Stulecie kryminałuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Ryszard Ćwirlej, Wojciech Chmielarz, Robert Małecki, Anna Bińkowska, Ewa Spławska, Marcel Woźniak, Grzegorz Skorupski, Margota Kott, Joanna Jędrusik, Sebastian Imielski, Katarzyna Skręt, Magdalena Lewandowska-Rosa, Stefan Weisbrodt, Joanna Kłosińska, Łukasz Szuster, Rafał Pawlak, Maciej Koncman, Rafał Lewandowski, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Mirosław Ruszkiewicz

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-61-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Przedmowa

Proces odzyskiwania przez Polskę niepodległości oraz odbudowy polskiej państwowości był skomplikowany i długotrwały. Wieloletni wysiłek tysięcy Polek i Polaków sprawił, że na mapach świata znów pojawiła się Rzeczpospolita, a w szkołach i na ulicach rozbrzmiewał język polski. O wydarzeniach tamtych lat przypominają nam symboliczne daty, takie jak 11 listopada, kiedy świętujemy rocznicę odzyskania przez nasz kraj niepodległości.

Podejmowany przez Polaków trud odbudowy kraju wiązał się między innymi z koniecznością ustanowienia urzędów administracji publicznej i instytucji niezbędnych do sprawnego funkcjonowania państwa, w tym także policji, stojącej na straży bezpieczeństwa obywateli. W ciągu niespełna roku, bo już 24 lipca 1919 roku, utworzona została polska Policja Państwowa.

Sto lat później Biuro Programu „Niepodległa”, będące instytucją kultury powołaną rozporządzeniem Rady Ministrów do organizacji obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości oraz odbudowy naszej państwowości, zorganizowało we współpracy z polską policją konkurs na opowiadanie kryminalne lub sensacyjne „Stulecie polskiego kryminału”. Tytuł konkursu nawiązywał do trwającej już wiek działalności policji w Polsce. Pragnęliśmy zainspirować uczestników do twórczej pracy, zapraszając do stworzenia opowiadania w ramach jednej z trzech kategorii konkursowych. Pierwsza z nich dotyczyła opowiadań w stylu retro, wzorowanych na dawnych kryminałach, takich jak choćby Czerwony błazen (tekst autorstwa Aleksandra Błażejowskiego opublikowany w 1925 roku i uznawany za pierwszy polski kryminał), oraz tekstów nowoczesnych w formie, lecz nawiązujących do przeszłości swoją treścią. W ramach drugiej kategorii opowiadania konkursowe były osadzone w teraźniejszości i bazowały na trendach panujących obecnie w literaturze kryminalnej. Kategoria trzecia natomiast obejmowała teksty opowiadające o przyszłości, ukazujące wizję pracy policji za pięćdziesiąt, sto czy dwieście lat.

Do konkursu spłynęło blisko czterysta prac, a jury w składzie Robert Małecki, Ryszard Ćwirlej, Wojciech Chmielarz, podinsp. Leszek Koźmiński ze Szkoły Policji w Pile, Adrian Tomczyk z wydawnictwa Czwarta Strona, Izabela Pajdała z Komendy Głównej Policji oraz Anna Bińkowska z Biura Programu „Niepodległa” stanęło przed arcytrudnym zadaniem wyboru najlepszych opowiadań. W rezultacie dziś oddajemy w Państwa ręce najlepsze z najlepszych – dziewięć zwycięskich opowiadań wyłonionych w konkursie, a także prace wyróżnione oraz teksty stworzone przez literacką część jury.

Jestem przekonany, że antologia opowiadań w ciekawy, nieoczywisty sposób przybliży różne aspekty pracy policjantów przed niemal stu laty, skłoni do refleksji nad charakterem pracy policji współcześnie oraz będzie wciągającą wizją pracy śledczych w przyszłości, zmieniającej się wraz z rozwojem nowych technologii.

Zbiór, który przygotowaliśmy wraz z wydawnictwem Czwarta Strona, jest szczególny jeszcze z jednego powodu. Pamiętając o tym, że praca w policji to służba całemu społeczeństwu, wymagająca od funkcjonariuszy zaangażowania, a nierzadko także poświęcenia, często odbywającego się kosztem ich rodzin, postanowiliśmy zysk ze sprzedaży publikacji przeznaczyć na rzecz Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach.

Zapraszam do lektury!

Jan Edmund Kowalski

Dyrektor Biura Programu „Niepodległa”

***

Partnerami konkursu były: Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji, wydawnictwo Czwarta Strona, Szkoła Policji w Pile kształcąca policjantów służby kryminalnej, szkoła pisania Maszyna do Pisania, Poznański Festiwal Kryminału GRANDA oraz portal Kryminalna Piła. Partnerem medialnym konkursu był Portal Kryminalny, istniejący od 2007 roku i będący jedną z najpopularniejszych stron internetowych dotyczących tematyki literatury kryminalnej i sensacyjnej w Polsce. Portal jest współorganizatorem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Z kolei Czytam, bo lubię sprawowało nad konkursem patronat medialny.

Ryszard Ćwirlej

Świnia, czerwona chusteczka i daktyloskopia

14 kwietnia 1922 roku

Wysoka, powiat wyrzyski

Godzina 7.20 rano

Co to jest daktyloskopia? Daktyloskopia jest to najnowszy środek identyfikacyj, który służy jako najpewniejszy środek do stwierdzeń tożsamości i wykrycia przestępstwa. Daktyloskopowanie jest nieomylnym dowodem do stwierdzenia tożsamości, ponieważ wzory utworzone na palcach, które nazywamy liniami papilarnemi, są stałemi, t.j. że w życiu ludzkim nigdy się nie zmieniają od dnia urodzin dziecka do śmierci człowieka, aż do zupełnego rozpadu ciała, te same liczby i ten sam kształt zawsze równy jest.

Starszy posterunkowy Ludwik Bielawski z komisariatu Policji Państwowej w Wysokiej, miejscowości położonej niedaleko granicy polsko-niemieckiej, przerwał przepisywanie instrukcji dotyczącej daktyloskopii do swojego służbowego brudnopisu i z ciekawością spojrzał na uwalane atramentem opuszki palców. Na ten widok uśmiechnął się pod wąsem.

– Niby człowiek zna swoją rękę od dzieciaka, a tu proszę, skąd by mógł wiedzieć, że ma jakieś linie papilarne? – Popatrzył uważniej i rzeczywiście dostrzegł płynne, koliście rozchodzące się po palcu linie. – I niby moje są tylko moje, a tego tam Frąckowiaka to jakoby inne?

Bielawski był dociekliwym policjantem, więc postanowił natychmiast to sprawdzić.

– Ej, ty! – zawołał na szeregowca, który siedział za biurkiem i obserwował uliczny ruch. Starszy posterunkowy kazał mu patrzeć na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, czy aby coś się nie stanie na ulicy, a wolał go samego na patrol nie wypuszczać, bo młody i głupi, więc nie ma pewności, czy jakichś szkód nie narobi. Ale na ulicy niewiele się działo. Przejechała chłopska furmanka wypełniona zeszłorocznym sianem, a dwaj mężczyźni wyszli z piwiarni „Pod Kogutem” z kuflami w dłoni, żeby zapalić sobie na zewnątrz papierosa. Dzień jak co dzień.

– Na rozkaz! – Młody szeregowiec natychmiast poderwał się na równe nogi.

– Chodź ino tutaj – przywołał go posterunkowy. Chłopak w sekundę stanął w przepisowej odległości od biurka swojego pryncypała.

– Pokaż łapę.

– Co?

– No rękę pokaż.

– A którą?

– Prawą.

– Aha.

Przez chwilę zastanawiał się, czy aby na pewno prawa to prawa, ale gdy już się upewnił, otarł dłoń o portki i wyciągnął ją przed siebie.

– Bliżej – zalecił Bielawski.

Policjant podsunął rękę niemal pod nos podoficera. Niezbyt czystą, co natychmiast zostało zauważone.

– A ty czemu se ręki nie umyjesz?

Zapytany wzruszył ramionami.

– Melduję, że myłem wczoraj.

– A ty nie wiesz, czym różni się urzędnik państwowy od chłopa?

Znów wzruszył ramionami.

– Ma mundur… – bąknął nieśmiało.

Bielawski pokiwał głową, spojrzawszy na młodzieńca. Ten ubrany był przepisowo w nowy policyjny uniform, który nie zdążył się jeszcze przetrzeć na kolanach i łokciach. Co innego on, dowódca, który na służbie w policji był od dziewiętnastego roku. Najpierw chodził w wojskowym mundurze niemieckim, później w granatowym policyjnym, ale ten wysłużył się zupełnie, więc musiał napisać podanie do komendanta powiatowego w Wyrzysku, żeby pozwolili mu chodzić na służbę znów w tym starym poniemieckim, który okazał się solidniejszy. Liczył trochę na to, że dostanie asygnatę na nowy sort, ale komendant jego prośbę rozpatrzył pozytywnie i oto znów musiał ubrać szary mundur wojskowy, który pamiętał początek pierwszej wojny. Na szczęście teraz wyglądał znacznie lepiej niż wtedy, gdy miał na nim niemieckie dystynkcje, bo żona Marta ponaszywała mu nań numery służbowe i krokiewki starszego posterunkowego.

– Ma mundur i świeci przykładem, znaczy się, że jest czysty i ogolony, a zwykły chłop to może co najwyżej gołą dupą świecić. Rozumie się?

– Tak jest. Jestem ogolony.

– To jak już się golicie, to od razu myjcie ręce.

Spojrzał na pryszczatą twarz młodzika. Próżny trud z tym myciem po goleniu. Chłopak się jeszcze nie golił, a tylko udawał mężczyznę.

Chwycił tę jego prawą rękę i zaczął uważnie przyglądać się liniom na opuszkach palców. Potem porównał ze swoimi i wyszło, że rzeczywiście różnią się zasadniczo.

– Kto by, cholera, przypuszczał – powiedział zdumiony.

– Że co, panie posterunkowy?

– Daktyloskopia – wyjaśnił.

– Aha. To już mogę iść tam się patrzeć?

 

– Możecie iść. Ale jutro od rana będziecie w swoim kajecie przepisywać to o daktyloskopii, bo jak człowiek przepisuje, to mu się najlepiej utrwala w głowie – mówiąc to, postukał w okólnik, który sam przepisywał z mozołem. No a skoro on mógł, to dlaczego by nie dać szkoły temu gołowąsowi. Niech się gnojek uczy.

Umoczył stalówkę w atramencie i zaczął pisać dalej.

Aby zrobić odbicie palców, bierze policjant danej osobie rękę w swoją lewą rękę, mocno przytrzymuje wskazującym palcem swej prawej ręki czubek palca i kładzie palec na poczernioną kartkę na lewy bok i obróci palec na prawą stronę. To samo powtarza się ze wszystkimi palcami. Jako czernidło używamy czernidło drukarskie, zastąpić można tuszą używaną do pieczętowania, a już w najgorszym razie atramentem…

Posterunkowy spojrzał na poduszkę nasączoną atramentem do nawilżania służbowych stempli, a potem znowu na Frąckowiaka.

– Chodź no tu! – zawołał.

Chłopak poderwał się z miejsca niechętnie, bo dokładnie naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, przed sklepem drogeryjnym Rosińskiego, zatrzymał się automobil. Piękny, zielony i lśniący, przywiózł panią Popielową z pobliskiego majątku w Mościskach po sprawunki. Szofer właśnie otwierał drzwiczki i dziedziczka wysiadała z auta, a tu masz ci los, posterunkowy znów go potrzebował.

– Na rozkaz, panie posterunkowy. – Ponownie stanął w przepisowej odległości od biurka pryncypała. Ten zaś, chichrając się pod wąsem, jakby właśnie zrobił komuś przedniego psikusa, zatarł dłonie, by zaraz rozłożyć białą kartkę papieru podaniowego na wysłużonym blacie. Otworzył przy tym poduszkę do stempli i wskazawszy na nią, wyjaśnił:

– Najsampierw przyłóż tu palec wskazujący.

– Jak wskazujący?

– Ten, którym dłubiesz w nosie.

– Aha. – Frąckowiak natychmiast zrozumiał i wyciągnął palec. Bielawski chwycił go lewą ręką, tak jak kazali w instrukcji, i przyłożył do poduszki, przytrzymując jednocześnie swoim wskazującym palcem prawej ręki. Gdy palec szeregowca był już odpowiednio usmarowany, przycisnął go do kartki i wykonał odcisk, tak jakby to robił z posterunkową pieczęcią. Ale efekt nie był zadowalający. Linie były ledwo widoczne, bo palec był zbyt obficie pomoczony atramentem. Posterunkowy nie poddał się i spróbował jeszcze raz. Ten drugi odcisk okazał się niezwykle udany. Położył więc obok białej kartki bibułę i zabrał się do roboty z drugim palcem, lecz tym razem najpierw go do tej bibuły przyłożył, lekko go osuszając, i dopiero potem przycisnął do kartki. Po chwili miał już komplet odcisków palców swojego podwładnego.

– No proszę, jakie ładne te linie papilarne – ucieszył się, patrząc na efekt swoich zabiegów.

– Po co to, panie posterunkowy?

– To daktyloskopia – wytłumaczył chłopakowi, robiąc przy tym mądrą minę.

– Aha – potwierdził młodzieniec, ale na jego twarzy nie malował się nawet najmniejszy ślad zrozumienia. Podrapał się zatem po skroni i oczywiście pobrudził ją sobie tuszem.

– Idź no się obmyj, bo żeś się cały usmarował.

Frąckowiaka ucieszyło to polecenie. Dzięki temu mógł wyjść na ulicę, bo do najbliższej pompy trzeba było kawałek pójść, na pobliski rynek.

Podszedł więc do wieszaka stojącego przy wyjściu, zdjął z niego najpierw pas, który zapiął na chudym brzuchu, a potem nałożył na głowę czapkę.

– Ino mi migiem wracaj! – Posterunkowy na wszelki wypadek pogroził mu palcem, ale chłopak wiedział, że musi szybko się uwinąć. Tym bardziej że jeden z dwóch pozostałych policjantów był dziś na urlopie, a drugi poszedł do mleczarni, bo wczoraj otrzymali zgłoszenie, że mleko od jednego z rolników jest niepełnowartościowe. Wszystko wskazywało na to, że któryś gospodarz dolewa do niego wody i sypie mąkę. Dziś mieli poczekać na dostarczone mleko i sprawdzić wraz z pracownikiem mleczarni, jaka jest prawda i kto oszukuje.

Młody policjant właśnie otworzył drzwi posterunku i już chciał wyjść na zewnątrz, gdy w przejściu zderzył się z chłopem o sumiastych wąsach, który ubrany był jak do kościoła, w czarną marynarkę, białą koszulę bez kołnierzyka, kamizelkę, również czarną, i takież spodnie. Na nogi miał wciągnięte buty z cholewami. Wystroił się jak do urzędu, a to mogło oznaczać, że ma sprawę służbową.

W lewej ręce trzymał bat, a prawą zdjął z głowy hamburską czapkę z daszkiem.

– Jak Boga kocham, panowie, obrabowali mnie! – zawołał, wkraczając do środka. Frąckowiak na wszelki wypadek cofnął się do swojego biurka. Mycie mogło poczekać, bo wreszcie zaczynało się dziać coś ciekawego.

Posterunkowy poderwał się z krzesła.

– Kto was obrabował?

– Złodzieje! – wyjaśnił gospodarz, podchodząc do biurka Bielawskiego. Odwrócił ku sobie krzesło dla interesanta, usiadł na nim ciężko, czapkę położył na blacie, a bat oparł o ścianę. Gdy ręce miał już wolne, przyłożył je do twarzy, zakrywając policzki. Jego ramionami wstrząsnął spazm.

– No nie trzeba płakać, panie… – spróbował przerwać tę żenującą scenę posterunkowy. Już miał nawet pogłaskać szlochającego chłopa po łysym czubku głowy, ale na szczęście w porę się powstrzymał. Okazywanie czułości nie było bowiem obowiązkiem służbowym kierownika posterunku. Chrząknął więc znacząco, dając gościowi do zrozumienia, że powinien się uspokoić.

– No to powiadajcie, o co się tak w ogóle rozchodzi.

Siadł na swoim wysłużonym krześle i otworzył notes na pierwszej wolnej stronie.

– Się rozchodzi o to, że mnie ukradł złodziej świniaka. Dziś w nocy ukradł, bo wczoraj jeszcze był.

– A niby kto jest ten, co ukradł? – zapytał policjant, który jako bystry człowiek natychmiast zauważył pewną nieścisłość w zeznaniach. Najpierw mężczyzna mówił o złodziejach, a teraz o jednym. Coś tu się nie zgadzało.

– A bo ja wiem, panie oficerze. Ukradł, znaczy złodziej. O Jezusie Nazareński, co z moją świnką będzie. Na stracenie poszła!

– No to gadajcie po kolei, jak było, ino żebyście nic nie pokręcili, bo to wszystko idzie tu do protokołu.

– To, znaczy się, było tak właśnie, że…

Posterunkowy wziął do ręki ołówek i zaczął skrupulatnie wszystko notować.

Wysoka, dnia 14 kwietnia 1922 roku

DONIESIENIE

Niezawezwany stawia się w biurze Posterunku Pol. P. Wysoka Jakub Pawlak, gospodarz posiadający 40 mórg roli z inwentarzem, zamieszkały w Brzostowie powiat wyrzyski, urodzony 18 maja 1882 r. w Potulicach powiat wągrowiecki, syn rodziców Jana i Marty z domu Napiecek, religii rzymskokat., żonaty, 4 dzieci, służył w wojsku, armji niemieckiej od 1915 do 1918 r., rzekomo nie karany donosi:

W nocy z dnia 13 na 14 kwietnia r.b. skradziono mi z mego zamkniętego na kłódkę chlewa świnię wagi około 150 m funtów. Dziś rano zajrzałem do mego chlewa, znalazłem chlew próżny, a kłódkę, którą wieczorem dnia 13 kwietnia r.b. sam zamknąłem na klucz, rozbitą i leżącą na ziemi. Żadnego rumoru w nocy. Nie słyszałem i nikogo nie mam w podejrzeniu. Na podwórzu znalazłem czerwoną chustkę do nosa, a którą oddaję w biurze policyjnym.

Ślad prowadził przez pola ku drodze do Mościsk, jednak na drodze ślad zgubiłem.

Wnoszę prośbę o wykrycie mej świni i ukaranie złodzieja.

Jakub Pawlak podpisał się koślawymi literami, za to podpis posterunkowego Bielawskiego był kaligraficzny i dodatkowo ozdobiony pięknym podwójnym brzuszkiem w literze B.

– A ta chustka? – przypomniał sobie policjant.

Pawlak sięgnął do kieszeni marynarki i zaraz na biurku położył niezbyt świeżą chusteczkę do nosa. Policjant przysunął ją do siebie i za pomocą ołówka nieco wygładził. Miała wyraźne ślady używania w postaci zaschniętych smug, jednak nie było na niej żadnego wyszytego monogramu.

– Ma katar, pierdolony – zauważył starszy posterunkowy. – Ino szkoda, że się nie da linii pompilarnych z niej zdejmnąć.

– Że co? – zdziwił się okradziony chłop.

– Daktylokoskopia – odezwał się z tyłu młody policjant Staszek Frąckowiak.

Usłyszawszy to, Bielawski pokiwał z uznaniem głową. Jednak ten chłopak nie jest wcale taką niedojdą, jak by się wydawało, pomyślał i schował chusteczkę do kieszeni. Kto wie, mogła się przydać jako ten korpus czy jakoś tak, ale jak z tym korpusem było dalej, za nic nie mógł sobie przypomnieć, bo notatkę o dowodach rzeczowych przepisywał do kajetu dwa tygodnie temu.

Godzina 12.10 po południu

– Kłódkę rozwalił jakąś breszką – stwierdził posterunkowy, oglądając ją uważnie. Solidna czarna kłódka miała wyrwany półokrągły gruby pałąk z otworu, w którym powinna była tkwić.

– Dziwne, żeście nic nie słyszeli, Pawlak.

– Pod Bogiem, nic nie słyszałem.

– Przecie on musiał tu się trochę natrudzić przy tym majstrowaniu.

– Oj, natrudził się, natrudził – przyznał były właściciel świni.

– Opity leżał i ani się nie podniósł, jak mu powiadałam, że ktoś tam po obejściu łazi – odezwała się kobieta zza pleców policjanta.

Obejrzał się za siebie. Mogła mieć ze czterdzieści lat. Chuda i zasuszona, z chustką na głowie i poszarzałą chustą narzuconą na ramiona. Kościste ręce splotła na brzuchu. Policjant zwrócił uwagę na obrączkę na jej palcu. Była złota. To znaczy, że gospodarzom powodziło się całkiem dobrze. Na złoto mało kto mógł sobie pozwolić. On też miał taką, ale to dlatego, że trochę złota, które przypadkiem wpadło mu w ręce, przywiózł z wojny i przed ślubem dał wszystko do przetopienia złotnikowi, a ten dla niego i żony zrobił piękne obrączki. Wystarczyło jeszcze na pięć krzyżyków do noszenia na łańcuszkach dla dzieci. Kto wie, może ten Pawlak, który też był na wojnie, przywiózł złoto podobnie jak on? Wielu przywiozło. Przecież grzechem by było zostawić złoto na zmarnowanie, bo zabitym do niczego przydać się nie mogło.

– No to jasne, że jak kto opity, to usłyszeć nie może niczego. – Policjant pokiwał głową ze zrozumieniem. Wiedział, co mówi, bo przecież nieraz jak się opił, to spał jak zabity i nic nie mogło go zbudzić. No chyba że artyleryjski ostrzał. No ale na szczęście od dawna nikt w pobliżu z armat nie strzelał.

– On tak ciągle. Ino by chlał i chlał, moczymorda jedna…

– A idźże, cholero jedna, bo jak wyjdę z nerw, to nie wiem, co zrobię…

– Co zrobisz, no powiedz panu policjantowi, co zrobisz, ty pijaku zatracony.

– Widzi pan oficer, nie dość, że świnię ukradli, to jeszcze baba zołzowata się trafiła. Idź do chałupy, cholero, pókim dobry, bo jak nie, to…

– No co, no co mi zrobisz, ty opoju cholerny? Nic, ino gorzałę chleje i chleje.

– Macie coś do powiedzenia w sprawie ukradzionej świni? – zwrócił się do kobiety nieco już zniecierpliwiony policjant.

– A pewnie, że mam. Jego to wina, nie kogo innego, ino jego. – Wskazała palcem na swojego męża, który stał z zaciśniętymi pięściami i gdyby nie obecność starszego posterunkowego, to pewnie już dawno pokazałby swojej kobiecie, gdzie raki zimują.

– W takim razie możecie już iść do domu, a ja tu sobie wszystko przepatrzę.

– Ja ino chciała…

– Idźcie, kobieto, do chałupy. Na miejscu popełnienia przestępstwa nie wolno się kręcić nikomu oprócz policji, bo ślady można zadeptać – przypomniał sobie niedawno przepisywany z okólnika fragment dotyczący miejsca popełnienia przestępstwa.

– Słyszałażeś, co pan oficer powiedzieli? Ale już mi do chałupy!

Jeszcze spojrzała na policjanta, jakby szukała u niego zrozumienia, lecz ten odwrócił się do niej plecami. Poszła więc, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem.

– Babę powinni wam ukraść, nie świnię – stwierdził Bielawski.

– Widać Pan Bóg się musiał pomylić. – Chłop pokiwał głową. – Ino że jej by się tak prosto wziąć nie dało, bo okrutnie pyskata.

– A świnie to niby ciche? Przecie kwiczą.

– Nie kwiczała.

– I nic a nic żeście nie słyszeli?

– Nic a nic.

– A pies nie szczekał? – Posterunkowy wskazał na kosmatego, czarno-białego kundla wygrzewającego się na słońcu koło skleconej byle jak budy, do której przyczepiony był krowim łańcuchem.

– A, ten to nie. On już ledwo co widzi. Stary jest.

– To po co wam stary pies?

– A co mam go precz pognać, jak on tyle lat dobrze służył? Ma dożywocie u mnie.

Posterunkowy wzruszył ramionami. Co go tam mogło obchodzić, że jakiś chłop chce za darmo trzymać psa. Głupi musiał być, bo przecież gdyby miał młodego psa, toby nikt mu świni nie ukradł. Chyba musiał to być ktoś z okolicy, kto wiedział, że pies nie narobi rabanu.

Policjant wszedł do chlewa, uważając, by nie uwalać butów. Jego oficerki lśniły wyglancowane jak szklanki, więc szkoda by było, żeby się upaskudziły. Na szczęście w przedsionku świńskich odchodów nie było. Były za to po lewej stronie w kojcu. Mógł dostrzec to dzięki małemu okienku, które wychodziło na pole za chlewem. Niewielkie szybki były brudne, ale i tak światło wpadało do środka.

 

Rozejrzał się wewnątrz, ale niczego interesującego nie dostrzegł.

– O tu była świnia, panie oficerze. – Pawlak wskazał na kojec, jakby policjant mógł mieć jakiekolwiek wątpliwości.

– No przecie widzę.

Naraz jego uwagę zwróciła jakaś ciemna plama na ściółce. Otworzył więc drzwi kojca, zrobił krok, uważając, by w co nie wdepnąć, i ostrożnie podniósł wiecheć zdeptanej słomy.

– A co tam widać?

– Jeszcze nie wiem, bo oględziny niezakończone – stwierdził i przecisnąwszy się między brzuchem gospodarza a deskami kojca, wyszedł na zewnątrz.

W jasnym, dziennym świetle od razu zrozumiał, z czym ma do czynienia.

– Jucha. – Gospodarz też się zorientował.

– Znaczy się obuchem w łeb dostała i ani nie zdążyła zawołać na pomoc – wyjaśnił starszy posterunkowy.

Cisnął słomę pod nogi i sięgnął po paczkę papierosów, żeby tytoniowym dymem zabić smród świńskich gówien. Zapaliwszy, rozejrzał się po podwórku.

Po prawej stronie, frontem do drogi, stał murowany dom z czerwonej cegły, jakich pełno na tutejszych wsiach, z dwuspadzistym dachem przykrytym czerwoną ceglaną dachówką. Naprzeciwko chlewa, który wraz z oborą stanowił jeden budynek o ścianach szachulcowych wypełnionych cegłami, postawiono drewniany kurnik. Jego drzwi były szeroko otwarte, a kury łaziły po całym obejściu, gdacząc głośno.

– Tam musiał uciekać. – Pawlak wskazał solidną, również drewnianą stodołę, o wielkich dwuskrzydłowych drzwiach, którymi zapewne można było przejechać na pole, otworzywszy drugą parę drzwi w tylnej ścianie.

– Przez stodołę? – zdziwił się policjant, bo przecież drzwi od stodoły gospodarz musiał zamykać na noc. Ten pokręcił natychmiast głową i wskazał niewielkie przejście między stodołą a kurnikiem.

– Tam jest taka furtka na haczyk.

– A, na haczyk, powiadacie.

– No właśnie. Musiał świnię na taczkę wsadzić i pojechać…

– A skąd niby wiecie, że na taczkę? – zainteresował się Bielawski.

– Ano stąd, panie oficerze, że ślady były na ziemi. Przedwczoraj padało, to i ziemia było rozmiękła. Tom poszedł za tym śladem aż do drogi, co idzie na Mościska. A jakem już tam doszedł, to śladów nie było, bo droga bita i nic nie dało się zobaczyć.

Policjant przez chwilę przypatrywał się furtce, jakby analizował skomplikowane dane, i naraz zastygł w bezruchu z papierosem podniesionym w górę, ale niewłożonym do ust.

– A co, panie oficerze? – zapytał zdziwiony gospodarz, bo rzadko zdarzało mu się widywać policjantów przy pracy. A Bielawski, gdy dopadła go jakaś odkrywcza myśl, zamierał w bezruchu, żeby tej myśli nie zgubić. Naraz, zostawiwszy zdumionego Pawlaka, pognał czym prędzej do sadu, który ciągnął się od chlewa do drogi. Podbiegł do płotu, poruszał jedną, drugą sztachetą i natrafiwszy w końcu na trzecią poluzowaną, szarpnął ją mocno. Wysłużone drewno poddało się sile policyjnych mięśni. Pawlak stał w bezpiecznej odległości i wolał nie podchodzić bliżej, bo wiedział dobrze, czym się może skończyć wyrywanie sztachet z płotów. Nieraz bowiem rwał, gdy był młodszy i gdy na zabawie tanecznej trzeba było wygarbować skórę jakimś chłopakom z innej wsi.

Policjant jednak nie miał zamiaru nikogo okładać sztachetą. Rzucił ją na trawę i przecisnął się przez wyrwę, która powstała w płocie.

Chwilę go nie było i Pawlak pomyślał nawet, że być może poszedł gdzieś sobie i już nie wróci. Ale nie miał racji. Posterunkowy po kilku minutach przelazł ponownie przez dziurę i uśmiechnięty od ucha do ucha podszedł do gospodarza.

– A wy tam chodzicie z drugiej strony chlewa, Pawlak?

– Ja? – zdziwił się chłop, przykładając palec do piersi. – Pod Bogiem, nigdy, panie oficerze. Po jaką cholerę bym tam miał łazić, jak za obórką jest już od razu pole Maciejewskiego. Mojego tyle co do oplotu. – Wskazał na dziurę, którą zrobił policjant.

– Panie posterunkowy, melduję, że są ślady! – zawołał zza furtki szeregowy Frąckowiak, który wraz ze swoim pryncypałem przyjechał do Brzostowa, bo jak stwierdził Bielawski: „Zawsze się mogą przydać dodatkowe oczy”. I jak widać, rzeczywiście się przydały. Gdy tylko weszli do zagrody, posterunkowy stracił z oczu swojego podwładnego, który zagubił się gdzieś w zakamarkach gospodarstwa. Pomyślał nawet, że młokos przysiadł gdzieś w jakimś kącie, czekając, aż szef skończy oględziny. Tymczasem on najwyraźniej ruszył jak pies gończy w poszukiwaniu tropu i, jak się okazało, sprawił się całkiem dobrze.

– Czyli że niby jakie ślady? – zawołał Bielawski.

Frąckowiak otworzył furtkę, przeszedł przez podwórko i stanął przed dowódcą.

– Kółka przez poorane pole, znaczy się taczkę musiał złodziej jeden pchać. I do drogi wiodą ślady. Widać też odciski trzewików, ale ich jest więcej, jakby dwóch rabusiów było.

Podoficer przywołał go, machając dłonią. Szeregowy posłusznie podszedł bliżej. Wtedy dowódca nachylił się nad nim i chciał coś powiedzieć, ale dojrzał, że gospodarz stoi blisko i ciekawie nadstawia ucha.

– A wodę we studni to macie? – zapytał byłego właściciela świni.

– A co bym miał nie mieć.

– To jak macie, to przynieście trochę, bo w gębie zaschło od tego gorąca.

Chłop zdziwił się, bo wcale gorąco nie było, no ale co miał zrobić, jak władza kazała. Potruchtał szybko do domu po kubek. Uwinął się raz-dwa, żeby nic nie stracić z tego, co działo się w obejściu.

Tymczasem posterunkowy nachylił się w stronę swojego podwładnego i przez chwilę coś mu klarował. Chłopak kiwał głową, a gdy Bielawski skończył, spojrzał w kierunku chlewika, jakby się chciał upewnić, że wszystko zrozumiał.

– O, jest woda, panie oficerze. Niech pije na zdrowie. – Podał kubek policjantowi, ten jednak ledwie umoczył usta i resztę wylał na ziemię.

– No to słuchajcie, Pawlak, idziemy po tych śladach zobaczyć, dokąd to zawieźli waszego wieprzka.

Oddał kubek gospodarzowi i ruszył szybkim krokiem przed siebie. Pawlak postał chwilę, nie wiedząc, co zrobić z kubkiem. W końcu spojrzał na młodego policjanta.

– A wy nie idziecie?

– Ja tu mam pilnować.

– Aha, no to idźcie se z wiadra wody nabrać. – Wcisnął mu w dłoń kubek i pognał za posterunkowym.

Dopadł policjanta na polu. Ten stał pochylony nad wyraźnym śladem kółka od taczki i śladami męskich butów.

– Szliście po śladach? – Posterunkowy wpatrywał się w wydeptany szlak.

– A jakże, po śladach jak za sarenką. Ziemia świeżo przeorana, to i widać było wyraźnie. I tam do drogi wiodą. – Chłop wskazał podwójny rząd drzew porastających bitą drogę, prowadzącą do pobliskich Mościsk.

Zaledwie pół godziny zajęło im dotarcie do sąsiedniej wsi. Policjant chciał od razu pójść do sołtysa, ale naraz wpadł na pewien pomysł, dostrzegłszy szkolny budynek z czerwonej cegły.

– Tu się najpierw sprawdzi – powiedział sam do siebie, lecz na tyle głośno, że Pawlak usłyszał.

– We szkole? – zdziwił się. Ale policjant nic nie odpowiedział. Otworzył furtkę w ogrodzeniu i przeszedłszy szybko dziedziniec, wkroczył do szkolnego budynku.

Nie musiał zbyt długo szukać. Drzwi do sali lekcyjnej były szeroko otwarte, a ze środka dobiegał chór dziecięcych głosów powtarzających za nauczycielem: „Ile kół ma wóz? W jaki sposób powstała sól kamienna? Mów zawsze prawdę. Gdzie znajduje się grób Adama Mickiewicza? Miód jest słodki. Róg wołu jest pusty. Obowiązkiem naszym jest kupować wyrób krajowy…”.

Stanął w drzwiach i odkaszlnął znacząco. Wszystkie oczy, jakieś piętnaście par młodych i jedna w średnim wieku, skryta za okularami w rogowych okularach, zwróciły się na niego.

– Dzień dobry. Można by panu nauczycielowi w służbowej kwestii zadać zapytanie niecierpiące zwłoki? – spytał niezwykle uprzejmym głosem, świadom, że słuchają go dzieci, które powinny wiedzieć, że policjant na służbie jest zawsze bardzo grzeczny.

– Tak jest! – odpowiedział nauczyciel tonem ostrym i władczym. – Dzieci, siedzieć cicho i nie gadać. Za chwilkę będzie się kontynuować.

Podszedł do drzwi i za policjantem podążył na korytarz. Tam dostrzegł Pawlaka z czapką w dłoni, ale obrzucił go tylko przelotnym spojrzeniem, takim, jakim się spogląda na siedzącą na płocie kurę.

– Mogę w czymś dopomóc? Majewski jestem.

– Bielawski, starszy posterunkowy z Wysokiej. – Podali sobie dłonie. Mocny uścisk, sprężyste ruchy, nic więcej nie trzeba było tłumaczyć. Weterani potrafili wyczuwać się nawzajem na odległość.

– To jest coś, co znaleziono na miejscu przestępstwa, znaczy się kradzieży rabunkowej świni. – Policjant wyciągnął z kieszeni czerwoną chusteczkę. – I pomyślałem, że jeśli kto może wiedzieć, do kogo ta chusteczka należy, to już na pewno dzieciaki, bo one wszystko widzą.

Nauczyciel wziął do ręki chustkę, przyjrzał się jej dokładnie, a potem powąchał.

– Czuć tytoń, znaczy męska – stwierdził z miną znawcy. – Ma pan całkowitą rację. Jeśli ktoś wie, to na pewno dzieci. One są niesłychanie spostrzegawcze. Jak się pan chce czegoś dowiedzieć, to wystarczy je zapytać. Powiedzą wszystko. Za mną! – Odwrócił się i poszedł do klasy. Zatrzymał się przy biurku, a policjant obok niego.