Nadchodzą czasy noweTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Weronika Wierzchowska, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Drunaa/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-543-8

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

Warszawa, maj 1794 roku

Niełatwo było zdobyć przyzwoitą kwaterę w tak niespokojnych czasach. Szczególnie gdy było się samotną kobietą, do tego niezamożną szlachcianką z mazowieckiej prowincji.

Na ulicach dosłownie się kłębiło od ludzi. Wydawali się kręcić chaotycznie w różne strony, a jednak każdy zmierzał w sobie wiadomym konkretnym celu. Tam i z powrotem ciągnęły wozy obładowane prowiantem, drewnem, materiałami wszelkiego rodzaju i zastosowania, które pochodziły z wojskowych rekwizycji na poczet obrony ojczyzny. Pełno też było zrozpaczonych chłopów z żonami i dziećmi, pozbawionych środków do życia przez owe konfiskaty, a jeśli nie przez nie, to przez Prusaków lub Moskali, którzy również zajmowali siłą, co się dało. Przejść było trudno, szczególnie że większa część miejskich ulic nie była wybrukowana, za to zryta kołami wozów i zasłana końskim łajnem.

Balbina Leśniowska z trudem się przepychała w kierunku miasta swoim niewielkim powozem zaprzężonym w dwa koniki. W końcu dotarła do Nowego Światu, przedłużenia najbardziej prestiżowych i uczęszczanych ulic, czyli Miodowej i Krakowskiego Przedmieścia. Nowy Świat stanowił wylotowy trakt z Warszawy w kierunku Ujazdowa i dalej Wilanowa. Wyglądał jak polna droga, po której obu stronach stały domy różnej proweniencji, zarówno pałacyki, jak i zawalające się rudery biedoty. Z tego, co przybyła zdążyła się zorientować, cała stolica była miastem kontrastów – na pierwszy rzut oka architektonicznych, ale tak naprawdę ekonomicznych i społecznych. Piękne rezydencje, a obok nich drewniane budki, przechylone chałupy, kryte strzechą i z klepiskami zamiast podłóg. Raj bogaczy, a za płotem piek­ło biedoty. I tak na każdej ulicy, w każdym zaułku, każdym cyrkule i jurydyce.

Kwaterą z trudem zdobytą były dwa pokoiki na poddaszu drewnianego domu czynszowego, jednego z pierwszych budynków o takim przeznaczeniu w mieście. Balbina dostała je dzięki temu, że dawny wspólnik w interesach jej zmarłego męża jeszcze o nim pamiętał i skłonny był okazać serce wdowie. Uruchomił swoje wpływy i w porę się znalazło mieszkanko dla gościa z głębi Mazowsza.

Pani Leśniowska natychmiast po przyjeździe wyruszyła w miasto załatwiać sprawę, z którą tu przyjechała. Wiele jednak nie zdziała ani w magistracie, ani na zamku, ani w koszarach na Ujazdowie. Odwiedziła nawet Wydział Potrzeb Wojskowych, jednostkę powołanej przez Kościuszkę Rady Najwyższej Narodowej, gdzie rozmawiała krótko z samym generałem Wielowiejskim, ale niczego nie załatwiła i nawet się niczego nie dowiedziała. Generał grzecznie i uprzejmie wystawił ją za drzwi i poradził, aby jak najszybciej wracała do domu. Wróciła, ale na razie do wynajmowanego mieszkania. Przed bramą dozorca powiadomił ją z zasępioną miną, że wojsko zajęło jej konie. W czasie gdy ona bezowocnie rozmawiała z generałem, jego podkomendni raczyli bezczelnie ją ograbić. Dostała nic niewart kwit, który rzekomo miał być w nieokreślonej przyszłości zrealizowany przez władze. Fakt jednak był taki, że straciła konie i do domu pod Rawą nie miała jak wrócić.

Chyba żebym zaprzęgła do powozu księdza Bonawenturę, pomyślała, siadając na krześle w pokoiku, gdy już dotarła na kwaterę. Dobrze by mu to zrobiło, bo sadło sobie hoduje niczym niedźwiedź na zimę. A właśnie, gdzie on właściwie jest? Poszedł gdzieś z Mańką?

Mańka była jej służącą, a ksiądz Bonawentura Miłobędzki rodzinnym spowiednikiem i przyjacielem rodziny. Oboje przyjechali razem z nią do Warszawy z majątku pod Rawą, bo przecież nie uchodziło, aby kobieta podróżowała zupełnie w pojedynkę, szczególnie w tak niespokojnych czasach. Bonawentura nie upierał się jednak, by jej towarzyszyć w peregrynacjach po urzędach, udał się pomóc swojej dobrodziejce, jak ją zwykle nazywał, na swój sposób. Balbina obawiała się, że właśnie w jakiejś karczmie wlewa w siebie węgrzyna i próbuje wypytywać przypadkowych ludzi. Zarówno do picia, jak i gadania miał prawdziwy talent. Nie liczyła jednak na niego specjalnie, spodziewała się, że wróci spity w trąbkę z całą masą bezużytecznych plotek i historii do opowiedzenia. Sięgnęła po broszury, które przyniosła z miasta. Lektura powinna pomóc się jej uspokoić i zebrać myśli. Pora skorzystać z dziennego światła i dostępu do druku, o co niełatwo było pod Rawą. Lektura to lektura, nawet jeśli były nią polityczne rozprawy i zwykła propaganda. Co prawda wolałaby powieści francuskie, coś chwytającego za serce, ale nie miała czasu się za nimi rozejrzeć.

Ledwie pogrążyła się w lekturze, a drzwi z hukiem się otworzyły i do środka wpadł ksiądz Bonawentura. Z rozpędu trafił kolanami w stołek, potknął się i runął z łomotem na dechy podłogi. Balbina spojrzała na niego chłodno, odkładając broszury. Duchowny był mężczyzną w przybliżeniu w jej wieku, zatem około czterdziestki. Miał dość pokaźny brzuszek, ale jeszcze nieutrudniający poruszania się. Do tego na głowie naturalną tonsurę, czyli solidną łysinę na czubku. Tę łysinę otaczały szpakowate, sterczące na wszystkie strony włosy. Teraz sterczały jeszcze bardziej, do tego twarz księdza była czerwona, a oczy wytrzeszczone. Oczywiście śmierdziało od niego wińskiem, choć jeszcze nie powiedział ani słowa. Zebrał się żwawo z podłogi i poluzował koloratkę pod szyją.

– Ukradli nam konie! – oświadczył.

– Nie ukradli, ale zajęli w imię ojczyzny walczącej o wolność – powiedziała Balbina spokojnie. – Powinniśmy być dumni, że przysłużyliśmy się wspólnej sprawie.

– A, to dobrze. – Bonawentura odetchnął, postawił stołek na nogi i usiadł na nim ciężko. – Gorzej, że Mańka też nas opuściła, by przysłużyć się wspólnej sprawie.

– Co takiego?

– Zwiała, rzuciła robotę i wyniosła się w diabły.

Służąca była dziewczyną ze wsi, przyuczoną do usługiwania na pokojach i pomagania pani w ubieraniu się i toalecie. Wyuczenie tej dziewczyny jakiejkolwiek ogłady wcale nie było proste i Balbina niemało się natrudziła, ponadto zdążyła się przyzwyczaić do swojej pokojowej i nawet przez myśl jej nie przeszło, że ta praca dziewczynie nie odpowiada. Mańka do wyboru miała usługiwanie pani lub harówkę w polu od świtu do zmierzchu, powinna być zatem zadowolona, a nie stroić fochy.

– Zawsze uważałem to dziewczę za płoche i słabujące na umyśle – kontynuował ksiądz. – Zdaje się, że uległa konieczności służby ojczyźnie tak jak nasze konie. Widziałem ją prowadzoną pod ramię przez kawaliera z kawalerii narodowej. Oświadczyła mi tylko, że teraz będzie pracowała przy wojsku jako markietanka. Kazała się pani kłaniać i powiedziała, że czysta bielizna jest na dnie kufra po lewej stronie. Gorset ja mam pani sznurować, dopóki dobrodziejka nie znajdzie sobie nowej pokojowej. Eee, nie wiem tylko, co z czesaniem, nie umiem posługiwać się zgrzebłem…

– Czesać umiem się sama, nie potrzebuję do tego pomocy – mruknęła dobrodziejka.

Balbina wstała i podeszła do okna. Naprawdę wiele ciosów od losu dziś na nią spadło. Miała wrażenie, że ciągle tylko obrywa, że nic już nie przychodzi jej łatwo i lekko, a świat jest tak urządzony, by kłaść jej pod nogi same przeszkody. Właściwie, jeśliby się dobrze zastanowiła, przez ponad dwadzieścia ostatnich lat jej życie było pasmem udręk i nieustannej walki o przetrwanie, swoje i syna, o utrzymanie gospodarstwa w trudnych wszak czasach. Kiedy wyszła za Franciszka, była młodą i pełną zapału dziewczyną, ufną i radosną. Po urodzeniu syna czuła się najszczęśliwszą kobietą na świecie, otoczoną miłością, spokojną i bezpieczną. Później wszystko zaczęło się psuć. Dzisiejszy dzień nie był inny, dostała kolejne baty od losu, które nauczyła się przyjmować ze stoickim spokojem.

– Deszcz zaczyna padać – zauważyła – ale chyba nie będzie burzy. Czegoś się ksiądz dowiedział na mieście?

– Siła pożytecznych rzeczy! W Warszawie panuje bałagan, władze miejskie jeszcze się nie odbudowały po okupacji ruskiej, ale mówi się, że prezydentem znów będzie Ignacy Wyssogota Zakrzewski. To dawny podczaszy poznański, członek Rady Najwyższej…

– To dla mnie nieistotne – ucięła Balbina.

– Nie ma policji, która by nam mogła pomóc. Jest tylko milicja municypalna, powołana z mieszczan, a tak naprawdę zrekrutowana z rzezimieszków, bandziorów i ochlapusów. Nie mają nawet mundurów, tylko kiedy są na służbie, przypinają do kapot sukienne naramienniki. Nie ma co się fatygować i podejmować z nimi rozmów, bo te moczymordy w zasadzie do niczego się nie nadają. Choć pono w czasie niedawnych walk z Moskalami właśnie te cymbały z milicji wsławiły się niezwykłą bitnością i poświęceniem.

Ksiądz rozglądał się po pokoju, aż jego wzrok padł na dzbanek na stoliku. Złapał za niego bez pytania i wsadził do naczynia swój nochal. Nie wyniuchał jednak wina ani piwa, w środku była woda. Skrzywił się i odstawił dzbanek. Balbina udała, że niczego nie dostrzega.

– W czasie kwietniowych walk o miasto ruski jenerał Nowicki szedł Marszałkowską z dwoma tysiącami szkolonego wojska na odsiecz otoczonemu w Zamku Królewskim królowi Stasiowi ze zdrajcami targowiczanami. Na ich drodze stanął lud dowodzony przez kilku młodych oficerów polskich, ale nie byli się w stanie mierzyć z prawdziwą gwardią carską. Dopiero milicjanci, którzy obsadzili bramę i Kuźnię Saską, zatrzymali Ruskich. Ściągnęli skądś armatę i walili z niej do Moskali kartaczami, które siekały ich na tatara…

 

– Te bajdy mnie nie interesują, nie po to przyjechałam, by wysłuchiwać krwawych wojennych historii – zauważyła Balbina zirytowana ględzeniem Miłobędzkiego.

– Tyle że głównie o tym się gada po karczmach i traktierniach. Można się nasłuchać ciekawych szczegółów, których dobrodziejce oszczędzę, bo pełno w nich brutalności, krwi i przemocy.

– Rada jestem, że mi ksiądz tego oszczędzi. Tak samo jak innych plotek, których nie mam ochoty wysłuchiwać. Dobrze by księdzu zrobił odpoczynek i parę dni wstrzemięźliwości, będę bowiem potrzebowała jakiegoś oparcia, a nikogo prócz księdza tu teraz nie mam.

Bonawentura poprawił czarną tunikę służącą za sutannę, podciągnął pas pod brzuchem i chrząknął, po czym pokiwał głową pokornie. Nie miał tyle tupetu, by pokazać babie jej miejsce, bo kto to widział, żeby kobieta zwracała uwagę kapłanowi? Doskonale pamiętał o tym, że przez wiele lat żył na jej łasce, stołował się we dworze i miesiącami tam mieszkał. Nie zdarzyło mu się w tym czasie skalać pracą na rzecz gospodarstwa Leśniowskich, jeśli nie liczyć gotowości do pełnienia posługi kapłańskiej. Nie wypadało zatem czynić przytyków swojej dobrodziejce, bo mog­łaby go wygnać precz. Poza tym po prostu ją lubił. Potrafiła być zabawna, gdy była w lepszym humorze.

– Eee, to może pójdę do swojej kwatery? Ale zanim to zrobię, wspomnę tylko, że odwiedziłem Deputację Ratunkową, kierowaną przez księdza Onufrego Kopczyńskiego. Chętnie przyjął on innego duchownego i ugościł mnie obiadem oraz kilkoma lampkami przedniego węgrzyna…

To już wiem, gdzieś się tak zalał, klecho, pomyślała Balbina, ale nic nie powiedziała, tylko spojrzała na księdza z cierpką miną. Jednak nie doiłeś w karczmie, a na krzywy ryj u innego pijaka w sutannie.

– Deputacja zajmuje się wspieraniem matek, żon i dzieci zwerbowanych do wojska, zasadniczo przez datki pieniężne, ale nie tylko. Ksiądz Onufry, ujęty moją opowieścią, zgodził się pochylić nad losem Włodzimierza.

Balbina drgnęła, słysząc imię syna. Bonawentura wyjaśnił, że szef Deputacji Ratunkowej ma dostęp do oficerów powstańczych i innych władz, a poza tym cieszy się sporym szacunkiem jako znany naukowiec i gramatyk, a do tego dyrektor Biblioteki Załuskich. Obiecał popytać dyskretnie o syna Leśniowskiej i w ciągu góra trzech dni czegoś się dowiedzieć. Balbina uśmiechnęła się łaskawie do księdza, w jednej chwili przebaczyła mu słabości. Jego gadanina jednak do czegoś się przydała. Nie wiadomo, czy zagadał Kopczyńskiego i zamęczył go do cna, czy wzbudził jego sympatię, w każdym razie udało mu się coś zdziałać. Wyglądało na to, że więcej niż jej.

* * *

Ledwie ksiądz zamknął się w swoim pokoiku, a ktoś zaczął stukać w główne drzwi wychodzące na korytarz. Balbina chwilę siedziała nieruchomo, czekając, aż Mania otworzy, gdy dotarło do niej, że nie ma już służącej. Wstała, ale w tej chwili duchowny wyskoczył ze swojej kwatery i skinął jej głową na znak, że heroicznie się poniży i wykona pracę sługi. Znikł na parę chwil, słychać było, że rozmawia z kimś coraz bardziej podniesionym głosem. Balbina z ciekawości pofatygowała się do wejścia zobaczyć, co się tam wyprawia. W sieni ujrzała Bonawenturę własnym ciałem tarasującego drogę kobiecie ubranej w pstrokaty strój i barwną chustę na głowie.

– Pani nie życzy sobie przyjmować żadnych wróżek i innych pogańskich czarownic. Proszę odejść, pókim dobry! – huknął ksiądz.

– Skąd wiesz, klecho, że nie życzy? Przecież nawet jej nie zapytałeś! Umiesz czytać w myślach czy co? – Kobieta mówiła mocnym, dźwięcznym głosem z lekkim akcentem, którego Balbina nie potrafiła rozpoznać.

Intruzka miała ciemną cerę i zupełnie czarne oczy okolone długimi grubymi rzęsami i mocnymi brwiami. Spod kolorowej chusty, ozdobionej na czole drobnymi koralikami, wystawały czarne lśniące loki. Na pierwszy rzut oka prezentowała urodę cygańską, a to, że podała się za wróżkę, tylko potwierdzało jej hipotetyczne pochodzenie. Nic dziwnego, że Bonawentura stanął okoniem i próbował się jej pozbyć. Kobieta była najpewniej domokrążcą i naciągała naiwniaków na swoje wróżby, a przy okazji kradła drobiazgi, które wpadły jej w ręce. Nawet na mazowieckiej prowincji takie wizyty nie były niczym niezwykłym. Balbina zatem tylko przewróciła oczami i skierowała się do pokoju.

– Jestem tu w sprawie Włodzimierza, waszego syna! – Cyganka oświadczyła niespodziewanie.

Balbina zatrzymała się jak wryta i obróciła na pięcie. Położyła dłoń na ramieniu księdza, skłaniając go do odejścia.

– Jestem Tekla Asłan, widząca i wróżka! – intruzka oświadczyła z dumą. – Znam waszego syna, pani. Wiem, że go szukacie.

– Asłan? Toście muślimka, znaczy pohanka – zauważył Bonawentura.

– Nie lubię tych określeń, są obraźliwe. – Tekla spiorunowała go spojrzeniem czarnych oczu. Nagle zrobiła się groźna i jakby urosła, a jej brwi ściągnęły się w gniewnym grymasie. – Jestem Tatarką, z Lipków. I tak, wyznaję islam. Nie ma Boga oprócz ­Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem. Ma coś ksiądz do tego, hę?

– Czy mam? To przecież herezja – mruknął Bonawentura. – Pozwólcie mi ją zepchnąć ze schodów, dobrodziejko. Nie potrzebujemy do niczego zdradziec­kich Tatarów.

– Zna Włodka. Nawet jeśliby wyznawała samego Szatana, nie miałoby to dla mnie znaczenia. Chcę z nią rozmawiać, natychmiast. Wejdźcie do środka, pani Asłan. Zapraszam was serdecznie.

Ksiądz fuknął z niezadowolenia, a Tatarka uśmiechnęła się do niego złośliwie i przechodząc obok, pchnęła go łokciem w brzuch, aż jęknął.

– Proszę mi mówić po prostu Teklo – oświadczyła i weszła na pokoje przodem, jak do siebie, po czym rozejrzała się krytycznie. – Ładnie tu, choć ubogo. Kadi z mojej wioski tak mieszkał, znaczy bez przepychu, choć stać go było na perskie arrasy. To świadczy, żeście pozbawieni pychy.

– To wynajęte mieszkanie, jestem tu tylko gościem – oświadczyła Balbina i wskazała jej krzesło.

Sama chciała usiąść na drugim, po czym zawołać Manię, by przyniosła wrzącej wody na herbatę. Ale przecież Mani nie było. Sięgnęła do podróżnego kufra i wydobyła z niego przybornik do robienia naparów, maszynkę do palenia kawy, imbryczek oraz woreczki z ziarnami i suszonymi liśćmi. Spojrzała na stojącego w drzwiach księdza i podała mu imbryczek oraz woreczek z herbatą.

– Zejdzie ksiądz do gospodarza, poprosi o wrzątek i zaleje nam herbatę.

– Ja? – Duchowny się zdumiał, czując się nagle zdegradowany do poziomu lokaja. – Tak, już pędzę.

Niechętnie i z ociąganiem podszedł do Balbiny i wyjął z jej rąk imbryczek, po czym ostentacyjnie powłócząc nogami, wyszedł z mieszkania i zaczął stukać butami na drewnianych schodach. Balbina w tym czasie przyglądała się Tekli, a ona jej, nic przez parę chwil nie mówiąc.

Tatarka musiała przyznać, że gospodyni, mimo czterdziestki na karku, nadal jest piękną kobietą, o naturalnej słowiańskiej urodzie, mogącej uchodzić nawet za plebejską. Twarz szlachcianka miała okrągłą, zielone oczy i kurze łapki rozchodzące się od oczu i znaczące, że Balbina mimo problemów zwykła się często uśmiechać. I uśmiechnęła się, a wtedy ubyło jej co najmniej dziesięć lat, a do tego wypiękniała jeszcze bardziej. Ubrana była w błękitną sukienkę o tradycyjnym polskim kroju, ale pod szyją miała zawiązaną chustkę zasłaniającą dekolt, tak zwane fichu. Był to modny dodatek pochodzący, rzecz jasna, z Francji, a nawiązujący do mody rewolucyjnej. Wzrok przyciągał srebrny naszyjnik, którego sercem był jaskrawozielony szmaragd, wyglądający jak dodatkowe, trzecie oko. Była to jedyna biżuteria, jaką nosiła. Balbina miała w zwyczaju machinalnie kłaść dłoń na naszyjniku i bezwiednie bawić się szmaragdem tkwiącym w srebrnej obramówce w kształcie motywu roślinnego.

– Włodek jest do was bardzo podobny, mości pani. Te oczy i uśmiech, od razu znać bliskie pokrewieństwo.

– Znasz go, Teklo. Wiesz coś o jego losach, gdzie on jest? Musiałaś go widzieć, ale mam nadzieję, że nie tylko w tych, hmm… magicznych widzeniach? – Balbina pochyliła się ku rozmówczyni.

– Nie mam żadnych magicznych widzeń, a Włodka, owszem, widziałam na własne oczy, i to nie raz. Mieszkał pod moim dachem jakiś czas, siadał ze mną do stołu i… Nie, niech pani nie robi takich wielkich oczu, nie dzielił ze mną łoża. Choć przyznaję, że nie miałabym nic przeciw temu. Taki młody i hoży młodzieniec, schrupałabym go na miejscu, mniam!

Balbina poruszyła się niespokojnie na krześle. Nie wiedziała, jak ma zareagować na tę niespotykaną rozwiązłość. Doszła jednak do wniosku, że najważniejsze jest to, co czarownica wie o Włodzimierzu. Trzeba spokojnie znosić jej bezpośredniość, obcesowość oraz brak ogłady i traktować to jako ekscentryzm. Balbina przetrwała tak długo ze swoim gospodarstwem między innymi dlatego, że potrafiła się szybko dostosować do sytuacji. Zamiast zatem okazać oburzenie, po prostu znów się uśmiechnęła.

– Czy mogę liczyć na jakieś bliższe wyjaśnienia?

– Mhm. – Wiedźma skinęła głową. – Ale coś za coś, bo czasy są takie, że nie ma nic za darmo.

Balbina uniosła brwi, w pamięci licząc, ile jej zostało pruskich dydków, ruskich rubli i czerwonych złotych. Miała nadzieję, że Mania nie zwinęła wszystkiego z kufra przy okazji swojej dezercji.

– Ile? – spytała rzeczowo.

– Opowieść – odparła Tekla. – Wymiana będzie uczciwa, opowieść za opowieść. Ja to, co wiem o Włodku, a jejmość pani o tym samym.

– Słucham?

– Chcę wysłuchać opowieści o synu, o tym, co was łączy i jak do tego doszło, że wylądował w Warszawie i zaginął.

– Ale po co?

– Bo jestem wścibską wiedźmą i inaczej niczego nie powiem. – Tekla zmrużyła oczy.

Balbina zagryzła wargę, zastanawiając się gorączkowo, o co chodzi tej kobiecie. Miała nadzieję, że syn nie wszedł z tą personą w zbyt bliską konfidencję. Przynajmniej łoża nie dzielili, tyle dobrego. Pokiwała w końcu głową i zaczęła opowiadać.

* * *

Franciszka Leśniowskiego znałam od dziecka, nawet już nie pamiętam, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy. Ziemie należące do naszych rodzin od pokoleń sąsiadowały przez miedzę, ale nie dało się powiedzieć, żeby oba rody łączyła jakakolwiek zażyłość. Przodkowie nie raz i nie dwa brali się za łby, rżnęli szablami, wpuszczali sobie nawzajem bydło w szkodę, kradli krowy lub wieśniaków, a najczęściej jedno i drugie. To właściwie były zwykłe relacje sąsiedzkie typowe dla mazowieckich ziemian, tak zwanej szlachty szaraczkowej, zubożałej i niewykształconej. Podgolone łby, tak się o nich mówiło w innych częściach kraju i nieraz wykpiwało z powodu zaciętości i zacietrzewienia, które w połączeniu z tępotą i brakiem obycia budowały naprawdę niekorzystny wizerunek. No cóż, takich mieliśmy antenatów, nie ma co udawać, że było inaczej.

Widywaliśmy się zatem z Frankiem najczęściej w kościele, w czasie niedzielnych mszy, i czasem na targowisku w miasteczku. Od dziecka wielki i kudłaty, z szerokimi barami, przyciągał mój wzrok, ale nie jako potencjalny kochanek, a raczej cyrkowe dziwadło. Śmieszyła mnie jego niezgrabność i przesadzone rozmiary. Nasi rodzice kłaniali się sobie, ale pozostawali w chłodnych relacjach. Na szczęście nie toczyli już ze sobą krwawych bojów jak rodziny Kapuletich i Montecchich z Romea i Julii. Ciągle jednak Leśniowscy i Tłokińscy pielęgnowali w sercach urazę, bo w czasie sejmiku dziadek Franka raczył się naśmiewać z kobyły mojego dziadka, za co ten ciosem szabli odciął mu wąs i rozharatał policzek. W odwecie dziadek Franciszka poszczuł psami myśliwskimi nasze krowy, na co mój dziadek odpowiedział wystrzałem z muszkietu, którym położył trupem jednego z psiaków. Wiele więcej nie trzeba było, aby gniewali się na siebie do końca życia i tą idiotyczną urazą zatruli życie swoim potomkom.

Byłam podlotkiem, z blond warkoczem, upodobaniem do włażenia na drzewa i tupetem nieprzystającym panience z dobrego domu, kiedy w końcu miałam okazję porozmawiać z Frankiem. Doszło do tego pewnej nocy, gdy jeden z parobków dojrzał na niebie łunę bijącego pożaru.

„Czerwony kur! Gore, gore jak w piekle!”, wrzeszczał jak opętany, pamiętam to jak dziś.

Paliły się stodoły Leśniowskich. W takich chwilach zapominało się o urazach, z żywiołem zobowiązani byli walczyć wszyscy, nie oglądając się na upodobania czy niechęci. Moi bracia i ojciec poderwali się na równe nogi, kto żyw, parobki i sługi złapali za wiadra i kubełki, siekiery i widły, po czym całą kupą pognali biegiem lub konno na ratunek sąsiadom. W zamieszaniu wymknęłam się z domu, a jako że było już późno, to właściwie wyskoczyłam z łóżka i popędziłam na miejsce boso, w nocnej koszuli, okryta jedynie podomką. Przemknęłam na skróty przez sad i po kładce na strumyku dotarłam na miejsce jeszcze przed tłumem moich kompanów.

 

Początkowo nie wiedziałam, jak mogłabym pomóc, jak cokolwiek zdziałać w tym chaosie. Płomienie pożerały jedne zabudowania i przenosiły się na dachy sąsiednich budynków gospodarczych. Ludzie biegali na wszystkie strony, wrzeszczeli, klęli i płakali. Wyprowadzali konie ze stajni, wyganiali kury z kurników i świnie z chlewów. Zwierzęta rżały, gdakały i kwiczały z przerażenia. Ogień ryczał niczym wielki potwór, iskry leciały potężną kolumną wysoko w niebo. Stałam bez ruchu i gapiłam się na straszliwe widowisko, pokaz mocy żywiołów, nieujarzmionych i przerastających ludzkość. Straszliwe widowisko, a jednocześnie piękne…

W końcu ratownicy ustawili łańcuchy z ludzi od studni do miejsca pożaru. Stanęłam w którymś i podawałam napełnione wodą wiadra w jedną stronę, a puste z powrotem. Podomka spadła mi z ramion i zostałam w samej koszuli, właściwie półnaga, ale nawet tego nie zauważyłam. Krew mi kipiała, poza tym było gorąco od żaru. Nagle ktoś podniósł moje odzienie i okrył mi nim ramiona. Odwróciłam się i ujrzałam Franka, wielkiego, górującego nade mną niczym niedźwiedź. Jego oczy błyszczały odbijającą się w nich pożogą, rozebrany był do pasa, lśniący od potu, parujący, z węzłami potężnych mięśni prężącymi się pod iskrzącą złotem skórą. Uśmiechał się łagodnie, a dotyk jego wielkich dłoni był czuły i delikatny.

„Uważaj na siebie, sąsiadko, nie chcę, aby coś ci się stało”, powiedział i pognał walczyć z ogniem.

Wierz lub nie, ale zakochałam się w nim wtedy, i to od razu na zabój. W jednej chwili wiedziałam, że to on, ten jedyny, że nie chcę już żadnego innego. Czy to był głupi poryw serca naiwnego podlotka, zadurzenie płochej jeszcze podfruwajki, która nie doświadczyła mężczyzny? Czas pokazał, że nie. Miłość wybuchła we mnie niczym te płomienie, które nas wtedy otaczały. Podawałam dalej wiadra, ale ciągle szukałam go wzrokiem. Kiedy w końcu dostrzegłam na tle ściany ognia, jak ciskał w żar kolejne wiadra wody, aż serce zatrzepotało mi w piersi. Walczył niczym bohater ze starożytnych eposów, niczym Herakles, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Co z tego, że walka ta nie miała szans powodzenia? Nie poddawał się. Mój wielki niedźwiedź miotał się i gotów był skoczyć w ogień, aby go pokonać gołymi rękami.

Bitwa trwała do świtu, wtedy pożar się uspokoił i, o dziwo, udało się ocalić dwór i część zabudowań. Spłonęły wszystkie stodoły z sianem i zbożem, stajnie i chlewy. Odszukałam mojego bohatera siedzącego na ziemi i pijącego wodę bezpośrednio z wiadra. Był tak wyczerpany, że na mój widok tylko się uśmiechnął, nie miał sił na żadne więcej uprzejmości. Klęknęłam przy nim i podomką zanurzoną w wodzie zaczęłam ocierać jego poparzone i osmalone ramiona, barki i tors. Przyjmował tę, w moim mniemaniu, medyczną pomoc jak pieszczotę i tylko mruczał, patrząc na mnie. Jego wzrok palił mnie wtedy niczym ognie. Wiedziałam, że i w nim coś się rozpala, coś pięknego i potężnego. Wróciłam do domu niczym niesiona na skrzydłach, a tam, na progu, czekała na mnie matka z kijem w garści. Stłukła mnie porządnie, porachowała mi gnaty, bo myślała, żem zginęła w płomieniach, i tak, po staropolsku, okazała radość z mojego niespodziewanego odnalezienia. Potem mnie ucałowała i przytuliła, ale plecy bolały mnie kilka dni.

Wybranek mego serca pojawił się jakiś tydzień później, przyjechał do nas w odwiedziny w towarzystwie swego ojca i dwóch braci. To były pierwsze przyjazne odwiedziny Leśniowskich od kilku pokoleń. Przyjechali, żeby nam podziękować i rozpocząć dobrosąsiedzkie stosunki. Przywieźli kilka beczułek pitnego miodu otrzymanego z ich pasiek. Ojciec uścisnął prawicę seniora Leśniowskiego i wszyscy kolejno wpadli sobie w ramiona. Znaczy nas, kobiety, przybysze całowali w dłonie, zginając się w pas. Kiedy stanął przede mną uśmiechnięty Franek, wyszczerzyłam do niego zęby jak wiejska dziewka, w dodatku niespełna rozumu. Wtedy on podarował mi ten naszyjnik, srebrny kwiat z wielkim szmaragdowym okiem. Ponoć pasuje do moich oczu, w każdym razie bardzo go lubię. Kupił go od obwoźnego żydowskiego handlarza, który twierdził, że sprowadził ów kamień z Ziemi Świętej, a w srebro oprawił go jeden z najlepszych jubilerów z Wiednia. Ten naszyjnik to prawdziwy skarb, szczególnie dla podlotka takiego, jakim wtedy byłam. A to nie było wszystko. Wcisnął mi jeszcze tobołek z kuponem materiału w barwie morskiej zieleni ze słowami:

„Wcale nie uważam, że brakuje sąsiadce garderoby, choć przyleciała sąsiadka do pożaru niemal goła… Zobaczywszy jednak to sukno, pomyślałem, że będzie pasowało do koloru twoich oczu, Balbino. Gdziekolwiek spojrzę, widzę coś, co mi o tobie przypomina, co mi się z tobą kojarzy”.

Zapomniałam na chwilę języka w gębie. Tkwiliśmy w słodkim rozanieleniu, gapiąc się na siebie niczym para niemot. W końcu spytałam go trochę przekornie: „Mam nadzieję, że nie prześladuję cię także jako nocna mara?”.

„We śnie też cię widuję, ale nie jako marę. Jako niemalże anioła”.

„Bliżej mi do diablicy, przynajmniej tak twierdzi mama. Podobno mój charakter i niewyparzony język znamionują piekielne pochodzenie”.

„Brałbym cię i jako diablicę, niech tam! Poszedł­bym za tobą choćby do piekła”, oświadczył żarliwie i walnął się przy tym łapskiem w pierś. „Wyniósłbym cię z niego na rękach, choćbym musiał przejść przez wszystkie kręgi piekieł”.

Znów mnie zatkało.

„Zrobiłbyś to, prawda? Nie żartujesz, nie jesteś też z tych, co podlotkom mieszają w głowach, by ukraść im całusa lub nawet zerwać wianek?”

„Rozgryzła mnie panna, nie ma we mnie fałszu i nieczystego sprytu. Jestem prostym niedźwiedziem, zwykle łagodnym i miłym, a gdy trzeba, walecznym i niezłomnym. Łatwo można mnie przejrzeć i dostrzec, że nie ma we mnie złych intencji”. Mówił to wyraźnie ukontentowany moją widoczną aprobatą.

Gadaliśmy tak jakiś czas, komplementując się wzajemnie i gapiąc na siebie, aż moja matka spostrzeg­ła, że bez żadnej kontroli toczę dysputę z przystojnym rycerzem. To nie przystoi pannie, takie rozmowy powinny się odbywać w towarzystwie przyzwoitki lub matki. Dalszą część wizyty spędziliśmy już pod czujnym okiem mojej rodzicielki.

Do kolejnych spotkań dochodziło w czasie niedzielnych mszy. Pewnego razu po nabożeństwie Franciszek zbliżył się do mnie, kiedy nasze rodziny kłaniały się sobie przed kościołem. Dyskretnie wsunął mi w dłoń złożony w kosteczkę liścik. Przeczytałam go dopiero w domu, zamknięta w komnacie, z pierzyną dla bezpieczeństwa narzuconą na głowę. Przydała się, bo zagryzałam ją, żeby nie wrzeszczeć z podniecenia, gdy wyczytałam w liściku wyznanie miłości. Była tam też propozycja schadzki. Franek obiecał, że co wieczór będzie mnie wyglądał przy kładce nad rzeczką.

Pozwoliłam mu nadaremnie czekać trzy wieczory, a czwartego wykradłam się z dworu przez okno i pognałam na skróty przez sad. Założyłam swoją najlepszą sukienkę i korale podwędzone mamie ze szkatuły. Pędziłam do ukochanego, trzymając sukienkę wysoko podkasaną, by nie zawadzić o krzewy agrestu, pełne ostrych kolców. I w tej niezbyt wytwornej pozie z rozpędu wpadłam do strumyka. Mój niedźwiedź widział mój popis szaleństwa, bo stał na kładce tuż obok. Nie wahał się ani chwili i dał susa do wody. Wziął mnie w ramiona i uniósł, wynosząc na brzeg. Skorzystałam z tego, że ma obie ręce zajęte, objęłam go i wczepiłam się ustami w jego usta. Przejęcie inicjatywy przez dziewczynę nie było żadną miarą dopuszczalne, ale miałam to w nosie. On zresztą też nie protestował, za to skwapliwie skorzystał z okazji. Oboje mokrzy, ociekający lodowatą wodą wylądowaliśmy na brzegu, ale wcale nie było nam zimno, płonęliśmy żarem i pożądaniem. Dobrze, że się od nich nie zajęła ogniem cała okolica. Wtedy też, nie ma co kryć, z mojej inicjatywy, nasz związek został skonsumowany, a ja zrzuciłam wianek dziewicy. Niezbyt romantycznie, na trawie nad rzeczką, będącą naturalną granicą posiadłości naszych rodzin.