Maria. Dziewczyna z kwiatem we włosachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Wioletta Sawicka, 2021

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© REKHA ARCANGEL/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-630-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Moim bliskim

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział I

Fräulein Marie von Lauen

Königsberg 1933

Guten Tag, Fräulein Marie. – Otto Schulz, postawny mężczyzna grubo po pięćdziesiątce, przerwał zamiatanie schodów i uchylił czapki, by pozdrowić śliczną dziewczynę, która wyszła z kamienicy.

– Dzień dobry, Herr Schulz. – Obrzuciła go przelotnym spojrzeniem.

Zezował dyskretnie na jej kształtne piersi, kobiece biodra, zdrową cerę muśniętą słońcem. Panna von Lauen miała na głowie gustowny kapelusik, pod nim fikuśnie splecione włosy, a w nie wpięty kwiat. Nigdy nie widział piękniejszej osóbki. Nie za wysoka, nie za niska, zgrabna blondynka o kręconych blond włosach i niebieskich oczach. Błękitna powiewna sukienka odsłaniała jej ładne nogi.

Marie von Lauen, jej ojciec, Herr Joachim, oraz jego druga żona, Frau Charlotte, zajmowali eleganckie sześciopokojowe mieszkanie w śródmieściu i należeli do miejscowej elity. Prócz nich w kamienicy mieszkało kilkanaście szanowanych niemieckich rodzin, ale trafiły się i czarne owce. Jak choćby młody adwokat polskiego pochodzenia, niejaki Willi Neumann, i parszywy Żyd, Samuel Rosenbaum, z żoną i córką.

Stróż jeszcze jakoś znosił biedaczynę adwokata, pół Polaka, pół Niemca, który gnieździł się na poddaszu, ale nie mógł się pogodzić z jawną niesprawiedliwością, że taki żydowski parch, Rosenbaum, opływa w luksusy w pięciu pokojach i posiada duży sklep w śródmieściu, a on, Otto, weteran wojenny, prawdziwy Niemiec, oddany narodowi, żyje jak sługus. Na szczęście zobaczył wreszcie światło, które zajaśniało nad jego marną dolą. Nazywało się Adolf Hitler.

W zeszłym roku, kiedy Hitler przyjechał do Königsbergu i płomienną przemową o odbudowie potęgi Niemiec porwał za sobą tłumy, Schulz od razu wstąpił do NSDAP. Starszego syna posłał do SA, a młodszego, Paula, do Hitlerjugend. Aż zacierał ręce z radości, że jeszcze rok, dwa i on, Otto, znajdzie się tam, gdzie powinni być wszyscy Niemcy – na wyżynie społecznej – a żydowskie parchy i cała reszta podgatunku zacznie im służyć. Pragnął tego jak obiecanej przez wodza ziemi oraz bogactw, które czekają na Niemców na Wschodzie.

Umyślił sobie coś jeszcze. Otóż postanowił ożenić swego starszego syna, Georga, z Marie von Lauen.

Tylko że Marie nie zwracała na niego uwagi. W dodatku kręcił się przy niej ów wygalantowany pyszałek, Klaus von Hoffenberg. Mimo to stróżowi zaświtał w głowie pomysł, jakich użyje argumentów, by zjednać sobie ojca panny Marie.

Kawaler był z Georga na schwał. Duży i krzepki, a w brunatnej koszuli SA wzbudzał respekt na ulicach. Skończył dwadzieścia dwa lata, więc czas mu już wziąć żonę i płodzić dzieci.

Fräulein Marie w oczach Schulza stanowiła ideał aryjskiego piękna, miała wszelkie atuty, żeby rodzić zdrowych Niemców. Najlepiej chłopaków, gdyż armia niemiecka potrzebowała żołnierzy. Za sam ślub Georg dostałby od państwa tysiąc marek kredytu! Raty mogliby spłacać w dzieciach, a przy czwartym umorzono by cały kredyt.

Wspaniały, wspaniały przywódca, że coś takiego wymyślił. I głód dzięki niemu się skończył, i praca jest, i ludziom lepiej się żyje, więc czemuż nie dać takiemu wodzowi owoców ze wszystkiego, co doskonałe? Z jego Georga i z córki von Lauena? – dumał, przyglądając się ukradkiem wymarzonej przyszłej synowej.

Staremu mniej się podobały jej uszminkowane usta i wymalowane oczy. Wyglądała zbyt wyzywająco. A niemiecka kobieta powinna być skromna. Do tego zdrowa, płodna i potulna.

Czekała na kogoś przed schodami. Drzwi kamienicy znów się otworzyły.

Stróż skrzywił się z odrazą, gdy stanął w nich żydowski pomiot, córka Rosenbaumów, Ester.

– Dzień dobry, panie Schulz – pozdrowiła go, plugawiąc niemieckie słowa żydowskim ozorem.

Aż się wzdrygnął, gdy na nią łypnął. Czarne kudły miała krótko obcięte, do policzków przylegały dwa loczki, jakby sobie pijawki tam przystawiła. Oczy ciemne, wyłupiaste, osadzone blisko garbatego nosa. W sukience koloru mdłej zieleni, ze swą tyczkowatą, nieforemną figurą, wyglądała niczym strach na wróble, stwierdził w duchu, patrząc zezem na młodą dziewczynę.

Tak naprawdę Ester Rosenbaum wcale nie była brzydka ani nieforemna, wręcz przeciwnie. Miała interesującą, nieco orientalną urodę, lecz dla Schulza nic, co niearyjskie, nie mogło być ładne.

– Komu dobry, temu dobry – burknął pod nosem.

Szurnął mocniej miotłą i zapylił lakierki Żydówki. Udawała, że tego nie widzi. Za to Marie zauważyła i zwróciła mu uwagę:

– Mógłby stróż uważać.

– To niechcący, wiatr dmuchnął – mruknął i poczłapał w głąb podwórza.

Ruszyły obie ku Staremu Miastu.

Dzień był wprost wymarzony. Słoneczny, ciepły, czerwcowy. Kawiarniane ogródki wypełniali goście. Po ulicach niósł się warkot samochodów, motocykli i tramwajów. Miasto, zwane Atlantydą Północy, pełne gotyckich budynków, dworków i spichlerzy żyło wakacyjną atmosferą.

Pozorny widok beztroski psuły powiewające na budynkach flagi ze swastyką. Na drzwiach wejściowych do lokali widniały emaliowane tabliczki, przypominające o obowiązującym w tym miejscu pozdrowieniu: Heil Hitler. Niedaleko kawiarni maszerowali równym krokiem naziści z SA.

– Przedwczoraj te typy znów potłukły szyby w naszym magazynie. – Ester westchnęła ciężko, zerkając z ukosa na tamtych. – To już trzeci raz w tym miesiącu.

– W końcu im się znudzi – pocieszyła ją Marie.

Mieszkały drzwi w drzwi na pierwszym piętrze kamienicy i przyjaźniły się od dziecka. Razem chodziły do szkoły powszechnej i potem do żeńskiego gimnazjum. W tym roku zdały maturę. Obie były też jedynaczkami.

– Albo się nie znudzi. Sama widziałaś, jak stróż mnie potraktował.

– Nie przejmuj się jego złośliwościami. To tylko stróż.

– To nazista.

– Nazizm nie ma przyszłości.

– Ciszej, jeszcze ktoś nas usłyszy! – Ester rozejrzała się na boki. – Niebezpiecznie tak mówić na ulicy. Ojciec coraz częściej wspomina, że trzeba będzie sprzedać interes i prędko stąd wyjechać – dodała prawie szeptem.

– Wyjechać? Dokąd?

– Do Polski. Tylko że ja bardzo słabo mówię po polsku, tyle, co słyszałam od ciebie. Właściwie dlaczego ojciec uczył cię polskiego?

– Z tego samego powodu, co rosyjskiego. Tłumaczył, że język sąsiadów należy znać. Mama wmuszała we mnie jeszcze francuski, ale nie znosiła polskiego. Kiedyś… miałam może osiem lat… – urwała, wspomniawszy jedno z pierwszych wydarzeń z dzieciństwa, które utkwiło jej w głowie – …zrobiła ojcu o to awanturę. Bardzo się wtedy rozgniewał. Krzyczał, że będzie mnie wychowywał, jak uzna za stosowne, a ona nie ma prawa się wtrącać. Teraz też czasem rozmawiamy z ojcem po polsku albo po rosyjsku, ale niezbyt często, bo Charlotte nie rozumie i jest zła.

– Widziałam, że lepiej wam się układa. Polubiłaś ją?

– Czy ja wiem? – Marie wzruszyła ramionami. – Zaczynamy się tolerować.

Gdy przed niespełna rokiem owdowiały ojciec poślubił swoją dwudziestopięcioletnią sekretarkę, Marie od początku czuła do niej niechęć. Ponieważ Charlotte nie usiłowała jej niczego narzucić ani zaprowadzić swoich rządów w domu, ich relacje zaczęły się poprawiać, ale były dalekie od przyjaźni.

Dziewczęta przechodziły właśnie starówką, gdy gdzieś z oficyny rozległ się szczęk metalu. Ktoś pocierał nóż o nóż. Marie wychwyciła w głowie kompletnie nierzeczywisty obraz, którego nie mogła w żaden sposób wyjaśnić. Zatrzymała się i ucisnęła palcami skroń.

– Znów masz te wizje – odgadła Ester. – Co zobaczyłaś tym razem?

– Krew… – odrzekła, nie unosząc powiek. – Widzę krew na szabli… i na czyichś rękach. Dziwne.

Obraz zniknął tak samo prędko, jak się pojawił.

Przed miesiącem, odkąd uległa niegroźnemu wypadkowi, to znaczy spadła z konia i na chwilę straciła przytomność, co jakiś czas nachodziły ją owe niezrozumiałe halucynacje. Widziała sceny, jakie nie rozegrały się w rzeczywistości, niewyraźne twarze niepodobne do nikogo, słyszała obce głosy. Zupełnie jakby w jej głowie zagościły strzępy cudzego życia.

– A może ty wciąż się wahasz, czy przyjąć oświadczyny Klausa, dlatego jesteś rozchwiana i miewasz halucynacje? – podsunęła Ester, gdy zbliżały się do rynku. – Nie chcesz za niego wyjść? To atrakcyjny mężczyzna. Uprzedzająco grzeczny, z klasą, pieniędzmi, nazwiskiem. I jaki wytrwały. Oświadcza ci się w każdym liście. Mówiłaś, że go kochasz.

– Kocham, nie wiem tylko, czy wystarczająco.

– To i tak za dużo. Niemiecka kobieta kocha przede wszystkim naród i wodza, a w małżeństwie gorliwie wypełnia obowiązki – ironizowała półgłosem Ester. – Ku prokreacji, rzecz jasna. Do tego miłość niepotrzebna, wystarczy łóżko. Jesteśmy tylko ciałem, Marie. Naturalnie w grę wchodzi wyłącznie zdrowe ciało. Wysportowane i czyste rasowo. Aryjskie.

– Nigdy się z tym nie pogodzę. Miłość jest najważniejsza. Nie mogłabym wyjść za Klausa, gdybym go nie kochała.

 

– Prędko się decyduj, żeby ci go inna nie sprzątnęła.

– Właściwie już się zdecydowałam. Zobacz… – Przystanęła i wskazała głową przed siebie.

Przez środek rynku w równej kolumnie maszerowało dziarsko ze dwadzieścia kilka nastoletnich członkiń Związku Niemieckich Dziewcząt. Wszystkie w białych koszulach, krawatach, ciemnych spódnicach. Na nogach miały białe skarpetki, wokół talii skórzane pasy. Z wyrazem euforii na twarzach skandowały: „Bądź prawdziwa, bądź przejrzysta, bądź niemiecka”. Jasnowłosa przodowniczka aktywistek niosła na ramieniu flagę ze swastyką. Widać było, że dziewczynę rozpierała duma.

– Fanatyczki – mruknęła pod nosem Ester. – Reproduktorki aryjskiej rasy, wytrzymałej jak skóra, zwinnej jak chart i twardej jak stal. Jeśli się nie mylę, chyba taki jest idealny wzorzec.

– Przestań. – Marie przerwała szyderstwa przyjaciółki.

Przechodnie pozdrawiali maszerujące dziewczęta, wyciągając przed siebie prawe ręce, niektórzy bili barwo. Jeszcze inni zaś nie robili nic, tylko szli w swoją stronę.

Marie i Ester powstrzymały się od aplauzów i nazistowskich pozdrowień. Prędko skręciły w najbliższy zaułek i bocznymi uliczkami doszły do domu mody Rosenbaumów. Tam też wpadły na manifestację. Przed głównym wejściem zebrało się kilku bojówkarzy w brunatnych koszulach SA, którzy skandowali: „Żydzi, won do Palestyny!”.

Ich okrzykom towarzyszyło wymachiwanie w górę pięściami. Wśród krzykaczy dostrzegły Georga Schulza, rudowłosego osiłka o piegowatej twarzy, krępym karku i głęboko osadzonych oczach.

Wystraszona Ester pochyliła głowę i osłaniana przez przyjaciółkę, przemknęła od zaplecza do sklepu rodziców. Kilka eleganckich dam, które zamierzały wejść do magazynu, także przeszło na drugą stronę placu, uprzednio pozdrowiwszy nazistów zwyczajowym salutem.

Zobaczywszy Marie, Georg powiedział coś swoim kompanom i podbiegł do niej dumny z siebie. Tamci nadal wrzeszczeli przed sklepem.

– Heil Hitler! – Wyciągnął przed siebie ramię i warknął opryskliwie: – Czemu panna Marie zadaje się z tą Żydówką?

– Rosenbaumowie to tacy sami Niemcy jak ja i ty, nasi sąsiedzi, mili ludzie, którzy nikogo nie krzywdzą – odrzekła.

– Są Żydami! A Fräulein Marie niech nie porównuje Niemców do Żydów, bo doniosę, komu trzeba, i prędko się panna nauczy, na czym polega różnica! Jak wygląda niemieckie pozdrowienie, też panna nie wie?! – zrugał ją ostrym tonem. Twarz mu poczerwieniała.

– Ciebie nie zamierzam pozdrawiać w żaden sposób – rzuciła zadziornie, nie spuszczając wzroku z szarych oczu młodego Schulza. – Możesz mnie straszyć donosem. Nie boję się ciebie, Georg. Jesteś zwykłym chuliganem.

W tym momencie usłyszała za plecami głos nadchodzącego ojca.

– A może mnie postraszysz, Schulz? – spytał srogo Joachim. – No, słucham. Komu doniesiesz? Kanclerzowi Rzeszy czy nadprezydentowi Prus?

– Panie von Lauen, panna Marie nie powinna się zadawać z Żydami – burknął w odpowiedzi Georg. – To niegodne Niemki.

– Niegodne człowieka jest zachowanie, które przed chwilą zaprezentowałeś. Gdybyś więcej się przykładał do nauki, a mniej do ulicznych burd, nie musiałbym ci tego tłumaczyć. Poza tym to ja, Schulz, nie ty, decyduję, z kim się zadaje moja córka. Czy jasno się wyraziłem?

Twarz Georga stężała. Wyglądał, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale się pohamował. Czuł respekt przed surowym dyrektorem gimnazjum. Gwizdnął na swoich towarzyszy i rozkazał:

– Zwijamy się stąd!

Pięciu młodych mężczyzn pobiegło w dół Starego Miasta. Echo odbijało od murów secesyjnych kamienic łomot ich podkutych butów. Marie odetchnęła.

– W porę nadszedłem – powiedział ojciec, gdy zostali we dwoje. Objął ją ramieniem i spytał: – Wszystko w porządku?

– Tak. Byłam z Ester. Przed chwilą uciekła do sklepu. Bardzo się wystraszyła. A papa co tutaj robi? – zagadnęła, uśmiechnąwszy się niewyraźnie po nieprzyjemnym zajściu.

Popielaty garnitur, biała koszula, gładko ogolona twarz, lekko posiwiałe skronie widoczne spod kapelusza, rozumne oczy. Jej ojciec. Największy autorytet.

Nie znała nikogo mądrzejszego niż on. Czytał po kilka książek jednocześnie. Wolał ich towarzystwo od ludzi. Po pracy najchętniej zamykał się w gabinecie i przepadał dla świata, który zdawał się mu przeszkadzać. Czasem się dziwiła, jak taki samotnik zdecydował się na założenie rodziny, a później jeszcze na drugi ożenek. Ostatnio papa wydawał się bardziej przygnębiony.

– Wyszedłem akurat ze spotkania i widziałem tę niebezpieczną sytuację, więc przybyłem na odsiecz. Wracamy do domu.

– Zamierzałam pójść do biblioteki.

– Pójdziesz innym razem, te typy mogą gdzieś się tutaj kręcić. Nie zostawię cię samej, a z tobą pójść nie mogę. Mam sporo pracy.

– Jest papa na mnie zły, że nie dostałam się na uniwersytet, dlatego nie chce pójść ze mną na spacer? – spytała markotnie.

– Co ty opowiadasz? – Spojrzał na nią zdziwiony. – To nie twoja wina, że cię nie przyjęto, tylko sytuacji. Spróbujesz za rok. Naprawdę mam dużo pracy. Obiecuję, że następnym razem wybierzemy się na spacer. Chodźmy, zostawiłem auto przy kawiarni. – Podał jej ramię.

Gdy szli starówką, Joachim zerkał z boku na niebieski kwiat wpięty we włosy córki. Zakłuł go żal z powodu wspomnień wywołanych przez błahą ozdobę. By się nimi nie zadręczać, zagadnął Marie o interesującą go kwestię:

– Czy ten Klaus, który zasypuje cię listami, jest dla ciebie kimś ważnym? Rumienisz się, a to oznacza, że chyba się nie mylę.

Ojciec po raz pierwszy tak otwarcie o to zapytał, więc poczuła się nieco skrępowana.

– Nawet bardzo ważny. Papa ma coś przeciw Klausowi?

– Gdyby tak było, nie pozwoliłbym na waszą znajomość. Nie ma na świecie mężczyzny godnego mojej córki, ale skoro Klaus stał się dla ciebie bardzo ważny… – Zawiesił głos. – Sprawia wrażenie przyzwoitego człowieka.

– Nawet mi się oświadczył. To znaczy oświadcza się w każdym liście.

– Poważna sprawa, skoro już do tego doszło. Właściwie po intensywności waszej korespondencji i jego adoracji należało się tego spodziewać. No a ty?

– A ja chyba… chcę.

– Czas płynie zbyt szybko. – Mocniej przycisnął do siebie jej ramię. – Jednak z poważnymi deklaracjami zaczekaj, aż będziesz pewna. Poza tym skoro sprawy zaszły tak daleko, będę uważniej obserwował pana Hoffenberga.

– Papo… – Obruszyła się lekko.

– Muszę być pewien, komu oddam mój skarb. A ponieważ trochę psuje mi się wzrok, zamierzam przyglądać się dość długo – zażartował, choć nie do końca. – Wracając zaś do Schulza, proszę, abyś trzymała się od niego z daleka.

*

Otto Schulz odczekał ponad tydzień, aż nieco przycichną emocje wywołane tamtym zajściem. Nawet dał synowi trochę po uszach, jako że Georg mógł nadmierną gorliwością zniweczyć jego plany, a następnie postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.

W tym czasie niespodziewanie dokonał wielkiego odkrycia: oto nie liczyło się już, że był tylko stróżem. Dzięki wodzowi stał się kimś znacznie ważniejszym. Przedstawicielem władzy i jej wiernym wyznawcą – a to zmieniało postać rzeczy.

Dlatego z dumną miną włożył lepsze ubranie, natarł pomadą rzednące włosy i układając w głowie przemowę do von Lauena, czatował w oknie sutereny, kiedy ojciec Marie wjedzie na podwórze swoim czarnym adlerem.

Joachim wrócił do domu, zjadł obiad, zamienił z córką i żoną ledwo kilka słów, po czym zamknął się w swoim gabinecie, poleciwszy, żeby nikt mu nie przeszkadzał. Nalał sobie kieliszek koniaku, upił łyk.

Miał za sobą wyjątkowo ciężkie tygodnie. Męskie gimnazjum, którego był dyrektorem, szczyciło się osiągnięciami w nauce. Jednak odkąd doszła do głosu nowa władza, wraz z nią przyszły zmiany.

Nauka jako taka jeśli nie służyła ideologii narodowosocjalistycznej, stała się bezwartościowa. Teraz jego szkoła, podobnie jak inne w Rzeszy, miała być przede wszystkim wylęgarnią młodych nazistów. Pralnią ich mózgów. Kuźnią kultu wodza i ślepej nienawiści do wszystkiego, co niearyjskie.

W szkolnych salach już zawisły portrety Hitlera. Woźny niemal z nabożeństwem umieszczał na ścianach podobizny przywódcy Rzeszy. Joachim przyglądał się temu w milczeniu. Wiedział, że jego posada, a może i wolność, wiszą na włosku. Znalazł się na cenzurowanym, jako że jeszcze nie wstąpił do NSDAP.

Dziś odbył jednoznaczną rozmowę z urzędnikiem do spraw politycznych w wydziale oświaty, który nie pozostawił mu żadnych złudzeń. Albo dyrektor wstąpi do partii, albo straci stanowisko i trafi pod sąd za wrogi stosunek do ideologii nazistowskiej. Joachim był niemal pewien, że to z powodu jego opieszałości w okazaniu jawnego poparcia dla reżimu Marie nie przyjęto na uniwersytet, na jedno z tych dziesięciu procent miejsc, które pozostawiono na uczelniach kobietom.

Sięgnął po pióro i oprawny w brązową skórę notes, gdy ktoś zapukał do drzwi. Przyszła Charlotte.

– Prosiłem, żeby mi nie przeszkadzać.

Obrzucił żonę krótkim spojrzeniem. Była ładna, szykowna, pedantyczna. Miedziane włosy miała upięte na karku, nad czołem ułożone sztywne fale, usta pomalowała czerwoną szminką. Do szarego kostiumiku nosiła naszyjnik z pereł. Widział go u niej po raz pierwszy.

– Masz gościa. – Uśmiechnęła się przepraszająco.

– Kto taki?

– Stróż.

– Coś się zepsuło? – spytał niezadowolony, że Charlotte zajmuje go takimi drobiazgami.

– Nie, chyba inna sprawa, ubrał się jak do kościoła – odrzekła konspiracyjnym szeptem.

– Aaa, wiem, o co chodzi. – Joachim skrzywił się lekko. – Zapewne chce przeprosić za syna. Późno się obudził. Powiedz Marie, żeby nie wychodziła ze swojego pokoju. Niech stróż zaczeka w bibliotece.

Czekając w korytarzu, Schulz czuł się niezręcznie.

Pocił się pod przyciasną marynarką. Czoło też zaczęło mu się rosić z gorąca. Zaglądał w otwarte drzwi pokoi, czy z któregoś nie wyjdzie panna Marie, ale pani Charlotte zrobiła zapraszający ruch, aby udał się za nią. Też niczego z niej kobitka, stwierdził w duchu, gdy patrzył, jak wywijała biodrami. Wszedł do biblioteki pełnej książek.

Trwało chwilę, nim pojawił się gospodarz. Niestety, w dużo lepszym garniturze, który idealnie leżał na jego wysokiej szczupłej sylwetce, co także zakłuło nieprzyjemnie Ottona Schulza.

Von Lauen wskazał mu fotel. Otto opadł na miękkie siedzisko, na które łatwiej siąść, niż z niego wstać. Powiedział coś o pogodzie, planowanym malowaniu korytarza i dopiero potem przystąpił do rzeczy.

– Panie dyrektorze – zaczął nieco speszony niechętnym spojrzeniem Joachima. Poczucie niższości także wzrosło. – Mój Georg to dobry chłopak i uczciwy Niemiec. Owszem, niekiedy prędzej coś zrobi, nim pomyśli, albo i powie, ale wiadomo, jak to z młodymi. Krew nie woda, do głowy im uderza. Ale memu Georgowi animuszu i odwagi nie brakuje. Po mnie jest robotny. O życiu myśli poważnie. A i panna Marie osiemnaście lat skończyła, tak by i dobrze się złożyło – zakończył spocony z przejęcia.

Joachim drgnął.

– Przepraszam – zapytał, wychylając się z fotela naprzeciwko. – Do czego pan zmierza, gdyż obawiam się, że nie rozumiem?

– Może powinni lepiej się sobie poprzyglądać z Georgem? – ciągnął Schulz, spocony jeszcze bardziej. – Na lody pójść czy na tańce albo do kina, ot, jak to młodzi. Przyszedłem właśnie prosić, żeby pan się nie sprzeciwiał, gdyby Georg gdzieś panienkę zaprosił. Ładna byłaby z nich para. Mój syn to porządny kawaler, nie da panience zrobić krzywdy i sam nie skrzywdzi. Może pan być spokojny.

Joachim osłupiał. Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy ubolewać nad naiwnością stróża. Strzepnął z klapy jasnej marynarki jakiś paproszek i siląc się na spokój, zakomunikował, przebierając palcami po obitym zieloną skórą fotelu:

– Obawiam się, że to niemożliwe.

– A to czemu? – Schulz aż uniósł się z fotela. Odmowa go ubodła, więc zmienił ton z uniżonego na bojowy. – Że on syn stróża? Że niby gorszy, bo nie ma „von” przed nazwiskiem jak ten elegant, co tu przyjeżdża? A może mój Georg okaże się lepszy dla panny Marie? U nas, proszę pana, teraz mocniejsza legitymacja niż wszystkie „vony”. Nazywa się NSDAP! Mój Georg to porządny Niemiec, który wiernie służy naszemu wodzowi.

– Ale nie mojemu ani mojej córki, a w ogóle to pański syn jest ulicznym łobuzem! – zareagował impulsywnie Joachim, zanim zrozumiał, że postępuje nieostrożnie. Miał naprawdę zły dzień i nie czuł się najlepiej.

– Coś pan powiedział?! – Schulz poczerwieniał gwałtownie. – Georg… łobuzem?! Tylko wróg Rzeszy może tak bluźnić! Pożałujesz pan tego!

 

Rozsierdzony do żywego, energicznym krokiem ruszył do drzwi, a wychodząc, niemal potrącił stojącą za nimi Charlotte. Znowu podsłuchiwała, stwierdził w duchu Joachim.

Ledwie stróż wypadł z mieszkania, wkroczyła do biblioteki, zamknęła za sobą drzwi i zawołała z wyrzutem:

– Coś ty najlepszego narobił? Przecież on może na ciebie donieść. Cała kamienica wie, jak się chełpi tym NSDAP. Stracisz posadę albo, co grosza, trafisz do więzienia! A jeszcze trzymasz te zakazane książki, jakbyś celowo kusił los! – Zatoczyła ręką półkole, wskazując na wysokie regały pełne woluminów.

Klapnęła w fotelu, jeszcze ciepłym po stróżu. Założyła nogę na nogę i nerwowo machała stopą. Joachima drażnił ten odruch. Zachowanie żony także.

– Uspokój się – powiedział, przypalając cygaro. Przeszedł parę kroków po pokoju, żeby samemu ochłonąć. – Nie będę ulegał nazistowskiej ideologii, nawet za cenę posady, którą i tak zapewne niebawem stracę. Do więzienia także mogę trafić.

– Jak to? – Spojrzała na niego ze strachem.

– Zwyczajnie. – Wzruszył ramionami. – Nie wiesz, jak się teraz traci posady albo trafia za kratki? Nie jesteś z nimi, więc jesteś przeciw nim, a oni wiedzą, co sądzę o ich ideologii.

– Więc co teraz z nami będzie? Przecież nie wyjedziemy natychmiast za granicę, bo trzeba zapłacić podatek od ucieczki z Rzeszy. Musisz się ugiąć.

– Mam przystać do nazistów? – Zatrzymał się pośrodku biblioteki i popatrzył zdumiony na Charlotte.

– Nie widzę w tym nic złego. Wszyscy teraz tak robią. Dla kariery albo ratowania skóry.

– Nie wierzę, że to powiedziałaś.

– Przecież nie mówię, żebyś został nazistą i wstąpił do NSDAP z przekonania. Po cichu myśl sobie, co chcesz, ale nie obnoś się z tym, bo źle skończysz, a my razem z tobą.

– Namawiasz mnie do hipokryzji? – Joachim prawie na miazgę zgniótł cygaro w popielniczce. – Mam robić jedno, a myśleć drugie? Nie po to resztką nadziei wierzę w rozsądek Hindenburga, żeby ulegać szaleństwu jakiegoś socjopaty z wąsikami! Na litość boską, Charlotte, co ty mi sugerujesz?!

– Doradzam najlepsze wyjście. Sam wiesz, że Hindenburg jest teraz marionetkowym prezydentem, a ten socjopata z wąsikami, jak go określiłeś, zyskuje nieograniczoną władzę.

– Mam, do licha, jakiś kręgosłup moralny – powiedział i prawie usłyszał kpiący chichot sumienia. On i kręgosłup moralny? Dobre sobie.

– Przecież nic ci się nie stanie, jeśli poudajesz nazistę – przekonywała go uparcie Charlotte, wspomagając się energiczną gestykulacją. – Nie możesz trafić do więzienia. A po tym, co powiedziałeś stróżowi, i po incydencie z Georgem Marie także mogą spotkać nieprzyjemności. Najlepiej by było, gdyby w tej sytuacji prędko przyjęła oświadczyny Klausa. Hoffenbergowie mają ogromne wpływy, to może być dla nas i dla niej najlepszy parasol ochronny.

– Powoli, Charlotte. – Joachim opuścił przed sobą dłonie, żeby powściągnąć zapędy małżonki. – Nie zamierzam wydawać Marie za mąż tylko dlatego, żeby zyskać parasol ochronny dzięki ustosunkowanemu zięciowi i jego rodzinie. Ona jeszcze nie ma dziewiętnastu lat i może poczekać z małżeństwem – oświadczył, na powrót siadając w fotelu.

– Młodsze wychodzą za mąż, co jest bardzo popierane przez władze. Jako mężatka zyska spokój. Na uniwersytet z wiadomych względów jej nie przyjęto. Dobrej posady też nie dostanie, teraz kobiety są masowo zwalniane z pracy, zresztą, po co mam ci tłumaczyć, przecież mnie też zwolnili. – Machnęła ręką. – Więc co jej pozostaje? Małżeństwo z Klausem to najlepsze wyjście. Zwłaszcza że jemu na niej zależy. Marie też go kocha. Nie rozumiem twojego oporu, Joachimie.

– Powtarzam, nie będę naciskał. To ma być jej własna, przemyślana decyzja. Marie jest taka delikatna, gdy pomyślę, że będzie musiała przejść te barbarzyńskie procedury uzyskania zaświadczeń o… płodności. – Wzdrygnął się na samą myśl. – Niedobrze mi się od tego robi. Moja córka to nie klacz rozpłodowa.

– Żyjemy w takich, a nie innych realiach, do których trzeba się dopasować.

– Dopasować to ja mogę garnitur u krawca – rzucił rozdrażniony. – Poza tym nie jestem pewien, czy Klaus nie jest nazistą.

– Każdy w tym kraju, żeby przetrwać, musi być nazistą albo takiego udawać, do czego właśnie usiłuję cię przekonać. Przecież Klaus nie skończyłby studiów, gdyby jawnie zamanifestował opór wobec władzy, więc zapewne zmuszony jest stwarzać pozory, jak wielu innych uczciwych ludzi. Ale to człowiek wielkiego formatu, arystokrata, z klasą. Zadba o Marie, zapewni jej wszystko, co najlepsze. Ona też go kocha, więc jeśli będą chcieli się pobrać, nie powinieneś się sprzeciwiać. Poza tym Hoffenbergowie naprawdę mają ogromne możliwości.

– I pieniądze – dodał z ironią.

– A co w tym złego? – Wzruszyła ramionami. – Nie rozumiem tej hipokryzji, że pieniądze szczęścia nie dają. Dają, i to całkiem spore. Osobiście wolę jeść na obiad sznycle niż kaszankę.

– Przynajmniej jesteś szczera, a jeśli mi jeszcze powiesz, że uwiodłaś mnie głównie dla pieniędzy, uznam, że jesteś wyjątkowo szczera.

Charlotte przesiadła się z fotela na kolana Joachima. Zmieniła ton na zalotny.

– Spodobałeś mi się już w dniu, gdy objęłam posadę, ale ty mnie nie zauważałeś, więc cię uwiodłam. I nie żałuję. Wszystkie koleżanki mi zazdroszczą tak przystojnego i mądrego męża. Reszta jest tylko dodatkiem, ale nie przeczę, że lepiej być żoną dyrektora von Lauena niż jego sekretarką. Tylko musimy się bardziej postarać o dziecko – mówiła mu do ucha. Przesuwała nogą po jego nodze, pocałowała go w usta, wodziła palcami po karku.

Podobnie zrobiła za pierwszym razem w jego dyrektorskim gabinecie. Potrzebował wtedy odprężenia, więc uległ. Sfinalizowali sprawę na biurku. Pośpiesznie, trochę gwałtownie. Nie podejrzewał siebie o taką spontaniczność ani upodobania.

Nie był jej pierwszym mężczyzną, ale w niczym mu to nie przeszkadzało. Później, przez kolejne tygodnie, ona ulegała jemu. Na biurku, krześle, przy ścianie lub w łóżku, bez zahamowań, bez miłości. Później oznajmiła, że chyba jest w ciąży. Zaproponował małżeństwo, jak się proponuje filiżankę herbaty po obiedzie. Krótko przed ślubem ciąża okazała się jakimiś zaburzeniami.

Nie chciał tego dziecka, więc nie żałował, jednak ożenił się z Charlotte. Głównie dla owych bezpruderyjnych zbliżeń. Później nie mogła zajść w ciążę, z czego był zadowolony. W Rzeszy, gdzie prokreacja, płodność i dzietność stanowiły teraz kwestię wagi państwowej, on uprawiał niepolityczny seks głównie dla przyjemności. Nawet w tej materii był odszczepieńcem.

W głębi duszy liczył, że znacznie młodsza żona zdoła, prócz ciała, ożywić także jego serce, ale tak się nie stało. W dodatku od kilku miesięcy intymna strefa życia stawała mu się coraz mniej potrzebna i zaczynała męczyć.

Teraz też nie uległ pieszczotom małżonki i odsunął ją delikatnie.

– Odłóżmy to do wieczora. – Uchylił głowę, gdy Charlotte lekko ugryzła go w ucho.

– Trzymam cię za słowo, mój drogi. – Wstała, poprawiła spódnicę. – Naprawdę musimy bardziej się postarać o dziecko. Ostatnio w przychodni lekarz patrzył na mnie podejrzliwie. Żebyśmy nie mieli z tego powodu nieprzyjemności.

– Postaram się sprostać zadaniu, a teraz bądź tak uprzejma i zostaw mnie samego. Muszę popracować.

– Jak sobie życzysz. – Ruszyła do drzwi, ale złapał ją za nadgarstek i zapytał:

– Skąd masz ten naszyjnik?

Wyglądała na zakłopotaną. Na szyi dostała czerwonych plam.

– Naszyjnik? – powtórzyła, wodząc palcami po perłach.

– Nie widziałem go u ciebie wcześniej, nie przypominam sobie, abym za niego płacił. Nie dawałem ci też większej sumy, a naszyjnik wygląda na kosztowny, więc?

– Wyobraź sobie, że kosztował grosze – zapewniła go z ręką na sercu. – Zobaczyłam go w lombardzie i nie mogłam się oprzeć, to była wyjątkowa okazja. Gniewasz się, że dałam się skusić?

– Nie. Po porostu chciałem wiedzieć. Wolę mieć kontrolę nad większymi wydatkami. A naszyjnik jest ładny.

– Cieszę się, że ci się podoba. – Charlotte przesłała mężowi całusa na palcu. – Przyniosę ci herbatę i zajrzę do Marie. Dziś znów dostała list od Klausa. Ponoć niedługo wraca.