Bez skrupułówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bez skrupułów
Bez skrupułów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Bez skrupułów
Bez skrupułów
Audiobook
Czyta Agnieszka Bomba
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wilhelmina Skulska

Bez skrupułów

Saga

Bez skrupułów

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1979, 2021 Wilhelmina Skulska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726883138

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

„Sprawa Bielaja”. Historia zbrodni i zbrodniarza. Biografia człowieka, któremu nie wystarczyło jedno nazwisko. Popełniał bowiem zło za dwoje, zarówno kiedy rozpoczynał życie młodzieńcze po ukończeniu technikum jako Iwan Ślezko, czy kiedy w wieku męskim, gdy działał pod przybranym nazwiskiem Zygmunta Bielaja, a był już ojcem rodziny. Zarówno w jednej jak i w drugiej kreacji stanowił osobowość wyzbytą wszelkich uczuć, które nazywamy wyższymi, prowadził życie złoczyńcy, popełniając przestępstwa z zimną krwią, bez skrupułów.

Spróbowałam zrelacjonować „sprawę Bielaja” opierając się wyłącznie na faktach, dokumentach, nie adiustowanych protokółach i oświadczeniach świadków. Występujący w tej sprawie używają własnych nazwisk, z wyjątkiem kilku osób oznaczonych gwiazdkami. Los wplątał ich przypadkowo a nieszczęśliwie w życie przestępcy i trzeba, żeby o tych epizodach swojego życia jak najszybciej zapomnieli. Prawdę o Bielaju zna tylko on sam. I wątpię, by kiedykolwiek i komukolwiek ją zdradził!…

Wszedł w asyście wywiadowcy. Wyglądał znakomicie. Jak by nie było, odsiedział już pięć łat. Przed nim wiele jeszcze tysięcy więziennych wieczorów.

Przedstawiłam się. Okazałam dziennikarską legitymację. Uprzedzono mnie, że jest nieufny, wietrzy w każdym słowie podstęp, zasadzkę. Długo przed tym spotkaniem zastanawiałam się, od czego zacząć, co mu powiedzieć? Z góry należało przewidzieć, że ten człowiek nie udzieli mi żadnych wyjaśnień.

Pozostaliśmy sami w normalnym, biurowym pokoju. Nie dzieliła nas krata. Usiadł naprzeciw mnie. Pierwsza przerwałam milczenie:

— Piszę książkę o porwaniu i zabójstwie dr Stefanii Kamińskiej. Czy mogłabym panu, podejrzanemu o dokonanie tego czynu, zadać kilka pytań?

— Nie! — Odpowiedział grzecznie, ale stanowczo. — Książkę, być może, ja sam napiszę. Jesteśmy przecież z jednego fachu.

Czy w tej sytuacji, kiedy miałam nad nim przewagę wolnego człowieka, mogłam zaprzeczyć? Powiedzieć, że jest z zawodu mordercą?…

I

Mam nacisnąć guzik trzeci i piąty, a otworzą się przede mną wrota wtajemniczenia. Za drzwiami, w jednym z pokoi będzie czekał kapitan Jerzy Kulczycki, który niedawno zakończył wznowione na skutek wyroku Sądu Najwyższego śledztwo przeciwko Zygmuntowi Bielajowi vel Iwanowi Ślezce. Najwyższa hierarchia Temidy w swoim zwiększonym składzie uchyliła poprzednie orzeczenia w punkcie oskarżenia o zabójstwo. Stwierdziła nadto pewne uchybienia na etapie śledztwa. A więc trzeba zacząć od początku, od punktu startu!

Piszę te słowa w grudniu 1977 roku. Od przyszłej, a którejś tam z kolei, rozprawy sądowej dzieli mnie kilka miesięcy. Odbędzie się, jak słuchy chodzą — w Płocku, w mieście, gdzie stało się zło.

Bielajowi odmówiono prawa noszenia „przywłaszczonego” nazwiska. Jest znowu, jak trzydzieści cztery lata temu, Iwanem Ślezko. Jego rodzina, matka i bracia, dawno wyrzuciła go poza obręb pamięci. Tyle lat nie dawał znaku życia. Mało to Judzi ginęło na tej strasznej wojnie? Żona i córki — demonstrujące swoją solidarność z ojcem i mężem na poprzednich rozprawach — wyrzekają go się; tak przynajmniej wynika z ich wypowiedzi. Samotny stanie przed sądem, by wysłuchać przemówienia prokuratora, który obciąży go śmiertelnym grzechem zabójstwa dr Stefanii Kamińskiej.

Z porannej rozmowy telefonicznej dowiedziałam się, że prokurator Józef Gurgul pisze ostatnie strony aktu oskarżenia. Życzył sobie, ażeby obiecany mi przewodnik po zawiłościach płockiego dramatu, kapitan Jerzy Kulczycki, jak najszybciej zjawił się w Generalnej Prokuraturze. Ciągły pośpiech, który jest mi nie na rękę. Liczyłam na dłuższą rozmowę.

Kapitana Kulczyckiego widzę dziś po raz pierwszy. Nie obeszło się bez tego, żebym nie zasięgnęła o nim własnego wywiadu. Wiem, że pochodzi z Kielc. Tam rozpoczynał z bardzo skromnego startu karierę w służbie kryminalnej. Przechodził kolejne szczeble, praktykę, a kiedy stwierdził, że nie obejdzie się bez wyższych studiów — pokonał i tę barierę. Musiał się widać popisać w terenie, skoro ściągnęli go do Komendy Głównej. Otrzymał teraz zadanie konkursowe: Wyprowadzić na czyste wody śledztwo w sprawie Ślezki. Na oko czterdziestolatek, silny, krępy, małomówny — człowiek, który umie walczyć. Ma trudnego przeciwnika. Mówi się, że Bielaj — wciąż myśląc o nim używam nazwiska, którym posługiwał się większą część swojego życia — spowodował zawał serca u przesłuchującego go inspektora. Jeżeli jest w tym nawet trochę przesady, musiał im dobrze zaleźć za skórę. Czyżby teraz udało się go „rozkuć”, namówić do „spowiedzi”?

Mnożą się pytania dla mojego dzisiejszego rozmówcy. Czy okaże reporterowi coś więcej aniżeli urzędowo konwencjonalną grzeczność? Kapitan Kulczycki wie zapewne i o mnie co nieco. Może się nawet w przyszłości zaprzyjaźnimy? Zależy mi na zgromadzeniu maksymalnej ilości informacji. Jestem u jej źródła. Czy jednak punkt widzenia strony oskarżającej może być dostatecznie obiektywry? Jego ambicja i interes, także własny, nakazuje n udowodnienie winy. Mnie zaś potrzebna jest beznamiętna, obiektywna dokumentacja, która posłuży dla zrealizowania jednej z najciekawszych spraw naszego trzydziestolecia. Według wielu kryminologów, a także prawników — najciekawszej! Gratka dla dziennikarza. Trzeba będzie samej poszperać w aktach, wrócić do wyjaśnień świadków. Inspektorzy dochodzeniowi robili filmy, odtwarzali przebieg kolejnych konfrontacji na taśmach magnetofonów. Każda czynność pozostawiła jakiś ślad w aktach milicyjnych, sądowych. Dokumenty należałoby wzbogacić wrażeniami z bezpośrednich kontaktów z ludźmi ze środowiska, w którym żył Bielaj, z jego rodziną. Może pokusić się o rozmowę z oskarżonym? Więzienie na Białołęce niedaleko, pół godziny drogi od warszawskiej rogatki. Czy dostanę zezwolenie na rozmowę w więziennej celi? Przed ostatecznym wyrokiem? Sprawa wątpliwa, ale próbować należy.

— Zostawiam pani redaktor pierwsze dwa tomy akt — powiedział Kulczycki. — Biurko, maszyna do pisania. Kolega przyniesie herbatę parzoną po „męsku”. Kiedyś bywała kawa… — Już przy drzwiach, zapinając przydługie paletko model „Wars”, odwrócił się i powiedział:

— Jak tu nie wierzyć w przypadki? Gdyby Ślezce nie nawalił samochód, nie wyszedłby z warsztatu wprost na ulicę Tumską. Nie wychodząc zaś na Tumską, nie miałby sposobności spostrzec dwóch tabliczek lekarskich, jednej nad drugą, które pozwalały się domyślać prywatnej praktyki małżeńskiej pary medyków. Perspektywa zdobycia ciepłych pieniędzy. Lekarze na prowincji mają się znacznie lepiej aniżeli ich stołeczni koledzy po fachu.

— Gdyby? Gdybyście nie wylądowali helikopterem wprost przed oknami Bielaja! Gdyby nie popełniono błędów w pierwszej fazie dochodzenia… — wyszukiwałam dalsze „przypadki”.

— Z tym helikopterem nic nie mamy sobie do wyrzucenia — powiedział kapitan. — Bywają złośliwe przypadki. U nas może częściej, albo tyle samo, ile trafia się ludziom w codziennym życiu. Błędy popełnione w dochodzeniu, a były takie, wyjdą zawsze na rozprawie Sądowej. Wyłapie je adwokat, dostrzeże ławnik. Jak z marynarką niechlujnie zszytą, Popruje się przy pierwszym noszeniu. Porozmawiamy w swoim czasie o błędach, jak pani zakończy lekturę akt. Trzydzieści cztery tomy! Dziewiętnaście do czasu, kiedy udało nam się zmienić kierunek śledztwa, przyjąć — wierzę w to — właściwą wersję. Czy pani wie, co mi powiedział pułkownik Dereń, kiedy przekazał mi sprawę Ślezki? Do tego czasu nic o niej nie wiedziałem. Tyle co z biuletynów Komendy. Może mi ją właśnie dlatego powierzył? Nakazał: — Czytaj raz, drugi. Szukaj błędów! — Bo nikt nie miał wątpliwości, że Iwan Ślezko zamordował tę lekarkę z Płocka. — Kulczycki nie podniósł słuchawki, choć telefon chrapliwie sygnalizował niecierpliwość prokuratora Gurgula. — Życzę dobrej lektury — powiedział na pożegnanie i zamknął za sobą drzwi.

Stary protokół milicyjny pozwala mi wrócić do wydarzeń w Płocku. Jest dzień 5 czerwca. Rok 1970. Przytulne mieszkanie doktorostwa Kamińskich. Godziny popołudniowe. Zazwyczaj o tej porze poczekalnia zapełnia się małymi pacjentami, którzy kręcą się niecierpliwie na ławie ustawionej pod ścianą. Rodzice, wbrew zasadom wychowawczym, straszą maluchy: — Pani doktór zobaczy, dostaniesz zastrzyk! — Tego dnia było raczej pustawo. Dwie czy trzy pacjentki czekały na lekarkę, która mimo swoich przeszło sześćdziesięciu lat obsługiwała przychodnię, poradnię i znajdowała czas na prywatną praktykę. Jej mąż, prawie dziesięć lat starszy, nie odznaczał się równą żonie energią, żywotnością. Stefania rządziła domem i pieniędzmi.

Stanowili: w oczach mieszkańców Płocka dobrane małżeństwo. Żona dbała o swego męża, była dla niego jedyną szansą spokojnego przebycia ostatniego etapu życia, nim zapadnie wieczysta ciemność. Kazimierz Kamiński bał się tych ostatnich lat. Mniej go straszyły, kiedy wracała do domu Stefania.

 

Tego dnia — była godzina, jak wspomniałam, popołudniowa — zapukał do drzwi mężczyzna i powiedział, że pani doktor przyrzekła mu wizytę u jego chorego dziecka. Kamiński zajrzał do gabinetu żony. Miała jeszcze u siebie pacjentkę, kazała prosić przybyłego, żeby cierpliwie zaczekał. Za jakieś czterdzieści minut wyszła i wraz z owym mężczyzną opuściła mieszkanie, by udać się do małego pacjenta. Wtedy to ostatni raz doktor Kamiński oglądał swoją żonę. I nigdy jej już nie zobaczy…

Kiedy drzwi zamknęły się za żoną — a wzywano ją często do chorych dzieci — dr Kamiński kontynuował swój zwykły dzień. Przejrzał gazetę, wrócił do lektury zarzuconej książki. Dłużąca się nieobecność żony zaczęła go jednak w pewnym momencie irytować. Później wezbrał niepokój, po kilku godzinach przerósł w grozę. Zdecydował się zaalarmować milicję. Należało zatelefonować do Komendy Powiatowej. W 1970 roku funkcjonował stary podział administracyjny.

Dyżurny MO jest zobowiązany przyjąć każdy sygnał alarmowy, choć najczęściej niepokój wygasa następnego dnia albo i prędzej. Tym razem zaprzątać będzie uwagę, nerwy i czas jego kolegów przez długie lata poszukiwań i dochodzenia. Wtedy miał prawo sądzić, że starsi panowie bywają przewrażliwieni, a żona wracając od chorego mogła odwiedzić przyjaciółkę, wstąpić do krawcowej na plotki; a może byli tego dnia skłóceni? Kiedy jednak nieobecność lekarki przedłużała się, poproszono doktora Kamińskiego do Komendy, by spisać obowiązujący w milicyjnej procedurze protokół.

Do niepokaźnego budynku Komendy przyszedł starszy człowiek i nikt się nie dziwił, że jest bardzo zdenerwowany. W stanie znakomitego samopoczucia nie przekracza się normalnie tego progu.

Krzesło, biurko, długa rozmowa, której wynikiem jest pierwsza dokumentacja w sprawie Ślezki-Bielaja. Protokół nie powieść, pisany jest w stylu urzędowo-milicyjnym i brzmi następująco:

„Kazimierz Alfons Kamiński urodzony 4 kwietnia 1898 w powiecie płockim, zatrudniony w Ośrodku Zdrowia na stanowisku dr. medycyny złożył zameldowanie następującej treści: Dnia dzisiejszego o godz. 15.30 (protokołujący podkreśla godzinę) przy drzwiach wejściowych zadzwonił dzwonek. Ja osobiście podszedłem celem otworzenia drzwi. W drzwiach zobaczyłem mężczyznę (podkreślone słowo — mężczyzna), który oświadczył, że przyszedł w sprawie wyjazdu mojej żony do chorego dziecka. Mężczyzna ten był wzrostu średniego, w okularach jasnych, postać krępa, włosy ciemne, twarz kwadratowa, nos mały. Spojrzenie miał ponure, nie budzące zaufania. Ubrany był w ciemny garnitur. Ja wszedłem do gabinetu żony i powiedziałem, że przyszedł mężczyzna w sprawie wyjazdu do chorego dziecka. Żona oświadczyła, żeby ten człowiek poczekał, bo jest jeszcze zajęta pacjentem. W tym czasie mężczyzna wymieniony siedział na ławce w poczekalni prowadzącej do mojego gabinetu. Czekał 30 do 40 minut i był przez cały czas sam. Po zakończeniu przyjęcia moja żona założyła płaszcz w tzw. pepitkę, sukienkę miała w kolorze lila z wzorami liści, buty koloru brązowego na półsłupku, torebkę ciemnogranatową. W torebce tej miała instrumenty lekarskie do badania osłuchowego dziecka oraz pieczątkę lekarską o treści: »Stefania Kamińska, lekarz-pediatra« i adres. Poza tym miała w torebce sporą sumę pieniędzy, nie wiem ile, ale mogła mieć kilka tysięcy złotych. Przed wyjściem żona oświadczyła, że wyjeżdża do Brwilna samochodem tego osobnika. Gdy żona wychodziła, było około 16.30. Od tego momentu do chwili obecnej do domu nie powróciła. Nic szczególnego w jej zachowaniu przed wyjściem nie zauważyłem. Nie wiem, jakim samochodem był ten mężczyzna, mnie to nie interesowało. Uważałem wyjazd za rzecz normalną. Nie mogę kategorycznie stwierdzić, czy mężczyzna ten był u nas w domu dwa razy, czy też jeden raz… (p. m. Czytając protokół muszę pamiętać, że przesłuchujący notuje jedynie odpowiedzi. Stąd pewna lakoniczność formy.) Ja w każdym razie widziałem go jeden raz, kiedy otwierałem mu drzwi. Przypuszczam jedynie, że był wcześniej jeszcze raz i wówczas musiał rozmawiać z moją żoną na temat wyjazdu do chorego dziecka, ponieważ inaczej nie byłaby na ten wyjazd przygotowana. Żona mówiła mi, że mężczyzna ten jest na wczasach. Uzupełniając rysopis tego człowieka nadmieniam, że rysy twarzy miał podobne do semickich. Również nie mówił czystym polskim językiem, zatrącał obcym akcentem, lecz nie potrafię określić, jakim. W każdym razie nie był to akcent wschodni. To wszystko, co mogę zameldować. Zeznałem zgodnie z prawdą, co po odczytaniu protokołu potwierdzam własnoręcznym podpisem”.

Po tej rozmowie dyżurny sporządził meldunek, który brzmiał raczej uspokajająco: wyjechała do pacjenta, jeszcze nie wróciła. Pocieszał doktora, że jego żona znajduje się z pewnością w drodze do domu, wyprowadził go z Komendy i przygotował, sobie prowizoryczne posłanie, jako że nocne dyżury w Płocku przebiegają na ogół spokojnie…

Przerwałam czytanie protokołów. Ktoś zapukał do drzwi. Kolega Kulczyckiego, specjalista od pożarów, przyniósł obiecaną herbatę. Teraz wiem, co znaczy męskie parzenie. Paprochów było ze ćwierć szklanki, za to kolor obiecująco mocny. Łyknęłam gorący napar, fusy włażą mi między zęby, i przystępuję do następnego rozdziału dramatu. Wciąż jeszcze jestem w Płocku.

Dzień później. 6 czerwca 1970. Stefania Kamińska nadal nie wróciła do domu. Doktor poproszony został do Komendy. Trwa przesłuchanie, które porucznik Waldemar Niewczas musi przerwać, ponieważ stary człowiek słabnie, nie jest w stanie udźwignąć niespodziewanej tragedii. Dyżurny oficer pyta o dzieci, gdzie one się znajdują, może jakaś bliska rodzina? Okazuje się, że Kamińscy są bezdzietni, ale wychowują siostrzenicę, kształcą, wspomagają. Stefania kocha ją jak własną córkę. Już wysłał do niej depeszę. Z pewnością przyjedzie do Płocka. Nie zostawi go samego.

Zmuszeni byli poprosić jeszcze starego, płaczącego mężczyznę o szczegóły dotyczące zdrowia żony: przebyte chorom by, ślady przez nie pozostawione. Może posiadała znaki szczególne? Jak przedstawiał się stan uzębienia?

Strach pomyśleć, że te wszystkie szczegóły anatomiczne, ukrywane może przed najbliższymi, intymne wiadomości o własnym ciele, wstydliwe kalectwa, słabości muszą zostać ujawnione i będą rzeczowo analizowane przez zespół inspektorów — młodych mężczyzn, dla których bank danych jest punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Nie ma w śledztwie stref zakazanych, wstydliwego milczenia. Tam, gdzie w grę wchodzi ciężkie przestępstwo, zadana śmierć, gwałt, wolno zadawać każde pytanie, wchodzić mniej czy więcej zgrabnymi kończynami na przedpola spraw najbardziej osobistych. Nóż operacyjny, wypadki, nawet drobne, żłobią na ciele ludzkim trwałe ślady. Próbował je na prośbę przesłuchującego odtworzyć znękany, zmęczony już ponad ludzką siłę dr Kamiński.

Z protokołu dowiadujemy się, że zaginiona lekarka miała na wysokości ust bliznę powstałą po usunięciu brodawki, a drugą u nasady włosów. Pozostała po upadku ze schodów w latach dziecięcych. Okazało się, że była operowana z powodu nowotworu szyjki macicy i dziesięć lat znajdowała się pod kontrolą Instytutu Onkologii. Doznała także w swoim czasie pęknięcia dwóch lub trzech żeber. Upadła na kant łóżka szpitalnego, odwiedzając chorego wówczas męża. Nadto dr Kamiński przypomniał sobie, że żona posiadała mały guz na czole, a małżowiny uszne miała przekłute, chociaż nigdy nie nosiła kolczyków. Dodał jeszcze, że Stefania w czasie spaceru nad morzem doznała złamania małego palca. Ale w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć, u której nogi. Posiadała także protezy zębne…

Ponieważ uzębienie stanowi najłatwiejszy przyczynek do identyfikacji dla służby kryminalnej, a także dla antropologii, inspektor udał się wprost do profesora protetyki stomatologicznej dr. Willy’ego Sarazina, z którego usług korzystała zaginiona kobieta. Doktor Sarazin oświadczył: „Zaznaczam, że w razie potrzeby identyfikacji ewentualnych zwłok jestem pewien, że rozpoznam osobę Stefanii Kamińskiej po nałożonych na jej własne zęby koronach akrylenowych oraz na podstawie wykonanych przeze mnie protez”.

Co ważne: należało ustalić wygląd zaginionej lekarki. Porucznik Niewczas poprosił Kamińskiego o zdjęcie żony. Ociągając się, wyjął je z głębi portfela i wręczył inspektorowi. Jest załączone do akt sprawy, zabezpieczone w szarej, urzędowej kopercie. Nie jest zaklejona, otwieram ją, wyjmuję fotografię;

Mam przed sobą twarz kobiety mądrej, stanowczej i chyba dobrze ułożonej, mówią — nobliwej. Ubrana z nietanią elegancją, sznur bursztynów zdobi prosty sweterek. Włosy ułożone są przez fryzjera może nazbyt starannie w porównaniu do mody panującej w warszawskich salonach fryzjerskich. Okulary nadają twarzy wyraz powagi. Tak więc wygląda osoba, której los zaprzątnie uwagę służby kryminalnej przez długie lata, nawet psy tropiące zagoni do pomocy w milicyjnych poszukiwaniach.

Wtedy, 6 czerwca, meldunek doktora plus zdjęcie (następnego dnia po wykonaniu reprodukcji zostanie mężowi zwrócone) posłużyły do zredagowania komunikatu radiowego:

„Komenda Powiatowa zwraca się do wszystkich osób, które w dniu 5 i 6 czerwca korzystały z pomocy lekarskiej dr Stefanii Kamińskiej, a także do tych, którzy mogą udzielić informacji odnośnie do jej obecnego pobytu…”

Opis wyglądu, ubrania, budowy ciała zaginionej zawarty na wielu arkuszach zostaje w komunikacie sprowadzony do jednego zdania: „Osoba zaginiona ma wzrostu 170, twarz owalną, okulary, uzębienie sztuczne, ubrana w płaszcz wzoru pepitka. Prosimy” itd.

Od tej chwili rozpoczynają się gorączkowe działania operacyjne, które w książkach kryminalnych nazywają czasami milicyjnym tangiem. Rozmowy, obserwacje trafne i wyssane z palca, plotki, wieści prawdziwe i fałszywe, zeznania świadków, którzy mieli coś do powiedzenia i takich, którzy nudzą się jak mopsy i lubią chodzić na Komendę. Żadnego sygnału nie wolno lekceważyć. A nuż?

Pierwsza zgłosiła się pielęgniarka punktu szczepień przy dziecięcej Poradni. Okazało się, że dnia 5 czerwca o godz. 11 odebrała telefon od mężczyzny, który pytał o dr Kamińską. — Co zapamiętała z tej rozmowy? — Dziwny akcent nieznanego interesanta.

Pielęgniarka Domu Dziecka, pani Brygida Budzisz, także mówiła o telefonie obcego mężczyzny. Akcent miał według jej odczucia czeski. Kiedy zadzwonił, doktor już wyszła. Podała mu jej następne miejsce pracy. Jak się okazało, lekarka obsługiwała kilkanaście przedszkoli, Dom Dziecka i Poradnię. Uwzględniając godziny poświęcone prywatnej praktyce… dużo, może za dużo? Inspektorzy dochodzeniowi nie zajmują się jednak organizacją służby zdrowia, natomiast pilnie szukali śladu nieznanego mężczyzny. Musiał w którymś z miejsc pracy zastać dr Kamińską i umówić się z nią na godziny popołudniowe…

Maria Chrostowska, lekarz dentysta, zamieszkała w Płocku, rozmawiała 5 czerwca z zaginioną na temat swojego wyjazdu do Warszawy. Lekarka prosiła ją o odbiór zamówionego kapelusza — granatowy, z dużym rondem — i podała adres firmy przy ul. Chmielnej. A więc nie planowała tego dnia ucieczki od męża, bo i taka była jedna z plotek. Mówiono wręcz o zamiarze nagłego wyjazdu za granicę i ta wersja wróciła na rozprawie sądowej.

Kierowniczka państwowego przedszkola nr 4 zapamiętała jedynie, że dr Kamińska umiała się gustownie ubierać mimo swojego wieku, a jej koleżanka z przedszkola nr 11 powiedziała, że zaginiona wręcz kochała się w strojach. Uwagi te nie były pozbawione stosunkowo niewinnej złośliwości.

Zeznawała służąca Kamińskich, Zofia Wacławek. Analfabetka, choć to zjawisko w rubrykach statystyki już u nas w zasadzie nie istnieje. Nie umie czytać, pisać, ale potrafi patrzeć. I widziała małżeństwo, które nigdy się nie kłóciło. Nie było takiego dnia, żeby ze sobą nie rozmawiali. 5 czerwca przyszła jak zwykle o 6 rano, bo była „na przychodne”. Udała się do sklepu, żeby kupić mleko i chleb. Pieniądze dała jej pani doktor. To ona trzymała kasę. A pan Kamiński uszykował śniadanie dla żony i dla niej, bo taki był porządek dnia i nigdy go nie zmieniali. O godz. 7 oboje wychodzili do pracy, uśmiechnięci, grzecznie się żegnali. Tacy pozostali w jej pamięci…

Urzędniczka w Wydziale Zdrowia, pani Maria Kalinowska, zgłosiła się do Komendy, żeby wzbogacić charakterystykę zaginionej lekarki. Kamińska, jak twierdziła, miała talent do opowiadania. Kiedyś wspomniała, że po dwudziestu latach palenia rzuciła papierosy. A uczyniła to dlatego, że kazano jej wygłosić odczyt o szkodliwości nikotyny. Nie miałaby więc prawa moralnego pouczać innych, gdyby sama paliła. Była prawą kobietą…

Przyjechała wychowanica doktorostwa, Maria Leśniak. O ciotce mówiła z głębokim uczuciem. Ostatnią wiadomość od „swojej drugiej matki” otrzymała w poczcie z dnia 5 czerwca. Był to list i paczka, zawierająca kamizelkę. Nastrój listu był zdecydowanie pogodny. Co do kamizelki, ciotka pisała, że można ją w razie czego wymienić. W obecnej sytuacji Maria decyduje się przerwać studia i nie opuszczać wujka. Z jej zeznań dosyć enigmatycznych można było jednak wnioskować, że lekarka nie spodziewała się ani dnia 5 czerwca, ani następnych wydarzeń zmieniających ustalony porządek życia.

 

Maria przypomniała sobie jednak, że w czasie jej poprzedniego pobytu u ciotki — 25 maja — zastała w mieszkaniu Kamińskich nieznanego mężczyznę. Wpuściła go owa pomoc domowa. Powiedział, że musi zreperować telefon. Aparat był w najlepszym porządku, ta wizyta zdała jej się dziwna, a obcy człowiek wręcz podejrzany.

Próba porwania powtórzona 5 czerwca?

Mógł to był właściwy ślad! Inspektorzy porozumieli się natychmiast z Rejonowym Urzędem Telekomunikacji Płocka. Okazało się, że człowiekiem podejrzanym był monter. Zgłosił się do Kamińskich na wezwanie. Zamówienie figuruje w książce zleceń. A co najważniejsze, zanotowali rzeczy wiście tego dnia uszkodzenie na linii, należało je naprawić. Wszystkie te dane są do sprawdzenia w skrupulatnie prowadzonej dokumentacji. Jeżeli jej nadmiar przeszkadza niekiedy ludziom, w dochodzeniu policyjnym biurokracja bywa bardzo pomocna.

W notatniku znalezionym na biurku lekarki figurowały rozmaite nazwiska i telefony, między innymi nazwisko Alfreda Elerta. Okazało się, że u tego ekskluzywnego krawca warszawskiego szył garnitury Kamiński. A więc byli zamożni. Może ich ktoś szantażował?

Doktor nie przypominał sobie takiego wypadku. Owszem, w roku 1947 przyszli do nich dwaj młodzi mężczyźni, powiedzieli, że są z AK, kazali podnieść ręce do góry i żądali pieniędzy oraz złota. On do nich krzyknął: „łobuzy”, był co prawda trzydzieści lat młodszy, i zawołał sąsiada. Wtedy ci złodzieje uciekli. Żeby ich jednak ktoś specjalnie naciągał? Ludzie wiedzieli, że z ciężkiej pracy żyją.

Czy nie mieli wrogów? Ktoś ze świadków zeznał, że zaadoptowali wiele lat temu dziecko. Może jego rodzice?

Doktor energicznie zaprzeczył, choć po chwili przypomniał sobie, że żona wspominała o podobnych planach. Jakiś mieszkaniec okolicznej wsi zabił swoją żonę, poszedł do więzienia, zostały dzieci bez opieki. Stefania chciała wychować jedno jako swoje. Jemu nic nie mówiła. Była zawsze bardzo tajemnicza (inspektor podkreślił tę cechę zaginionej czerwoną kreską). Ale w końcu nie zaadoptowali ani tego dziecka, ani innego.

A czy nie zmarł któryś z jej małych pacjentów? Rodzice tracą w takich przypadkach rozum. Mogli zaplanować zemstę w stosunku do lekarki.

Nie było tego rodzaju przypadku. Umarło kiedyś dziecko z powodu zatrucia. Najadło się zepsutej wędliny z masarni. Stary doktor nie pamiętał, kiedy ten wypadek miał miejsce, ale wspomniał, że masarnia była prywatna, z czego wynika, że fakt zatrucia musiał się zdarzyć bardzo dawno temu.

Natomiast sprawę adopcji dziecka przedstawił w innym świetle Józef Jakubowski, mieszkaniec Płocka. Przypomniał sobie, że kiedy wrócił ze szpitala, a było to w roku 1947, dowiedział się, że Kamińska wzięła na wychowanie dopiero co urodzone dziecko. Matką tego oseska była Marianna Mikołajczewska, osoba nie ciesząca się najlepszą opinią w okolicy. A więc kiedy wrócił, a mieszkał w sąsiedztwie owej Marianny, słyszał, jak jej siostra lżyła ją i krzyczała: — „Suka pilnuje swojego szczeniaka, a ty oddałaś dziecko!” Zaś z tym mężem, który ją później zamordował, było tak, że i wtedy siedział. Kiedy go zwolniono, dowiedział się już na miejscu, w Płocku, że jego żona miała dziecko, które nie mogło być jego. Najpierw się zdenerwował, bo to wstyd, a później kazał jej wyciągnąć od tych lekarzy pieniądze. Otrzymał 15 tysięcy. Inni świadkowie zeznali, że tylko 13. Właściwie pieniądze dali Kamińscy za nic, bo dziecko wkrótce umarło…

Stare dzieje, może dr Kamiński ich nie pamięta lub nie chciał wspominać, a Jakubowskiemu też coś się mogło pomylić, bo dobijał już osiemdziesiątki. Tak czy inaczej wersja zemsty „za dziecko” nie znalazła w oczach inspektorów akceptacji, bo kto by wytrwał w uczuciu nienawiści długie trzydzieści lat?

W dokumentacji z dnia 6 czerwca znalazłam także notatkę sporządzoną przez dzielnicowego. Pisze w niej:

„W związku z zaginięciem Stefanii Kamińskiej w czasie codziennego obchodu sprawdziłem zarośla przy ulicy… (wymienia szereg ulic) oraz rozmawiałem z mieszkańcami okolicznych domów… (podaje nazwiska mieszkańców). Powiedzieli, że doktór Kamińska została porwana z powodów natury politycznej. Prawdopodobnie miała zeznawać przeciwko jakiemuś zbrodniarzowi hitlerowskiemu jako świadek oskarżenia”.

Niezależnie od wiarogodności informacji inspektorzy zgodnie z zasadą: nie wiadomo, skąd nadejdzie prawda — mieli obowiązek zająć się przeszłością zaginionej. Świadkowie mówili o udziale w partyzantce, nawet w sztabie AK. Tego gestapowca rozpoznała ponoć na zjeździe lekarskim. Zapuścił włosy, posiwiał, ale doktor Kamińska poznała go, kiedy weszła na salę obrad. Znalazł się także ktoś, kto zakwestionował okupacyjną kartę życia lekarki. Była aresztowana, została natychmiast zwolniona, mówiła świetnie po niemiecku i ma w Essen rodzinę, z którą korespondowała.

Pięć lat później znakomity sędzia spotkał mnie na korytarzu gmachu Temidy przy ul. Świerczewskiego i powiedział: — Skazać Bielaja za zabójstwo Kamińskiej? A jeżeli wyśle pewnego dnia liścik z Essen?

Wówczas, w dniach 6 i 7 czerwca 1970, próbowano odtworzyć przeszłość lekarki. Zgłosił się do Komendy świadek tej przeszłości, Jan Kasprzak, mieszkaniec Płocka, zatrudniony jako brygadzista w budownictwie. Wrzawa wokół zaginięcia lekarki posłużyła mu do opowiedzenia własnej, nawet wzruszającej historii. Pracował w szpitalu oświęcimskim, pomagał jak mógł rodakom. Przez pewien czas woził lekarstwa do obozu w Brzezince. Właśnie tam spotkał Kamińską. Ubrana była w pasiak, na głowie nosiła chustę. Wszystko to była prawda, czy też mogło to być prawdziwym przeżyciem, z wyjątkiem fragmentu mówiącego o spotkaniu z lekarką. Kamińska nie trafiła nigdy do Oświęcimia!

Jest dzień 7 czerwca. Coraz mniej nadziei, że lekarką się gdzieś zawieruszyła, przenocowała u znajomych, wyjechała bez uprzedzenia do krewnych. Komenda Miejska i Powiatowa MO powołuje grupę operacyjno-śledczą. Zespół otrzymuje polecenie utrwalenia wszelkich znaków szczególnych, które pomogą zidentyfikować zwłoki lekarki. A więc wycinki materiału z jej sukni i płaszcza (nie lubiła gotowej konfekcji), odciski linii papilarnych palców wskazujących obu rąk, zabezpieczonych z metryczki dowodu osobistego. Dane zgłoszono do Wydziału Osób Zaginionych przy Komendzie Głównej. Kilka tysięcy ludzi ginie co roku w naszym kraju. Wychodzą z domu, nie wracają. Wśród nich jest pewien procent ludzi chorych psychicznie, depresyjnych, zabłąkanych dzieci. Czasem odnajdują się, wracają jak gdyby nigdy nic. A bywa, że wyławia się ich zwłoki z głębokości rzek, stawów czy jezior, że pracownicy leśni napotykają szczątki ludzkie przy wyrębie. Rejestr zaginionych jest prowadzony z buchalteryjną skrupulatnością. Figuruje w nim od dnia 7 czerwca 1970 doktor Stefania Kamińska. A więc szukają jej śladu na terenie całego kraju.

Jednocześnie trwa śledztwo w płockiej Komendzie. Zgłosił się Roman Piegat, obecnie „na rencie”. Zaobserwował porwanie dr Kamińskiej. Widział sam, osobiście…

O ile wiem, nikt nie uwzględnił w literaturze fachowej roli, jaką spełniają, szczególnie w początkowej fazie śledztwa, emeryci, renciści i pracownice domowe starsze wiekiem. Mają czas, a ponieważ własne życie ubożeje w miarę postępujących lat, interesują się coraz bardziej cudzym.

Świadek Piegat mieszkał także na ulicy Tumskiej. Tego dnia jak co dzień siedział przy oknie i obserwował ruch uliczny. Wiało nudą. W pewnej chwili zauważył samochód osobowy, który przystanął naprzeciw jego okien. Wewnątrz siedział mężczyzna. Po kilku minutach spostrzegł doktor Kamińską, która szła w kierunku parkującego wozu. Kiedy zobaczył ją ów mężczyzna, otworzył lewe drzwi, wysiadł, obszedł samochód z przodu i stanął po jego prawej stronie. Chwilę rozmawiali z panią doktor. Wydawało się, sądząc po gestach, że chciała usiąść na przednim siedzeniu, ale właściciel samochodu czy jego kierowca wskazał jej — tylne. Gdy je zajęła, sam usiadł przy Kierownicy, zapuścił silnik i odjechał.