Stulecie kryminałuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Kurwa, Filip, coś ty zrobił! – krzyknął. – Strzelamy dopiero, gdy są w lesie!

– Sorry, mój błąd. No sorry!

– Ostatnio nic nie upolował, to teraz się pośpieszył – rzucił ktoś z tyłu.

Wszyscy się roześmiali. Ten, który klęczał, podniósł się z ziemi. Odwrócił się do kamery i wtedy Brian mógł dokładnie przyjrzeć się jego twarzy. Z wielkiego ekranu telewizora patrzył na niego inspektor Klich.

W tej samej chwili poczuł z tyłu głowy zimny dotyk lufy pistoletu.

5

– I tak się właśnie bawią ci nasi obrońcy moralności! – krzyczał z ekranu Warzocha. – Takie mają rozrywki nasi władcy, którzy przez wszystkie przypadki odmieniają słowo „humanitaryzm”. Polują na ludzi. I tym właśnie dla nich jesteśmy. Pieprzoną zwierzyną łowną.

– Wyłącz to gówno, Brian – poprosił Klich, wciąż celując w policjanta.

Brian powoli sięgnął po pilota i nacisnął czerwony przycisk. Twarz Warzochy najpierw zamarła, a później zniknęła.

Klich stanął naprzeciwko funkcjonariusza. Brian, wciąż siedząc na kanapie, odwrócił się. Za nim stało jeszcze dwóch innych mężczyzn. Obaj nosili maski. Obaj mieli broń. Przełknął ślinę. Jego dłonie momentalnie zaczęły się pocić.

– To miała być prosta sprawa – powiedział Klich, a w jego głosie dało się usłyszeć nutkę wyrzutu. – Miałeś przyjechać, stwierdzić samobójstwo, podpisać papiery, a potem spokojnie wrócić do służby. Ale spieprzyłeś to. Po prostu to spieprzyłeś. Dlaczego?

– Zabiliście go.

– No niestety. Tak się złożyło, że nie mieliśmy innego wyjścia. To, co widziałeś na ekranie… – Klich zawahał się, a potem machnął ręką. – Nie będę cię okłamywał. To jest dokładnie to, co widziałeś. Elitarna i bardzo brutalna rozrywka dla bardzo bogatych i wpływowych ludzi. Jeden z naszych przyjaciół był pewien, że Warzocha pasuje do tego towarzystwa. Bogaty, stary, zepsuty, a poglądy miał… zresztą na pewno widziałeś te jego filmiki. Ale czekała nas przykra niespodzianka. Wyobraź sobie, że to, co robimy, on uznał za odrażające! Oburzające! Obudził się w nim jakiś cholerny obrońca praw człowieka! W swoich filmikach nawołuje, żeby wszystkich imigrantów utopić w Morzu Śródziemnym, ale to nas nazwał potworami.

– Zabijaliście ich.

– Nie, Brian. Nie! Wiesz, kogo teraz potrzebujemy w tym świecie, w Europie?

– Kogo?

– Ludzi, którzy potrafią sobie dać radę. Szybkich. Sprytnych. Silnych. Zdecydowanych. Nie żadnych kobiet z dziećmi. Nie żadnych starców. Nie. Takich ludzi, którzy mogą się nam przydać. A jak ich wytypować? Potrzebujesz kogoś, kto dokona selekcji. Umowa była jasna i prosta i każdy z tych biednych skurwysynów ją zaakceptował. Masz do pokonania dwa kilometry. Może cię zabijemy po drodze. Ba! Pewnie tak będzie. Ale jeśli wygrasz, jeśli dotrzesz do mety, pomożemy ci się urządzić na tym tonącym statku, który nazywamy Europą. Jeśli cokolwiek robiliśmy, to dawaliśmy tym ludziom szansę. Warzocha nie potrafił tego zrozumieć.

Brian przyglądał się przełożonemu. Oczy Klicha błyszczały niebezpiecznie. Policjant zaczął się zastanawiać, który z nich był bardziej szalony – Warzocha czy jego szef. Pomyślał, że jeśli chce wyjść z tego domu żywy, musi kupić sobie trochę czasu. Poczekać na okazję, żeby spróbować walki lub ucieczki. Albo samemu sprowokować odpowiednią okazję. W każdym razie jednego był pewien: kiedy tylko Klich przestanie mówić, naciśnie spust.

– Mówiłeś, że był paranoikiem. W jaki sposób go dorwaliście?

Klich wzruszył ramionami.

– Nie da się być paranoikiem na sto procent. Cały czas. Musisz mieć kogoś, komu zaufasz. Bo inaczej zupełnie oszalejesz. Dla niego kimś takim była jego gosposia. Co było dość dziwne, biorąc pod uwagę, że kobiecina jest z Filipin. No ale uważał, że skoro jej dobrze płaci, to ona jest mu zupełnie wierna i oddana.

– Nie była?

– Miała na Filipinach brata, którego chciała ściągnąć do Polski. Pomogliśmy jej za to, że dorzuciła kilka pigułek do drinka Warzochy. A resztą już my się zajęliśmy.

– Przebudził się w samochodzie.

Klich pokiwał głową z uznaniem.

– Fakt. Trochę się tam rzucał, ale przezornie zablokowaliśmy wcześniej drzwi.

Brian przełknął ślinę. Kończyły mu się pomysły na przedłużenie rozmowy, a jego sytuacja wcale się nie zmieniała. Wciąż był otoczony, wciąż nie miał szans na ucieczkę, wciąż nie mógł liczyć na jakąkolwiek próbę podjęcia walki. Wiedział, że jeśli tylko ruszy się z tej kanapy, dostanie kulkę w łeb.

– Dlaczego tutaj weszliście? Skąd wiedzieliście, że uruchomiłem ten film? To była jakaś pułapka?

Klich podrapał się po brodzie, a potem uśmiechnął się kwaśno.

– Sprawa jest delikatna, więc stosujemy pewne środki ostrożności. Śledziliśmy cię i założyliśmy podsłuch na twojej komórce. System łapie wszystkie rozmowy w twoim otoczeniu. Alarm włącza się na słowa kluczowe. Ty go uruchomiłeś.

Policjant oddychał głęboko. Analizował sytuację. Gdyby teraz rzucił się na Klicha, spróbował odebrać mu broń, a potem zasłonić się jego ciałem, miałby minimalną, ale jednak jakąś szansę ucieczki. Lepsze to, niż dać się zabić. Realizację tego planu uniemożliwiała tylko jedna rzecz – nie był w stanie się ruszyć. Miał wrażenie, że całe jego ciało zamieniło się w kamień.

– Nie musicie mnie zabijać – powiedział, a jego głos niebezpiecznie upodobnił się do skomlenia. – Nikomu o tym nie powiem.

Klich pokręcił przecząco głową.

– W sumie powinniśmy ci jakoś podziękować za odnalezienie tego materiału. Wszędzie go szukaliśmy. Byliśmy pewni, że umieścił go w jakimś cyfrowym bunkrze, lecz w sumie Warzocha przy całej swojej nowoczesności był jednak człowiekiem poprzedniej epoki. Ale Brian, po tym wszystkim, co ci powiedziałem? Muszę cię zabić. Nie mogę ci ufać.

– Możesz!

– Chryste, Brian, przeżyłeś załamanie nerwowe po tym, jak zabiłeś jednego Murzynka. Co ci odwali po tym, co tutaj widziałeś?

– Nic mi nie odwali. Psychiatra powiedział…

– Brian… Brian… Wiesz, jaki jest jeszcze jeden powód, dla którego wziąłem cię do tej roboty?

Pokręcił przecząco głową. Klich zbliżył się do niego i przyłożył mu lufę pistoletu do głowy.

– Bo gdyby rzecz się posypała, bardzo łatwo będzie z tego zrobić samobójstwo. Policjant po załamaniu nerwowym zbyt szybko wraca do służby i postanawia pójść tropem swojego pierwszego klienta. Przykre, ale takie rzeczy się zdarzają. Warzocha ci po prostu zaimponował.

Na dźwięk nazwiska Warzochy Brian przypomniał sobie o trzymanym w kieszeni pilocie. Wciąż zaciskał na nim dłoń. Warzocha był paranoikiem. Paranoicy nie ograniczają się do jednego systemu obrony. Zakładają drugi, trzeci, czwarty. Klich nie mógł znaleźć wszystkich. Brian nacisnął przycisk. Pilot w jego kieszeni zawibrował delikatnie. A później… nic się nie wydarzyło.

– Dobrze się z tobą pracowało, Brian – powiedział Klich i nacisnął spust.

6

Klich wyprostował się. Otarł krew policjanta z twarzy wierzchem dłoni, a następnie pokręcił ze smutkiem głową.

– Szkoda go – mruknął. – Zróbcie to tak, żeby nikt się nie czepiał, a później wezwijcie tutaj… Raszyńskiego. On tylko odlicza dni do emerytury. Nie będzie w niczym grzebał.

– Oczywiście – potwierdził jeden z zamaskowanych mężczyzn. A potem nagle zamarł. – Eee… Szefie?

– Co jest?

Zamaskowany mężczyzna ostrożnie podniósł broń.

– Za panem.

Klich odwrócił się. W wejściu do salonu, mniej więcej na wysokości jego głowy zawisł niewielki dron. Dron z lufą małego pistoletu maszynowego wymierzoną w jego szyję. Policjant zerknął w bok. Dwie kolejne maszyny wyłoniły się z ukrytych w ścianach skrytek. Nie wiadomo było, ile jeszcze czaiło się ich w domu.

– Cholerny Warzocha… – zdążył powiedzieć Klich, a potem drony otworzyły ogień.

Robert Małecki

Grząska ziemia

Wrzesień 2018 r.

Joanna Metz, uzdolniona matematycznie nastolatka, od dziecka wierzyła, że świat jest złożony z liczb i nie ma w nim miejsca na przesądy. Ale gdyby – tak jak podkomisarz Lena Wolska – spojrzała na policyjną kartotekę ze swoim imieniem i nazwiskiem, być może zmieniłaby zdanie.

Uczennica drugiego liceum ogólnokształcącego w Toruniu zaginęła latem, w piątek trzynastego.

Podkomisarz Lena Wolska dobrze pamiętała zgłoszenie z upalnego lipca i wizytę w domu na Wrzosach, w okolicy kościoła świętego Antoniego.

Gdy tuż po urlopie zaparkowała prywatnego citroëna c3 wzdłuż kutego ogrodzenia, powietrze drgało lekko nad asfaltem. Klimatyzacja szumiała na najwyższych obrotach. Zanim zgasiła silnik, zerknęła przez boczną szybę.

Wówczas parterowy dom z kopertowym dachem ukrywał się w tyle ogrodu, za oświetlaną słońcem ścianą bujnej zieleni w wielu odcieniach.

Owdowiała matka dziewczyny siedziała na ławce na tarasie ze ściągniętymi łopatkami i zaciśniętymi dłońmi, które spoczywały na podołku. Po zażyciu silnych leków uspokajających wyglądała jak w transie. Odpowiadała na pytania zdawkowo, jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tragedii, która ją spotkała.

Obok kobiety siedziała jej młodsza córka, Basia. Podobna do Joanny, z długimi, prostymi, pszenicznymi włosami, lśniącymi w promieniach słońca przeciskających się przez gęste gałęzie wysokich drzew. Oczy miała opuchnięte od płaczu.

Kiedy Lena Wolska rozmawiała z matką, siostra zaginionej wodziła wzrokiem po tarasie z drewna tekowego i rzucała w stronę policjantki ukradkowe spojrzenia.

Tak było wtedy.

Jesienna aura sprawiła, że część roślin straciła liście, które butwiały na ścieżce wyłożonej kostką brukową, a budynek był widoczny jak na dłoni. Zapuszczona, wysoka trawa sterczała w różne strony.

Deszcz siekł miarowo o asfalt.

Za plecami Wolskiej przejechał wolno samochód wodociągów.

„Odczyty radiowe” – przeczytała na burcie niebieskiego renault kangoo.

Odczekała, aż wóz zniknie za zakrętem, i dopiero wtedy spojrzała na zamek furtki, z którego wystawały kable. Po zapadce nie było śladu. Nacisnęła dzwonek domofonu, ale nie doczekała się żadnej reakcji. Wsunęła dłoń do kieszeni i mocno zacisnęła ją na taniej zapalniczce.

 

Rozejrzała się i wreszcie pchnęła furtkę. Przeszła przez ogród w kierunku domu, gdzie woda bulgotała w rynnach i chlupotała, spływając na bruk.

Policjantka zastukała w drzwi.

Po dłuższej chwili usłyszała zgrzyt zamka, a następnie spojrzała w szczupłą i obsypaną piegami twarz trzynastolatki.

– Dzień dobry. Jesteś sama? – spytała podkomisarz Wolska.

Basia skinęła głową.

– Gdzie mama?

– Wyszła do lekarza.

– Dziwne, bo byłam z nią umówiona – skłamała policjantka. – Wpuścisz mnie?

Dziewczynka zawahała się.

– Pada deszcz, chyba nie pozwolisz mi tak moknąć? – uśmiechnęła się Wolska, przytrzymując kaptur kurtki dla lepszego efektu.

– Mama nic mi nie mówiła, że pani przyjedzie.

– Może zapomniała? Wiesz, jak to jest. Mama w tej szczególnej sytuacji jest zapewne… – szukała odpowiedniego słowa. – Chodzi mi o to, że skupia się na innych sprawach, prawda?

– Tak. Trochę tak – Basia odpowiedziała cicho.

Potem otworzyła szerzej drzwi i Wolska wytarła buty na wycieraczce.

Wysoka i chuda nastolatka garbiła się. Stała bez ruchu w holu, nie wiedząc, co dalej począć z nieoczekiwanym gościem.

– Usiądziemy w kuchni? – zaproponowała Wolska.

Dziewczynka pokiwała głową i poszła przodem.

Włączyła czajnik elektryczny i zerknęła przez ramię na gościa.

– Zrobić pani kawy? – spytała, nie odwracając się.

– Chętnie.

W przestronnej kuchni podkomisarz Wolska zajęła miejsce przy kwadratowej wyspie z czarnym blatem, na którym znajdował się kosz z owocami i karafka w połowie wypełniona wodą. Kamień zbierał się na dnie naczynia.

– Ma pani jakieś wiadomości w sprawie mojej siostry? – W głosie Basi pobrzmiewała niepewność.

Wciąż stała odwrócona do Wolskiej plecami. Dłonie opierała o blat szafki.

– Tak sądzę – policjantka kolejny raz skłamała.

– Naprawdę? – Dziewczyna wciąż nie zmieniła pozycji.

Czajnik głośno zaszumiał.

Wolska spojrzała na witrynę. W szybie odbijała się jak w lustrze.

W tym roku obchodziła czterdzieste urodziny, a wyglądała co najmniej na pięćdziesiąt. Ziemistą cerę i zmarszczki na twarzy, a także powleczone pożółkłą skórą paliczki prawej dłoni zawdzięczała wypalonym przez ponad dwadzieścia lat papierosom. Fajki rzuciła dokładnie tego dnia, kiedy zaginęła Joanna. Ale jej decyzja nie miała związku z tragedią rodziny Metzów. Po prostu obudziła się rano i zorientowała się, że poprzedniego wieczoru wypaliła ostatniego papierosa. Sądziła, że w drugiej torebce znajdowała się nowiutka paczka marlboro. Pudło. I tę pomyłkę, zupełnie naiwnie, wzięła za dobrą monetę. Szósty raz postanowiła rzucić palenie, ale pierwszy raz była na dobrej drodze i wytrzymała tak długo. Mimo że co jakiś czas obszukiwała torebkę i kurtkę, znajdowała jedynie tanią zapalniczkę, którą od czasu do czasu bawiła się, wypuszczając płomień. Syczał gaz, a ona wpatrywała się w ognik układający się w łezkę, obły u dołu i zwężający się ku górze. Czasami próbowała go zdmuchnąć, lecz najczęściej tylko uginał się pod naporem wydmuchiwanego powietrza, a następnie wracał do swojej idealnej formy. Bawiła się w ten sposób, gdy pochłaniały ją myśli o sprawie zaginionej Joanny Metz, młodej dziewczyny, która wierzyła w liczby i za nic miała przesądy.

– Tak – powtórzyła Wolska. – Chciałabyś wiedzieć coś więcej?

Czajnik pstryknął, a policjantka dostrzegła wydostające się zza sylwetki trzynastolatki kłęby jasnej pary.

– Oczywiście. – Dziewczynka sięgnęła po kubek i nasypała do niego dwie łyżeczki mielonej kawy.

Zalała ją wrzątkiem.

– O kurczę! – jęknęła siostra zaginionej, kiedy przypadkowo rozlała wodę poza kubek.

Wąska strużka spłynęła na lśniące kafle przy chromowanej lodówce.

Basia chwyciła papierowy ręcznik i wytarła blat, a następnie kucnęła, żeby przetrzeć podłogę.

Zapach kawy rozszedł się po kuchni.

Dziewczyna trzęsącymi się dłońmi postawiła parujący kubek przed nią.

– Mleko? – spytała Basia.

– Nie, dziękuję – uśmiechnęła się Wolska. – Usiądź, proszę.

Dziewczynka spełniła jej prośbę.

– Powie mi pani wreszcie? – spytała, ściskając mocno palce, aż pobielały jej kłykcie.

Wolska zerknęła na pomarszczoną skórę swoich dłoni i na stary zegarek z pożółkłym cyferblatem. Od chwili wyjścia matki zaginionej dziewczyny, którą obserwowała, parkując opodal, minęło dwadzieścia minut. Policjantka pomyślała, że ma jeszcze co najmniej pół godziny, ale nie powinna już dłużej zwlekać.

– Najpierw chciałabym, żebyś opowiedziała mi o tajemnicy, którą w sobie nosisz. – Wolska podniosła wzrok na Basię.

Ta odwróciła lekko głowę i potarła płatek ucha.

– Słucham? – spytała niepewnie.

– Twojej siostry nie ma od dwóch miesięcy. Zniknęła, zabierając ze sobą sekret. Wiem, że byłyście blisko ze sobą, że Joanna zwierzała się tobie ze swoich sekretów, a ty jej. Byłyście wspaniałymi siostrami, prawda? – Wolska się upewniła.

Dziewczynka pokiwała głową.

– W takim razie czego nam nie powiedziałaś?

Basia uniosła brodę, a jej oczy natychmiast napełniły się łzami.

– Jeśli wiesz coś, co mogłoby mieć wpływ na przebieg śledztwa i odnalezienie twojej siostry, powinnaś nam o tym powiedzieć.

– Czy ona żyje? – wypaliła Basia na skraju rozpaczy.

Wolska zamieszała kawę, żeby fusy opadły na dno. Niespiesznie sięgnęła po kubek. Napar był mocny i gorzki.

Pytanie było proste, a policjantka zwlekała z odpowiedzią.

Prawda czy fałsz? Co w tej sytuacji byłoby cenniejsze dla trzynastolatki? Czy miała prawo łudzić ją nadzieją, podczas gdy sama Wolska była przekonana, że Joanna Metz nie żyje równo od dwóch miesięcy, a cała policyjna robota skupia się na odnalezieniu jej ciała? Mieli nawet podejrzanego, byłego chłopaka Joanny, studenta, z którym rozstała się tuż po zakończeniu roku szkolnego. Ale on na czas zaginięcia licealistki miał alibi.

– Chciałabym, żeby tak było. – Wolska odstawiła kubek.

Basia spuściła głowę, a jej ciałem wstrząsnął szloch. Jasne włosy przykryły szczupłą twarz, wątłe ciało wpadło w drżenie.

– Czyli ona… nie żyje, tak? – Dziewczynę dławił płacz.

Wolska nie odpowiedziała.

– Joanna miała jakiś sekret, prawda? – Policjantka wróciła do poprzedniego wątku.

Cios, unik i jeszcze raz ten sam cios. Taktyka, która sprawdzała się najlepiej.

Basia nieznacznie pokiwała głową.

– To bardzo ważne – dodała Wolska.

– Odnajdzie ją pani? Żywą?

– Nie wiem. Bardzo bym pragnęła, ale dobrze wiesz, że nie mogę ci tego obiecać. Nie chciałabyś, żebym cię okłamywała, prawda? Ale jeśli coś złego stało się Joannie, to obiecuję ci, że odnajdę tego, kto ją skrzywdził.

„Nigdy niczego nie obiecuj. A już szczególnie rodzinie zaginionych” – przypomniała sobie słowa swojego nieżyjącego już szefa i gorycz wypełniła jej usta.

Dziewczyna potrząsnęła głową, a chwilę później Wolska spojrzała wreszcie w jej zaczerwienioną od płaczu twarz. Strugi łez spływały po policzkach.

– Asia… – zaczęła dziewczyna i pociągnęła nosem.

Wolska czekała na to, co usłyszy.

Cisza w kuchni stężała.

– Ona była z Piotrkiem w ciąży.

Piotr Waligórski, student drugiego roku psychologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i chłopak licealistki Joanny Metz, był pierwszym podejrzanym, którym od razu zainteresowała się Wolska.

Od kilku ładnych lat uprawiał kulturystykę, a mięśnie napinał do selfie, które umieszczał na swoim instagramowym profilu. Nie wyglądał na Schwarzeneggera, jego sylwetka przypomniała Wolskiej raczej Bruce’a Lee. Może nie miał tak drobnej postury jak mistrz kung-fu, ale chodziło o to, że Waligórski nie starał się o przesadną masę i nie wyglądał jak nafaszerowany testosteronem paker z krostami na plecach. Wszystkie mięśnie miał elegancko wyrzeźbione i proporcjonalne, w typie fit. Być może dlatego w serwisach społecznościowych podziwiało go tyle kobiet i mężczyzn.

Wolska przesłuchała go w charakterze świadka. Zeznał, że rozstał się z Joanną Metz krótko przed wakacjami.

– Kto zerwał? Ona czy pan?

– Ja – odparł wówczas Waligórski, drapiąc się po gładko ogolonej brodzie.

Jasne włosy opadały mu do ramion, boki głowy miał modnie wystrzyżone. Co chwilę zakładał za ucho uwalniający się kosmyk.

– Dlaczego?

Wydął wargi.

– W kwietniu poznałem Kingę. To koleżanka z roku. Początkowo nic nie wskazywało na to, że się w sobie zakochamy.

– Joanna ją poznała?

– Tak. Byliśmy wszyscy razem na kilku studenckich imprezach, jeszcze kiedy byłem z Aśką.

Wolska zanotowała wówczas, żeby złożyć wizytę Kindze. Zrobiła to, ale okazało się, że w czasie gdy zaginęła Joanna, dziewczyna była z rodzicami na wakacjach w Turcji.

– Jakie stosunki je łączyły?

– Na początku normalne, koleżeńskie. Dopiero potem, kiedy powiedziałem Aśce, że to koniec, dostała szału. Wściekła się na mnie.

Wolska patrzyła mu tak długo w oczy, aż w końcu skapitulował i spuścił wzrok.

– Kiedy widział ją pan po raz ostatni? – spytała, obszukując kieszenie spodni.

W stresie głód nikotynowy wydawał się nie do okiełznania. Czuła, jak pocą się jej dłonie i jak w brzuchu tworzy się wielki wir głodu.

– Na początku lipca spotkałem ją na starówce.

– Był pan z Kingą?

– Nie, sam.

– A ona?

– Szła z siostrą. Skręciły w Szewską, kiedy tylko mnie spostrzegły. Chyba Basia zobaczyła mnie pierwsza.

Wolska odnotowała to.

– A co pan robił w piątek trzynastego lipca? – spytała.

– Wczoraj? Mówiłem już. Siedziałem w domu z ojcem. Naprawiałem samochód. – Waligórski podrapał się po przedramieniu, zostawiając na nim chwilowe podłużne zaczerwienienia.

Mężczyzna potwierdził zeznania syna, ale Wolska i tak podchodziła do nich z rezerwą. Odpuściła dopiero, gdy zweryfikowała logowania się telefonu Waligórskiego do stacji bazowej Orange znajdującej się na końcu Włocławskiej. Student mieszkał razem z ojcem, prawnikiem, w ładnym domu na osiedlu Czerniewice, przy Bratniej, tuż przy ścianie lasu. Informacje od operatora sieci komórkowej potwierdzały, że telefon młodego mężczyzny pozostawał na miejscu. Ponadto samochód Piotra, stare niebieskie subaru impreza, stało przed domem, co poświadczył jeden z sąsiadów, który tego dnia przechadzał się kilkukrotnie z psem. Wóz miał podniesioną maskę. Raz zobaczył, jak chłopak leży na kocu pod silnikiem, a obok stała skrzynka z narzędziami. Muzyka dudniła w samochodowych głośnikach.

Wolska wiedziała, że Joanna Metz w przeddzień zniknięcia oraz trzynastego lipca nie kontaktowała się z byłym chłopakiem. Jej telefon zaginął razem z nią, ale policjanci szybko zwrócili się do sieci komórkowej o billingi i loginy do BTS-ów. W dniu zaginięcia dziewczyna pozostawała w domu do godziny piętnastej i większość tego czasu spędziła, buszując w sklepach internetowych. Wolska przejrzała historię wyszukiwania dokładnie krok po kroku, przyglądała się interesującym dziewczynę ciuchom i cenom, a także rozmiarom. Same eski.

Joanna Metz wyszła z domu po południu. Miała jechać do Plazy po trampki. Czterdzieści pięć minut później wysłała jedynego esemesa do młodszej siostry. Poprosiła ją, by przekazała mamie, że wróci później. Zdaniem Basi nie wysłała go do matki, bo nie chciała jej przeszkadzać w pracy.

Komórka licealistki przekazała ostatni sygnał do stacji bazowej w okolicy toruńskiego lotniska i na Brzezinach – osiedlu sąsiadującym z rozległym terenem uniwersytetu – krótko po godzinie osiemnastej, niecałe czterdzieści minut od wyjścia z Plazy.

Tego dnia na lotnisku nie odbywały się żadne pokazy lotnicze ani inne imprezy plenerowe. Nikt z rodziny dziewczyny i jej znajomych nie wiedział, czego tam szukała i z kim mogłaby się spotkać.

Oczywiście brano pod uwagę inne scenariusze. Także ten, że ktoś mógł ukraść telefon dziewczynie. Chcąc to ustalić, Wolska przejrzała monitoring centrum handlowego Plaza i poznała marszrutę licealistki.

Uczennica drugiego LO weszła do centrum od strony placu Skalskiego krótko przed szesnastą. Potem skierowała się do toalet, skąd wyszła po kilku minutach. W tym czasie musiała napisać esemesa do siostry. Wjechała windą na piętro i przeszła do Big Stara.

W centrum handlowym klientów dopiero przybywało.

Po trzydziestu kilku minutach Metz wyszła z reklamówką, w której wyraźnie odznaczał się karton butów. Wolska wiedziała już, że dziewczyna kupiła czerwone trampki w rozmiarze trzydzieści siedem. Sprzedawca zapamiętał urodziwą młodą klientkę, która przymierzyła kilka par butów, a ostatecznie i tak zdecydowała się na pierwszą z nich. Jego zdaniem nie wyglądała na spiętą ani zaniepokojoną. Przeciwnie, wydawała się pełna energii, uśmiech nie schodził z jej twarzy.

 

Licealistka pokręciła się jeszcze po centrum, zjadła lody w McDonaldzie, po czym zjechała schodami ruchomymi i przeszła w stronę Rossmanna.

Na kolejnym ujęciu Wolska dostrzegła dziewczynę, która zatrzymała się przy witrynie sklepu z damską bielizną. Wpatrywała się w elegancki, koronkowy gorset prezentowany na manekinie. Nie weszła jednak do sklepu. Spojrzała na zegarek, a potem odwróciła się i rozejrzała po coraz bardziej zatłoczonym przejściu. Pośrodku stało kilka wysp. Metz raz jeszcze zerknęła na zegarek i skierowała się do stanowiska kosmetycznego w pobliżu Costa Coffee. Po chwili rozmowy z dziewczyną w białym fartuchu – Wolska miała wrażenie, że kobieta była w ciąży – usiadła przy ladzie i oczekiwała na malowanie paznokci. Spędziła tam kolejne pół godziny.

Policjantka przewinęła film na podglądzie do chwili, kiedy Joanna Metz wstała z hokera i przeszła w kierunku szerokiego holu i schodów prowadzących na piętro do Cinema City. Ponownie rozejrzała się, spojrzała na zegarek i poszła w stronę apteki. Okazało się, że opuściła centrum handlowe północnym wyjściem, skąd roztaczał się widok na rzędy blaszanych garaży pomazanych byle jakim graffiti i pobliskie bloki.

Szła szybko, jakby nagle o czymś sobie przypomniała.

Wolska rozpytała się wśród manikiurzystek i trafiła wówczas na kobietę, która obsługiwała Joannę Metz. Ciężarna pracownica pamiętała długowłosą licealistę, która odwiedzała ją regularnie co kilka tygodni.

– Czy wyglądała na zaniepokojoną? – spytała podkomisarz.

– Nie – odparła z przekonaniem kosmetyczka.

– Nie pospieszała pani? Nie mówiła, dokąd się wybiera?

– Nie.

– A o czym rozmawiałyście?

– W sumie to chyba o niczym specjalnym – westchnęła. – A, już wiem. O początkach mojej ciąży. – Kobieta uśmiechnęła się i przyłożyła obie dłonie do widocznego, ale nieznaczne jeszcze zaokrąglonego brzucha.

– O ciąży? – zainteresowała się Wolska.

– Pytała, jak się czułam na samym początku i czy miałam nudności.

Wtedy Wolska nie zwróciła na tę rozmowę specjalnej uwagi. Po prostu sądziła, że Metz rozmawiała z manikiurzystką o ciąży, żeby zrobić kobiecie przyjemność, wykazać zainteresowanie. Ale teraz miała wrażenie, że mogło być zgoła inaczej.

Postanowiła raz jeszcze porozmawiać z kobietą.

Tym razem kosmetyczka była już w zaawansowanej ciąży i poruszała się ospale.

– Pani na paznokcie? – W jej głosie słychać było zmęczenie.

Wolska sięgnęła po blachę i wtedy kobieta przypomniała sobie, z kim ma do czynienia.

– I co? Czy moja klientka się odnalazła? – spytała.

Policjantka pokręciła głową.

– Boże… – kobieta jęknęła i pogładziła się po wydatnym brzuchu.

Wolska poprosiła ją, by przypomniała sobie rozmowę z licealistką.

– Przecież już o tym pani opowiadałam – broniła się kobieta. – Poza tym mamy dziś spory ruch. – Obróciła się, zerkając przez ramię.

– Wiem, zajmę tylko chwilę.

Kobieta westchnęła.

– Wszystko już pani opowiedziałam.

– Ale jest coś jeszcze. Chciałam zapytać, czy nie miała pani wrażenia, że Joanna Metz wypytuje panią o ciążę z jakiegoś konkretnego powodu.

– Konkretnego powodu? – powtórzyła, krzywiąc się.

Wolska przeszukała kieszenie i w jednej z nich odnalazła zapalniczkę. Ścisnęła ją w dłoni i położyła palec na plastikowym ząbkowanym kółku.

– Że niby sama miała być w ciąży? – Kosmetyczka spoglądała z niedowierzaniem na policjantkę. – Nie, nie sądzę.

– Jest pani przekonana?

Pracownica salonu wzruszyła ramionami.

– No nie, ale w tej sytuacji chyba coś by mi o tym powiedziała.

– Pewnie tak. Dziękuję. – Wolska odeszła od kontuaru, lecz po chwili wróciła. Kosmetyczka wciąż stała i podpierała się pod boki.

– Po co robiła paznokcie? – Wolska zmrużyła powieki.

– Wtedy?

Policjantka kiwnęła głową, a manikiurzystka zamyśliła się.

– Szczerze mówiąc, nie pamiętam. – Rozłożyła ręce.

– Miała z kimś się spotkać?

– Nie wiem.

– A wcześniej? Gdy tu przychodziła na paznokcie, to zawsze z jakiejś okazji?

– Raczej nie. Po prostu przychodziła, bo lubiła o siebie zadbać. – Kosmetyczka spojrzała na dłonie Wolskiej. – Pani też by się przydało.

Policjantka zerknęła na swoje paznokcie. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz użyła lakieru albo chociażby odżywki. To musiało być jeszcze przed rozwodem. W sumie ponad cztery lata temu.

Skierowała się do wyjścia z galerii, tego samego, z którego skorzystała Joanna Metz.

Robiła to już niezliczoną ilość razy. Łapała się na tym, że w galerii chodziła szlakiem Joanny, zatrzymywała się w tych samych miejscach.

Na zewnątrz silny wiatr smagał ją w twarz, więc zmrużyła oczy.

W pobliżu starszy gość, przytrzymując kapelusz na głowie, palił papierosa. Ściągnęła jego wzrok i szybko się odwróciła.

Kawałek dalej, w zagłębieniu terenu, rozciągały się rzędy blaszanych garaży w opłakanym stanie. Za nimi wyrastały bloki, nad którymi czołgały się wolno w jej stronę grube warstwy ciemnych chmur.

Gdzie tkwił błąd w śledztwie? Czego nie zrobił zespół ludzi powołany do odnalezienia nastolatki, któremu Wolska przewodziła? Czego zaniechali?

Kiedy lunęło drobnym deszczem, Wolska ruszyła w kierunku zaparkowanego opodal citroëna.

Kilkukrotnie przeszukali lotnisko, hektary płaskiego terenu porośniętego chaszczami i obszar wokół fortów Tadeusza Kościuszki i Kazimierza Wielkiego. Pobliskie lasy potraktowali po macoszemu, ale równie dobrze można byłoby przeczesywać cały Toruń wzdłuż i wszerz, a do tego sprawdzić Wisłę.

Nie mieli pewności, że teren w pobliżu stacji bazowych, które jako ostatnie odczytały sygnał, był miejscem, gdzie spoczywało ciało licealistki. Być może pozostał tu tylko jej telefon.

Wolska usiadła przy swoim zawalonym papierami biurku na komisariacie Śródmieście. Pokój dzieliła z dwoma kolegami, ale akurat żadnego z nich nie zastała.

Wpatrywała się w ekran laptopa, na którym raz jeszcze odtworzyła sobie film z monitoringu w centrum handlowym. Niczego nowego nie zdołała zaobserwować.

Joanna Metz zachowywała się normalnie. Pytanie tylko, dlaczego weszła do centrum handlowego od południowej strony, a wyszła od północnej. Gdyby zamierzała wrócić do domu, wybrałaby to drugie wyjście, właśnie na plac Skalskiego, skąd odjeżdżały tramwaje w kierunku centrum.

Wolska była pewna, że musiała coś przegapić.

Być może nie dostrzegała czegoś, co miała jak na dłoni.

Odtworzyła nagranie od samego początku.

Kamera umieszczona wysoko na piętrze galerii pokazywała główne wejście do budynku i wchodzących do niego ludzi.

Joannie Metz ktoś przytrzymał drzwi i wpuścił ją przodem. Weszła szybkim krokiem, nie odwracając się za siebie, i skierowała się do toalet.

Wolska cofnęła film, bo nagle zdała sobie z czegoś sprawę. Ponownie uruchomiła odtwarzanie, ale tym razem nie powiodła wzrokiem za licealistką. Spojrzała na to, co działo się przy samym wejściu.

Mężczyzna ubrany w dresowe szorty i z sandałami na stopach, który przepuścił Metz, nie wszedł bezpośrednio za nią do centrum. Wciąż trzymał drzwi i dyskutował z kimś, kto przystanął przy nim. Ręką wskazywał w stronę placu Skalskiego.

Obaj mężczyźni weszli do galerii dopiero po chwili, a kiedy to zrobili, przystanęli i odwrócili się do przeszklonego wejścia. Stali tak przez moment, zaś kilka innych osób także odwróciło głowy w tamtą stronę.

Wolska zatrzymała odtwarzanie i sięgnęła po słuchawkę telefonu stacjonarnego.

Przedzwoniła do szefa miejskiego centrum zarządzania kryzysowego. Przywitała się z nim i pogadali chwilę o nieodległych czasach, kiedy spotykali się na papierosa w komendzie.

– No ale mów, z czym dzwonisz, Leno. – Wacław Donder westchnął głośno.

– Zwracał się ktoś od nas z prośbą o udostępnienie monitoringu z placu Skalskiego?

– Teraz?

– Nie, w lipcu. Dokładnie w piątek trzynastego.

Jego śmiech zabrzmiał jak terkot młota pneumatycznego.

– W piątek trzynastego, powiadasz? Zaraz sprawdzę.

Przez kilka chwil Wolska słyszała w słuchawce tylko szum i szmery oraz przyciszone głosy.

– No, było coś, rzeczywiście – odezwał się w końcu Donder. – Zadzwoń do Mietka, powinien ci wszystko powiedzieć.

Wolska podziękowała i przedzwoniła do naczelnika wydziału ruchu drogowego komendy miejskiej, która mieściła się w budynku obok. Przedstawiła sprawę.

– To był drobiazg, ale jeden z naszych emerytów, który jeździ na taryfie, uparł się na to nagranie – stwierdził nadkomisarz Mieczysław Silski.