Piękna miłośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Wioletta Sawicka, 2019

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Paul-Oliver Neumann/EyeEm/Getty Images;

Thomas Barwick/Getty Images;

yurok/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-610-4

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

TERAZ

Lipiec–sierpień 2014 rok

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Łukasz

Kontrolka paliwa pokazywała żałosny stan mojego zbiornika, gdy ślimaczym tempem przesuwałem się w stronę Rumi. Tego jeszcze brakowało, abym stanął w korku, nim dojadę do najbliższej stacji. Powinienem przewidzieć, że w lipcu na przelotowej drodze w kierunku środkowego Wybrzeża nastąpi komunikacyjny paraliż. Chyba połowa Polski umówiła się, aby jednego dnia wyruszyć nad morze. I to w taką pogodę. Mocno wiało, a wycieraczki nie nadążały zgarniać deszczu z szyb.

Deszczowy lipiec, przypomniałem sobie film Buczkowskiego, który w pierwszym semestrze omawiałem ze studentami. Upokorzona zdradami żona ucieka do Zakopanego, by odpłacić wiarołomnemu małżonkowi tym samym.

Baśka w pewnym sensie też uciekła. Z tą różnicą, że nie do Zakopanego, tylko do mojego mieszkania w Rumi, odziedziczonego po bezdzietnej ciotce. Powód i okoliczności były zupełnie inne, ale mianownik wspólny, deszczowy lipiec.

Mnie zależało bardziej, żeby przyjechała, więc trochę ją namawiałem na spontaniczne wakacje nad morzem, aż w końcu uległa. Spakowała małą torbę, zabrała nieodłączny rower i przed tygodniem zadekowała się u mnie w Rumi. Sam przeniosłem się do Gdyni, gdzie mam spore mieszkanie, które dostałem w spadku po mamie. Wynajmuję je na biuro rachunkowe. Sobie zostawiłem niewielki pokój, z którego korzystam podczas wakacji. Przez resztę roku, tak jak pozostali z naszej paczki, kotwiczę w Olsztynie. Mam tam etat na uczelni i od czasu do czasu chałturzę w teatrze.

Ciekawe, co z tego pobytu Baśki u mnie wyniknie, zastanawiałem się, słuchając jednym uchem audiobooka w odtwarzaczu. Dużo podróżowałem i lubiłem słuchać książek w samochodzie, dziś jednak zajmowało mnie to mniej niż pytanie, co porabia teraz Baśka.

Tylko o Michale nie pomyślałem.

Wystarczy, że Baśka myślała o nim za nas dwoje albo za wszystkich. Była nas szóstka; Baśka, Iza (właściwie Izaura, ale nie znosiła tego imienia i kazała do siebie mówić Iza), Jaga, Filip, Michał i ja. Poznaliśmy się z siedem lat temu na żaglach w Węgorzewie i do dziś próbujemy trzymać się razem, lecz różnie to ostatnio wychodzi.

Tylko ja z naszej szóstki, choć jestem najstarszy, nie zostałem jeszcze powtórnie zagospodarowany. Jaga wyszła za Filipa i urodziła bliźnięta. Iza, rozwódka, miała nastoletnią córkę, a Baśka Michała.

Michał.

Nasz niepisany dowódca i kulinarny guru. Gdybym choć w drobnej części miał takie zamiłowanie do gotowania jak on, nie musiałbym bazować na garmażeryjnych gotowcach albo kanapkach.

Oficjalnie zazdrościłem Michałowi dwóch rzeczy. Talentu kulinarnego, który bardziej pasował do szefa kuchni w pięciogwiazdkowym hotelu niż zawodowego żołnierza z jednostki zmechanizowanej, oraz siły spokoju.

Nieoficjalnie zazdrościłem mu Baśki. Niewysoka trzydziestokilkulatka o kobiecych kształtach miała pasję wszystkiego. Blondynka z niebieskimi oczami i szerokimi, śmiejącymi się ustami. Znałem ją tyle lat, a nie potrafiłem określić, na czym polegał jej fenomen. Z charakteru niezły twardziel, a przy tym stuprocentowa kobieta. Ryzykantka ze zmysłem do interesów i wrażliwa dusza w jednym.

Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że dobrali się z Michałem jak w korcu maku, choć na pozór kompletnie do siebie nie pasowali. Mimo to, a może właśnie dlatego, jedno stanowiło dopełnienie drugiego. Nie znałem żadnej innej pary, która by się aż tak uzupełniała.

Ona ogień, on woda. On wyważony, ona wariatka. On mistrz kuchni, dla niej była to czarna magia, choć Baśka teraz nieźle się wyrobiła. On prawie pedant, ona jeden wielki chaos. Oboje ze skrajnie różnych biegunów. A jednak połączyła ich naprawdę piękna miłość. Taka, jak to się mówi, aż po grób.

Wzdrygnąłem się mimowolnie na to porównanie.

Może kiedyś sztukę o tym napiszę? Wyszedłby niezły dramat w trzech aktach. Dwoje szczęśliwych kochanków i ja, ten trzeci. Podkochujący się ukradkiem w żonie przyjaciela. Właściwie od pierwszego dnia, kiedy ją ujrzałem. Klasyczny banał.

W roli Michała mógłbym obsadzić na przykład Wojtka Zielińskiego. Niedawno widziałem go w jakimś filmie, chyba Supermarket. Z wyglądu Zieliński jest nawet podobny do Michała. Dość wysoki, dobrze zbudowany szatyn o wnikliwym spojrzeniu. Baśkę mogłaby zagrać… przeszukiwałem w pamięci katalog rodzimych aktorek. Żadna nie przychodziła mi do głowy.

No bo skąd wziąć kobietę o tysiącu twarzy, która miała w sobie coś z postrzelonej małolaty, duszę wojowniczki, oddanie Penelopy i posągowość matki Polki? Taki miszmasz nie mógł się przecież mieścić w jednej osobie. No, chyba że chodziło o Baśkę, z nią wszystko jest możliwe, uśmiechnąłem się do własnych myśli.

Tak rozmyślając sobie o niej, wciąż tkwiłem w korku, pośród odgłosów klaksonów, szmeru deszczu i wiatru, z narracją Bonaszewskiego w tle.

Los okazał się dla mnie łaskawy. Korek rozładował się prędzej, niż myślałem, i szczęśliwie dotoczyłem nissana pod dystrybutor. Zrobiłem też w Lidlu zakupy dla Baśki. Zapakowałem do koszyka wędlinę, chleb, ptasie mleczko, naturalną kawę, którą wypijała hektolitrami, i jeszcze jakieś drobiazgi.

Nie prosiła mnie o sprawunki, ale przynajmniej w ten sposób chciałem być jej potrzebny. W jakimś sensie czułem się za nią odpowiedzialny. Prawdę mówiąc, sam się postawiłem w takiej roli. Baśka była typem absolutnie niezależnym, to raczej mnie się zamarzyło, że jest inaczej. Naiwniak. Powinienem uważać się za szczęściarza, że przynajmniej teraz u mnie mieszka.

Po chwili, pochylając głowę przed nieznacznie lżejszym deszczem, przebiegłem z wypełnioną siatką do klatki schodowej obok śmierdzącego uryną i chlorem śmietnika.

Otworzyłem drzwi na parterze i wszedłem do mieszkania.

Od razu potknąłem się w przedpokoju o rower. Był jeszcze mokry. No tak, w taką pogodę tylko Baśka mogła wpaść na pomysł, żeby jeździć rowerem.

Kawalerkę wypełniał zapach kawy, papierosów i czegoś całkiem przyjemnego. Nie zdjąwszy butów, wszedłem do malutkiej kuchni. Całe mieszkanie było mikroskopijne, więc by wizualnie dodać przestrzeni, urządziłem je na biało. Od ścian po meble. Zamontowałem też duże lustra, żeby odbijały światło. Tak mi doradziła przed laty Baśka, zdolna architektka wnętrz, która teraz bosa, z lekko mokrymi włosami, w legginsach i czarnej koszulce, smażyła naleśniki.

W jednej ręce trzymała drewnianą łopatkę, w drugiej papierosa. Na kuchennym blacie panował roboczy rozgardiasz. Mąka, olej, rodzynki, bakalie i butelka rumu.

– Cześć – przywitałem się pogodnie, postawiwszy zakupy na krześle.

Spojrzała na mnie przez ramię.

– Łukasz – uśmiechnęła się – dobrze trafiłeś, akurat robię naleśniki.

– Fajnie, trochę zgłodniałem. – Wskazałem na całą górę usmażonych placków. – Zrobiłem ci zakupy.

– Wszystko mam, mimo to dziękuję. Ile ci wiszę?

– Drobiazg. Rozliczymy się przy okazji.

Umyłem ręce i wziąłem z kopiastej górki naleśnik bez farszu.

– Jeszcze niegotowe, jesz półprodukt. – W żartach trzepnęła mnie po palcach.

– Bardzo smaczne – pochwaliłem z pełnymi ustami. – Ktoś przyjdzie, że tyle tego narobiłaś?

– Z przyzwyczajenia. To węgierskie, Michała ulubione. Powiedział mi, żebym je zrobiła na poprawę humoru – odrzekła, przycisnąwszy ramieniem do policzka opadające pasmo włosów. Jednocześnie nalała porcję ciasta na patelnię.

Michał jej powiedział, powtórzyłem w duchu, nie bardzo wiedząc, co o tym myśleć. Baśka, nie zważając na moją zakłopotaną minę, ciągnęła:

– Mają czekoladę, a czekolada podnosi poziom endorfiny. Do tego rodzynki, orzechy włoskie i rum. Pamiętasz, jak zajadaliśmy się tymi naleśnikami, gdy byliśmy razem na Mamrach? Chyba… – zastanowiła się chwilę, wpatrzona w sufit – tak, w dwa tysiące dziesiątym, w wakacje, przed zimowym poligonem Michała. Zrobiliśmy wtedy festiwal naleśników. Michał smażył też meksykańskie, z czerwoną fasolą i kukurydzą. I śmietankowe jeszcze robił, i w piwie, jednak te węgierskie były najlepsze. Śmialiśmy się, że dają lepszego kopa niż maryśka. Jaga tak się nimi objadła, że rzygała pół nocy. Później się okazało, że jest w ciąży z bliźniakami. A Iza chciała podprowadzić Michałowi tajny zeszyt z przepisami, ale tak go schował, że nawet ja nie wiedziałam gdzie. Nie pamiętasz? – spytała zdziwiona.

Stała przede mną z szeroko otwartymi oczami i zdumieniem na twarzy.

– Pamiętam – bąknąłem niemrawo.

– No widzisz. No więc orzechy już utarłam, sos czekoladowy zrobiłam – tłumaczyła, podrzucając patelnią, aby obrócić naleśnik. Brodą wskazywała na miseczki z przygotowanym nadzieniem. – Sos jest z prawdziwego kakao. Nie było w tym sklepie, musiałam pojechać trochę dalej.

 

– Basiu… – próbowałem coś powiedzieć, ale w tej samej chwili klepnęła się dłonią w czoło. Na jej serdecznym palcu błysnęła obrączka.

– Zupełnie zapomniałam o cytrynie. Trzeba utrzeć skórkę do farszu. Pojadę do sklepu po cytryny.

– Możemy jechać razem – zaproponowałem ­prędko.

– Załatwię to sama – ucięła jeszcze prędzej.

Zakręciła gaz pod patelnią z przypalonym lekko naleśnikiem, włożyła klapki na bose stopy, wzięła ortalionową kurtkę, rower i wyszła.

Zrobiłem sobie herbatę, trochę posprzątałem w kuchni, przy okazji wyciągnąłem zawieruszony pod mikrofalą listek lekarstwa Baśki.

Snułem się po mieszkaniu, niepewny, czy mam wyjść, czy na nią czekać. Zdążyłem przejrzeć kilka jej rozłożonych projektów aranżacji jakiegoś domu, odebrać ze trzy telefony i posłuchać Demarczyk z płyty, którą Baśka ostatnio katowała prawie non stop na przemian z Krajewskim.

Minęła siedemnasta, gdy wróciła zaróżowiona od wiatru i trochę zdyszana. Nasiąknięte wilgocią włosy lepiły się do policzków. Wniosłem jej rower, wyjęła z koszyka siatkę z dwiema cytrynami i paczką fajek. Powiesiła zakupy na klamce.

– Długo ci zeszło – stwierdziłem, pomagając jej zdjąć przemoczony ortalion.

– Przejechałam się kawałek. Ciśnienie spada, zdrzemnę się chwilę.

– A naleśniki?

– Dokończ sam, jeśli chcesz.

Zaszła jeszcze do toalety, po czym położyła się do łóżka. Zasnęła prawie od razu.

Dokończyłem szykować naleśniki. Pamiętałem o tyle o ile, jak Michał je robił. Więc smarowałem czekoladowo-orzechową papką placki i zwijałem je w rulony. Dodanie skórki z cytryny zignorowałem. Nie zamierzałem udowadniać kulinarnego zacięcia. Po prostu nie chciałem stąd wychodzić.

Gdy już się uporałem z kuchenną babraniną, usiadłem przy łóżku i przyglądałem się śpiącej Baśce, snując naiwne marzenia, jak by to było z nią być. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby poczuła do mnie choć promil tego, co do Michała, albo spojrzała na mnie tak, jak patrzyła na niego. Dotąd moje starania odnosiły skutek podobny do rzucania drewna na zimny popiół. Ognia z tego nie było. A jednak nie umiałem się uwolnić od obsesji, jaką od lat miałem na jej punkcie.

Na dworze zaczęła się już szarówka, gdy na palcach, by uniknąć skrzypienia podłogi, wysunąłem się do przedpokoju, uznawszy w końcu, że moja dalsza obecność jest bezcelowa.

Byłem już na wyjściu, gdy ledwo przebudzona Baśka zjawiła się w korytarzu ciasno owinięta szarym kocem.

– Przepraszam, że tyle spałam, trochę mnie ścięło po rowerze.

– Wyspałaś się?

– Yhymm… – Pokiwała rozczochraną głową. – Łukasz?

– Tak?

– Dzięki, że mnie tu zaprosiłeś. Było mi to potrzebne. Jesteś dobrym przyjacielem.

– Do usług.

– Nie spytałam, co u ciebie.

– Mam teraz trochę czasu, więc może napiszę jakąś sztukę albo w końcu do filmu się przymierzę. Chodzi mi po głowie jeden pomysł – wyjaśniłem ogólnikowo.

Baśka jednak nie zapytała o szczegóły.

– Trzymam kciuki i na pewno przyjdę na premierę. – Uśmiechnęła się subtelnie. – Wpadniesz jutro?

– Dopiero we czwartek. Muszę pojechać na dwa dni do Warszawy. Mam spotkanie w teatrze. Może chciałabyś wybrać się ze mną?

– Jedź sam. Widzimy się za kilka dni.

Odbyłem spotkania w dwóch teatrach, lecz na razie z moich mglistych planów zahaczenia się gdzieś na przyszły sezon nie wyniknęło nic konkretnego. Siedziałem na prowincji i mój sceniczny dorobek bazował głównie na reżyserowaniu przedstawień dyplomowych dla studentów. Specjalnie mi to nie przeszkadzało, nie miałem przeświadczenia, że tylko w stolicy mógłbym naprawdę zaistnieć.

Było mi dobrze z tym, co miałem na prowincji, a do Warszawy pojechałem raczej dla spokoju sumienia. Może też z powodu niespełnionych ambicji mojej nieżyjącej od lat mamy. Niedocenionej aktorki, która zaraziła mnie pasją teatru. Praktycznie wychowałem się w nim. Pierwsze, co pamiętam ze swojego dzieciństwa, to zapach kurzu za kulisami gdyńskiej sceny, gdzie pilnowały mnie garderobiane, kiedy mama grała w spektaklu.

Podobno moim ojcem był jakiś francuski reżyser, który gościł przez sezon w Gdyni. Mama nie chciała o nim mówić, ja przestałem dociekać. Wiem tylko, że przeżyli krótkotrwałe zauroczenie, kto wie, czy nie podkręcone jakimś wspomagaczem z czasów dzieci kwiatów. Mamie po reżyserze została pamiątka w postaci mnie, syna z lekko śniadą karnacją i prawie czarnymi włosami.

Po rodzicach odziedziczyłem artystyczną duszę. Skończyłem reżyserię w łódzkiej Filmówce i z sentymentu zacząłem pracę w teatrze w Gdyni. Później krótko była Bydgoszcz, a w końcu Olsztyn, gdzie trafiłem przez przypadek. Też miało być na krótko, a siedzę tam już kilka lat. Warszawa może zaczekać następnych kilka. Teraz są wakacje i chciałbym je spędzić z Baśką.

Po powrocie przez kolejne dni jeździłem do niej regularnie.

Właściwie cały mój dotychczasowy urlop oscylował wokół przejazdów Gdynia–Rumia, tam i z powrotem, aby posiedzieć z Basią, pogadać, jak zwyk­le o Michale, albo patrzeć, jak pracuje nad nowym projektem.

Cieszyłem się, że wreszcie wróciła do swojej pasji. Zasłonięty obojętną książką, siedziałem zazwyczaj w fotelu i udawałem, że czytam. Ukradkiem jednak obserwowałem Baśkę. Lubiłem patrzeć na jej skupienie przy pracy.

Czasem odnosiłem wrażenie, że celowo w nią ucieka albo wymawia się zmęczeniem, żeby pozostać sama w swoim świecie. A ponieważ nie powiedziała tego wprost, wystarczało mi, że toleruje te wizyty i przynajmniej tak mogę być obok niej.

Dziś jednak, gdy wpadłem wczesnym popołudniem do Rumi, spotkała mnie niespodzianka. Baśka siedziała z laptopem na łóżku pośród porozkładanych kartek z jakimiś wykresami. Na podłodze stały dwa kubki po kawie, spodeczek z niedopałkami i niedojedzona kanapka, chyba ze śniadania, bo wędlina zdążyła podeschnąć na brzegach. Bez specjalnej nadziei zaproponowałem:

– Słuchaj, jest ładna pogoda, dasz się namówić na wypad nad morze? – Podniosłem rolety i uchyliłem okno. Do dusznego pokoju wpadło świeże powietrze.

Popatrzyła na mnie znad komputera i przyjrzała się uważniej. Oczy miała przekrwione.

– Posiwiałeś.

– Może trochę. – Odruchowo przesunąłem ręką po włosach.

Nie czułem się na swoje czterdzieści lat z niewielkim okładem. Przypominał o nich tylko PESEL i przyprószona pierwszą siwizną nieuporządkowana czupryna. A zresztą mam swoją teorię na ten temat, uważam, że wiek jest stanem umysłu, a nie numerem PESEL. Duchem byłem znacznie młodszy.

– To co z tym morzem?

– Wiesz… – zastanowiła się chwilę – a może tak. Tylko się ogarnę.

Niespełna półtorej godziny później brodziliśmy w zimnej wodzie Bałtyku w Rewie.

Było jeszcze słonecznie i sporo ludzi siedziało na plaży. Widziałem, że Basi to przeszkadza. Nie skarżyła się jednak, tylko szła dość prędko brzegiem, byle dalej od tłoku.

Maszerowała w krótkich spodenkach, ciemne okulary zasłaniały jej połowę twarzy, trzymała ręce w kieszeniach czarnej bluzy z kapturem. Z ramienia zwisały związane sznurowadłem tenisówki. Wiatr targał jej proste i gęste włosy.

– Chcesz moją czapkę? – zaproponowałem zadowolony ze wspólnego wypadu.

Szła od strony wody, tam grunt opadał, toteż wydała mi się jeszcze niższa niż w rzeczywistości. Jestem dość wysoki, więc sięgała mi do ramienia.

– Mam kaptur – odrzekła krótko.

Uszliśmy jeszcze spory kawałek w stronę cypla, gdzie już zrobiło się nieco bardziej pusto. Usiedliśmy na piasku obok siebie. Owa niespodziewana bliskość, miejsce, mewy nad głową, szum morza, wszystko to razem rozbudziło moją fantazję. Obserwowałem z ukosa zapatrzoną w horyzont Baśkę. Ładnie wyglądała w słońcu taka zamyślona.

A gdybym ją teraz pocałował? Niespodziewanie zaświtała mi w głowie śmiała myśl.

Nie jestem ciamajdą. Ponoć też podobam się kobietom. Miewam różne, mniej lub bardziej przelotne związki. Kiedyś, w czasach studenckich, byłem nawet żonaty. Jednak niespecjalnie nam się układało, mieliśmy rozbieżne oczekiwania co do małżeństwa i byliśmy na nie stanowczo za młodzi. Może próbowałbym je ratować, gdyby Lena nie wskoczyła do łóżka swojemu koledze, rozwiedliśmy się więc prawie dwie dekady temu.

Nie widziałem mojej byłej od rozstania i nie wiem, co u niej. Nie ożeniłem się też ponownie. Byłem panem swojego czasu, więc mogłem go wykorzystać twórczo. Choćby na zrobienie doktoratu ze sztuk teatralnych. Życie, które wiodłem, podobało mi się, podobnie jak luźne związki. Do czasu.

Odkąd wszedłem w wiek dojrzały, narastała we mnie potrzeba stabilizacji. Pragnąłem czegoś zdecydowanie więcej niż seksu i układu bez zobowiązań. Chciałem założyć rodzinę. Jednak wobec kobiety, o której marzyłem, a która teraz siedziała obok mnie i przesypywała piasek w dłoniach, wykazywałem się daleko idącą nieśmiałością, jeśli chodzi o inne relacje niż przyjacielskie.

Na moje szczęście – czy też nieszczęście – wciąż byłem lojalnym kumplem Michała i Baśka nadal stanowiła dla mnie obszar zamknięty. I tak czułem się niczym Judasz, że fantazjuję o kobiecie przyjaciela. Jedynej, z którą chciałem być.

– Szkoda, że nie wzięłam ręczników, moglibyśmy popływać – powiedziała w pewnej chwili, wskazawszy na dość spore fale.

– Ja wziąłem. – Poklepałem uwalony piachem swój plecak. – Masz kostium?

– Mam biustonosz i majtki. Czarne, więc ujdą.

– Ja mam ciemne gatki, więc też pasuje.

– Kto pierwszy, ten lepszy.

Zdjęła prędko spodenki, bluzę, a potem pobiegła do wody i od razu rzuciła się w morze.

Pływała świetnie i już widziałem, jak sunie przed siebie kraulem podrzucana przez fale.

Nie mogłem być ofermą, mimo że na samą myśl o temperaturze wody zacząłem szczękać zębami. Mimo to zdjąłem bermudy, ściągnąłem przez głowę koszulę khaki, aby nie tracić czasu na rozpinanie guzików, i popłynąłem za Baśką.

Siedzieliśmy na plaży do wieczora. Nawet rozmawialiśmy więcej niż zwykle, jednak na tematy emocjonalnie obojętne. Odnosiłem wrażenie, że ona celowo tak kieruje rozmową – od sztuki poprzez fotografię, architekturę po codzienność i płacenie rachunków.

Dopiero później, gdy wróciliśmy do Rumi, zajechawszy po drodze na frytki i rybę, Basia zapytała:

– Wierzysz, że istnieje dusza?

Siedziała na łóżku oparta o ścianę. Kolana miała podciągnięte pod brodę, twarz słabo widoczną w półmroku nocnej lampki. Wypuszczała dym z papierosa przez otwarte na oścież okno.

– Myślę, że bardziej chcę wierzyć, niż jest tak naprawdę. Wtedy łatwiej znieść świadomość, że zmierzamy ku śmierci – odrzekłem cokolwiek, siedząc naprzeciw Baśki. – Bardziej wierzę w energię. Może to właśnie dusza.

– I ty to mówisz? Człowiek sztuki, reżyser? – Uniosła niedowierzająco brwi. – Powinieneś mieć większą wrażliwość.

– A ty? Wierzysz?

– Tak – odparła i zaciągnęła się dymem. – Według mnie człowiek to przede wszystkim dusza. Ciało jest tylko opakowaniem. W przeciwnym razie nic nie miałoby sensu. A przecież musi być w tym jakiś sens, prawda?

– W czym? – rzuciłem, nie bardzo wiedząc, do czego zmierza, albo raczej wolałem tego nie wiedzieć.

– W tym, że jedno życie trwa sto lat, a inne sto minut. – Przeniosła spojrzenie z przestrzeni pokoju na mnie.

Prawie wwiercała się we mnie wzrokiem. Po raz pierwszy nawiązała do tematu, który dotychczas stanowił tabu. Sama zabroniła do niego wracać, więc się nie spodziewałem teraz takiego obrotu sprawy.

– Ciągle o tym myślisz – bardziej stwierdziłem, niż spytałem, i zaraz pojąłem, że zabrzmiało to paskudnie. Wyszedłem na grubo ciosanego kołka.

Przez twarz Baśki przemknął grymas.

– Sądzisz, że mogę przestać? – Lekko zwęziła oczy.

– Przepraszam, źle to ująłem – zacząłem się tłumaczyć. – Chodziło mi o to, że minęły już dwa lata.

– W porządku, wiem, o co ci chodziło – wpadła mi w słowo. – To był długi dzień.

– Tak, już trochę późno. – Spojrzałem na zegarek.

Minęła dwudziesta trzecia. Powinienem zbierać się do wyjścia, ale wciąż tkwiłem na łóżku, naprzeciwko Baśki, mając nadzieję, że mnie zatrzyma. Jednak nie wyglądała na zainteresowaną moim dalszym towarzystwem, więc, rad nierad, musiałem się ewakuować.

– Pojadę już – rzuciłem od niechcenia. Tak samo też wstałem, stęknąwszy przyciężko. Basia odprowadziła mnie do przedpokoju.

 

– Dziękuję ci za dzisiejsze popołudnie. – Położyła rękę na moim ramieniu. – Zresztą nie tylko za dzisiejsze. W ogóle za całokształt. Jesteś naszym najlepszym przyjacielem, Michała i moim. Muszę już wracać.

– Nie musisz. Zostań tak długo, jak chcesz.

– Wystarczy.

Gdy następnego popołudnia przyjechałem do Rumi, Baśki nie było. Na szafce w kuchni leżała kartka.


Łukasz, dzwoniłam do Ciebie, nie odbierałeś. Pojechałam rowerem na Mazury. Przechowaj, proszę, resztę moich rzeczy albo przy okazji, jak będziesz jechał do Olsztyna, zabierz je ze sobą. Nie wracam już do Rumi. Jeszcze raz dziękuję za gościnę.

PS Usmażyłam Ci meksykańskie naleśniki.

Zawiedziony, patrzyłem na zapisany karteluszek. Sprawdziłem też komórkę. Rzeczywiście, Baśka rano do mnie dzwoniła, tylko miałem wyciszony sygnał. Naurągałem sobie w myślach za tę głupotę. Z braku lepszego zajęcia odgrzałem sobie naleśniki.