­kyo, lecz kie­dy już raz mi się przy­śnił, nie mo­głam go wy­ma­zać z pa­mię­ci. Oczy­wi­ście ni­g­dy jej go nie opo­wie­dzia­łam. Raz tyl­ko zda­rzy­ło mi się po­czuć w rze­czy­wi­sto­ści ta­ki sam za­pach jak w tam­tym śnie. By­ło to w dniu, gdy zna­la­złam i po­grze­ba­łam w le­sie zde­chłe­go ko­ta. Od kie­dy przy­by­łam do Szko­ły, pra­wie ni­g­dy nie za­pusz­cza­łam się głę­bo­ko w las, lecz ten je­den raz po po­łu­dniu, gdy na nie­bie uno­si­ły się po­god­ne chmur­ki, zda­rzy­ło mi się pójść po­od­dy­chać mię­dzy drze­wa­mi. W le­sie czę­sto moż­na zna­leźć dziw­ne rze­czy. Tam­te­go dnia zna­la­złam zde­chłe­go ko­ta w ty­gry­sie wzor­ki, wró­ci­łam z zim­nym, sztyw­nym cia­łem w ob­ję­ciach. Ja­ko że by­ła po­ra pierw­szych szro­nów, nie za­czę­ło się jesz­cze roz­kła­dać. Grze­ba­łam ko­ta, kie­dy wszy­scy by­li za­ję­ci ko­la­cją; w chwi­li gdy po­wstrzy­mu­jąc głód, kła­dłam bez­won­ne zwło­ki w zie­mi, któ­ra szy­ku­jąc się do zi­my, stra­ci­ła swój or­ga­nicz­ny cha­rak­ter, zza bu­dyn­ku sto­łów­ki wy­ło­ni­ła się Ki­kyo. Za­czę­łam się tłu­ma­czyć, że wiem, iż po­chó­wek to przede wszyst­kim wy­raz sza­cun­ku dla przod­ków, mam jed­nak kło­pot, bo „zna­la­złam po­rzu­co­ne­go ko­ta”, a wte­dy ona uści­snę­ła na­gle mo­je ubru­dzo­ne zie­mią rę­ce. Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy ze zdzi­wie­nia, bo my­śla­łam, że Ki­kyo nie zno­si do­ty­ku zie­mi. Wy­ja­śni­ła, że wca­le nie wy­ra­ża­my sza­cun­ku przod­kom, tyl­ko ci, któ­rym wy­ra­ża­my sza­cu­nek, sta­ją się na­szy­mi przod­ka­mi. Ro­ze­śmia­łam się i za­żar­to­wa­łam, że w ta­kim ra­zie prąż­ko­wa­ny kot jest te­raz mo­im przod­kiem, na co Ki­kyo unio­sła lek­ko bro­dę i zwę­zi­ła oczy. Wy­glą­da­ło to, jak­by się uśmie­cha­ła. Przy­kuc­nę­łam i kon­ty­nu­owa­łam pra­cę, a Ki­kyo po­de­szła i sta­nę­ła tuż za mną. Kie­dy wsta­łam, jej od­dech mu­snął mo­je ucho, ob­ję­ła mnie moc­no od ty­łu. Moc­no ści­snę­ła mój le­wy su­tek, a wte­dy po­czu­łam woń gni­ją­cych owo­ców. Nie pa­mię­tam do­kład­nie, co zda­rzy­ło się po­tem. Pa­mię­tam tyl­ko dziw­ne uczu­cie, jak­by na ple­cach wy­ro­sły mi sut­ki, a mo­ja pra­wa rę­ka, prze­szedł­szy mię­dzy uda­mi, wy­cią­gnę­ła się aż do po­ty­li­cy. Ni­g­dy ni­ko­mu o tym nie mó­wi­łam.

 

Raz tyl­ko chcia­łam się tym po­dzie­lić z En­ką. Po­wie­dzia­ła ona kie­dyś, że mo­je cia­ło jest jak po­wie­trze, nie ma ko­rze­ni, dla­te­go też nie ma we mnie źró­dła łez, a mo­je po­licz­ki są ślicz­ne. Praw­do­po­dob­nie czu­ła już wte­dy, że cho­ro­ba za­pusz­cza w niej ko­rze­nie, że jej stan się po­gar­sza. A po­tem spy­ta­ła na­gle, czy do­ty­ka­łam kie­dy­kol­wiek cia­ła Ki­kyo. Po­czu­łam, jak­by mi ktoś wło­żył kij do gar­dła, za­sta­na­wia­łam się, czy­by nie opo­wie­dzieć tam­tej hi­sto­rii, zro­bi­łam już na­wet krok do przo­du, ale za­wa­ha­łam się i zre­zy­gno­wa­łam. En­ka chcia­ła wte­dy po­wie­dzieć wca­le nie to, o czym my­śla­łam, tyl­ko coś znacz­nie głęb­sze­go. Ki­kyo nie ma cia­ła, po­nie­waż jed­nak uwa­ga wszyst­kich sku­pia się na niej, uka­zu­je na sce­nie cia­ło o kon­kret­nym kształ­cie, ale to cia­ło w rze­czy­wi­sto­ści jest zro­bio­ne z mgły – tak wła­śnie uwa­ża­ła En­ka. Nie wie­rzę w to, Ki­kyo jest wraż­li­wa, wie, co to pot i łzy, za­opo­no­wa­łam, lecz wi­dząc zdzi­wio­ną twarz En­ki, nie wie­dzia­łam, jak jej to wy­tłu­ma­czyć.

Wy­da­je mi się, że na po­cząt­ku Ki­kyo cza­sa­mi bar­dzo cze­goś pra­gnę­ła, choć sa­ma nie wie­dzia­ła cze­go. W któ­rymś mo­men­cie te pra­gnie­nia chy­ba zu­peł­nie za­ni­kły, jak­by po­żar­te wzro­kiem ota­cza­ją­cych ją osób. Póź­niej zna­la­zła ra­dość w na­pro­wa­dza­niu lu­dzi na Dro­gę Ty­gry­sa lub od­da­la­niu od niej po­przez kie­ro­wa­nie ich pra­gnie­nia­mi. Tak to chy­ba wy­glą­da. A jed­nak i dziś Ki­kyo od­ru­cho­wo wy­cią­ga rę­kę, je­śli ma przed so­bą coś, cze­go po­żą­da, i nie przyj­rzaw­szy się do­kład­nie, wkła­da to do ust. Nie zdo­ła­ła do koń­ca stłu­mić swo­ich żądz. Im bar­dziej sta­ra­ła się je stłam­sić, tym chęt­niej ujaw­nia­ły się, w naj­mniej ocze­ki­wa­nych chwi­lach wy­strze­li­wa­ły, opry­sku­jąc znaj­du­ją­cych się wo­kół niej lu­dzi.

Księ­gi po­świę­co­nej Dro­dze Ty­gry­sa, li­czą­cej trzy­sta sześć­dzie­siąt to­mów, nie da się prze­czy­tać w ca­ło­ści, na­wet gdy­by do cza­su gdy si­wi­zna po­kry­je skroń, bez resz­ty po­świę­cić się lek­tu­rze, pa­trząc na księ­ży­co­wą po­świa­tę i po­ran­ną ro­sę przez okno bi­blio­te­ki. Nie mia­ło­by też sen­su czy­ta­nie jej po ko­lei od­po­cząt­ku do koń­ca, bo i tak wie­le frag­men­tów po­zo­sta­ło­by dla nas nie­zro­zu­mia­łych po jed­no­krot­nej lek­tu­rze. My­ślę, że do wie­lu z nich mo­że­my do­trzeć je­dy­nie po­przez sta­wia­nie py­tań in­nym i mie­rze­nie się z ich wąt­pli­wo­ścia­mi, ro­bie­nie fał­szy­wych kro­ków nad kra­wę­dzią, spa­da­nie z niej, wczoł­gi­wa­nie się pod gó­rę, ból, po­wro­ty my­ślą do te­go, co już zna­my, wspo­mnie­nia i roz­mo­wy z ludź­mi. Ko­lej­ność opi­sów w Księ­dze nie po­kry­wa się z ko­lej­no­ścią, w ja­kiej na­sze umy­sły przy­swa­ja­ją jej treść. Po­rzą­dek na­szych umy­słów jest in­ny niż po­rzą­dek Księ­gi. Je­śli po pię­ciu desz­czo­wych dniach się prze­ja­śnia, to słoń­ce, któ­re za­świe­ci­ło dnia szó­ste­go, nie sta­je się prze­dłu­że­niem tam­tych pię­ciu dni, tyl­ko oświe­tla je ja­ko jed­ną skoń­czo­ną ca­łość. Nie moż­na czy­tać na­raz dwóch wer­sów ani wer­su od pra­wej stro­ny do le­wej. Wszyst­ko, co mo­że­my zro­bić, to czy­tać tekst wie­lo­krot­nie. Ty­le ra­zy, aż stra­ci­my orien­ta­cję, czy to my sa­mi czy­ta­my czy mo­że ktoś in­ny. Kie­dy po raz pierw­szy czy­ta­łam gło­śno, tak mi się trzę­sły rę­ce, że aż się ba­łam, czy nie strzą­snę li­ter na pod­ło­gę. Je­śli za­cznie­my wy­po­wia­dać pierw­sze dźwię­ki zbyt po­śpiesz­nie, sło­wa wpad­ną w ot­chłań, za­nim zdo­ła­my je wy­ar­ty­ku­ło­wać. Je­śli prze­cią­gnie­my je­den dźwięk zbyt dłu­go, ję­zyk przy­klei się do nie­go i nie bę­dzie­my w sta­nie czy­tać da­lej.

Pod­czas mo­jej pierw­szej lek­cji gło­śne­go czy­ta­nia ba­łam się gro­bo­wej ci­szy pa­nu­ją­cej na sa­li. Uczen­ni­ce stło­czy­ły się jak pleśń wy­ro­sła na sta­rej de­sce po desz­czu. Wszyst­kie wło­sy, wszyst­kie twa­rze wy­glą­da­ją tak sa­mo, my­śla­łam, pró­bu­jąc uspo­ko­ić się w ten spo­sób, gdy po­czu­łam, że do­się­gnął mnie so­ko­li wzrok Ki­kyo, ce­lu­ją­cy pro­sto we mnie. Po­wie­dzia­ła: Czy­taj gło­śniej! Głos mi się za­ła­mał, zu­peł­nie jak­bym by­ła zmu­sza­na ro­bić coś nie­sto­sow­ne­go czy wręcz nie­go­dzi­we­go. Ki­kyo, zwra­ca­jąc się do mnie, po­wta­rza­ła: No, gło­śniej, jak­by roz­ko­szo­wa­ła się swo­ją su­ro­wo­ścią. A mnie za­czę­ły fa­lo­wać wło­sy przed ocza­mi, z przo­du, z ty­łu i po bo­kach gło­wy, tak sa­me z sie­bie, bo prze­cież wca­le się nie po­ru­sza­łam. Trzy­ma­jąc moc­no oby­dwie­ma rę­ka­mi nie­wiel­ką książ­kę, któ­rą mi po­da­ła, za­czę­łam gło­śno czy­tać. „Ry­je w zie­mi, nie po­ka­zu­jąc swej si­ły”, „Uka­zu­je się na po­let­kach ry­żo­wych, by wzbu­dzić re­spekt wśród ma­łych zwie­rząt”, „Bie­ga bez­u­stan­nie, by nie dać się po­żreć in­nym”, „Je­śli nie stra­ci pa­mię­ci, mo­że stać nad ot­chła­nią, i nie spad­nie w nią”, „Na­uczyw­szy się fru­wać, nie pod­wa­ża lo­gi­ki prze­strze­ni”, „Kie­dy sta­nie się ob­ło­kiem, uka­zu­je swą po­stać w «nie­bie snów», ale nie jest wi­dzial­ny dla ni­czy­ich oczu”. Oczy­wi­ście nie za­sta­na­wia­łam się nad tre­ścią te­go, co czy­tam. Kie­dy prze­cho­dzi­łam od jed­ne­go pa­ra­gra­fu do dru­gie­go, tra­ci­łam od­dech. Nie pod­no­si­łam wzro­ku, a mi­mo to wi­dzia­łam wy­raź­nie syl­wet­kę Ki­kyo ja­ko mon­strum z usza­mi. Głos mi za­ni­kał, chry­piał, wiązł w gar­dle. Ki­kyo wsłu­chi­wa­ła się weń z za­cie­ka­wie­niem. Zmu­sza­jąc się do gło­śne­go mó­wie­nia, czu­łam się zu­peł­nie tak, jak­bym mia­ła sta­nąć na­go przed tłu­mem. Że­by nie ze­mdleć ze wsty­du, po­sta­no­wi­łam uczy­nić głos mo­ją pod­po­rą i jej się trzy­ma­łam.

Wie­le osób, na­wet pil­nie uczest­ni­czą­cych w wy­kła­dach i na­uko­wych do­cie­ka­niach, nie bra­ło udzia­łu w ćwi­cze­niach gło­śne­go czy­ta­nia, uwa­ża­jąc je za głu­pie. Ko­se­ki na głos śpie­wa­ła tyl­ko po­pu­lar­ne pio­sen­ki, a za po­waż­ne stu­dia uzna­wa­ła je­dy­nie ci­chą lek­tu­rę i dys­ku­sje. Pro­sto­ta Sho­jo i jej go­to­wość ucze­nia się wszyst­kie­go wy­da­wa­ły się Ko­se­ki głu­pie. Do cze­go przy­da się ko­mu gło­śne czy­ta­nie?, py­ta­ła. Na tak sfor­mu­ło­wa­ne py­ta­nie Sho­jo nie znaj­do­wa­ła od­po­wie­dzi, od­cho­dzi­ła więc bez sło­wa, by po­tem oczer­niać Ko­se­ki za ple­ca­mi. Mó­wi­ła, że ma rów­nie nie­szcze­re in­ten­cje co wy­krzy­wio­ną twarz. Coś ta­kie­go jak „twarz” w ogó­le nie ist­nie­je, lu­dzie zaś mó­wią o wy­glą­dzie twa­rzy wte­dy, kie­dy chcą ko­goś skry­ty­ko­wać, nie star­cza im jed­nak słów, by to zręcz­nie ująć, więc mó­wią, że ktoś ma brzyd­ką twarz, i tym po­dob­ne rze­czy. I choć o tym wie­dzia­ły­śmy, w na­szych roz­mo­wach czę­sto po­ja­wia­ło się kry­te­rium: pięk­ne – brzyd­kie. Na przy­kład En­ka mó­wi­ła, że chce brać udział we wszyst­kim, rów­nież w za­ję­ciach z gło­śne­go czy­ta­nia, choć uwa­ża, że nie ma­ją one sen­su, po to, by móc oglą­dać pięk­ną po­stać Ki­kyo. Ja cho­dzi­łam na za­ję­cia z czy­ta­nia nie z po­wo­du jej uro­dy. Cho­dzi­łam, bo gdy słu­cham w sku­pie­niu czy­je­goś gło­su, prze­sta­ję wi­dzieć je­go twarz. Jak­by głos ją po­że­rał.

Kie­dy czy­ta­łam gło­śno po raz pierw­szy, bez resz­ty sku­pia­łam się na tym, by prze­two­rzyć li­te­ry na głos, bez za­sta­na­wia­nia się nad tre­ścią, mia­łam wra­że­nie, że po raz pierw­szy zbli­ży­łam się do Księ­gi. Kie­dy słu­cha­łam, jak Yubi­hi­me i Ko­se­ki dys­ku­tu­ją na te­mat tre­ści, czu­łam cza­sa­mi, że nie mam nic wspól­ne­go ze świa­tem Księ­gi, że jest on dla mnie nie­do­stęp­ny jak wi­dok pu­sty­ni. Na­to­miast gdy trzy­ma­łam w rę­kach ma­lut­ką ksią­żecz­kę, w któ­rej by­ły po­wie­lo­ne po­szcze­gól­ne frag­men­ty Księ­gi, sło­wa sa­me ci­snę­ły się na usta i ro­bi­ło mi się go­rą­co na ca­łym cie­le.

Pew­ne­go ra­zu Ki­kyo za­wo­ła­ła mnie do ogro­du i po­pro­si­ła o prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści Ko­se­ki i Yubi­hi­me. Jej treść by­ła ta­ka: Ki­kyo chcia­ła­by, że­by po­szu­ka­ły dla niej w Księ­dze frag­men­tu o tym, jak Ty­grys ba­wi się z mo­ty­lem, bo nie mo­że go zna­leźć, a z pew­no­ścią ta­ki ist­nie­je. Zmie­sza­łam się, bo ko­niusz­ka­mi pal­ców do­ty­ka­ła raz po raz mo­je­go koł­nie­rzy­ka i, jak­by w ocze­ki­wa­niu na od­po­wiedź, spo­glą­da­ła to na mo­je usta, to na szy­ję. Po­pro­si­ła mnie o prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści, choć sa­ma mo­gła to po­wie­dzieć Ko­se­ki i Yubi­hi­me: czy nie zro­bi­ła te­go ce­lo­wo, by dać mi do zro­zu­mie­nia, że ja nie po­tra­fi­ła­bym zna­leźć sce­ny za­ba­wy Ty­gry­sa z mo­ty­lem? Te­go dnia mia­łam wą­ski koł­nie­rzyk z kla­pa­mi wy­kła­da­ny­mi na pier­si, był świe­żo wy­pra­ny: chłod­ny i bia­ły jak śnieg na szczy­cie gó­ry, od spo­co­nych pal­ców za­ró­żo­wił się. Treść wia­do­mo­ści by­ła krót­ka, ale Ki­kyo mó­wi­ła tak, jak­by ni­g­dy nie za­mie­rza­ła skoń­czyć, gło­sem, w któ­rym po­brzmie­wał ton ni to bła­gal­ny, ni sta­now­czy. Gdy jej słu­cha­łam, za­czę­ło mnie ogar­niać coś na kształt znie­cier­pli­wie­nia, jak­by ob­siadł mnie rój ko­ma­rów, więc za­py­ta­łam Ki­kyo, chcąc jej do­piec, czy dla­te­go ka­że mi cią­gle gło­śno czy­tać, że uwa­ża, iż ni­cze­go wię­cej nie po­tra­fię. Zro­bi­ła mi­nę, jak­by do­sta­ła w twarz, i ode­szła w mil­cze­niu. Mó­wiąc: Ni­cze­go wię­cej nie po­tra­fię, za­su­ge­ro­wa­łam, że po­sia­dłam umie­jęt­ność gło­śne­go czy­ta­nia, choć tak nie by­ło, w dzie­ciń­stwie bo­wiem spa­dłam z drze­wa i od­gry­złam so­bie brze­gi ję­zy­ka, przez co jest węż­szy, a ja mam nie naj­lep­szą dyk­cję. Kie­dy by­łam ma­ła, dzie­ci do­ku­cza­ły mi z te­go po­wo­du, wy­śmie­wa­jąc się ze mnie, że mam ję­zyk jak wąż. A tak na mar­gi­ne­sie, mo­je kiep­skie czy­ta­nie za­czę­ło stop­nio­wo na­bie­rać ma­gicz­nej mo­cy. Za­raz, kie­dy to by­ło? Za­uwa­ży­łam, że słu­chacz­ki za­czy­na­ją się ko­ły­sać w rytm wi­bra­cji mo­je­go gło­su. Po­ru­szał ni­mi nie sam głos, ale ja­kiś duch uno­szą­cy się w po­wie­trzu jak prze­zro­czy­sty ba­lon, któ­ry wi­ru­jąc, wcią­ga lu­dzi do za­ba­wy. Nie ma­ni­pu­lo­wa­łam du­cha­mi, by zwieść lu­dzi, jak hip­no­ty­zer oszust. Ja tyl­ko czy­ta­łam z sza­cun­kiem i wiel­ką ostroż­no­ścią, by nie prze­szko­dzić im w po­ja­wie­niu się. A du­chy od­bie­ra­ły mój głos ja­ko za­pro­sze­nie i przy­cho­dzi­ły bez skrę­po­wa­nia. Kil­ka ko­biet po­wie­dzia­ło mi: Kie­dy ty czy­tasz, sens wy­da­je się zu­peł­nie in­ny, a nie­ja­sne po­zo­sta­je nie­ja­sne.

Wy­da­wa­ło mi się na po­cząt­ku, że słu­cha­jąc mo­je­go gło­su, Ki­kyo do­świad­cza jak­by fi­zycz­nej przy­jem­no­ści. En­ka oświad­czy­ła we­so­ło, że wsłu­chu­je się z przy­mknię­ty­mi ocza­mi i wil­got­ny­mi war­ga­mi. Twój głos ma dziw­ną czę­sto­tli­wość, po­wo­du­je drga­nia trze­wi, bu­dzi na­wet lu­bież­ny na­strój, pew­nie Ki­kyo też w skry­to­ści du­cha się nim roz­ko­szu­je, po­wie­dzia­ła. En­ka mia­ła prze­my­śle­nia na te­mat ży­cia sek­su­al­ne­go Ki­kyo i opo­wia­da­ła mi o nich czę­sto i bez za­ha­mo­wań. Jej cia­ło, rze­ko­mo, ma w so­bie wie­le fałd – ich licz­ba jest róż­na w za­leż­no­ści od czło­wie­ka – a ci, co ma­ją ich du­żo, na do­da­tek cien­kich, wy­ka­zu­ją sil­ne re­ak­cje sek­su­al­ne na dziw­ne rze­czy, ta­kie jak na przy­kład głos. Spró­bo­wa­łam so­bie wy­obra­zić cia­ło Ki­kyo: klej­not oto­czo­ny ty­sią­ca­mi, mi­lio­na­mi fałd. Gdy sły­szy głos, fał­dy drżą. W za­leż­no­ści od tem­bru gło­su, je­go płyn­no­ści lub pauz, od te­go, czy mó­wi się piesz­czo­tli­wym czy na­tar­czy­wym to­nem – drga ta al­bo in­na fał­da.

 

W po­cząt­ko­wym okre­sie, zda­je się, Ki­kyo po pro­stu chło­nę­ła mój głos z roz­ko­szą. Jed­nak wi­dząc roz­ko­ły­sa­ne przez du­chy uczen­ni­ce, ostry­mi sło­wa­mi prze­ry­wa­ła za­uro­cze­nie. Du­chy, któ­re pa­ra­li­żu­ją wa­sze my­śli, to zła moc, mó­wi­ła. Nie za­mie­rza­łam po­wo­do­wać pa­ra­li­żu ich my­śli. Cie­szy­łam się po pro­stu, że du­chy przy­cho­dzą. Po­ja­wia­ło ich się nie­skoń­cze­nie wie­le i po­wo­li wpra­wia­ły cia­ła zgro­ma­dzo­nych uczen­nic w fa­lo­wa­nie. Trud­ne zda­nia roz­sy­py­wa­ły się w ich umy­słach w nar­ko­tycz­ny pro­szek, któ­ry po­tem roz­pusz­czał się we krwi i krą­żył po ich cie­le. Czy zda­rza­ły się in­ne, rów­nie słod­kie chwi­le w ży­ciu Szko­ły? Gdy Ki­kyo prze­rwa­ła mo­je czy­ta­nie, zro­bi­ło mi się nie­przy­jem­nie. Wy­szłam z kla­sy i po­szłam do la­su me­dy­ta­cji, po­pa­trzy­łam pro­sto w twarz jed­ne­mu z drzew i ode­zwa­łam się gło­śno do nie­go.

W mia­rę upły­wu cza­su nie spo­sób by­ło nie uświa­do­mić so­bie, że cięż­ko jest stu­dio­wać dzień po dniu. Do­sta­wa­ły­śmy dość je­dze­nia, spa­ły­śmy w cie­płych łóż­kach, po każ­dym dniu za­cho­dzi­ło słoń­ce i na sce­nie ro­bi­ło się ciem­no, a na­stęp­ne­go dnia znów obo­wiąz­ko­wo pod­no­si­ła się kur­ty­na i jak­by ni­g­dy nic słoń­ce oświe­tla­ło pu­stą sce­nę. Nie by­ło wi­dać żad­ne­go po­stę­pu ani w zdo­by­wa­niu wie­dzy, ani w roz­wo­ju moż­li­wo­ści poz­na­wczych. Ucze­nie się by­ło wręcz strasz­ne i nud­ne. Nud­ne nie dla­te­go, że za­ni­ka­ła świe­żość zdzi­wie­nia. Nud­ne dla­te­go, że na­wet gdy ro­bi­ły­śmy po­stę­py, trwa­ło ono nie­zmie­nio­ne, ner­wy utwo­rzy­ły stre­fę obo­jęt­no­ści na to, co się dzie­je. I na­wet Ko­se­ki, wy­cho­dząc z sy­pial­ni, cza­sem wzdy­cha­ła, szep­cząc: Ojej, za­czy­na się ko­lej­ny dzień ślę­cze­nia nad Księ­gą.

Być mo­że po­trze­bo­wa­ły­śmy mu­zy­ki, fe­sti­wa­li i tym po­dob­nych rze­czy. Zda­rza­ły się la­ta, u któ­rych schył­ku od­by­wał się je­den fe­sti­wal po dru­gim, ale przez pierw­szy rok nie słu­cha­łam mu­zy­ki ani ra­zu. Gdy spy­ta­łam, cze­mu nie ma mu­zy­ki, Ki­kyo od­po­wie­dzia­ła krót­ko, że nie jest ona nie­zbęd­na do roz­my­ślań. A cóż to za od­po­wiedź!, po­wie­dzia­ła­by pew­nie En­ka. Twier­dzi ona, że od­po­wie­dzi Ki­kyo to żad­ne od­po­wie­dzi: od­cho­dzi w nich od te­ma­tu, co­fa się jak cia­ło chcą­ce unik­nąć piesz­czo­ty, od­su­wa się co­raz da­lej i da­lej. Nie by­ło oka­zji słu­chać mu­zy­ki. Na­wet ka­pe­le wę­dru­ją­ce od mia­sta do mia­sta z kon­cer­ta­mi omi­ja­ły stre­fę la­su. Nie­któ­re uczen­ni­ce lu­bi­ły pio­sen­ki, więc zbie­ra­ły się cza­sem w ogro­dzie, by wspól­nie po­śpie­wać. Więk­szość ich pio­se­nek sta­no­wi­ły tak zwa­ne prze­bo­je, pre­ten­sjo­nal­ne, tan­det­ne ka­wał­ki wy­ci­ska­ją­ce łzy; ra­ni­ły uszy tych, co je sły­sze­li.

Ki­kyo nie za­ka­za­ła mu­zy­ki. Tak jak nie za­ka­za­ła ob­żar­stwa ani pi­jań­stwa. Ani lu­bież­no­ści. W tym cza­sie Yubi­hi­me co wie­czór wy­my­ka­ła się z sy­pial­ni i wra­ca­ła póź­ną no­cą ubru­dzo­na bło­tem. Spa­ły­śmy w sze­ścio­oso­bo­wym po­ko­ju, łóż­ka by­ły wy­ko­na­ne bar­dzo sta­ran­nie, skła­da­ły się z drew­nia­nej ra­my, na któ­rą by­ła na­cią­gnię­ta ple­cion­ka z wi­tek ro­ślin ro­sną­cych na dnie mo­rza. Za­sta­na­wia­ło mnie, dla­cze­go tak da­le­ko od mo­rza uży­to mor­skich wi­tek. Czyż­by ta sy­pial­nia ist­nia­ła od cza­sów, gdy mor­skie fa­le się­ga­ły aż tu­taj? Po ko­la­cji Yubi­hi­me w pół­mro­ku dys­kret­nie płu­ka­ła usta, za­kła­da­ła bu­ty i zni­ka­ła. O pół­no­cy po­wo­li otwie­ra­ła skrzy­pią­ce drew­nia­ne drzwi i wśli­zgi­wa­ła się po ci­chu jak ma­łe zwie­rząt­ko do po­ko­ju. Czuć od niej by­ło wte­dy plu­ga­wy za­pach roz­pu­sty, za­pach in­ne­go zwie­rzę­cia. W tam­tym okre­sie Yubi­hi­me pra­wie z na­mi nie roz­ma­wia­ła. Ko­se­ki po­wie­dzia­ła nam, że spo­ty­ka się ona z le­śnym ba­ro­nem.

Le­śni ba­ro­no­wie to po­dob­no po­tom­ko­wie ofi­cje­li, któ­rzy tra­fi­li do la­su po ode­bra­niu im urzę­dów w cza­sach wiel­kiej trans­for­ma­cji po­li­tycz­nej. Świet­nie się zna­ją na grzy­bach i zio­łach lecz­ni­czych, zbie­ra­ją je i pro­wa­dzą sa­mo­wy­star­czal­ny ży­wot, nie wy­cho­dząc z la­su do mia­sta. Ry­sy twa­rzy ma­ją po­noć szla­chet­ne, a no­gi – ko­lo­ru je­le­niej sier­ści. Pew­nie Yubi­hi­me spę­dza czas ople­cio­na ta­ki­mi pięk­ny­mi no­ga­mi, wdy­cha­jąc ko­ją­cy za­pach ziół. Zda­rza­ło się, że w dzień roz­sie­wa­ła wo­kół wspo­mnie­nie tych lu­bież­nych roz­ko­szy, ni­czym zbyt moc­ną woń kwia­tów, jak­by chcąc oka­zać nam wro­gość. Wie­dzia­łam dość do­kład­nie, kie­dy Yubi­hi­me wy­cho­dzi i kie­dy wra­ca.

Z po­wo­du bez­sen­no­ści za­przy­jaź­ni­łam się bli­sko z księ­ży­cem. W ja­sne no­ce wsta­wa­łam z łóż­ka i wy­my­śla­łam hi­sto­ryj­ki, łą­cząc z so­bą ty­sią­ce po­sta­ci i cie­ni, któ­re po­ja­wia­ły się na po­wierzch­ni księ­ży­ca. Cza­sa­mi za­pi­sy­wa­łam je w ze­szy­cie drob­ny­mi li­te­ra­mi. Ni­ko­mu go nie po­ka­zy­wa­łam, ale En­ka od­kry­ła, że pi­szę.

W je­sien­ne wie­czo­ry łóż­ko sta­wa­ło się bar­dzo zmy­sło­we, współ­brz­miąc z mo­im cia­łem, przy­wo­ły­wa­ło roz­licz­ne wspo­mnie­nia. Mo­że wła­śnie to ma­ją na my­śli sta­rzy le­ka­rze, któ­rzy czę­sto mó­wią, że bez­sen­ność to cho­ro­ba, któ­ra bie­rze się z me­bli? Fak­tu­ra me­bli, ich kształt, za­pach – to wszyst­ko od­bie­ra­ło mi sen. Gdy świa­tło księ­ży­ca pa­da­ło na pod­ło­gę w sy­pial­ni, a ona lśni­ła, jak­by ktoś nie­chcą­cy roz­lał na niej wo­dę, nie mo­głam ule­żeć, sia­da­łam więc na łóż­ku i prze­no­si­łam się w świat zmy­śla­nych opo­wie­ści. Kie­dyś prze­bu­dzi­ła się En­ka i spy­ta­ła, co się sta­ło, więc po­wie­dzia­łam, że roz­my­ślam, a ona na to: My­ślisz o śmier­ci? Jej py­ta­nie wy­da­ło mi się wte­dy tak ab­sur­dal­ne, że wy­buch­nę­łam śmie­chem. En­ka się nie śmia­ła. Czę­sto za­da­wa­ła ta­kie py­ta­nia. Wie­le ra­zy py­ta­ła o śmierć, rów­nież Ki­kyo.

Za­raz, kie­dy to by­ło? Ki­kyo wy­ja­śnia­ła po­szcze­gól­ne okre­sy roz­wo­ju ludz­kich ta­len­tów opi­sa­ne w Księ­dze: okres ukry­cia pod zie­mią, okres ujaw­nia­nia się i czas po tym, kie­dy zo­sta­ną już uzna­ne przez lu­dzi, tłu­ma­czy­ła, na ja­kie dzie­lą się eta­py, ja­kie mo­gą wy­stą­pić nie­pra­wi­dło­wo­ści oraz opóź­nie­nia. En­ka za­pro­te­sto­wa­ła: Czy na­praw­dę moż­na mó­wić o ludz­kim ży­ciu, dzie­ląc je w ten spo­sób? Je­śli spoj­rzy się na ży­cie od koń­ca, z per­spek­ty­wy śmier­ci, wszyst­ko wy­glą­da jak jed­na ku­la. Bez wy­od­ręb­nie­nia okre­sów nie da się mó­wić o roz­wo­ju, po­wie­dzia­ła Ki­kyo, wy­ma­wia­jąc wy­raź­nie każ­dą sy­la­bę. Mia­ła bar­dziej sta­now­czy wy­raz twa­rzy niż za­zwy­czaj. En­ka mil­cza­ła, za­ci­ska­jąc war­gi.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?