Cordelia

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

KSIĘGA DRUGA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

KSIĘGA CZWARTA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: Cordelia

Redakcja: Ewa Kaniowska

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce: © Lee Avison / Trevillion Images

Korekta: Beata Wójcik, Agnieszka Al-Jawahiri

Copyright © 1949 by The Estate of Winston Graham

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-341-9


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Napis ciągle znajduje się na półce nad kominkiem, około sześćdziesięciu centymetrów nad paleniskiem, wyryty nożykiem albo dłutem: CORDELIA, 1869. Litery są proste, regularne i równe, z wyjątkiem nieco pochyłego A. Data jest krzywa, niestarannie wykonana, jakby pod koniec pracy wykonawca napisu zaczął się nudzić.

Zakurzony, stary dom przestał pełnić funkcję rezydencji, ale imię trwa w dawnej sypialni na piętrze, spłowiałe i pokryte brudem. Dwa dźwięki kamertonu ginące w ciemnych korytarzach przeszłości. „Cordelia, 1869”. Napis nie wydaje się dziełem dziecka. Więc czemu go wyrzeźbiono? Czy to dziewczęca psota, akt buntu, rozpaczliwy gest poprzedzający nadejście starości?

Pokój był kiedyś ładny, kwadratowy i wysoki, z garderobą i oknami wychodzącymi na południe. W jednym z nich w dalszym ciągu znajduje się sprawna żaluzja; na ścianach pokrytych łuszczącą się farbą zachowały się oryginalne mosiężne lampy gazowe. Drzwi i okiennice wykonano z klonu ptasie oczko, gzymsy ozdobiono sztukaterią, na środku sufitu widać elektryczny żyrandol bez kloszy.

Wyobraźmy sobie tę sypialnię umeblowaną według gustu epoki wiktoriańskiej, zajrzyjmy do środka przez jedno z szerokich okien przesuwanych do góry i popatrzmy na ludzi, którzy żyli, kochali się i rozmawiali w tym pomieszczeniu, wykonywali w nim codzienne, rutynowe czynności. Są do nas podobni, a jednak inni, stanowią ogniwa nieskończonego łańcucha. Widzimy ich jakby przez zwierciadło i niby w zagadce1. Jesteśmy świadomi głębokich różnic, które nas dzielą i zaciemniają obraz, ale nie mamy pewności, czy wina leży po ich stronie, czy częściowo po naszej.

Cóż, stary dom wiktoriański, który popadł w ruinę, i kobiece imię, symbol minionego czasu, osobowości, imię zachowujące godność i rezerwę wśród brzydoty i upokorzeń dzisiejszej epoki. Co wiemy o Cordelii? Czy wszystkie szczegóły jej prywatnego życia na zawsze uległy zapomnieniu? Niezupełnie; kiedy wyrzeźbiono jej imię, była młoda…

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Czternastego marca 1866 roku zmarła pierwsza żona Brooka Fergusona. Piątego kwietnia zaczął szukać następnej.

Gdyby pozostawiono go samemu sobie, mógłby latami trwać w bezczynności. Zastanawiałby się leniwie, co by się stało, gdyby spróbował poznać jakąś pannę, ogryzałby paznokcie, oddawał się marzeniom. Szybkim działaniom nie sprzyjało również kilka przeszkód: obawa przed negatywnymi komentarzami w razie skrócenia okresu żałoby, świeże, bolesne wspomnienia, gorycz, odrobina żalu. Tak, żalu, bo po sześciu latach małżeństwa męża i żonę łączą wspólne wspomnienia, więzy sympatii.

 

Nie pozostawiono go jednak samemu sobie.

– Brook – powiedział Frederick Ferguson w poniedziałek po kolacji, gdy pokojówki sprzątnęły ze stołu. Zostali sami, bo ciotka Letitia poszła na górę po robótkę, a stryj Pridey karmił ryjówki. – Brook, mam nadzieję, że nie będziesz wiecznie się zamartwiał śmiercią Margaret.

– Nie, ojcze, spróbuję to jakoś przeboleć – odparł Brook, stukając długimi chudymi palcami w oparcie fotela.

– Kiedy umarła twoja matka, na długi czas pogrążyłbym się w marazmie, ale znalazłem pocieszenie w religii – ciągnął pan Ferguson. – Dwadzieścia osiem lat wspólnego życia. Śmierć małżonki to największa tragedia, jaka może spotkać mężczyznę. Miałeś wtedy zaledwie dziewiętnaście lat i może nie zdawałeś sobie sprawy, co to wszystko znaczy…

– Och, doskonale sobie zdawałem! – odparł Brook, którego oczy zaszkliły się łzami. – Matka była wspaniała. Rozumiała mnie. Wiedziała, co czuję, o czym marzę…

– Dzięki Bogu w porę zdałem sobie sprawę, że nie wolno pogrążać się w żalu ani buntować się przeciwko woli Stwórcy – ciągnął Frederick Ferguson. – Byłem odpowiedzialny za żywych. Pojąłem, że kiedyś się z nią spotkam. Do tej chwili muszę żyć samotnie.

Brook wstał i wsunął ręce do kieszeni.

– Samotnie kroczyłem własną ścieżką – powiedział pan Ferguson i pochylił dystyngowaną głowę. Było to ładne zdanie. – Twój przypadek jest inny – dodał po chwili.

– O tak, w pewnym sensie – odparł Brook. – Wiem o tym, wiem. Lubiłem Margaret. Miała wady, ale…

– Jesteś młody – przerwał pan Ferguson, wydął wargi i popatrzył na chudą sylwetkę syna i jego obłe barki. – Ciągle masz przed sobą przyszłość. Możesz odczuwać żal, to zrozumiałe, ale żal nie powinien kłaść się ponurym cieniem na twoim życiu. Margaret byłaby temu przeciwna. Podobnie jak cała rodzina.

– Żałoba nie kładzie się cieniem na moim życiu – odrzekł Brook. – Nic takiego się nie dzieje. Czy nie jeżdżę codziennie do farbiarni, nie pracuję jak zwykle? – dodał niepewnie. – Myślę, że wszystko jest w porządku. – W końcu…

Zamierzał powiedzieć: „W końcu Margaret pochowano zaledwie dwa tygodnie temu, więc chyba znoszę to piekielnie dobrze”, ale jak zwykle w czasie podobnych rozmów zapadło milczenie.

Frederick Ferguson wstał.

– Kochany chłopcze, nigdy nie sugerowałem, że coś jest nie w porządku. Twój hart ducha jest godny podziwu i budzi mój głęboki szacunek. Mam jednak na względzie twoje dobro i powinieneś wiedzieć, że dlatego… – Ferguson czekał.

– Tak? – odezwał się Brook.

– Mam na względzie twoje dobro i dysponuję większym doświadczeniem, więc chciałbym udzielić ci rady. Jesteś wrażliwy i delikatny. Uznałem za konieczne porozmawiać z tobą na ten temat.

– Och, nie mam nic przeciwko temu – odparł udobruchany Brook.

Pan Ferguson podszedł do stolika, na którym stała karafka z porto, i napełnił dwa kieliszki.

– Jestem już stary, Brook. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.

– Och, jeszcze nie taki stary.

– Cóż, stary jak na aktywne życie, jakie prowadzę. W sześćdziesiątym czwartym roku życia nie znamy dnia ani godziny.

– Nigdy nie znamy dnia ani godziny – odparł Brook, myśląc o Margaret. Dzielił z nią łoże, ciągle pamiętał jej kroki, głos, nerwowe pokasływanie.

– Wiem, ale w moim wieku trzeba o tym pamiętać. Kiedy odejdę, odpowiedzialność spadnie na ciebie, Brook.

Przyniósł kieliszki z porto i spojrzał w łagodne, zamyślone, brązowe oczy syna. Brook się odwrócił, unikając wzroku ojca.

– Tylko pewna część odpowiedzialności.

– Większość. Kierowanie farbiarnią, zyski, dalsze istnienie fabryki. I inne interesy rodziny. Utrzymanie tego pięknego domu. Dobro twojej ciotki i stryja, jeśli mnie przeżyją. Wiele spraw. Miałem nadzieję, że wesprze cię Margaret.

– Jakoś dam sobie radę.

– Nie chcę, żebyś „jakoś dawał sobie radę”. Chcę mieć pewność, że twoja przyszłość jest zapewniona, podobnie jak przyszłość mojej spuścizny. Powinieneś stać na własnych nogach. Jak wiesz, jeden aspekt twojego małżeństwa z Margaret był dla mnie rozczarowaniem…

Porto sprawiło, że Brook czuł ciepło rozchodzące się w ciele. Wino niosło pociechę, pozwalało zapomnieć o wątpliwościach i wahaniach, klęskach i upokorzeniach.

– Wiem. Nie tylko ty byłeś rozczarowany, my także.

Pan Ferguson podszedł z kieliszkiem do dużego okna. Nie zaciągnięto zasłon i światło lamp gazowych padało na pożółkłą murawę i wilgotne liście wawrzynów i rododendronów.

– Lubiłem i podziwiałem Margaret – powiedział i strzepnął z kamizelki kilka okruszków. Po mistrzowsku posługiwał się niedomówieniami. – Jako prawdziwa dama nadała naszemu domowi światowy szyk, którego wcześniej nie było. Po co udawać? Jesteśmy wykształconymi, inteligentnymi ludźmi, ale nie pochodzimy z dobrej rodziny, nie mamy koneksji. Z czasem to się zmieni. Szanują nas wszyscy, o których warto zabiegać. – Odwrócił się i spojrzał w poważne oczy syna. – Kiedy po raz pierwszy zauważyłem twoje zainteresowanie Margaret, uznałem to małżeństwo za wspaniały pomysł. Stara rodzina z Cheshire z koneksjami wśród ziemiaństwa. Myślałem, że twój syn…

– Jej brat zachował się kiedyś piekielnie ordynarnie – powiedział Brook. – Wygłaszał szydercze uwagi i sugerował… Och, sam doskonale wiesz, co sugerował.

– Nie powinieneś się przejmować Danem. Rozpije się i skończy w przytułku dla ubogich. Gdyby był normalnym człowiekiem, można by oczekiwać od niego trochę wdzięczności… Nie zwracaj na niego uwagi, Brook; zapomni o swoich pretensjach, gdy zacznie się sezon wyścigów konnych.

– Nawet matka Margaret mówiła, że jej córka jest u nas nieszczęśliwa. Kłóciłeś się czasem z moją żoną, ale matka Margaret miała na myśli coś głębszego i sugerowała…

– Trudno się spodziewać, by przyznali, że Margaret zawsze była chorowita, że w ogóle nie powinna wychodzić za mąż, prawda? Myślę, że za dziesięć lat Maud czeka to samo.

Brook rozejrzał się po dużej, ponurej jadalni. Widział swoje odbicie w zwierciadle nad kominkiem, stojącym na masywnej półce z rzeźbionego mahoniu; rama lustra była pokryta aksamitem. Widział fotel Margaret i przez chwilę wyobrażał ją sobie z włosami zaczesanymi do tyłu, czarnymi oczami i miękkimi, wilgotnymi dłońmi.

– Nie zdziwiłbym się, gdyby Massingtonowie w ogóle przestali nas teraz odwiedzać – powiedział. – Te wszystkie nieprzyjemności… – Zaczął ogryzać paznokcie. – W głębi duszy to snobi.

– Cóż, dajmy im spokój. Tak będzie lepiej. Kiedy znowu się ożenisz, nie będzie ci zależało na wizytach Massingtonów.

– Kiedy znowu się ożenię… – powtórzył Brook, zaskoczony pomysłem ojca, i zaśmiał się nerwowo. – Jeśli w ogóle się ożenię.

Frederick Ferguson odwrócił się od okna.

– Chciałbym, żebyś się znowu ożenił, Brook. I to wkrótce.

– Dlaczego? – Porto dodawało odwagi, uspokajało.

– Wyjaśniłem ci przyczyny.

– Och, może kiedyś to zrobię. Nie ma pośpiechu.

– Powinno to być dla ciebie zupełnie oczywiste. Myślę, że powinieneś znowu się ożenić.

– Nie znam żadnych panien.

– Trudno tego oczekiwać. Ale mnóstwo dziewcząt chętnie za ciebie wyjdzie, jeśli będą miały okazję.

– Tak sądzisz? – spytał z nagłym zainteresowaniem Brook.

– Oczywiście. Która panna nie przyjmie pieniędzy, pozycji i miłego, wyrozumiałego męża? Czasem może nawet zbyt wyrozumiałego.

Było to echo dawnych konfliktów, ale Brook puścił słowa ojca mimo uszu.

– Może, nie wiem.

– Nie ma żadnego może, drogi chłopcze. Możesz wybrać, kogo chcesz, i mam nadzieję, że to zrobisz.

Tego wieczoru nie powiedziano nic więcej, ale ziarno zostało zasiane. W Wielką Niedzielę pan Ferguson nie miał żadnych zajęć – sytuacja rzadka i trudna do zniesienia – i wrócił do tematu, ponieważ miał potrzebę wypełnienia każdej mijającej godziny. Jego energia pozwoliła mu podwoić majątek w ciągu dziesięciu lat, a pragnienie postępu uczyniło go jednym z czołowych liberałów miasta.

W salonie zebrała się cała rodzina. Brook grał nokturny Johna Fielda, ciotka Letitia apatycznie drzemała nad robótką, a stryj Pridey przeglądał notatki zrobione rano. W południe wszyscy zjedli obfity świąteczny posiłek, więc teraz czuli się rozleniwieni, z wyjątkiem Fredericka Fergusona, który zjadł najwięcej, lecz w jego przypadku potrawy zdawały się przekształcać w niewyczerpaną energię, a dopiero potem w tłuszcz.

Przez kilka minut stał obok pianina, patrząc na palce Brooka uderzające w klawisze. Zupełnie nie znał się na muzyce, ale miał wrażenie, że Brook gra na pianinie tak samo, jak robi inne rzeczy – z niewystarczającym zapałem. Nie było to niedociągnięcie techniczne, tylko cecha charakteru.

Kiedy utwór dobiegł końca, Ferguson spytał:

– Zastanawiałeś się nad tym, o czym rozmawialiśmy?

Brook rozejrzał się z zażenowaniem po salonie. Zerknął na stryja i ciotkę.

– Niespecjalnie, ojcze.

– Myślę, że powinieneś. To ważne dla twojego szczęścia, a także mojego, choć niebezpośrednio.

Brook ponuro przeglądał nuty.

– Z pewnością nie ma pośpiechu.

– Można zaczekać z konkretnymi decyzjami, ale warto się nad tym zastanowić. To krok wymagający starannego namysłu.

– Nie wiem, nad czym się zastanawiać, skoro nie ma żadnej kandydatki.

– Nie znasz żadnych młodych kobiet?

Ojciec doskonale wiedział, kogo zna Brook. Czy zamierzał wymienić nieliczne panny, które odwiedzały Grove Hall, albo siostry dżentelmenów spotykanych przez syna w Athenaeum? A może ubogie dziewczęta w chodakach i chustkach widywane codziennie rano w farbiarni?

Ciotka Letitia oszczędziła Brookowi konieczności odpowiadania na pytanie ojca. Uniosła wzrok i rzekła:

– Ach, Fredericku, pozwól chłopcu grać. Nie przeszkadzaj mu. Muzyka koi mi nerwy.

Ferguson jak zwykle zignorował siostrę. Już dawno odkrył, że rozmowy z nią to strata czasu.

– W środę wieczorem chór kościoła Świętego Jakuba wykona Mesjasza Händla – powiedział. – Przyjdziesz, Brook?

– O tak. Chyba tak. – Margaret pochowano w Alderley. Nie było żadnych przeszkód, by odwiedzić kościół Świętego Jakuba.

– Ja nie mam ochoty – powiedział stryj Pridey, kręcąc głową. – Ich tenorzy mają metaliczne głosy, a kontralty muczą jak krowy. To utwór dla zawodowych śpiewaków.

– Chór wystąpi w powiększonym składzie – rzekł Frederick, częściowo do Prideya, ale przede wszystkim do Brooka.

– Nie wiedziałem, że interesujesz się muzyką, Fredericku. Przyjdź na nasz następny koncert i posłuchaj Karla Hallégo. Przekonasz się, czym naprawdę jest muzyka.

– Podejdź ze mną do drzwi, Brook.

Młody człowiek wstał. Przeszli do sieni, w której stało za wiele mebli.

– W środę przyjrzyj się chórowi – powiedział pan Ferguson. – Powinniśmy go widzieć z naszego miejsca. Rodzina z dwiema albo trzema córkami. To tylko pomysł, który mi przyszedł do głowy. Naturalnie nic więcej.

Brook wybałuszył oczy. Instynktownie nie miał ochoty skorzystać z propozycji. Wydawało się to niestosowne w okresie żałoby, a uchylanie się od działania było jego wrodzoną lub nabytą cechą.

– Czy ich znam? – spytał w końcu.

– Nie na gruncie towarzyskim. Mogłeś ich spotkać w kościele.

– Jak się nazywają?

– Zdaje się Blake. To liczna rodzina.

– Nie, nie słyszałem tego nazwiska – odpowiedział z ulgą, jakby była to dodatkowa przeszkoda. – Dokąd idziesz?

– Po prostu na spacer. Ty też powinieneś się przejść. Gdybyś więcej się ruszał, zamiast siedzieć przy kominku, byłbyś zdrowszy.

– Pogoda nie jest zbyt dobra.

– Ich ojciec ma warsztat zegarmistrzowski i jubilerski przy Oxford Road.

– Warsztat? – spytał zaskoczony Brook, zapominając o ponurym nastoju. – To duża zmiana w porównaniu z Massingtonami z Alderley Edge, nie sądzisz? Chcę powiedzieć…

– Nie bierz tego zbyt poważnie, drogi chłopcze. To tylko luźna sugestia. Pani Blake jest dość znośnie wykształcona. Myślę, że wyszła za mąż za człowieka z niższej sfery.

Brook włożył ręce do kieszeni.

– A ja? Żeniąc się z jej córką, również poślubiłbym pannę z niższej sfery, prawda?

 

– Cóż, rozmawialiśmy już o tym: czy twoje małżeństwo z panną z wyższych sfer okazało się udane? Sam powinieneś sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nie przywrócimy Margaret do życia, ale czy chcielibyśmy mieć w domu następną chorowitą kobietę? Nie potrzebujemy pieniędzy, wiesz o tym. Musisz dokonać mądrego wyboru, kierując się wyłącznie walorami kandydatki na żonę. – Frederick Ferguson poklepał syna po ramieniu. – To tylko luźna sugestia. Jeśli panny Blake nie przypadną ci do gustu, bez wahania o nich zapomnij.

Otworzył drzwi i wyszedł, po czym ruszył aleją Grove w stronę domu swojego przyjaciela Slaneya-Smitha. Chociaż nie chodził do kościoła, dobrze znał historię rodziny Blake’ów.

Rozdział drugi

Kiedy Brook i jego ojciec weszli do kościoła parafialnego pod wezwaniem Świętego Jakuba, znajdował się w nim tłum ludzi. Byli jedynymi reprezentantami rodziny Fergusonów, ponieważ Pridey uparł się, że nie pójdzie, a ciotkę Letitię odwiedziono od tego zamiaru. Frederick Ferguson zapewniał siostrze wygodne życie, ale nie lubił być widywany w jej towarzystwie. Filantropia ma swoje granice.

Szli nawą ubrani w czarne fraki, trzymając w rękach lśniące cylindry z jedwabiu z szerokimi opaskami żałobnymi z czarnej krepy. Brook miał metr siedemdziesiąt wzrostu i ważył sześćdziesiąt jeden kilogramów, a Frederick mierzył sto osiemdziesiąt pięć centymetrów i ważył prawie sto dziesięć kilogramów. Kiedy kroczyli przez kościół, ludzie zaczęli szeptać, a jakiś żartowniś mruknął: „Nabożeństwo może wreszcie się zacząć. Przybyli Fergusonowie”.

Kościół był ozdobiony kwiatami na Wielkanoc i członkowie chóru usiedli między żonkilami, pierwiosnkami i kawałkami zielonego mchu przyniesionymi w poprzednią sobotę przez zaaferowane panny. Chór był męski, ale w szczególne dni uzupełniano go dwoma rzędami młodych kobiet i dziewcząt. Z miejsca Fergusonów – ławki rodzinnej zakupionej przez Fredericka – kobiety były dobrze widoczne. Stały ze spuszczonymi oczami, ściskając nuty, ładne, poważne, ubrane w czepki.

Brook nie miał ochoty przychodzić do kościoła. Obok niego sapał w ławce ojciec; kiedy pan Ferguson siadał w miejscu publicznym, później przez jakiś czas przypominał kipiący imbryk pełen wrzątku, jakby rozpierająca go energia stopniowo się uspokajała. Brook popatrzył na chór. Ożenił się w wieku dwudziestu jeden lat i przed Margaret nie znał dobrze żadnej dziewczyny. Margaret była dla niego kimś szczególnym. Z czasem przestał ją traktować jak kobietę – stała się żoną, dziwnym fenomenem, odrębnym i mającym własne cechy. Pozostałe przedstawicielki płci pięknej w dalszym ciągu wydawały się niedostępne i tajemnicze.

Gdyby znowu się ożenił, wszystko zaczęłoby się od początku. Pojawiłyby się nowe trudności i problemy. Ta perspektywa zniechęciłaby go do ponownego małżeństwa, gdyby nie druga strona medalu. Dobrze się czuł w towarzystwie kobiet: lubił z nimi rozmawiać – przynajmniej z niektórymi – bardziej niż z mężczyznami. Czasami myślał z rozmarzeniem, że mógłby odnaleźć w drugiej żonie współczucie, delikatność i zrozumienie, których brakowało Margaret.

Zaczęło się oratorium. Dwaj zaproszeni soliści mieli piękne głosy i Brook pomyślał, że nawet stryj Pridey musiałby zmienić zdanie i przyznać, że wykonanie jest dobre.

Muzyka głęboko oddziaływała na Brooka. Pod jej wpływem przeżywał cudowne sny na jawie, bogate, niezwykłe i przyjemne.

Przypomniał sobie ślub z Margaret zawarty w tym kościele. Wyglądała nieco blado w sukni w kolorze kwiatu pomarańczy. Tłumy gości ze zdawkowymi uśmiechami na twarzach, spotkanie dwóch światów: ziemiaństwa i przemysłowców. Dan, wysoki, chudy i cyniczny, oraz matka Margaret bez końca opowiadająca ochrypłym głosem o dawnych czasach. Miesiąc miodowy w Filey, spacery wzdłuż klifów, zmęczenie, niepokój i stracone złudzenia. Ale zdarzały się krótkie chwile szczęścia, serdeczne gesty; oboje przywykli do siebie.

Później, niesiony tonami muzyki, wyobraził sobie wspaniałą przyszłość, gdy zacznie się zalecać do ślicznej młodej panny, oczarowanej jego urodą, manierami i inteligencją, znacznie pewniejszy siebie niż w życiu.

Frederick trącił go w ramię.

– W pierwszym rzędzie stoją trzy panny Blake. Obok wysokiej kobiety w okularach.

Brook oblał się rumieńcem, jakby szept ojca był słyszalny w całym kościele.

Miłe dziewczęta o świeżym wyglądzie w słomianych kapeluszach z szerokimi rondami, śpiewające czystymi głosami. Jedna ciemnowłosa, druga jasnowłosa, a trzecia niższa, młodsza od dwóch pozostałych. Zerknął na ojca, ale pan Ferguson bacznie obserwował solistę, jakby tylko on go interesował. Brook był jedyną osobą w kościele, która wiedziała, że ojciec zawsze ma taki wyraz twarzy – wydawał się skupiony niezależnie od tego, czym się w danej chwili zajmował.

Brook popatrzył na profil drugiej dziewczyny, blondynki o włosach koloru zboża. Miała śliczną świeżą cerę i zamyślony, uduchowiony wyraz twarzy, istna madonna. (W istocie rzeczy myślała o swoim nowym słomkowym kapeluszu). Przez chwilę spoglądał na nią zafascynowany, mrużąc oczy, by lepiej ją widzieć. Wyobrażał sobie, że odróżnia jej głos od innych.

Po zakończeniu oratorium uczestnicy koncertu stali grupkami przed kościołem: gawędzili, plotkowali, unosili cylindry i gładzili się po brodach. Był ciepły, pogodny wieczór; nad milczącymi nagrobkami szumiały w półmroku buki.

Brook i pan Ferguson czekali, aż Tomkins przyjedzie krytym powozem. Nagle między synem a ojcem doszło do krótkiej, gniewnej sprzeczki. Szeptali przez chwilę, po czym Brook skapitulował i pan Ferguson zaprowadził go po trawie do grupki stojącej w cieniu wieży. Grupka składała się z pięciu osób. Brook trzymał się nieco z tyłu.

– Dobry wieczór, pani Blake! – powiedział pan Ferguson. – Piękny występ, naprawdę. Powinniśmy być dumni z naszego starego kościoła i jego chóru.

Pani Blake się odwróciła.

– Ach, panie Ferguson, to bardzo miło z pana strony! Cóż, wszyscy się staraliśmy, a teraz czekamy, by Teddy zdjął komżę. Tak, myślę, że występ się udał.

Przypominała wielką pszczołę w jesienne popołudnie, brzęczącą, obładowaną miodem. W cieniu stała trójka dziewcząt i jeszcze jedna starsza kobieta. Ich jasne sylwetki odcinały się od szarego muru kościoła; widać było lśniące oczy i zęby. Przedstawiono wszystkich obecnych, a pan Ferguson skinął na syna, by się zbliżył. Starsza kobieta, ciotka, pani Higginbottom. „Miło mi panią poznać”. Potem dziewczęta. Wyszły nagle z półmroku, na zawsze tracąc anonimowość.

– To Esther Jane, moja najstarsza córka. A to Cordelia. I Emma. Emma niedawno zaczęła śpiewać w chórze; skończyła dopiero siedemnaście lat.

Pani Blake mówiła, wyjaśniała coś, czego nie dawało się wytłumaczyć. Jak to możliwe, że ta gruba kobieta, gadatliwa, zwyczajna, z kosmykami włosów opadającymi na twarz, wydała na świat trzy wesołe istoty o gładkiej cerze, tak różne, tak młode, tak nieosiągalne.

Szybkie zerknięcie ciemnych oczu i zadarty nosek – Brook właśnie tak zapamiętał Esther Jane tego wieczoru. Kiedy dotknął jej dłoni, poczuł, że spociła mu się ręka. Zdołał wykrztusić: „Bardzo mi miło”, a potem zobaczył Cordelię. To właśnie ją obserwował w kościele. Była zupełnie inna: miała pełną buzię, ciągle trochę zamyśloną, uroczą i poważną, od której miękło serce. Opadające na ramiona jasne warkocze Emmy przypominały złote łańcuchy, a gruba pani Higginbottom pachniała kamforą i próbowała opowiadać o chórze kościoła Świętej Anny, gdzie zwykle chodziła. Później z drzwi zakrystii wyszedł wysoki, niezgrabny młodzian, którego przedstawiono jako Teddy’ego.

– Śpiewa pan, panie Ferguson?

– Nie, obawiam się, że nie… – odpowiedział Brook. – Eee… gram na pianinie. – Ojciec ma niewiarygodne pomysły, pomyślał. Esther Jane jest zbyt żywiołowa, Cordelia zbyt piękna, Emma zbyt młoda. Jeśli już, najlepsza byłaby młodziutka Emma. Ale siostry wydają się nikogo nie potrzebować. Nawet jeśli myślą o małżeństwie, to z kimś młodszym, nie tak nerwowym i delikatnym jak ja, z kimś, kto mógłby śmiać się z nimi i żartować, mówiłby ich językiem.

– Większość moich sióstr trochę gra, ale ja nie umiem – rzekł Teddy. – Śpiewam: to prostsze. Problem polega na tym, że jest ich zbyt wiele do gry na jednym pianinie. Ma pan siostry?

– Nie, miałem dwóch braci, ale zmarli, gdy byłem niemowlęciem.

– Ach, to przykre. Nas też to spotkało. Czy to panów kareta koło bramy?

– Tak.

– Klacz wydaje się żwawa. Myślę, że potrafi szybko kłusować, jeśli ciężar nie jest zbyt wielki.

– Tak. O tak, rzeczywiście.

Teddy zerknął z ciekawością na Brooka.

– Często jeździ pan konno, panie Ferguson?

– Mam konia i czasem wybieram się na krótkie przejażdżki. – Najpierw galopował na nim Tomkins, żeby zwierzę trochę się zmęczyło.

Teddy odniósł wrażenie, że młody człowiek jest dziwakiem. Był bogaty i prawdopodobnie miał wszystko, czego dusza zapragnie, ale nie wydawał się zadowolony z życia. Matka strasznie mu się podlizuje, pomyślał.

– Muszą państwo nas odwiedzić któregoś wieczoru, gdy będzie ładna pogoda – powiedział pan Ferguson. Jego głos świadczył o pewności siebie, podobnie jak spojrzenie jasnobłękitnych oczu. – Proszę wziąć ze sobą tego młodego człowieka i córki, pani Blake.

– Och, dziękuję. Byłoby nam bardzo miło, prawda? Z przyjemnością państwa odwiedzimy, panie Ferguson. Często mijam bramę państwa rezydencji w drodze do siostry i wiosną zawsze się zatrzymuję, by podziwiać bzy i złotokap. Chyba wkrótce zakwitnie?

– Owszem, niedługo. – Ferguson doskonale zdawał sobie sprawę, że zaproszenie do Grove Hall to zaszczyt dla Blake’ów, więc zrozumiał aluzję. – Cóż, myślę, że musimy już jechać. Odwiedzimy któregoś dnia pani męża, pani Blake.

– Serdecznie zapraszamy. Opowiem mu o naszej rozmowie. Jestem pewna, że będzie żałował, że nie przyszedł do kościoła. Często o państwu wspomina.

Pożegnali się. Brook wymienił uścisk dłoni z Teddym, który wydał mu się dość sympatyczny, po czym skłonił się damom i ruszył za ojcem żwirowaną ścieżką biegnącą wśród nagrobków. Uniósł ze sobą wspomnienie łagodnych głosów, gładkich policzków i niepokojącej, tajemniczej kobiecości. Czy chciał przejść przez mur? Złodziej włamujący się do dziwnego ogrodu.

Tomkins czekał z dłonią na otwartych drzwiczkach karety. Uniósł rękę do czapki, zamknął drzwiczki i wskoczył na kozioł. Odjechali.

– Ciotka jest dość pospolita – powiedział pan Ferguson. – Już wcześniej miałem takie wrażenie.

Kareta podskakiwała i kołysała się na nierównej wiejskiej drodze.

– Szkoda, że tego nie naprawią – zauważył Brook. – Mogliby choćby zasypać dziury żużlem.

– Muszę poznać ojca. Podobno to przyzwoity człowiek. Bardzo kocha rodzinę. Co sądzisz o pannach?

– Prawie ich nie widziałem.

Tęgi pan Ferguson poruszył się ze zniecierpliwieniem.

– Naturalnie nie mogłeś ich poznać w ciągu dziesięciu minut. Ale przypuszczam, że masz jakieś spostrzeżenia?

– Wydawały się… bardzo miłe. Eee… Dlaczego tak się interesujesz tą rodziną, ojcze?

– To ty powinieneś się nią zainteresować – odparł pan Ferguson i sapnął z irytacją. – Myślę, że te dziewczęta należą do odpowiedniego gatunku: młode, zdrowe, dość dobrze wychowane. Uzyskałem pozytywne informacje na ich temat.

– Od kogo?

– Jest mało prawdopodobne, że wygłaszałyby absurdalne opinie, a potem się przy nich upierały, jak to czasem robiła Margaret. Blake’owie nie mają koneksji i nie są bogaci, ale myślę, że jedna z tych panien mogłaby być odpowiednią kandydatką na żonę i matkę twoich dzieci. – Otworzył okno karety. – W kościele było dziś wieczorem bardzo duszno. Jeśli poznasz je trochę lepiej i nie będą ci się podobać, można z nich zrezygnować. Zresztą uważam, że nawet rozważając ich kandydaturę, powinieneś poznawać również inne panny.

Kareta przejechała przez główną ulicę i Tomkins zaciął klacz batem, by przyśpieszyła kroku. Dotarli do zalesionych, cienistych przedmieść. Wieczór był parny i ciepły. Brook odetchnął głęboko. Ach, cóż, to po prostu pomysł ojca. Sprawa jest na tak wczesnym etapie, że nie ma się czym przejmować. (Dobrze pamiętał poprzednie pomysły ojca i starał się nie myśleć o tym, jak często udawało mu się je realizować, a on sam znajdował się przez to w sytuacjach, z których nie było rozsądnego wyjścia). Usiłował zapomnieć o słowach ojca, cieszyć się jazdą, przypomnieć sobie piękne tony Mesjasza. Jak zwykle odwrócił się od rzeczywistości, znalazł azyl i pociechę w marzeniach. Wyobrażał sobie, że komponuje równie piękne oratoria jak Händel, że śpiewają je wielkie chóry w miejskiej sali koncertowej. Odpowiadał ojcu z coraz większym roztargnieniem.