Rob-RoyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To mówiąc wstała spiesznie i odeszła. — Długo nie mogłem wyjść z zadziwienia nad jej złośliwym dowcipem i śmiałą otwartością, ożywionych wyrazem pełnej wdzięków twarzy? Łatwo się domyśleć, że jakkolwiek wydała mi się dziwną i nadzwyczajną, z tem wszystkiem zaledwo dwadzieścia dwa lata liczący młodzieniec, nie mógł być zbyt surowym sędzią pięknej ośmnastoletniej dziewicy. Wyznać nawet muszę, iż zaufanie miss Vernon pochlebiało mojej miłości własnej, i że mimo jej ostrzeżenia, przez zarozumiałość wiekowi właściwą, nietylko przypisywałem to zaufanie, tak powierzchownym jako i wewnętrznym moim zaletom, ale nadto odkrycie w niej umiejętności wyboru przyjaciela, dało mi jeszcze jeden powód więcej do uwielbiania pięknej kuzynki.

Po wyjściu Djany, zaczęły szybko krążyć butelki. Dzięki wychowaniu zagranicą, daleki byłem od niewstrzemięźliwości w napoju, o którą dziś jeszcze słusznie poniekąd obwiniają moich ziomków. Brzydziłem się gorszącą rozmową, która w ustach bliskich krewnych, tem nieznośniejszą mi się wydawała; — upatrzywszy więc zręczną chwilę, wymknąłem się tylnemi drzwiami, nie wiedząc wprawdzie dokąd prowadzą, ale nie mogąc już znieść dłużej widoku ojca, oddającego się wśród własnych dzieci tak haniebnemu zbytkowi. — Spodziewałem się, że mię ścigać będą, jako zbiega z pod chorągwi Bachusa, uciekałem więc co tchu na dół po kręconych schodach: ale usłyszawszy tuż za sobą stuk ogromnych butów i wołanie: łapaj, łapaj, tu, tu! pomiarkowałem, że za chwilę wpadnę im w ręce, jeżeli się nie wydobedę na przestronniejsze miejsce. Spostrzegłszy więc w ścianie otwór na ogród niezbyt wysoko od ziemi, rzuciłem się przezeń bez namysłu, — i lubo usłyszałem wkrótce słowa: „nie ma go, nie ma, uciekł!” przeleciałem pędem jedną, ulicę, potem drugą; aż nakoniec, przekonawszy się, że już mię nikt nie goni, zwolniłem stopniami bieg mój, a rozgrzany trunkiem i spieszną ucieczką, z roskoszą oddychałem chłodnem wieczornem powietrzem.

Przechodząc tu i owdzie, postrzegłem ogrodnika kończącego dzienną pracę, i zatrzymałem się przed nim na chwilę.

— Dobry wieczór, — rzekłem, — przyjacielu!

— Wieczór dobry, — odpowiedział nie podnosząc oczu, z akcentem północnego mieszkańca.

— Piękny czas, chwała Bogu!

— Niezły, — rzekł tonem obojętnym, jakim zwykle gospodarze i ogrodnicy mówią o najpiękniejszej pogodzie; potem podniósłszy głowę, jakby chciał dowiedzieć się z kim rozmawia; uchylił pokornie szkocką czapeczkę, i zawołał:

— Co ja widzę! złotem haftowany szystokor, w naszym ogrodzie, i o tej jeszcze porze?

— Złotem haftowany... co?... powtórzcie raz jeszcze.

— Szystokor (Justaucorps); to jest kurteczka z przodu na jeden rzęd zapięta, taka jak macie na sobie. — Nasi paniczowie nigdy jej nie zapinają, żeby mieć więcej miejsca na bifsztyk i czerwone wino; — jeść i pić od rana do wieczora, to ich cała robota.

— W waszej ojczyźnie przyjacielu, gdzie ciężko o kawałek chleba, trudno byłoby podobno pędzić takie życie.

— Bo to prawda! widać, że pan nigdy nie byłeś w Szkocyi. Na czemże u nas zbywa, proszę pana? — gdzie lepsze ryby, lepsze mięso, lepsze ptastwo, lepsze buraki, kapusta i inne ogrodowizny? — ale my żyjemy wstrzemięźliwie, jak Pan Bóg przykazał, wtenczas kiedy oni cały boży dzień przy stole siedzą, nawet w suche dni!... Sprowadzają ryby z Hartlepool, i Sunderland; — pstrągi, łososie, Bóg wie nie co; — pijatyka, zbytki! — piękny post, nie ma co mówić. A nabożeństwo ich! — biedne dusze! — ale co ja gadam; wielmożny pan pewno katolik jak i oni?

— Nie przyjacielu, prawdziwy presbiterijanin, z łaski Boga.

— Co ja słyszę? pozwólże pan. — Tu wyciągnął z kieszeni ogromną rogową tabakierkę, podał mi ją z uśmiechem prawdziwie braterskim.

Przyjąwszy to jego przyjacielskie poczęstowanie, zapytałem, czy oddawna służy w Osbaldiston Hallu?

— Będzie już temu blisko dwadzieścia i cztery lata jak Andrzej Fairservice siedzi tu, jak owi męczennicy Efezu, wystawieni na pożarcie dzikim zwierzętom. — Tak panie, dwadzieścia i cztery lata; jak mnie pan żywego widzisz.

— Jeżeli więc wiara wasza i wstrzemięźliwość tak się nie zgadzają z rzymskim obrządkiem i gościnnością tych południowych mieszkańców, pocóż się skazujecie dobrowolnie na tę pokutę, i nie szukacie raczej służby tam, gdzie mniej jedzą, a lepiej się modlą? — Pewny jestem, że przy waszych talentach znaleźlibyście ją wszędy, gdziebyście tylko zechcieli.

— Nie chcę ja się chwalić, — rzekł Andrzej, spozierając poważnie naokoło siebie, — ale kto terminował w Drepdajly, gdzie kapustę pod szkłem sadzą, musi cokolwiek znać się na ogrodnictwie. — Co zaś do służby, przyznam się panu, że już od dwudziestu czterech lat chcę ją porzucić; ale jak przyjdzie termin, znajdzie się zawsze jakaś przeszkoda; to, — chce się zasiać; temu, — przypatrzeć się jak kwitnie; tego, — doczekać aż dojrzeje; i tak rok za rokiem mija, a człowiek jak był, tak i jest na miejscu. Ale już co na Gromniczną, kiedy Pan Bóg da dożyć, to pewno podziękuję; tylko że to od lat dwudziestu toż samo się mówi; a do tego, kiedy mam prawdę powiedzieć, nie łatwo teraz o miejsce; żeby to pan był łaskaw mnie polecić na jaką dobrą służbę, gdzieby to człowiek przecie ludzkiego kazania mógł wysłuchać w niedzielę, i porządny miał domek, i wolną paszę dla krówki, i ogródek, i przynajmniej dziesięć funtów szterl. na rok, — i gdzieby żadna baba nie liczyła jabłek, jakie Pan Bóg urodzi; tobym wielmożnemu panu do śmierci był wdzięczny.

— Wybornie panie Andrzeju! to się nazywa przestawać na małem!... Ale uważam że nie jesteście przyjacielem kobiet.

— A! niech ich tam Pan Bóg kocha! to prawdziwy bicz na ogrodnika. Czy zima, czy lato, dawaj jabłka, dawaj brzoskwinie, dawaj morele; pokoju nie ma! To moje całe szczęście, że tu przecież człek wolny od tej zarazy; oprócz starej Marty, żadnej kobiety w całym domu me znajdziesz; a i tę łatwo zaspokoić; przynieś tylko co niedziela kilka garści porzeczek dla tych bębnów jej siostry, jak się zbiorą do ciotki na herbatę; daj kiedy niekiedy gruszkę po obiedzie, to i kontenta.

— Zapomnieliście jak widzę o młodej waszej pani.

— O jakiej młodej pani?

— O Miss Vernon, wszakże ona jest waszą panią.

— Co? Miss Vernon? bardzo przepraszam, ona nie jest moją panią. — Niech wprzódy nauczy się nad sobą panować, albo nad kimś jeszcze innym. — Miss Vernon! — Oj to mądry ptaszek!

— Czy do prawdy? — rzekłem, — usiłując ile możności pokryć moją ciekawość, — widać, że wam nie obce wszystkie domowe tajemnice.

— Jeżeli nie obce, co też nikt się ich ode mnie niedowie. Umiem trzymać język za zębami. — Miss Dijana jest.... ale niech sobie będzie czem chce, co to do mnie należy? — I zaczął dalej kopać.

— Cóż jest Miss Vernon, panie Andrzeju? — ja jestem przyjacielem tego domu, i radbym o tem wiedzieć.

— Jest.... nie tak podobno, jakby należało, — rzekł Andrzej, — przymróżywszy jedno oko i wstrząsając głową, z tajemniczą miną. — Słowem, ni to ni owo, — łatwo się domyśleć.

— Nie, prawdziwie kochany panie Andrzeju, wytłomaczcie się cokolwiek jaśniej, — to mówiąc, — wsunąłem mu w rękę półkorony; — uśmiechnął się, kiwnął głową, i schował pieniądz do kieszeni; potem jakby zrozumiał o co rzecz idzie, wsparł się na motyce, nastroił poważną minę i wyrzekł: — Masz więc pan wiedzieć, ponieważ chcesz tego koniecznie, że Miss Vernon jest....

Zastanowił się raz jeszcze, wciągnął oba policzki, zesznurował usta i spuścił brodę, tak, że przybrał zupełnie postać dziadka do orzechów, potem znowu przymróżył oko, skrzywił gębę, kiwnął głową, i zamilkł w przekonaniu, że czego nie domówiły usta, to dokończyła mina.

— Wielki Boże! — zawołałem, — tak piękna, tak młoda, miałażby już paść ofiarą...

— Padła i bez powstania, z duszą i z ciałem! — przerwał Andrzej; — bo nie tylko, że jest papistką, ale jeszcze.... — i znowu zamilkł.

— No, i cóż jeszcze, — rzekłem rozgniewany; — dość już tego, chcę wiedzieć natychmiast.

— Najzagorzalszą Jakobitką w całej okolicy!

— Jakto.... i to wszystko?

Andrzej spojrzał na mnie zadziwiony, że tak ważną wiadomość tak obojętnie przyjmuję, potem zamruczał pod nosem. — Wszystko!... możesz być co gorszego? — i wziął się znowu do motyki, jak król Wandalów w jednej z powieści Marmontela.

ROZDZIAŁ VII.

Bardolf. Szeryff z liczną strażą czeka u drzwi,

Henryk IV. Część pierwsza.

Dużo miałem kłopotu nim trafiłem do przeznaczonego mi pokoju, a zaskarbiwszy sobie przychylność służących mego stryja, sposobem najzdolniejszym do pozyskania ich serca; zamknąłem się na cały wieczór; — z hałasu bowiem, który ciągle w sali jadalnej panował, łatwo wnieść mogłem, że towarzystwo krewnych moich w tej chwili dla trzeźwego byłoby nieznośnem.

Co spowodowało mego ojca, że mi naznaczył mieszkanie pośród tej osobliwszej rodziny? — to pytanie naturalnie najpierwej mnie zajęło. Stryj mój przyjął mię tak, jakbym na długo miał w jego domu pozostać; — mniejsza lub większa liczba osób zasiadających do stołu była mu wprawdzie obojętną; me wątpię więc, że nie żałował mi kawałka chleba; lecz i to pewna, że przybycie rodzonego synowca, nieuczyniło na nim większego wrażenia, jak jednego z owych błękitno ubranych służalców, których na samym wstępie spotkałem; — a co do moich godnych braciszków, w ich towarzystwie mogłem tylko zapomnieć wszystko, co umiałem, a nauczyć się jak leczyć psy i konie, i forsować lisy. Długo więc rozmyślając nad zamiarem ojca mego wpadłem nakoniec, jak mi się zdawało, na prawdziwą jego przyczynę; — przewidywał zapewne, że rodzaj życia krewnych moich wzbudzi we mnie odrazę ku próżniactwu i wszelkim wyradzającym się zeń przywarom; że więc tym sposobem najpewniej skłoni mię do obrania stanu, który nad wszystkie przenosił; — wezwał wprawdzie Rashleigha na miejsce moje; ale czyliż nie miał tysiącznych sposobów zapewnienia mu losu lub oddalenia go w razie potrzeby? — Tu uczułem niespokojność i niejako wyrzuty sumienia, że człowiek, o którym z opisu Miss Vernon, tak niekorzystne powziąłem wyobrażenie, z mej winy wejdzie w dom ojca mego, i może nadużyje jego zaufania. Uspokoiłem się jednak myślą, że ja sam przez siebie nic nie działam, że ojciec mój nie dozwoli powodować sobą, i że nakoniec nie wypada zupełnie ufać zdaniu młodej osoby, a zwłaszcza tak żywej i płochej. — Dziwna ta istota zajęła wkrótce całą myśl moją: jej nadzwyczajna piękność, to szczególne położenie, które ją zostawiało samej sobie, bez żadnej władzy i opieki, oprócz własnego rozsądku i serca; jej charakter łączący tyle sprzeczności, lecz przez to samo najsilniej zajmujący uwagę i ciekawość, były przedmiotem ciągłych moich dumań. — Nie mogłem zataić przed sobą, że ustawiczne z nią przebywanie i coraz ściślejsza znajomość, osładzając nudy pobytu mego w Osbaldyston-Hallu, zagrozić mogą mojej spokojności. Lecz mimo wszelkich usiłowań rozsądku, niezdołałem przezwyciężyć chęci spróbowania sił własnych, w tej nowej dla mnie, a tak powabnej walce; — zresztą, jak każdy młody w podobnem położeniu, przyrzekałem sobie, że w postępowaniu mojem z Miss Vernon jak największą zachowam ostrożność, że unikać będę starannie zbyt ścisłej z nią znajomości. — W tych dumaniach zasnąłem, a piękna Diana była przedmiotem ostatnej mej myśli.

 

Nie wiem z pewnością, czy ją widziałem i we śnie; bo po całodziennych trudach, spałem smaczno: ale z rana, gdy mię nagle obudziła myśliwska trąba; Dijana pierwsza stanęła mi na myśli. — Kazałem natychmiast osiodłać konia, ubrałem się prędko, i w kilka minut wyszedłem na dziedziniec, gdzie już wszystko było gotowem. Stryj mój, który podobno niespodziewał się, aby synowiec jego wychowany za granicą lubił polowanie, zdziwił się, gdy mię ujrzał, i zdawało mi się, że powtórne jego powitanie nie było tak uprzejme jak pierwsze.

— Czy i ty chłopcze? — dobrze, ale pamiętaj na przysłowie: Kto leci nad przepaścią, może w niej kark skręcić.

Któż z młodych, niewolałby raczej być posądzonym o jakąkolwiek właściwą wiekowi przywarę, jak o nieumiejętność jeżdżenia na koniu? i ja podobnie ufny zręczności mojej i odwadze, dotknięty nieco napomnieniem stryja, — odpowiedziałem żywo: — że się spodziewam, iż z końcem polowania odda mi zasłużoną sprawiedliwość.

— Możesz być najlepszym jeźdzcem, — rzekł Baron, — nie zaprzeczę, — ale nie o to tu idzie. — Powiadam ci chłopcze, bądź ostróżnym. — Ojciec twój pisał żeby cię mieć na oku, — a tu widzę, że cię trzeba jeszcze prowadzić na paskach, bo inaczej mógłby cię kto inny poprowadzić na postronku.

Tej osobliwszej perory zupełniem nie rozumiał; wyrzeczona jakby nawiasem, zdawała się raczej być skutkiem jakiejś przelotnej myśli, aniżeli chęci napomnienia mię za istotną winę: wnosząc przeto, że albo musi odnosić się do ucieczki mojej z bankietowej sali, albo, że głowa szanownego strja jeszcze zupełnie nie wyszumiała z dymów wczorajszej biesiady, — pomyślałem tylko, że po takiem przyjęciu niewypada długo gościć w tym domu, i natychmiast pośpieszyłem na spotkanie Miss Vernon, która z uśmiechem zbliżała się ku mnie. — Godni braciszkowie zdawali się mieć chęć przywitania się ze mną; ale gdym ujrzał, że szeptają złośliwie między sobą i szydersko spoglądają na mój zagraniczny ubiór; minąłem ich i odtąd nie odstępowałem już Dijany, jako jedynej osoby, z którą mogłem rozmawiać. Gdyśmy się zbliżali do kniei ciągnącej się wzdłuż rozległej doliny, zapytałem Miss Vernon, dla czego Rashleigh nie jest z nami? — O! rzekła, — to jest niepospolity myśliwy; ale poluje na wzór Nemroda, — zwierzyną jego jest człowiek.

Puszczono psy, ozwały się trąby; i kiedy wszyscy jeden przed drugim rzucili się do kniei, usłyszałem jak masztalerz Dickon odezwał się do niedołęgi Wilfreda: — zobaczysz, że nasz francuz zleci dzisiaj z konia.

— Francuz? — odpowiedział Wilfred. — Oj to prawda! patrz tylko, jaką on ma śmieszną kokardę przy kapeluszu!

Ale Thornkliff, który nie zdawał mi się zupełnie nie czułym na wdzięki krewnej swojej, czy przez zawiść, czyli raczej dla tego, żeby mógł być świadkiem, jak zlecę z konia, nieodstępował nas ani na krok; — omyliły go jednak nadzieje; bo gdy psy ruszyły lisa, nizgrabny francuz mimo śmiesznej kokardy wyprzedził wszystkich, i jak na złość kuzynom, obudził podziwienie stryja i Miss Vernon. Ubiegliśmy już mil kilka, gdy znagła psy ucięły; — uważałem, że niezbędne towarzystwo Thornkliffa zaczęło niecierpliwić Dijanę; nawykła nie taić nigdy tego, co miała na myśli, — rzekła doń tonem wymówki: — dziwno mi, że Thornkliff leży ciągle na moim koniu, jakby nie wiedział, że jamy młyna Wolwerton nie są zatkane.

— Jakto niezatkane? kiedy młynarz zaręczył mi, że obszedł wszystkie o samej północy.

— Wstydziłbyś się Thornkliffie polegać na słowie młynarza, gdy tej jesieni już trzy razy lis nam ucieka, i gdy za dziesięć minut mógłbyś tam i nazad przebiedz na dzielnym twoim szpaku!

— Dobrze, jadę więc: ale popamięta młynarz, jeżeli mię zawiódł!

— Ruszaj kochany Thornkliffie, ruszaj i napomnij go po swojemu!

Thornkliff spiął konia ostrogą i zniknął. — Przecież pozbyłam się natrętnika, — rzekła Dijana: — każdy z nich obracać się musi w prawo czy w lewo, w tył lub naprzód, na moje rozkazy. Wiesz pan zapewne, że mam zamiar uformować pułk nowy: Thornkliff będzie pierwszym sierżantem, Dickon berajterem, a Wilfred, co wiele gada, a nikt go zrozumieć nie może, przyda się wybornie na dobosza.

— Czemże będzie Rashleigh?

— Rashleigh, będzie głównym moim szpiegiem.

— Spodziewam się, że i o mnie szanowny pułkownik nie zapomni.

— Dla was zachowuję urząd pułkowego płatnika; — ale jak widzę psy nie prędko poprawią; — jedźcie za mną panie Frank, pokażę wam przecudny widok.

W rzeczy samej wjechaliśmy na piękny pagórek, panujący nad całą okolicą, rzuciwszy okiem na około; — jakby się chciała zapewnić, czy nie ma kogo w bliskości, zatrzymała konia między kupką brzóz; — tak, że w tem ukryciu nikt z myśliwych dostrzedz nas nie mógł. — Czy widzisz, — rzekła, — tę górkę ciemną i spadzistą, na której coś bieleje z boku?

— Przy końcu tego pasma pagórków? — widzę doskonale.

— Ta biała plama jest to skała Hawkesmore-crag, a Hawkesmore-crag leży już w Szkocyi.

— Doprawdy? — nie spodziewałem się, że Szkocyja leży tak blisko.

— Bardzo blisko, i ręczę, że za parę godzin tam stanąć w niej możesz.

— Nie mam ochoty męczyć konia mego na próżno, zdaje mi się jednak, że nawet w prostej linii będzie przynajmniej mil ośmnaście.

— Pożyczę panu chętnie mego konia, jeżeli swego żałujesz, a jak powiadam, za dwie godziny będziesz już w Szkocyi.

— Być może, ale tak mało mam chęci ją zwiedzić, że gdyby przednie nogi mego konia były już z tamtej strony granicy, nie wiem czy i wtenczas nawet chciałbym ją przejechać. — Cóżbym miał robić w Szkocyi?

— Szukać ocalenia, ponieważ trzeba ci otwarcie powiedzieć, — czy rozumiesz mię teraz panie Frank?

— Bynajmniej, — nie wiem co pani chcesz mówić.

— A więc, albo pan nie masz we mnie najmniejszej ufności, i w sztuce udawania przechodzisz samego nawet Rashleigha, albo nie wiesz wcale, o co cię posądzają; — ale ta osłupiała postać, na którą bez śmiechu patrzyć dłużej nie mogę, dowodzi mi, że istotnie o niczem nie wiesz.

— Na mój honor Miss Vernon, — rzekłem zniecierpliwiony jej dziecinną wesołością, — ani słowa zrozumieć nie mogę, — szczęśliwy jestem, że panią bawię, ale dla czego, i jakim sposobem? — nie umiem się domyślić.

— W rzeczy samej, nie jest to materyja do żartów, — rzekła Dijana poważniejszym tonem: — ale są osoby, którym zadziwienie nadaje tak pocieszną minę, że trudno się nie rozśmiać na chwilę; — mówmy więc spokojnie. Czy znasz pan niejakiego Morraj czy Morry, lub coś podobnego?

— Nieprzypominam sobie.

— Pomyśl pan tylko, czy nie miałeś jakiego towarzysza podróży swojej do Osbaldyston-Hallu?

— Prawda, że jechałem przez dwa dni blisko w towarzystwie jakiegoś tchórza, którego dusza zdawała się spoczywać w tłumoczku.

— Podobnie jak dusza Pedra Garcias, która spoczywała między dukatami w skórzanym worku; — otóż tego jegomości później okradziono; zaniósł na pana skargę, żeś należał do liczby tych, co mu gwałt zadali!

— Miss Vernon żartuje sobie!

— Nie żartuję, — wierzaj mi, — że tak jest w istocie.

— Czy możesz mię pani posądzać o podobną zbrodnię? — zawołałem tknięty do żywego.

— Gdybym miała szczęście urodzić się mężczyzną, wyzwałbyś mię na pojedynek, nieprawdaż? — Ale spróbuj pan, potrafię dotrzymać wam kroku, tak jak potrafiłam wczoraj przesadzić przez wrota.

— Nie śmiem mierzyć sił moich z walecznym pułkownikiem, — odpowiedziałem, — wstydząc się mego uniesienia; — ale racz mi pani proszę, ten nowy żart wytłomaczyć.

— Jużem panu powiedziała, że to nie są żarty; — oskarżono cię o rozbój na publicznej drodze, a stryj pański podobnie jak i ja, wziął to za istotną prawdę.

— Jeżeli tak jest, dziękuję przyjaciołom moim za dobrą opiniję!

— No! przestań pan już rzucać się tu i owdzie, i parskać nakształt lękliwego konia; — nie ma w tem tyle złego, jak sobie wyobrażasz; nikt mu niezarzuca prostej i podłej kradzieży. — Ten jegomość miał powierzoną sobie od rządu znaczną summę w gotowiznie i biletach kassowych, na opłacenie żołdu wojsku stojącemu na północy; — mówią nawet, że mu zabrano jakieś bardzo ważne papiery.

— Tak więc nie o prostą kradzież, ale o zbrodnią stanu jestem posądzony!

— Bez wątpienia, — a wielu mniema, że taka zbrodnia po wszystkie czasy odznaczała tylko samych niepospolitych ludzi; — znajdziesz w tym kraju, a nawet niedaleko siebie mnóstwo takich, którzy uważają za czyn chwalebny wszystko, co Hannowerskiej dynastyi zaszkodzić może.

— Moje zaś moralne jak i polityczne wyobrażenia tak wcale są odmienne.

— W rzeczy samej zaczynam wierzyć, że masz prawdziwą presbiterijańską, a co gorsza Hannowerijańską duszę; — ale cóż zamyślasz przedsięwziąć?

— Zmyć z siebie natychmiast tę haniebną potwarz, — przed kim zaniesiono na mnie oskarżenie?

— Przed starym sędzią Inglewood, który rad nie rad musiał je przyjąć, lecz ostrzegł niezwłocznie stryja mego, radząc mu, jak się domyślam, aby pana co najrychlej wyprawił do Szkocyi, gdziebyś ze wszystkich sędziów naszych mógł żartować, — ale kochany stryjaszek wie dobrze, że religija, którą wyznaje, i dawne przywiązanie do króla Jakóba, wprawiły go w podejrzenie u dzisiejszego rządu, — i że gdyby go złapano na gorącym uczynku, mógłby utracić broń, a co gorsza, konie i psy nawet, jako papista, Jakóbita, a zatem niebezpieczna osoba.

— O! nie wątpię, że łatwiej by mu przyszło poświęcić synowca, jak rozstać się z myśliwstwem.

— Synowca, synowicę, synów, córki, gdyby je miał, i całe plemie swoje! — I dla tego nie ufaj mu ani na chwilę i spiesz póki czas potemu.

— Tak, — jadę natychmiast, ale do tego pana Inglewood; — w której on stronie mieszka?

— Blisko pięciu mil ztąd; — w dolinie za tym gajem, gdzie widać wieżyczkę.

— Dobrze, — stanę tam za chwilę, — rzekłem, — zwracając konia.

— Stój pan! — zawołała Dijana, — ja ci pokażę drogę.

— To być nie może, — Miss Vernon dozwoli sobie powiedzieć otwarcie, że nie wypada, aby mi towarzyszyć miała w takiej zwłaszcza okoliczności.

— Rozumiem pana, — rzekła, zapłonąwszy się nieco, — jest to mówić jasno, i... (dodała po chwili), — i jak się zdaje po przyjacielsku.

— Czy możesz powątpiewać, że nie umiem czuć i cenić tego dowodu jej życzliwości? — jest on dla mnie tem milszy, że okazany w niebezpieczeństwie, które jest próbą prawdziwej przyjaźni; ale byłbym niewdzięcznym, gdybym chciał korzystać z uniesień wspaniałego serca: ukazać się w tak publicznem miejscu, byłoby to prawie toż samo, co stanąć obok obwinionego w sądowej izbie.

— A gdyby to nawet była sądowa izba; czyżbym do niej nie weszła, jeśliby tego wymagała obrona przyjaciela? Jesteś tu prawie cudzoziemcem, i na nikim polegać nie możesz; — a w tym kraju, na samej granicy królestwa, sądowe wyroki bywają częstokroć gwałtowne, a rzadko kiedy sprawiedliwe. — Stryj mój nie zechce się mieszać do tej sprawy. — Rashleigha tu nie ma, a choćby i był, któż wie, za czyją poszedłby stroną? — bracia jego, gdyby nawet chcieli, nie zdołaliby wam dopomódz: słowem, ja tylko jedna mogę panu się przydać, więc jadę; — nie należę do rzędu owych delikatnych niewiast, które dostają spazmów, słysząc krzykliwą perorę mecenasów, lub na sam widok ich ogromnej peruki.

 

— Ale droga moja kuzynko...

— Ale drogi mój kuzynie, — siedź cicho, i ani słowa więcej; bo gdy wezmę na kieł, żadne wędzidło wstrzymać mię nie zdoła.

Troskliwość o los mój, jaką okazywało to lube stworzenie, pochlebiała mojej miłości własnej; lecz razem wyobrażałem sobie z bojaźnią, jak dziwnem się wyda i do jakich domysłów otworzy pole, ukazanie się moje przed obliczem sędziego, w towarzystwie ośmnastoletniej panienki, mającej być moim obrońcą: usiłowałem więc ile możności odwrócić jej postanowienie, ale nadaremno: — odpowiadała mi ciągle, że nie na próżno nosi imię Vernon, że żaden z jej rodziny nie opuścił przyjaciela w przygodzie, i że wymowa moja mogłaby zapewne sprawić wrażenie na umyśle nie jednej z owych delikatnych, wykwintnie prowadzonych i skromniuchnych piękności, które zdobią salony Londynu, lecz nie zmiękczy uporczywej wieśniaczki, nawykłej iść za własnem zdaniem, i własnej dogadzać chęci.

Tymczasem zbliżaliśmy się do mieszkania pana Inglewood, i żeby odebrać mi sposobność opierania się jej woli; Miss Vernon zaczęła opisywać sędziego i jego pisarza. — Pan Inglewood jej zdaniem osiwiały Jakóbita, podobnie jak wielu innych, nie długo chciał wykonać przysięgi na wierność nowej dynastyi; lecz nakoniec przysiągł pod warunkiem, iż będzie sprawować urząd sędziego pokoju. — Uczynił to, — rzekła, — na usilne prośby spółobywateli, wcześnie przewidujących bliski upadek owego palladium ich leśnej uciechy, praw — o polowaniu, które niezawodnieby zapomniano, gdyby nie było urzędnika, ściśle pilnującego ich wykonania. — Dotąd władzę sądowniczą w tym przedmiocie miał burmistrz z Newcastle, który woląc raczej zajadać zwierzynę, kiedy już była na stole, jak czuwać nad jej zachowaniem po lasach i polach, zamykał oczy na szkodników niszczących krajowe myśliwstwo. — Widząc przeto gwałtowną potrzebę, aby ktokolwiek czystość Jakóbickiej wiary poświęcił powszechnemu dobru; — obywatele Nortumberlandu włożyli tę świętą powinność na Inglewooda, — który, niezbyt surowem obdarzony sumieniem, mógł bez wielkiego wstrętu w razie potrzeby przyjąć każde polityczne credo. — Lecz znalazłszy, że tak powiem, ciało sędziego, dla nadania mu czucia i władzy (jest bardzo leniwy), wynaleźli mu duszę w osobie pisarza. Tym celem sprowadzili biegłego prawnika z Newcastle — Jobsohna, który widząc, że może wygodnie przedawać sprawiedliwość, pod firmą sędziego Inglewooda, i że dochód tego handlu zależy od liczby spraw; stara się wszelkiemi sposobami o ich pomnożenie, tak dalece, że biedny sędzia nie ma ani chwili pokoju. Dość powiedzieć, że żadna przekupka owoców na dziesięć mil w około, nie może skończyć rachunku z ogrodnikiem bez wyroku sędziego, za staraniem niespracowanego pisarza pana Józefa Jobsohn. — Ale nic nie ma pocieszniejszego, jak kiedy się zdarzy, sprawa podobna do pańskiej, to jest o polityczne przewinienie; — pan Józef Jobsohn (nie bez ważnych zapewne powodów) jest gorliwym obrońcą protestanckiej religii i dzisiejszego rządu; — lecz pryncypał zachowując jeszcze nałogowe przywiązanie do opinii, które głośno wyznawał, nim się skłonił złagodzić je nieco, w patryjotycznej chęci ocalenia ustaw przeciw nieprawym niszczycielom kuropatw i zajęcy; — pryncypał ten mówię, jest niekiedy w bardzo przykrem położeniu, kiedy gorliwość pisarza uwikła go w prawne sidła, mające jakąkolwiek styczność z dawną jego wiarą polityczną. — Na tenczas zamiast pomagania Jobsohnowi, bierze zwykle podwójną dozę lenistwa i opieszałości, — lubo w istocie nie można go nazwać niedołężnym; bo jak na osobę, która nie widzi większej roskoszy życia nad jedzenie i picie, dość jest czynny, żywy i wesoły; ale właśnie to samo, zmyśloną obojętność tem pocieszniejszą czyni. — W tych to zdarzeniach Jobsohn jak koń stary i dychawiczny, zaprzężony do ciężkiego wozu, sapie i dobywa ostatnich sił, żeby rozruchać uśpioną sprawiedliwość sędziego; gdy tymczasem skrzypiące koła przeładowanej bryki zaledwo się obracają; bywa jednak, i to właśnie nieszczęśliwą szkapę do rospaczy przywodzi, — że ten sam wóz, który w tej okoliczności tak trudno jej ruszyć, winnej, — kiedy naprzykład idzie o zrobienie przysługi quondam przyjaciołom sędziego, — leci sam jakby go kto popchnął z góry; — wtenczas to Jobsohn zniecierpliwiony do ostatka, oświadcza solennie, że gdyby szczególnie nie poważał pana Inglewood i całej jego rodziny, dawnoby już zaniósł skargę do sekretarza stanu.

Miss Vernon kończyła właśnie ten osobliwszy opis, gdyśmy stanęli przed domem pana Inglewood którego okazała lubo starożytna budowa, świadczyła o zamożności dziedziców.