Oczy diabłaTekst

Z serii: Ślepy #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Książki z serii

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Od autora (czyli posłowie nieobowiązkowe)

Fabryczna Zona

Karta redakcyjna

Okładka


Z podziękowaniami od Autora

dla Władimira Susłowa za historie i pomysły, które legły u podstaw napisania tej książki.

Książki z serii:

Michał Gołkowski – Ołowiany świt

Michał Gołkowski – Drugi Brzeg

Michał Gołkowski – Droga donikąd

Michał Gołkowski – Sztywny

Michał Gołkowski – Powrót

Wiktor Noczkin – Ślepa plama

Wiktor Noczkin – Czerep mutanta

Wiktor Noczkin – Łańcuch pokarmowy

Wiktor Noczkin – Oczy diabła

Krzysztof Haladyn – Na skraju Strefy – tom 1

Krzysztof Haladyn – Na skraju Strefy – tom 2

Sławomir Nieściur – Wedle zasług

Sławomir Nieściur – Ostatniego zeżrą psy

Sławomir Nieściur – Do zobaczenia w piekle

Joanna Kanicka – Bagno szaleńców

Jacek Kloss – Ziemia złych uroków – tom 1

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Lato trafiło się upalne. Miasteczko dosłownie walczyło o każdy oddech, topiło się w oczach i rozpływało w gorącym powietrzu, drżącym ponad wyasfaltowanymi chodnikami.

Kiedy przyszło skwarne popołudnie, ulice w ogóle opustoszały i tylko na stadionie panował ruch. Kibiców nawet upał nie był w stanie zagnać do domów, bo to przecież właśnie dziś nasi, miejscowi, w końcu stawali oko w oko z dawnym rywalem! Na mecz ściągnęli tłumnie kibice obydwu drużyn, autobusy gości stały rządkiem na parkingu niczym blaszane piekarniki. Kierowcy drzemali w półcieniu, bynajmniej nie spiesząc się, mimo że do końcowego gwizdka został raptem kwadrans, to i tak wiedzieli, że nieprędko stąd wyjadą.

Przecież po meczu musiała jeszcze rozegrać się obowiązkowa draka z ustawką.

Wszystko zaczynało się zawsze niewinnie, od połajanek na trybunach. Najpierw leciały rolki papieru, potem puszki po piwie, ogryzki, race, kamienie, wyrwane siedzenia, ławki, fragmenty ogrodzenia... W tym momencie wkraczała spóźniona milicja, kogoś ładowali do suki, spisywali protokół, a i tak kończyło się znikomą szkodliwością.

Kierowcy doskonale znali scenariusz, więc nawet nie liczyli na szybszy koniec roboty. Autobusy i tak były państwowe, a kursy z takimi pasażerami to standard.

Milicja również była świadoma nadciągającej burzy, więc czekali swojej chwili i funkcjonariusze – dwa busy i cztery radiowozy stały sobie pod drzewami za rogiem, centralnie pod zakazem, na miejscach dla inwalidów. Stróże porządku ćmili papierosy w miejscu publicznym, depcząc przy okazji miejską zieleń i spoglądając na zegarki. No, teraz to już tylko patrzeć.

Od czasu do czasu ponad stadionem wznosiło się chóralne wycie zawodu. Gospodarze przegrywali, piłkarze wychodzili z siebie i stawali obok, żeby wyrównać wynik, a kibice reagowali wrzaskiem na niemalże dowolny ruch piłki.

Krzyki niosły się aż do budyneczku lokalnej filii Promfinspecbanku, dobrych paręset metrów od boiska, wpadając do wnętrza przez uchylone okna wraz z gorącym powietrzem, mielonym przez trzy rzężące wentylatory pod sufitem.

Klimatyzacji, oczywiście, nie było.

Półżywa z gorąca, przyklejona do swojego fotela kasjerka zmęczonym, matowym głosem powtarzała te same wyuczone formułki. Przed nią pojawiały się coraz to kolejne czerwone, spocone twarze. Ogonek do okienka pełzł ślimaczym tempem, zasilany wciąż przez nowych skazańców: kilka staruszek, zlany potem pan w średnim wieku, typek co chwila zerkający na komórkę, wachlująca się kartką paniusia w żakiecie w kwiatki... Ot, dzień jak co dzień, tyle że upalny. Co zrobić? Sorry, taki mamy klimat.

Przy wejściu przysypiał na swoim krzesełku ochroniarz, jego kolega stał na dworze z papierosem. Dym zawisał w rozpalonym do białości, gęstym jak rosół powietrzu, wcale nie chcąc się rozwiewać... Na stoliku obok stała butelka wody mineralnej, która dawno już utraciła możliwość ochłodzenia kogokolwiek. Pęcherzyki gazu od czasu do czasu odrywały się od plastikowych ścianek, ulatując ku powierzchni.

Świat dosłownie stanął w miejscu. Sekundy pełzły niemiłosiernie wolno, rozciągając się niczym topniejący w damskiej torebce, nadgryziony batonik z czekoladą i karmelem.

Kasjerka trzasnęła stemplem w blankiet przelewu, podała klientowi i bez skrępowania popatrzyła na zegarek. Jeszcze tyle do końca...?! Do okienka podeszła kolejna babulina, zakutana w chustkę z frędzlami i ubrana w sweterek. Z jakiegoś powodu ludzie od pewnego wieku przestawali być wrażliwi na temperaturę... A kasjerka gotowa byłaby w tej chwili zabić, żeby znaleźć się teraz na plaży, w cieniu... Zrzucić z siebie niewygodną bluzkę z kołnierzykiem, poczuć ruch powietrza!

Równomierny, rzężący warkot wentylatorów zakłócił inny dźwięk, wyższy i ostrzejszy – przez otwarte drzwi do banku wleciał helikopterek. Taki nieduży, zdalnie sterowana zabawka. Ochroniarz, drzemiący na krzesełku, drgnął i obudził się, popatrzył – ale nawet nie wstał.

Wymalowana w jaskrawe kolory maszynka na chwilę zawisła w gęstym, przesyconym zapachem potu powietrzu, po czym zakołysała się i majestatycznie wyminęła kolejkę, lądując na kontuarze przed samym nosem kasjerki. Babuszka w chustce odsunęła się, przeżegnała odruchowo i zamamrotała coś – albo wzywając na pomoc wszystkich świętych, albo cedząc mocno już historyczną wiązankę przekleństw. Akurat kasjerka wiedziała, że gdy babcia w kolejce otwiera usta w złości, to szanse na jedno lub drugie wynoszą równo pół na pół.

Kasjerka podskoczyła na fotelu, od razu sięgnęła ręką pod blat – zgodnie z instrukcją. Jak zwykle przez chwilę wystraszyła się, nie mogąc znaleźć guzika, ale potem palce wymacały przyśrubowany do stołu przycisk. Jeszcze nie wciskała jednak alarmówki, no cóż, helikopter jak helikopter, zabawka. Pewnie dzieci się bawią albo ktoś sobie żarty stroi. Wszczynać alarm przez coś takiego? Wstyd...

W zabawce coś zaterkotało, spod brzucha helikopterka wypadło czarne, plastikowe pudełko. Dopiero teraz kasjerka zauważyła, że sam śmigłowiec stoi na przyklejonych srebrną taśmą długich, pałąkowatych nóżkach – pewnie właśnie po to, żeby coś się pod nim zmieściło. Potem zachrobotał przyklejony do kabinki głośniczek i helikopterek obwieścił:

– No cześć. To jest napad.

Na czarnym plastiku pudełka widniał nierówny, odręczny napis złotym markerem: BOMBA.


– Dotarło? – zachrypiał dziwnym, wysokim głosem helikopterek. – Z twarzy widzę, że dotarło.

Kasjerka otworzyła usta i zamknęła, patrząc w czarne oko kamerki na dziobie zabawki.

– Paniusiu, to nie są żarty. Detonator odpalam zdalnie, jednym palcem. Żebyś nie miała wątpliwości, to teraz zrobię ci demonstrację w mniejszej skali... Uwaga, kosz na śmieci przy wejściu, ognia!

Ułamek sekundy później na dworze huknęło głucho, gdy kosz rozleciał się na kawałki w chmurze dymu. Po oknach zabębniły rozrzucone śmieci, na szyby bryznęła zielonkawa, gęsta maź. Zabrzęczały szklanki na stolikach, zadrżały długopisy w stojakach, posypały się zrzucone podmuchem ulotki.

Kasjerka odruchowo wcisnęła guzik awaryjny.

 

Kolejka zamarła w przerażonym bezruchu.

– Mniejsza bomba w koszu była zatopiona w żelatynie. Dla bezpieczeństwa przechodniów, jasne? A tutaj masz dwadzieścia razy mocniejszą, załadowaną gwoździami. Oj, paniusiu, ryzykujesz! – znów odezwał się helikopter. – No dawaj, wciskaj jeszcze raz, dawaj! Widzę, jak ręką ruszasz! Im więcej cieciów tu zwabisz, tym lepiej, bo zakładników więcej! A potem ja wcisnę u siebie i... bach!

Do środka wpadli ochroniarze. Ten, który palił na dworze, był od stóp do głów zachlapany galaretą, czapkę chyba mu zdmuchnęło. Za plecami kasjerki huknęły otwierające się drzwi – to dyrektor filii wbiegł do sali.

– Ani drgnąć, to nikomu nic się nie stanie! – zapiał przestępca z głośnika. W helikopterku znów coś zawarczało, spod dna maszynki wypadła rolka rozwijającego się czarnego worka na śmieci. – Pieniądze do środka ładuj! Same wysokie nominały, i żadnych głupot! Masz trzy minuty, czas start!

Kasjerka obróciła się na fotelu, popatrzyła na dyrektora wielkimi oczami.

– Wadimie Siergiejewiczu... – jęknęła.

– Szybciej! – zdenerwował się grabieżca. – Dwie i pół minuty, czas ucieka! O klientach myślcie, o niewinnych ofiarach. Jak huknie, to tylko mielonka z nich zostanie. Aha, tak przy okazji tam: kolejka, stać i nie ruszać się, bo też wysadzę! Nie cwaniakować mi, a nic się nikomu nie stanie.

Babcia w chuście westchnęła, kobietka w żakiecie w kwiatki wypuściła kartkę, która upadła z szelestem na podłogę. Zapadła martwa cisza, tylko wentylatory szumiały i rzęziły. Z pochlapanych pleców ochroniarza spłynął dorodny, soczysty glut żelatyny i mlasnął o podłogę.

Ten dźwięk jak gdyby wyrwał dyrektora z otępienia, mężczyzna pokazał ręką:

– Lida, ładuj.

Przed włożeniem każdego pliku banknotów do worka helikopter musiał obejrzeć go dokładnie, więc kasjerka trzymała je przed okiem kamery. Mniejsze nominały nie spotykały się z łaskawym przyjęciem:

– Ej, co to za drobnica? Ja mam ładowność ograniczoną, przecież to nie transportowiec... Co jest, paniusiu, nie widzisz?

Grupa interwencyjna teoretycznie powinna już być na miejscu, ale jej nie było. Wyznaczone trzy minuty upłynęły, głos raz jeszcze popędził kasjerkę:

– Szybciej, szybciej, paniusiu! I jeszcze... tak... Dość!

Z zewnątrz niosło się już wycie syren. Kiedy w miejscowym biurze ochrony odezwał się sygnał alarmu, nieszczególnie było komu reagować, gdyż ta sama firma obstawiała też mecz. Zanim operator ściągnął stamtąd na wpół ugotowanych przez upał kolegów i profilaktycznie zadzwonił na milicję, zanim ochroniarze zdołali wyjechać z pozastawianego parkingu pod stadionem – no, nie trwało to nie wiedzieć ile, ale jednak trwało!

Teraz kawalkada samochodów, do których dołączyły się po drodze wozy milicji, zajeżdżała pod Promfinspecbank. Prowadzący samochód nie zdołał wyhamować, pośliznął się na kałuży żelatyny i zarzucił bokiem, jadący za nim omal nie wjechał koledze w rufę... W końcu zaczęli wyskakiwać z wozów, któryś pokazał na leżącą przy schodach czapkę z daszkiem rozciętym na pół przez kawałek kosza na śmieci.

Do końca meczu pozostawało raptem kilka minut.

Ochroniarze przemieszani z milicjantami dopadli pod bank, dali radę zaskakująco szybko i sprawnie, nie przepychając się i nie kłócąc, pozajmować miejsca za samochodami i pniami drzew. Dowodzący akcją z ramienia milicji major uniósł nawet włączony megafon, nabrał tchu i już, już szykował się, żeby powiedzieć swój wymarzony od małego, klasyczny, filmowy tekst: „Budynek jest okrążony! Wychodźcie z podniesionymi rękami, jakikolwiek sprzeciw jest bezcelowy!”... Ale nie zdążył.

Z rozgrzanego wnętrza banku wyskoczył kolorowy model helikopterka, który zawył silniczkiem i wzniósł się ponad pylące białym puchem korony topoli. Widać było, jak pod zabawką buja się ciężki, czarny worek na śmieci, ale pomimo balastu maszynka dawała radę, pewnym kursem oddalając się od banku.

Major i kilku innych mężczyzn odprowadziło zabawkę zdumionymi spojrzeniami, ale większość nawet nie zaszczyciła jej spojrzeniem, wpatrując się z napięciem w prostokąt wejścia i zaciskając mokre od potu dłonie na chwytach pistoletów. Ktoś pośliznął się na zielonych glutach, prawie upadł.

Major mimo wszystko zaczerpnął tchu, zawołał już mniej epicko: „Policja, rzuć broń” i tak dalej. Kilka chwil później z banku rozległ się głos:

– Nie strzelać! Tu jest bomba! Wychodzę, nie strzelać!

Zamiast zamaskowanego bandyty w drzwiach pojawił się emerytowany sierżant milicji, a teraz prywatny ochroniarz, w upaćkanym mundurze.

– To ja, sierżant Ptuszko! Towarzysz major nie strzela!

Major opuścił megafon, odetchnął z ulgą.

– Ptuszko! Zatrzymaliście sprawców? Ilu ich tam macie?

– Ani jednego, towarzyszu majorze! Ten helikopter widzieliście, wściekła jego mać?!

Po tym, jak sierżant zaczął i skończył kląć, a w końcu wyjaśnił, że pieniądze dosłownie odleciały, w budynku zaś zamiast nich została bomba, major też pozwolił sobie na wyrażenie emocji słowami nie do końca protokolarnymi.

W tej samej chwili od strony stadionu dało się słyszeć wrzask oznajmiający koniec meczu. Gospodarze pod sam koniec wzięli się w garść i zdołali doprowadzić do remisu, który oczywiście nie zadowalał nikogo. Część ludzi już ruszyła ku wyjściu, zaczął się tłok, ścisk, przepychanki, ktoś na kogoś warknął, ten mu odpyskował. Siedzący po przeciwnych stronach ultrasi obydwu pozaligowych klubów już spoglądali jedni na drugich łakomym wzrokiem, czekając tylko, aż prowodyrzy dadzą upragniony sygnał do kontynuacji rozgrywek sposobem wiadomym.

Major splunął ze złością, rzucił rozkaz: „Z powrotem, na stadion!”. Sam został na miejscu z kilkoma funkcjonariuszami, żeby nadzorować ewakuację i poczekać do przyjazdu saperów.

Był wściekły. Nawet gorzej niż wściekły. Upał jak w piecu, kibole-debile, teraz jeszcze to! W dodatku doskonale wiedział, że w banku pieniądze akurat były. Były, bo sam je wczoraj do tego banku eskortował, kłócąc się po drodze z konwojentami o politykę.

Przerażona nie na żarty kasjerka napchała czarny worek na śmieci nie drobnicą, a grubymi nominałami. Oczywiście mogła pokombinować, dać jakieś pośrednie banknoty... No mogła, ale nie pomyślała. Nie jej wina. Co tylko mogło pójść nie tak, poszło nie tak, co dało się zepsuć, zostało zepsute. Gorzej już być nie mogło.

Major westchnął ponownie, komuś się zmiele, a na nim się skrupi.


Żeńka pstryknęła wyłącznikiem, miniaturowy monitor zgasł.

Najciekawsza część dobiegła końca, teraz zostały te mniej przyjemne rzeczy. Dolatujący zza powybijanych okien hałas narastał – to kibice wysypywali się ze stadionu, powoli nakręcając spiralę nienawiści.

Gorąco i duszno, pogodynka w telewizji zapowiadała nocną burzę. Żeńka rozłożyła się w opuszczonym domu, przeznaczonym do rozbiórki. Stadion był raptem jedną uliczkę i placyk dalej, a w miasteczku panowała zupełna cisza, więc doskonale słyszała, jak od strony boiska niosą się coraz bardziej gniewne, agresywne wołania.

Dziewczyna ostatni raz popatrzyła na elektronikę. Ech... No szkoda, szkoda. Tyle roboty w to włożyła, tyle serca! Potem jednak porozpinała wszystko, zwinęła kable, wepchnęła sprzęt do plecaka. Porozsuwała na boki skrzynki, służące jej za siedzenie i stoliki.

Co pomniejsze kawałki elektroniki połamała i wrzuciła do odsłoniętej studzienki kanalizacyjnej, resztę cisnęła do stojącego na podwórku kontenera na śmieci. Wyjrzała ostrożnie na uliczkę – pusto.

Od strony stadionu uderzyła fala ryku i dzikich wrzasków. Zaczęło się.

Żeńka zarzuciła sflaczały plecak na ramię i puściła się biegiem. Na placu przed stadionem już zaczynała się bitwa, migały błękitne koguty i porykiwały syreny radiowozów.

Dziewczyna skuliła się w sobie, wrzasnęła na cały głos: „Bij frajerów, Szachtar pany!” i ruszyła w najgęstszy tłum.

Dosłownie sekundę później na placyk wpadli milicjanci. Zlani potem funkcjonariusze rzucili się do pracy, wznosząc pały nad głowami. I tak byli już wkurzeni, napadem, upałem, jeżdżeniem w tę i we w tę... Tak. Dzisiaj sobie na chuliganach poużywają.


Żeńka wróciła do domu dopiero po północy. Ojciec czekał, a ona wiedziała, że tak będzie – w salonie paliło się światło. Jak tylko w zamku zachrobotał klucz, skoczył do korytarza, żeby ją przywitać.

– Żenia, co to... – zająknął się, widząc, jak wygląda córka. Dżinsy porwane na kolanach, koszulka brudna. Pod okiem nabiega fioletem dorodny siniak. – Żenia, co się stało? Gdzieś ty była, wszystko dobrze?

Córka marnotrawna westchnęła, zrzuciła plecak.

– Tato, nie panikuj. Wszystko gra. Wiem, wiem, że wyglądam słabo, ale jest okej. Nic mi się nie stało, nie denerwuj się. Byłam gdzie nie trzeba, dostałam rykoszetem.

Ojciec popatrzył na nią z powątpiewaniem. Żenia mówiła spokojnie, ale zawsze była spokojna, aż on się czasem denerwował w zamian. Skąd w niej tyle zimnego rozsądku? Dzieci powinny być lekkomyślne, krzyczeć, wykonywać nerwowe ruchy, a ona była wciąż skupiona jak wiązka lasera.

A jeśli wydarzyło się coś strasznego, a ona po prostu udaje?

– Żenia, córeczko...

– Tata, uspokój się! – Żenia dotknęła siniaka, syknęła. – Byłam na meczu, no! Tam się zawsze pobiją. Zgarnęli mnie gliniarze na dołek za nic, telefon zabrali. Dopiero teraz wypuścili, no to ja od razu do domu przecież. Spisali, puścili, koniec tematu.

– Po co w ogóle chodzisz w takie miejsca, córuś? Chodziłabyś lepiej na te swoje kółka zainteresowań...

– Dorastam, tato. Zainteresowania się zmieniają wraz ze mną.

– To ja tu się denerwuję, godzinami czekam, od zmysłów odchodzę...!

– Stop. – Żenia uniosła rękę, ojciec momentalnie umilkł. – Nie koloryzuj. Oboje wiemy, że miałeś dziś wieczorem zebranie modlitewne. Pewnie dopiero co skończyliście, sam niedawno wróciłeś. Nie przesadzaj, proszę.

Ojciec westchnął ciężko. Spokojna, wyrachowana, logiczna. Tak, to jego córka.

– Czyli nawet obiadu nie jadłaś. Kolację chcesz?

– Nie, za gorąco jest. Do wanny wlezę, spłuczę krew wrogów.

Żenia przecisnęła się obok ojca, który odsunął się na bok bez słowa – jak zwykle nie wiedział, co odpowiedzieć dorosłej córce.

Podmuch wiatru uderzył w okna, trzasnął zamykający się lufcik. Ciężko, basowo przetoczył się grom, zaszumiały stare topole. O szyby zaszeleściły poderwane z ulicy liście, gałęzie zaskrzypiały o parapet – zaczynała się burza.


Rano Żenię zbudził dzwonek do drzwi.

Od razu jej się ten dzwonek nie spodobał – długi, natarczywy. Zbyt pewny swego. Goście próbują delikatniej zaznaczyć swoją obecność, a tak dzwonią tylko oficjele i mundurowi. W korytarzu zaszurały kapcie.

Pomiędzy zasłonami przeświecało jaskrawo żółte słońce, więc musiało być już późnawo... No tak, ojciec dawno wstał, ale nie chciał jej budzić, żeby odespała wczorajsze przygody.

Żeńka nastawiła uszu.

– No tak, tak, proszę, proszę – powtarzał ojciec. – Moja Jewgienija jeszcze śpi, ale ja już, zaraz ją...

– Nie śpię, tato! Już idę, idę.

Żenia wbiła się w podarte dżinsy, narzuciła na grzbiet koszulkę i powlokła się do salonu. Gdy weszła, gość wstał, skinął głową. Solidny chłop, nie ma co. Katia, koleżanka Żeni, zawsze mówiła o takich: „Niezły kawał schabu”.

– Bry... – mruknęła Żeńka.

– Dzień dobry, Jewgienijo Pietrowno. Terechow się nazywam, Iwan Iljicz, ale można mówić „panie kapitanie”. Z pionu śledczego, że tak powiem, lokalnych struktur organów porządku wewnętrznego. Jeśli pozwoli panienka, to mam kilka pytań...

– Aha. O wczoraj chodzi, nie? – Żeńka pokazała na siniec. – Panie władzo, ja nawet nic nie zrobiłam. Tamci zaczęli, jak zawsze zresztą. Chamstwo straszne się szerzy wśród tych naszych kibiców. Wasi chłopcy niewiele lepsi zresztą, łapali kogo i za co popadnie...

– Hola, hola, panienko...!

Gość spróbował jej przerwać, ale Żeńka dopiero się rozkręcała.

– No idę sobie, swoimi sprawami zajęta, nikogo nie ruszam przecież! No co, co? To już na mecz nie wolno pójść?! Pewnie, że wolno, wolny kraj przecież! A tam, przy wyjściu, już się kłębią i jeden taki tam na mnie patrzy, i woła: „Awangarda, gówno warta!”. No za pierwszym razem nie zareagowałam, ale on znowu do mnie, i się sadzi! No to ja go...

 

– Żeniuś... – chciał jej przerwać ojciec. – Ty, no... Może lepiej...

– Jewgienijo Pietrowna, jeśli panienka pozwoli. – Śledczy uśmiechnął się. Takim zmęczonym, niewesołym uśmiechem. – Ja wszystko wyjaśnię.

– No więc, o cokolwiek chodzi, to nie ja! – z rozpędu zakończyła Żeńka, a potem zamilkła.

– Na pewno nie o mecz. – Uśmiech nagle zniknął z twarzy śledczego jak zdmuchnięty. – Czy zdarzało się panience bywać w klubie modelarskim?

– No, swego czasu. Potem mi się odechciało, w pewnym wieku to już obciach.

– Żeniusia ostatnio ciekawi się piłką nożną – odezwał się ojciec. – I dlatego...

– Jeśli pan również pozwoli, to dokończę. – Temperatura głosu gościa nagle spadła zauważalnie. – Jewgienijo Pietrowna, z tego, co mi wiadomo, pracowała tam panienka nad modelem śmigłowca.

– Helikoptera?

– Śmigłowca.

– No, było i takie coś. A co?

– Do klubu było włamanie – wyjaśnił kapitan. – Poszukujemy sprawców.

– Oj, oj. A to jakoś niedawno?

– Otóż kierownik sekcji modelarskiej jest na urlopie, nie ma go już tydzień. Nie wie może panienka, komu zostawiał klucze?

– A tam, klucze. – Żenia machnęła ręką. – Tam zamek jest taki, że gwoździem się go da otworzyć. Kluczy nikomu nie dawał. Przynajmniej ja nie wiem.

– Gwoździem, mówi panienka. Sprawdzimy... Zamek do ekspertyzy poszedł, tam się okaże, czy gwoździem, czy kluczem.

– Oho, jaki pan kapitan poważny – prychnęła dziewczyna. – Ekspertyza. Normalnie napad stulecia! A skąd wiecie, że było włamanie, jeśli szefa nie ma?

– To dłuższa historia, panienko. Zatem, klucza nie dawał... – Śledczy wyciągnął notatnik, coś zapisał. – Dobrze, to wszystko. Dziękuję.

– I tyle? – Żeńka postarała się, żeby w jej głosie dało się słyszeć rozczarowanie.

– Tak, na razie tyle. Teraz przepytuję wszystkich aktywnych członków kółka, zadaję rutynowe pytania.

Terechow wstał, poprawił marynarkę.

– A, swoją drogą, panienko. Gdzie była panienka wczoraj, tak za kwadrans szósta?

– Czyli wczoraj to włamanie było? – Żeńka skrzywiła się, siniak pod okiem zabolał. Znów dotknęła policzka. – No to przynajmniej mam alibi, bo byłam na meczu, a potem mnie wasi zgarnęli. Może sobie pan kapitan poczytać, jest zrobiony ten, no... cyrkularz... okólnik, o.

– Protokół – poprawił Terechow. – Jeśli życzy sobie panienka złożyć skargę na funkcjonariusza, to zapraszam do dokonania czynności w trybie ustawowym. Miłego dnia życzę.

Kiedy śledczy wyszedł, ojciec w końcu zebrał się na odwagę i zdecydował rozmówić się z córką. Chodziło mu to po głowie już długi czas, ale nijak nie znajdował w sobie sił.

– Żeńka, posłuchaj... – Odwaga nagle go opuściła. – A, no właśnie. Zrobić ci jajecznicę?

– Nie chcę, tylko herbaty się napiję.

– Żenia! Rośniesz, musisz przecież się odżywiać!

– Nie chcę, mówię. Muszę dbać o linię – rzuciła starym dyżurnym tekstem z rodzinnych obiadów. Jeśli o linię szło, to akurat Żenia najbardziej przypominała odcinek prostej. – Coś chciałeś powiedzieć?

– Żeń, w pewnym stopniu niepokoi mnie to, jak wygląda twoje życie. Skończyłaś szkołę, pora pomyśleć o przyszłości.

– Taatoo! Już to przerabialiśmy. Latem sobie odpocznę, a potem poszukam pracy.

– Przy twoich zdolnościach...

Żeńka była gotowa na dowolny przebieg rozmowy.

– Przy moich zdolnościach uniwersytet stoi otworem – powtórzyła znudzonym głosem. – Ale nie stać nas na opłacenie czesnego. To też przerabialiśmy, tato. Zarobię przez ten rok, zobaczysz. Taatoo... Jestem już dorosła. Naprawdę. I biorę to na siebie, okej?

– Córuś, nie do końca o tym chciałem mówić... chociaż o tym też. Ale niezupełnie. Te burdy...

– Jakie burdy, tato? Przecież pierwszy raz się tak zdarzyło! Chcesz, to więcej na piłę nie pójdę. I w ogóle przestanę kibicować.

– Nie no, to... Nie żeby mi o to właśnie chodziło...

– Mówisz i masz! Noga moja na stadionie nie postanie. Niech to, czego doświadczyłam wczoraj, będzie mi nauczką na całe życie.

Ojciec westchnął: nigdy nie było z tą dziewczyną łatwo. Odkąd żona umarła, sam wychowywał córkę, która teraz uważała, że jest już dorosła – co wcale nie pomagało. Zalał herbatę wrzątkiem, przesunął miseczkę z herbatnikami bliżej córki i zaczął od początku.

– O czym innym chciałem. Córeczko, żyjesz... no, nie tak jakoś żyjesz. To do klubu, to na mecz, to jeszcze coś innego. Ale cały czas sama. Wszyscy mają znajomych, spotykają się, rozmawiają, no nie wiem... Dziewczęta w twoim wieku myślą o przyszłości.

– O chłopcach, chcesz powiedzieć – podchwyciła Żeńka. – Ojciec, weź zaprzestań, co? Może właśnie po to na piłkę zaczęłam chodzić, żeby kogoś wreszcie spotkać. Zakochać się w kibicu. Założyć rodzinę, iść na bezrobocie. Przynosić mu przed telewizor piwo i kapcie, wozić pijanego po imprezach. To chcesz usłyszeć? Nie? No to lepiej nie zaczynaj.

I ojciec po raz kolejny skapitulował. Akurat czego jak czego, ale tego usłyszeć by nie chciał.

Była niedziela, nie miał nawet dokąd się spieszyć. Przez otwarte okna wpadało chłodniejsze po wczorajszym deszczu powietrze, ale już było czuć, że to stan przejściowy, a upał zaraz wróci. Tata włączył telewizor, Żenia usiadła z igłą i nitką, żeby zacerować porwane spodnie. Poszło jej szybko, jak zwykle zresztą, potem schowała się w swoim pokoju. Ojciec westchnął ciężko – celowo wybrał kanał sportowy z transmisją meczu. Myślał, że córka się przysiądzie, ale faktycznie żar zainteresowania zdecydowanie zgasł.

Dziwna z niej dziewczyna. Tyle lat zajmowała się techniką, w całej klatce sąsiadom naprawiała radia i telewizory. Władilen Igorowicz twierdził, że młoda ma talent... A potem nagle jak nożem uciął, rzuciła wszystko w kąt i została kibicem piłki nożnej. Teraz nawet to jej zbrzydło?

A może Władilen koloryzował o tym talencie? W sumie to mógł, żeby miło połechtać kolegę po fachu... W końcu pracowali razem w szkole: Wład uczył fizyki, Piotr zaś, ojciec Żeńki, był biologiem i botanikiem. Kiedyś, dawno temu, zajmował się tą biologią na poważnie, chciał robić karierę, miał prawie że napisany doktorat – ale po śmierci żony zabrakło czasu, córka była ważniejsza. Może i faktycznie tak tylko Władilen powiedział? Z drugiej strony, naprawione przez Żeńkę sprzęty domowe nie kłamały.

Z rozmyślań wyrwał go telefon. Dzwonił Innocenty, sekretarz Wiktora Terentiewicza Poruszczuka. Poruszczuk był właścicielem szeregu zakładów, znanym w mieście potentatem, a ponadto przewodził zgromadzeniu religijnemu, do którego należał Piotr Siergiejewicz.

Wkrótce po stracie żony poczuł, że w jego życiu pojawiła się pustka, którą trzeba było czymś wypełnić. Czymkolwiek. Sąsiadka przekonała go, żeby wraz z nią poszedł na sobotnią grupę modlitewną. Początkowo migał się, tłumaczył, że człowiek o naukowym podejściu do życia tak nie może, nie umie... Ale w końcu dał się przekonać i, o dziwo, spodobało mu się. Ludzie byli mili, uśmiechnięci, pomocni... Przez te cztery lata tak się wciągnął, że teraz bez zgromadzenia by chyba już nie umiał egzystować.

Same ich spotkania były modlitewnymi tylko z nazwy, a co najważniejsze, nie było tam żadnego dogmatyzmu! Rozmawiali o osiągnięciach nauki, o tym, jak to ścieżki Najwyższego są zaiste niezbadane, o tym, że widać Jego rękę w naukach o polu informacyjnym, promieniowaniu elektromagnetycznym, nawet w wahaniach kursu waluty – we wszystkim, co składa się na noosferę planety.

Poruszczuk umiał w przedziwny sposób powiązać w jedną spójną całość rzeczy pozornie tak bardzo od siebie odmienne. Ponadto przewodniczący zgromadzenia zawsze dużo uwagi poświęcał uczestnikom spotkań, dopytywał się o sprawy członków, współczuł, pomagał i radził. Zawsze znajdował słowo otuchy dla samotnego ojca, który dla córki poświęcił perspektywę kariery naukowej. Nieodmiennie szczerze, prawdziwie i słusznie.

Otóż dzwonił Innocenty.

– Piotrze Siergiejewiczu, dzień dobry! Chciałbym pana zaprosić, szef chce dwa słowa zamienić. Tak, do niego do biura. Tak, tak, wiem, że niedziela, ale praca nie śpi, a mamy pewną sytuację. Nie, bynajmniej! Zupełnie bez związku. Dałby pan radę...? Dziękuję bardzo.

Ojciec odłożył telefon i zawołał:

– Żenia, Żeniuś! Muszę iść do Wiktora Terentiewicza!

– Co, nie wymodlił cię wczoraj dokładnie, dziś poprawiny...? A nie, czekaj! Religia to opium dla mas, a ty potrzebujesz działki!

– Oj, córeczko, naprawdę. Do biura mnie prosi, sprawę ma.

– Jasne. Sprawę. Właściciel fabryk, gazet, pociągów i rurociągów. – Żeńka stanęła w drzwiach, wzięła się pod boki. – Sprawę ma do ciebie. Pewnie biznes wspólny, co?

Piotr Siergiejewicz w zasadzie domyślał się, jaka to sprawa, ale na razie nic nie mówił, szykując niespodziankę. Hm... Niespodziankę.

– Ale nie masz nic przeciwko, żebym poszedł?

– Tato, leć przecież. Ja też na spacer sobie pójdę, póki nie ma upału.

Podejście Żeńki do tego, jak ojciec spędzał wieczory, było, delikatnie rzecz ujmując, sceptyczne. Do jej uszczypliwych uwag o fanatykach religijnych Piotr Siergiejewicz dawno już przywykł, zaliczając to do rzędu tych samych dyżurnych żartów, co komentarze na temat linii córki. Natomiast żeby Poruszczuk zapraszał go do biura? Jego, osobiście? Tego jeszcze nie było.

Ojciec zebrał swoje papiery i poszedł, a Żeńka zastanowiła się. Wczorajszy dzionek był, noo, dość intensywny i z przygodami, a ona mimo to była spokojna. Dlaczego? Ano dlatego, że wszystko się udało. A może i nie wszystko? Ten śledczy, schaboszczak...

Dziewczyna zatrzymała się przed lustrem w przedpokoju, spróbowała zaczesać grzywkę tak, żeby zakryć podbite oko – a gdzie tam! Takiego cuda się nie schowa... Zamknęła mieszkanie, wybiegła na podwórko. Kiedy była mała, podwórko wydawało się jej ogromne – niczym cały jej dziecięcy świat. W miarę jak rosła ona, rozrastał się i ten świat, a teraz podwórko było już małe, ciasne. Ot, tyle co nic.

A na nią czekał naprawdę wielki, szeroki świat bez granic.

Robiło się gorąco, po nocnym ochłodzeniu nie zostało już nawet śladu. Żeńka ruszyła pustą i cichą ulicą, po nagrzewającym się asfalcie. Za rogiem hurgotały przejeżdżające po dziurawej drodze samochody, a ich ślepy zaułeczek kończył się hałdą usypanego żwiru przed nieużytkiem. W tym właśnie kierunku szła, kiedy wpadła na rogu na Katię w towarzystwie dwóch chłopaków. Ci z kolei byli nawet nie „solidni”, a wręcz „atletyczni”. Sportowcy.