Gambit królowejTekst

Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gambit królowej
Gambit królowej
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Gambit królowej
Audio
Gambit królowej
Audiobook
Czyta Aleksandra Popławska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jej umysł był krystalicznie czysty, dusza śpiewała słodko językiem szachów. Pachniało kredowym pyłem, buciki Beth skrzypiały, gdy przechodziła wzdłuż stołów. W sali panowała zupełna cisza i Beth intensywnie czuła swoje skoncentrowane jestestwo: małe, silne i panujące nad sytuacją. Na dworze świergotały ptaki, ale ona ich nie słyszała. W środku byli gapiący się na nią ludzie. Uczniowie przychodzili z korytarza, stawali pod ścianami i przyglądali się, jak nieładna dziewczynka z sierocińca na obrzeżach miasta przesuwa się od gracza do gracza, emanując skoncentrowaną energią jak Cezar na polu bitwy, jak Pawłowa w blasku scenicznych reflektorów. Obserwowało ją kilkunastu chłopców. Niektórzy uśmiechali się kpiąco i ziewali, ale inni wyczuwali jej siłę – coś, czego w tej starej, zmęczonej klasie szkolnej w całej jej długiej historii jeszcze nigdy nie było.

To, co robiła, w gruncie rzeczy było banalne, ale energia jej zdumiewającego umysłu aż trzeszczała i ci, którzy umieli słuchać, słyszeli. Posunięcia Beth iskrzyły się od tej energii. W ciągu półtorej godziny wygrała wszystkie partie bez jednego fałszywego czy zbędnego ruchu.

Rozejrzała się wokół siebie. Obok szachownic leżały kupki zbitych bierek. Kilku uczniów gapiło się na nią, ale większość unikała jej wzroku. Rozległy się pojedyncze oklaski. Poczuła, że się rumieni; coś w niej rozpaczliwie nie chciało oderwać się od szachownic, od zastygłych na nich martwych pozycji. Nie pozostało już nic do zrobienia. Znów była małą dziewczynką niewładającą żadną siłą.

Pan Ganz wręczył jej dwufuntowe pudełko czekoladek Whitman’s i zaprowadził do samochodu. Shirley bez słowa dosiadła się na tylną kanapę, pilnując, żeby broń Boże nie dotknąć Beth. Cała droga do Methuen upłynęła w milczeniu.

O piątej po południu w sali nauki własnej nie dawało się wytrzymać. Spróbowała grać w szachy w wyobraźni, lecz po emocjach przeżytych w liceum nagle wydało jej się to nudne. Usiłowała pouczyć się geografii, ponieważ następnego dnia miała być klasówka, ale podręcznik składał się z prawie samych obrazków, a obrazki niczego jej nie mówiły. Jolene nie było w sali. Beth bardzo chciała się z nią zobaczyć, zapytać, czy ma więcej tabletek. Co chwila dotykała kieszonki bluzki z zabobonną nadzieją, że namaca twardą powierzchnię pigułki. Ale kieszonka pozostawała pusta.

Kiedy Beth przyszła na kolację, Jolene była już w stołówce i jadła spaghetti. Beth podeszła do niej z tacą przed pójściem po swoją porcję. Razem z Jolene siedziała inna czarnoskóra dziewczynka. Samantha, nowa. Rozmawiały.

– Masz jeszcze? – zapytała bez wstępów.

Jolene z niezadowoleniem pokręciła głową.

– Jak się udał popis? Dobrze ci poszło? – zapytała po chwili milczenia.

– Tak – odparła Beth. – Nie masz ani jednej?

– Słonko – Jolene odwróciła się do niej plecami – nie chcę więcej o tym słyszeć.

W sobotnie popołudnie oglądali w bibliotece Szatę, bardzo podniosły obraz z Victorem Mature’em w roli głównej. Ciało pedagogiczne Methuen siedziało osobno w wydzielonym tylnym rzędzie pod drżącym rzutnikiem, nie spuszczając wzroku z ekranu. Przez pierwsze pół godziny Beth prawie nie otwierała zaczerwienionych, piekących oczu. Z czwartku na piątek nie spała w ogóle, a z piątku na sobotę udało jej się zdrzemnąć najwyżej godzinę. Czuła supeł w żołądku i posmak octu w przełyku. Kuliła się na rozkładanym krzesełku z ręką w kieszeni spódnicy i muskała palcami schowany tam rano śrubokręt. Po śniadaniu wśliznęła się do warsztatu stolarskiego chłopców i zabrała go ze stołu. Nikt jej nie widział. Ścisnęła go teraz w dłoni, aż rozbolały ją palce, wzięła głęboki oddech, wstała i zaczęła przesuwać się pomału w stronę drzwi, których pilnował pan Fergussen.

– Do toalety – powiedziała szeptem.

Pan Fergussen kiwnął głową, nie odrywając oczu od półnagiego Victora Mature’a na arenie Koloseum.

Szła wąskim korytarzem po wyblakłym, wybrzuszającym się tu i ówdzie linoleum, koncentrując się na swoim planie. Minęła sypialnię dziewcząt i weszła do sali dziennej ze zszywkami czasopism religijnych, skróconymi wersjami powieści „Reader’s Digest” i zamkniętym na kłódkę okienkiem z napisem „Apteka”.

Stało tam kilka drewnianych taboretów. Wzięła jeden z nich. W pobliżu nie było żywej duszy. Z biblioteki dobiegały krzyki gladiatorów, ale poza tym słyszała tylko własne kroki. Miała wrażenie, że są bardzo głośne.

Postawiła stołek pod okienkiem apteki. Kiedy się na niego wdrapała, jej twarz znalazła się na wysokości skobla z kłódką. Drewnianą ramę, w której tkwiła matowa szyba z wtopioną metalową siatką, pokrywała gruba warstwa białej farby. Beth obejrzała dokładnie śrubki przytrzymujące zamalowany skobel. Rowki były zalepione. Zmarszczyła brwi, serce przyspieszyło jej w piersi.

Tata, w tych rzadkich chwilach, kiedy był w domu i nie był pijany, lubił zajmować się drobnymi naprawami. Mieszkali w biednej części miasta, dom miał już swoje lata. Stolarkę pokrywała gruba warstwa farby. Kiedy miała pięć czy sześć lat, pomagała tacie odkręcać wielkim śrubokrętem stare wtyczki i kontakty. Dobrze jej to szło i tata ją pochwalił. Powiedział: „Szybko się uczysz, skarbie”. Była wniebowzięta. Ale kiedy rowek śrubki był zapchany farbą, tata mówił: „Poczekaj, najpierw tatuś ją przygotuje”, i robił coś takiego, że Beth pozostawało tylko wsunąć ostrze śrubokrętu i odkręcać. W jaki sposób usuwał farbę? I w którą stronę trzeba kręcić? Przestraszyła się, że nie da rady. To uczucie było tak gwałtowne, że niemal się zakrztusiła. Krzyki w Koloseum przeszły we wrzask, ekstatyczna muzyka zabrzmiała głośniej. Mogła zleźć ze stołka i wrócić na swoje miejsce.

Ale jeśli tak zrobi, nadal będzie się czuła tak jak teraz. W nocy będzie leżeć w łóżku z ohydnym smakiem w ustach, światło spod drzwi będzie razić ją w oczy, odgłosy z korytarza dudnić w uszach i nie zazna ulgi, nie zazna odprężenia. Uderzyła uchwytem śrubokrętu w główki śrubek. Nic się nie wydarzyło. Zacisnęła zęby i wytężyła umysł. Po chwili kiwnęła ponuro głową, chwyciła śrubokręt za rączkę i zaczęła kantem ostrza wydłubywać farbę. Tak jak to robił tata. Wparła stopy w stołek i naciskając obiema dłońmi, przeciągnęła ostrze wzdłuż rowka. Trochę farby odpadło i odsłonił się kawałek mosiądzu. Naciskała dalej i znów odpadło nieco farby. W końcu udało jej się złuszczyć spory płat i uzyskała dostęp do rowka.

Przełożyła narzędzie do prawej dłoni, wcisnęła ostrze w rowek i przekręciła w lewo, tak jak nauczył ją tata. Przypomniała sobie. Miała dobrą pamięć. Przekręciła z całej siły. Nic się nie wydarzyło. Wyjęła śrubokręt z rowka, chwyciła go obiema rękami i włożyła jeszcze raz. Skuliła ramiona i przekręciła tak mocno, że jej dłonie przeszył gwałtowny ból. Coś zgrzytnęło i śrubka drgnęła. Odkręcała ją do momentu, aż dało się ją wyjąć palcami, a potem schowała do kieszonki bluzki. Zabrała się do następnej śrubki. Część skobla, nad którą pracowała, powinna się trzymać na czterech śrubach – po jednej w każdym rogu – ale ktoś wkręcił tylko dwie. Zauważyła to kilka dni wcześniej podczas wydawania witamin, gdy jak co dzień sprawdzała, czy słój z zielonymi pigułkami stoi na swoim miejscu.

Schowała do kieszonki drugą śrubkę; metalowa płytka z uszkiem odpadła od drewna wraz z wielką kłódką. Skobel trzymał się na drugiej blaszce, przymocowanej śrubami do futryny. Szybko zrozumiała, że wystarczy odkręcić połowę skobla, a nie cały, jak myślała z początku.

Otworzyła okienko, odchylając się do tyłu, żeby jej nie uderzyło, i wsunęła głowę do środka. Nawet przy zgaszonym świetle widziała zarys słoja z tabletkami. Przełożyła przez okno ręce, wspięła się na palce i przepchnęła najdalej, jak mogła. Leżała brzuchem na parapecie. Wślizgiwała się do środka, dopóki jej stopy nie oderwały się od stołka. Ostra krawędź parapetu wrzynała się w jej ciało. Nie zwracając uwagi na ból, metodycznie, po kawałeczku przesuwała się dalej. Poczuła i jednocześnie usłyszała, że rozdziera się jej bluzka. To też zignorowała; w szafce przy łóżku miała drugą, będzie mogła się przebrać.

Jej dłonie dotknęły chłodnej, gładkiej powierzchni metalowego blatu. Był to wąski biały stolik, przy którym pan Fergussen wydawał lekarstwa. Przesunęła się jeszcze odrobinę do przodu i oparła całym ciężarem na rękach. Stały tam jakieś pudełka. Odsunęła je, żeby zrobić miejsce dla siebie. Teraz miała większą swobodę ruchu. Leżąc biodrami na parapecie i wykorzystując własny ciężar, przegięła się do przodu, a następnie zsunęła na stół – w ostatnim momencie skręciła ciało, żeby z niego nie spaść. Była w środku! Podeszła do słoja, który majaczył w ciemnościach na półce pod przeciwległą ścianą. Zdjęła szklaną przykrywkę, odłożyła ją ostrożnie i powoli wsunęła do środka obie ręce. Jej palce muskały twardą powierzchnię dziesiątek, setek pigułek. Wcisnęła ręce głębiej, zanurzając je po nadgarstki w tabletkach. Zaczerpnęła głęboko powietrza i wstrzymała oddech. W końcu go wypuściła, jednocześnie nabierając pełną garść tabletek. Bez liczenia włożyła je do buzi i przełykała, dopóki nie połknęła wszystkich.

Trzy garście pigułek wrzuciła do kieszeni spódnicy. Na ścianie po drugiej stronie okienka znajdował się podajnik papierowych kubeczków. Stojąc na palcach i przechylając się, mogła do niego dosięgnąć. Wzięła cztery kubeczki, tak jak postanowiła w nocy. Zaniosła je włożone jeden w drugi na stół, ustawiła w szereg i po kolei napełniła tabletkami. Cofnęła się o krok i przyjrzała słojowi. Poziom tabletek spadł prawie o połowę. Problem wydawał się nierozwiązywalny. Będzie musiała poczekać i zobaczyć, co się wydarzy.

Zostawiła kubeczki na stole i podeszła do drzwi, którymi pan Fergussen wchodził do apteki. Zamierzała otworzyć je od środka i zanieść kubeczki z tabletkami, po dwa naraz, do metalowej szafki przy łóżku. Miała tam prawie puste opakowanie po chusteczkach higienicznych, schowa w nim pigułki. Położy kilka chusteczek na wierzchu i ukryje pudełko na spodzie szafki pod czystą bielizną i skarpetkami.

 

Tylko że drzwi nie chciały się otworzyć. Były zamknięte na głucho. Obmacała gałkę i zasuwkę. Czuła gulę w przełyku, ręce zaczęły jej sztywnieć jak u trupa. To, co zaczęła podejrzewać, okazało się prawdą: drzwi nie można otworzyć bez klucza, nawet od środka. Nie uda jej się wydostać przez okienko z czterema papierowymi kubeczkami pełnymi tabletek.

Zdenerwowała się nie na żarty. Zauważą jej nieobecność na filmie. Fergussen zacznie jej szukać. Zepsuje się rzutnik, pan Fergussen przeprowadzi dzieci do sali dziennej, a ona tam będzie. Czuła się w potrzasku także w głębszym sensie – serce utknęło jej w gardle jak wtedy, kiedy zabrali ją z domu i zawieźli do sierocińca, kazali spać w jednym pomieszczeniu z dwudziestoma obcymi dziewczynkami i musiała przez całą noc słuchać różnych dźwięków, na swój sposób równie okropnych jak wrzaski w domu, gdy mama i tata kłócili się w jasno oświetlonej kuchni. Beth sypiała na rozkładanym tapczanie w salonie. Wówczas też czuła się w potrzasku i sztywniały jej ręce. Szeroka szpara pod drzwiami kuchni przepuszczała światło i gniewne słowa.

Przez moment stała bez ruchu z dłonią na gałce drzwi, oddychając płytko. Po chwili serce odzyskało prawie normalny rytm i powróciło czucie w rękach. Mogła przecież wydostać się przez okienko. Miała pełną kieszeń tabletek. Mogła zostawić papierowe kubeczki na białym metalowym stole, wejść na taboret i wyjąć je po jednym przez okno. Zwizualizowała to sobie jak pozycję na szachownicy.

Przeniosła kubki z pigułkami na stół. Powoli spłynął na nią głęboki spokój, tak jak wtedy, kiedy w liceum uświadomiła sobie, że jest nie do pobicia. Odstawiła czwarty kubeczek i zerknęła za siebie, na słój. Fergussen zorientuje się, że ktoś ukradł tabletki. Nie da się tego ukryć. Tata mawiał czasem „raz kozie śmierć”.

Przestawiła słój na stół, wsypała do niego zawartość kubeczków i cofnęła się o krok, żeby sprawdzić, jak to wygląda. Z łatwością da się go wyjąć przez okno. Wiedziała nawet, gdzie go schowa – na półce w nieużywanym schowku woźnego w sypialni dziewcząt. Stało tam stare ocynkowane wiadro, słój doskonale się w nim zmieści. W schowku była też krótka drabinka. Będzie mogła bezpiecznie z niego korzystać, bo drzwi do sypialni dziewcząt zamykały się od wewnątrz. Nawet jeśli urządzą przeszukanie i go tam znajdą, nie udowodnią jej, że to ona go ukradła. Będzie brała po kilka tabletek naraz i nie piśnie o tym nikomu ani słowa, nawet Jolene.

Pigułki, które połknęła parę minut wcześniej, zaczynały działać. Zdenerwowanie minęło. Z jasną wizją celu wdrapała się na biały stół pana Fergussena, wystawiła głowę przez okno i rozejrzała po wciąż pustej sali. Słój z tabletkami znajdował się kilka cali od jej lewego kolana. Przecisnęła się przez okno i wylądowała na taborecie. Stała na nim, wysoko nad ziemią, napawając się poczuciem spokoju, siły, kontroli nad własnym życiem.

Jak we śnie przechyliła się przez okienko i chwyciła słój. Po jej ciele rozchodziło się rozkoszne odprężenie. Rozluźniona, zatopiła wzrok w zielonych odmętach pigułek. Z biblioteki dobiegała podniosła muzyka. Beth wspięła się na palce i przewiesiła bezwładnie przez parapet. Już nie czuła jego ostrej krawędzi. Przypominała miękką, szmacianą laleczkę. Zielone tabletki tworzyły niewyraźną świetlistą plamę przed jej rozmazanym wzrokiem.

– Elizabeth! – Głos zdawał się dochodzić z wnętrza jej głowy. – Elizabeth!

Zamrugała. Głos był kobiecy i surowy, jak głos mamy. Nie spojrzała w jego stronę. Słój zaczął wysuwać się powoli z jej zwiotczałych palców. Ścisnęła dłonie, żeby go podnieść. Miała wrażenie, że porusza się w zwolnionym tempie, niczym w filmie, kiedy na rodeo jeździec spada z konia i wolno spływa na ziemię, jakby miało go to wcale nie zaboleć. Uniosła oburącz naczynie z tabletkami i odwróciła się. Słój z głuchym brzękiem uderzył dnem o parapet, wykręcając jej nadgarstki, więc go wypuściła i roztrzaskał się o taboret, na którym stała. Kaskada odłamków szkła wymieszanych z zielonymi pigułkami spłynęła na linoleum. Drżące szkiełka znieruchomiały na ziemi, odbijając światło i iskrząc się jak kryształy, a zielone tabletki potoczyły się pod nogi pani Deardorff. Dyrektorka stała parę stóp od niej i powtarzała w kółko „Elizabeth!”. Beth wydawało się, że minęły wieki, zanim tabletki wreszcie znieruchomiały.

Za panią Deardorff stał pan Fergussen w swoich białych spodniach i koszulce. Był tam też pan Schell. Z tyłu cisnęły się zaciekawione dzieciaki. Niektóre jeszcze mrugały po filmie, który właśnie się skończył. Wszystkie oczy wpatrywały się w Beth, która stała na miniaturowej scenie taboretu z rozstawionymi dłońmi, jakby nadal trzymała w nich słój.

Pan Fergussen zawiózł ją brązowym służbowym autem do szpitala i zaniósł na rękach do małego, jasno oświetlonego pomieszczenia, gdzie musiała połknąć szarą gumową rurkę. To było łatwe. Nic się nie liczyło. Wciąż miała przed oczami masę zielonych pigułek w słoju. W jej ciele działy się dziwne rzeczy, ale to też nie miało znaczenia. Zasnęła i obudziła się tylko na chwilę, kiedy ktoś wbił jej igłę w ramię. Nie wiedziała, jak długo tam była, ale nie zatrzymali jej na noc. Jeszcze tego samego wieczoru Fergussen odwiózł ją z powrotem do sierocińca. Tym razem siedziała z przodu całkowicie rozbudzona i zupełnie spokojna. Szpital znajdował się na kampusie uniwersytetu, gdzie Fergussen robił magisterkę. Po drodze pokazał jej budynek Wydziału Psychologii.

– To moja szkoła – oznajmił.

Kiwnęła głową. Wyobraziła sobie Fergussena jako ucznia, rozwiązującego testy i podnoszącego rękę, żeby zapytać, czy może wyjść z klasy. Nie lubiła go wcześniej, uważała, że jest taki sam jak pozostali.

– Jezu, dzieciaku – westchnął. – Myślałem, że Deardorffowa wybuchnie.

Beth patrzyła na drzewa za oknem samochodu.

– Ile zażyłaś? Dwadzieścia?

– Nie policzyłam.

Roześmiał się.

– Naciesz się, póki możesz – powiedział. – Od jutra jesteś na odwyku.

Po powrocie do Methuen od razu poszła do łóżka i przespała głębokim snem dwanaście godzin. Po śniadaniu Fergussen, znowu chłodny i zdystansowany, posłał ją do gabinetu pani Deardorff. O dziwo, Beth wcale się nie bała. Tabletki przestały działać, ale czuła się wypoczęta i spokojna. Kiedy rano się ubierała, dokonała niezwykłego odkrycia. Na dnie kieszeni serżowej spódniczki spoczywały dwadzieścia trzy tabletki. Przetrwały tam przyłapanie Beth na gorącym uczynku, jazdę do szpitala, rozbieranie się i ubieranie z powrotem. Musiała wyjąć z pudełka szczoteczkę do zębów, żeby je tam wszystkie zmieścić.

Czekała przez prawie godzinę, zanim pani Deardorff wezwała ją do gabinetu. Nie przeszkadzało jej to. Przeczytała w „National Geographic” artykuł o plemieniu Indian, które mieszkało w jaskiniach w skalnych urwiskach. Brązowi ludzie o czarnych włosach i zepsutych zębach. Na zdjęciach było mnóstwo dzieciaków, często poprzytulanych do dorosłych. Wydało jej się to dziwne – dorośli rzadko jej dotykali, chyba że po to, by ją ukarać. Odepchnęła od siebie myśl o skórzanym pasku do ostrzenia brzytwy pani Deardorff. Jeśli dyrektorka go użyje, jakoś to wytrzyma. W głębi duszy czuła, że to, co zrobiła, nie kwalifikuje się do zwykłej kary. A jeszcze głębiej rozumiała, że sierociniec, który karmił ją i inne dzieci pastylkami, żeby były spokojniejsze i nie sprawiały kłopotów, też ma nieczyste sumienie.

Pani Deardorff nie zaproponowała Beth krzesła. Na obitej niebieskim perkalem kanapie siedział pan Schell, a w dużym czerwonym fotelu panna Lonsdale. Panna Lonsdale nauczała religii. Zanim Beth zaczęła wymykać się w niedziele na szachy, wysłuchała kilku jej pogadanek. Dotyczyły obowiązków chrześcijanina i tego, że tańce i komunizm są złe, podobnie jak parę innych, niewymienionych z nazwy rzeczy.

– Przez godzinę dyskutowaliśmy, co z tobą zrobić, Elizabeth. – Pani Deardorff wbiła w Beth zimne spojrzenie, w którym czaiła się groźba.

Beth nie odpowiedziała. Obserwowała panią Deardorff, czując, że sytuacja w jakiś sposób przypomina szachy. W szachach nie zdradza się swojego kolejnego ruchu.

– To, co zrobiłaś, było dla nas ogromnym szokiem. Odkąd istnieje dom dziecka Methuen, nie wydarzyło się jeszcze nic – mięśnie szczęki pani Deardorff napięły się jak stalowe kable – nic równie potwornego. To się nie może powtórzyć.

– Bardzo nas rozczarowałaś – wtrącił pan Schell.

– Bez tabletek nie mogę zasnąć – odezwała się Beth.

Zapadła pełna zdumienia cisza. Nikt nie oczekiwał, że Beth będzie miała coś do powiedzenia.

– To tylko kolejny powód, żebyś ich nie brała – odparła w końcu pani Deardorff. W jej głosie zabrzmiała jakaś dziwna nuta, może przerażenia.

– Trzeba było w ogóle nam ich nie dawać – powiedziała Beth.

– Nie życzę sobie żadnego pyskowania – wycedziła pani Deardorff, podnosząc się z krzesła. Pochyliła się nad biurkiem w stronę Beth. – Jeśli jeszcze raz tak się do mnie odezwiesz, gorzko tego pożałujesz.

Oddech uwiązł Beth w krtani. Nachylone nad nią ciało dyrektorki wydawało się ogromne. Cofnęła się, jakby dotknęła rozpalonego żelaza.

Pani Deardorff usiadła i poprawiła okulary.

– Masz zakaz korzystania z biblioteki i placu zabaw. Do odwołania. To samo dotyczy sobotnich seansów filmowych. Codziennie punktualnie o ósmej masz być w łóżku. Czy to jest dla ciebie jasne?

Beth kiwnęła głową.

– Odpowiedz mi.

– Tak.

– Będziesz przychodziła do kaplicy pół godziny przed nabożeństwem i pomagała w rozstawianiu krzeseł. Poinstruowałam pannę Lonsdale, że ma mi zgłaszać najmniejsze uchybienie z twojej strony. Jeśli zostaniesz przyłapana na szeptaniu podczas nabożeństwa albo na lekcji, automatycznie dostajesz dziesięć przewinień. – Pani Deardorff zamilkła. – Elizabeth, rozumiesz, co oznacza dziesięć przewinień? – zapytała po chwili.

Beth kiwnęła głową.

– Odpowiedz mi.

– Tak.

– Panna Lonsdale powiedziała mi, że często wychodziłaś z kaplicy i długo nie wracałaś. Od tej pory w każdą niedzielę spędzisz tam pełne półtorej godziny. W poniedziałek rano chcę mieć na biurku streszczenie niedzielnej katechezy. – Pani Deardorff odchyliła się na oparcie drewnianego krzesła i splotła dłonie na podołku. – Ponadto, Elizabeth…

Beth wpatrywała się w nią w napięciu. Pani Deardorff uśmiechnęła się ponuro.

– Koniec z szachami.

Następnego dnia po śniadaniu Beth ustawiła się w ogonku po witaminy. Na oknie apteki wisiał nowy skobel, tym razem przymocowany czterema śrubami.

– Obsłużysz się sama? – zapytał z szerokim uśmiechem Fergussen, kiedy nadeszła jej kolej.

Beth pokręciła głową i wyciągnęła rękę.

– Nie przejmuj się, Harmon – powiedział, podając jej kubeczek.

To było miłe. Nigdy nie słyszała, żeby mówił do kogoś w ten sposób przy wydawaniu witamin.

Panna Lonsdale nie była wcale taka zła. Kiedy Beth o wpół do dziesiątej stawiła się w kaplicy, nauczycielka sprawiała wrażenie zakłopotanej. Nerwowymi ruchami pokazała jej, jak rozkłada się krzesła, i pomogła ustawić dwa pierwsze rzędy. Beth stwierdziła, że to całkiem łatwe; znacznie trudniej było wytrzymać wywody panny Lonsdale na temat bezbożnego komunizmu, zataczającego coraz szersze kręgi w Stanach Zjednoczonych. Nie wyspała się i nie zdążyła dokończyć śniadania. Ale musiała uważać, żeby potem napisać streszczenie. Słuchała, jak panna Lonsdale ze śmiertelną powagą wzywa dzieci do zachowania czujności i wystrzegania się zarazy komunizmu. Beth nie do końca wiedziała, na czym właściwie polega komunizm. Musiał być czymś, w co wierzą niegodziwi ludzie w innych krajach, czymś jak bycie nazistą i masowe mordowanie Żydów.

Jeśli pani Deardorff go nie uprzedziła, pan Shaibel na pewno na nią czekał. Z całej duszy pragnęła być teraz w piwnicy i grać w szachy, wypróbować na nim gambit hetmański. Może pan Ganz przyprowadził kogoś z klubu szachowego, żeby z nią zagrał. Tylko przez krótki moment pozwoliła sobie na takie myśli, ale i tak jej serce wezbrało smutkiem. Miała ochotę uciec. Zapiekły ją oczy.

Zamrugała powiekami i potrząsnęła głową, znowu skupiając się na słowach panny Lonsdale, która opowiadała, jakim okropnym miejscem jest Rosja.

– Szkoda, że siebie nie widziałaś – powiedziała Jolene. – Jak stałaś tam na tym stołku. Deardorff się na ciebie darła, a ty się tylko gibałaś.

– Dziwnie się czułam.

– Kurde, nie wątpię. Musiało ci być naprawdę dobrze. – Jolene przysunęła się bliżej. – Ile zmulantów łyknęłaś?

– Trzydzieści.

– Niech mnie kule biją. – Jolene otworzyła szeroko oczy.

Zasypianie bez tabletek było trudne, ale nie niemożliwe. Zachomikowała kilka ostatnich na czarną godzinę, uznawszy, że skoro każdej nocy czeka ją parę bezsennych godzin, równie dobrze może przeznaczyć ten czas na naukę obrony sycylijskiej. Współczesne debiuty szachowe omawiały ją na pięćdziesięciu siedmiu stronach, podając sto siedemdziesiąt różnych wariantów po pierwszym ruchu czarnych pionem na c5. Nauczy się ich na pamięć i będzie je rozgrywała w głowie. Kiedy opanuje już wszystkie, przejdzie do obrony Pirca, Nimzowitscha i partii hiszpańskiej. Współczesne debiuty szachowe były grubą, treściwą książką. Poradzi sobie.

 

Wychodząc pewnego dnia z geografii, zauważyła na drugim końcu długiego korytarza pana Shaibela. Miał metalowe wiadro na kółkach i mył podłogę. Reszta uczniów skierowała się w przeciwną stronę, do drzwi na dziedziniec. Beth podeszła do woźnego. Stała na ostatnim skrawku suchej podłogi przez całą minutę, zanim wreszcie podniósł na nią wzrok.

– Przepraszam. Zabronili mi grać w szachy – powiedziała.

Skinął ponuro głową, ale się nie odezwał.

– Dostałam karę. Ja…

Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

– Przykro mi, że nie mogę już z panem grać.

Spojrzał na Beth, jakby chciał coś powiedzieć, ale się nie odezwał. Wbił wzrok w podłogę, pochylił swoje otyłe ciało i wrócił do machania mopem. Poczuła w ustach smak octu. Odwróciła się i odeszła.

Jolene powiedziała, że przed Bożym Narodzeniem zawsze są adopcje. Tego roku, kiedy zabronili jej grać w szachy, na początku grudnia były dwie. Obie dziewczynki były wyjątkowo ładne, zauważyła w skrytości ducha Beth.

– Obie białe – stwierdziła na głos Jolene.

Przez jakiś czas dwa łóżka stały wolne. Aż któregoś dnia przed śniadaniem do sypialni wszedł Fergussen z ciężkim pękiem kluczy u pasa. Kilka dziewcząt zachichotało na jego widok. Fergussen podszedł do Beth, która wciągała właśnie skarpetki. Zbliżały się jej dziewiąte urodziny. Włożyła drugą skarpetkę i spojrzała na Fergussena.

Zmarszczył czoło.

– Dostaniesz nowe miejsce, Harmon. Chodź.

Zaprowadził ją na przeciwległy koniec sali. Pod oknem stało jedno z pustych łóżek. Było trochę większe od pozostałych i miało wokół siebie więcej wolnej przestrzeni.

– Przenieś swoje rzeczy do szafki. – Przyjrzał jej się uważnie. – Tu ci będzie lepiej – dodał.

Stała bez ruchu kompletnie zdumiona. To było najlepsze łóżko w sali. Fergussen zanotował coś na przypiętej do podkładki kartce. Dotknęła czubkami palców jego ręki, tam gdzie tuż nad zegarkiem rosły mu czarne włosy.

– Dziękuję – powiedziała.