Ocean

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wacław Sieroszewski

Ocean

POWIEŚĆ

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Maurycy Beniowski (1746-1786), Public domain image,

źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Móric-Benovský.jpg

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law,

including all related and neighboring rights.

Tekst wg edycji z roku 1935. Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-695-8

Ocean
I.

„Piotr i Paweł” był mocnym, ale niewielkim trójmasztowcem. Miał wzdłuż wszystkiego pięćdziesiąt łokci, wszerz nie więcej jak piętnaście, wysokości zaś trzymał łokci osiem i pół, z czego większa część nurzała się w wodzie. Na samym dziobie, pod wysoko podniesionym fokmasztem, z końca stewy chyliły się nad wodą złocone figury apostołów i błogosławiły światu i wodom.

Beniowski kazał statek przed wyruszeniem tu i owdzie żelaznemi rozporami umocnić, szpary wykonopacić, osmolić i cały tułów wymalować przyzwoicie. Kraj burty obszył chodnikiem, szerokim na półtrzecia łokcia, z linową poręczą, aby snadniej było żeglarzom biegać z końca w koniec po statku w czasie obsługi, nie mieszając się z resztą załogi, wylęgającej z powodu ciasnoty na wierzchni pokład. Uformowany w ten sposób wzdłuż krawędzi statku daszek nietylko dawał ochronę ustawionym w lukach burty dwudziestu armatom, z których połowa była drewniana, ale osłaniał w słotę i wiatr cokolwiek również ludzi.

Środek pokładu zajmowała wielka szalupa, nakryta smolonym brezentem; dalej ku przodowi wznosiła się buda kuchenna, a tuż za nią szło wdół zejście do wspólnych sypialń, gdzie w czterech kondygnacjach nad sobą kazał Beniowski wygotować kojce dla czterdziestu ludzi. Na wśledniej części statku za masztem głównym było podobne zejście i podobna sypialnia. Sypiali tam sami mężczyźni, majtkowie i strzelcy, wraz z przydzielonymi do nich dowódcami oddziałów, podczas, gdy oficerowie wyżsi, jak namiestnik Beniowskiego Chruszczów, komendant statku Czurin, naczelnicy generalni: pułkownik Baturin, major Winblath, kapitan Panow i wierny Kuzniecow mieszkali w ciupach osobnych, pod tylnym pokładem, gdzie umieścił się i sam Beniowski. Tam również ulokowano doktora Medera z jego apteczką i dodanym mu do pomocy staruszkiem Bielskim, a takoż wszystkie niewiasty w liczbie dziewięciu, gdyż tylu tylko białogłowom z trzydziestu zgłoszonych ochotnie pozwolił Beniowski przyłączyć się do wyprawy. Były to przeważnie żony spiskowców, lecz ponieważ wszystkim im oddzielnego pomieszczenia Beniowski dać nie mógł, gdyż nie było miejsca, więc ze względu na przystojność oraz powszechny spokój i bezpieczeństwo oddzielił kobiety od mężczyzn. Jedynie Czurin i Kuzniecow mieszkali razem z żonami. Inne podwiki, równie jak pozostali oficerowie, mieściły się po dwie, po trzy w jednym pokoiku, za wyjątkiem Nastazji Nilówny, która miała osobną kajutę w końcu korytarza, w miejscu najbardziej zacisznem. Ten korytarz, mający po obu stronach drzwi kajut, rozszerzał się u wyjścia, tworząc osłonioną od wiatru i wody przestronność dostateczną dla ruchów kawki sterowej, u której wiecznie stał zmianowy sternik z okiem utkwionem w strzałkę kompasu.

W pierwszej, największej, najwidniejszej i najbliższej od sternika kajucie zamieszkał Beniowski, a naprzeciw w takiej samej – Chruszczow z Baturinem.

Właśnie siedział przed stołem Beniowski i zapisywał pewną ręką w okrętowym dzienniku:

„...dnia 11-go Maja stylu gregorjańskiego, 1771-go roku, wsiadłem na okręt „Świętego Piotra i Pawła” w porcie Bolszaja, rozkazawszy wprzód wybić w nim dwadzieścia otworów na tyleż armat...” –

gdy wszedł Czurin i oznajmił, że zbliżają się do przejścia między piaskami baru.

– Tam już pójdziemy otwartem morzem, ale... wiatr słabnie!... Może pan sam pojrzy, co czynić!? – dodał pytająco.

Beniowski zamknął księgę, rzucił okiem na czasomierz i wyszedł razem z komendantem. Po drodze przyłączył się do nich Chruszczow i Sybajew. Wstąpili po schodach na chodnik i poszli wysoko nad głowami krążących po pokładzie ludzi, rozglądając się uważnie po statku i morzu. Okręt posuwał się bardzo wolno, choć wszystkie żagle były rozpięte. Słaby, północno-zachodni wiatr chwilami cichł zupełnie, a wtedy bezsilnie opadały ciężkie płótniska, trzepiąc przykro kledami po rejach. Wieszali się na nich tu i owdzie majtkowie, inni pochylali się, klnąc brzydko i kłócąc z gromadkami ludzi, kupiącemi się u luków armat, gdyż wszyscy w tym czasie wylegli na pokład. Wspinali się jeden ponad drugiego, wyciągali szyje, włazili na skrzynie, na drabiny, czepiali się składek okrywającego szalupę brezentu, wdrapywali się na dach kuchni, stawali gęsto na pachołach kotwicznych, szepcząc, gwarząc, pokrzykując z oczami utkwionemi w ziemię. Podniecenie było powszechne i od rozmawiającej ciżby szedł taki sam poszum, jak od tego morza, co łuszczyło się wokoło.

Przeklęty brzeg, brzeg niewoli i udręczenia nie odchodził. Stał uparcie przed oczami, jak widmo tylko co przeżytych burz, lęków, przerażeń, niebezpieczeństw, wahań, walk, twardych postanowień, upadków, udręczeń i okrucieństw... Stał złoty od zasp piasku, krwawy od plam gliniastych osypisk, zielony od szczeciny lasów, wyciągniętej ponad niskim strądem jak smuga mchu. Górą wznosił się wysoko i widok nieba przysłaniał zębaty wał zaśnieżonych szczytów, wzdymały się białe stożki dymiących się wulkanów, poorane głębokiemi ciemnemi żlebami.

Morze, szemrząc, słało ku nim płytką, modrą falę. Wieczorne słońce słabo złociło widok mglącym się blaskiem.

– My stąd nigdy nie odjedziemy!... Nie wyrwiemy się stąd!... Taki nasz los!... Mówiłem, że wczoraj należało wyruszyć!... Wczoraj był wiatr!... Zwłóczyli, zwłóczyli niewiadomo poco!... A teraz co!?... Przyjdzie burza, rzuci nas na brzegi, statek rozbije... Wyłapią nas, jak zmokłe szczury, i zakują w kajdany! Czy warto było tyle krwi przelewać, tylu ludzi gubić dla takiego końca? – wyrzekał głośno wśród tłumu słuchaczów starszy oficer Stiepanow.

– Tak, tak!... Wczoraj był wiatr!... Jużciż że należało!... – szemrano wokoło.

Rychło wszakże głosy ucichły, gdy Beniowski z towarzyszami zbliżył się do tego miejsca. Spokornieli ludzie rozstępowali się i pilnie nasłuchiwali, o czem mówi „ojciec komendant”. Nadąsany Stiepanow poszedł za grupą oficerów.

– Gdzie wachtowy ze sztaby? I gdzie Urbański!? – wołał gniewnie na przedzie statku Beniowski.

– Jest! – odpowiedział, salutując, gruby jegomość z konopiastemi wąsami i okrągłą twarzą czerwono-śniadą i plamistą, jak dojrzała dynia bucharska.

– A gdzież twoi strzelcy? Nie słyszałeś sygnału!?

– Trochę ich jest! – mruknął, kiwając głową za siebie, gdzie stało kilkunastu wyprostowanych drabów.

– A reszta?

– Reszta?... Czy ja wiem? Śpi pewnie po wczorajszej pożegnalnej fecie!

– Co?... Śpi?... Co to za odpowiedź!? Żebym nigdy nic podobnego nie słyszał! Pamiętaj!... Zakuję i rzucę na dno okrętu! Broń wyczyścić natychmiast, nasmarować łojem i postawić w stójki, pod daszek, żeby była gotowa w każdej chwili!... Hańba! Bagnety pordzewiałe, lufy czarne, wyglądają jak rożny kuchenne, a nie oręż żołnierski... Żeby mi był porządek!

– Wedle rozkazu! Ale nie było biedy... – bąkał stropiony Urbański.

Beniowski machnął niecierpliwie ręką:

– Dość!... Powiedziałem!

Stropiony oficer stał wyciągnięty, choć Beniowski już się oddalił, i dopiero gdy idący na ostatku przyjaciel, Sybajew, zrobił mu na pocieszenie figlarne oko, wysunął naprzód krwistą wargę w kształcie ryjka, gwizdnął zcicha i zawołał na strzelców:

– Cóż, chłopcy, bierzcie się do roboty! Niema co! Myśleliśmy złudnie, że sobie wypoczniemy po tylu trudach. Samej wódki cośmy to wypili, a bab co przez nasze ręce przeszło w tym czasie, hę!? Spracowaliśmy się nie na żarty!... Ale widzę, żeśmy wpadli z ognia w płomienie!... U nas bo mówią lepiej: z deszczu pod rynnę! Ale u was tutaj więcej śnieg pada i nie znacie rynien. W mojej ojczyźnie zaś są takie rury na dachach, skąd w nawałności szukającym schronienia nierzadko suto za kołnierz się nalewa! – gawędził dobrodusznie, napędzając do roboty strzelców.

– A wszystko blaga! Udana komedja dla zamydlenia oczu! Bo poco tu ten rygor straszeczny? Z kim on tu myśli wojować wśród morskiego przestworza? Na kogo tę broń szykuje?... Byle ludzi męczyć i swoją personę nad nimi wywyższać! – wtrącił, zatrzymując się koło nich, Stiepanow.

– A waćpan kto? I co waćpanu do tego!? Zasię mi się tu wtrącać!... Czy to tutaj miejsce waćpana? Hę?... Waćpan z wśledniej, słyszałem, straży. Więc pilnujcie, żeby wam tam wiatr kiecek babskich nad głowy zbytnio nie zadzierał!... Hę! Widzicie go! – wybuchnął nagle Urbański, rad, że ma na kim swój rankor wywrzeć. – Bierzcie się zaraz, chłopcy, do muszkietów, żeby błyszczały, jak samowary kupieckie! Słyszycie!?... A ty, Gałka, skocz, zlej śpiących wodą! Niech trzeźwieją i wstają! Tu nikt za nich robić nie będzie! – zwrócił się do ogromnego kozaka z wyrwanemi nozdrzami, który stał pierwszy w szeregu.

– Niema chyba poco! Wszyscy niedługo spać pójdziemy!... Słyszy pan: gwiżdżą na kotwicę! – odmruknął ten, kiwając głową w stronę mostku kapitańskiego.

 

Piszczałka istotnie wołała:

– Wszyscy na pokład!

Zakotłowało się, z luków pomostowych wychynęły nowe strugi ludzi; grupy wypoczywających sunęły ku środkowi, poczem stamtąd rozbiegły się wraz na boki statku ku drabinom sznurowym, aby piąć się na reje, podbierać i zwijać żagle, podczas gdy inni odwiązywali szuty, luzowali i opuszczali zwolna drerepy. A jeszcze inni skoczyli na dziób statku, na samą kratę plichty, gdzie leżały wielkie zwoje kotwicznej byty. Nie szło to zbyt składnie, gdyż wielu było nieprzyuczonych do żeglarstwa, ale obrotu dokonano i rychło plusk wody oraz suchy łomot rozwijającej się z kołowrotu liny oznajmił, że kotwica rzucona. Statek drgnął, zakołysał się, obrócił bokiem do swego biegu i stanął jak wryty wśród cichnących dokoła toni. Siwe, zimne mgły szerokiego morskiego oddechu ogarnęły jego korpus, a dwie ławice burego piasku wynurzyły się z obu jego stron w igraniach fal, jak grzbiety ogromnych, śpiących wielorybów. Gdzieś zdala, z poza nich, z bezbrzeża mierzchnącego Oceanu dobiegał miarowy, szklany łosskot.

– Lody! – szepnął do Urbańskiego stojący u bugszprytu na wachcie majtek. – Ale się tutaj do nas w nocy nie dostaną! Miałko! Dobrze wybrał, psia jucha, Beniowski. Stoimy jak raz w przebiegu między dwoma mieliznami, jak w porcie, a w razie szturmu i ujście rzeki niedaleko! Można spać spokojnie. I skąd on to wszystko wie, niby tutejszy?

– Ba! Wiadomo, konfederat... Cóż to on mało umie? Z sobą go równać chcecie, chamy? – odrzekł Urbański, wąsa pokręcił i odszedł wspaniałym krokiem w stronę kuchni, gdzie już połyskiwało światełko i ludzie kręcili się z wiadrami.

Pilnie pracowała na rejach gromadka doświadczonych żeglarzy Chołodiłowa, wspomagana przez dodanych im do pomocy i nauki nowińców. Zwolna wyłaniały się z obsłon żaglowych kolumny masztów, znikały podbierane i mocno podwiązywane do krzyżownic płótniska, ukazywały się w półmaszciach bocieńce i szara pajęczyna olinowania, spływająca gęstą siecią ku burtom, zwisająca przejrzystą mgłą między rejami, zarysowała się wdzięcznie w powietrzu. Tu i tam, niby wielkie owady, tkwili wśród niej majtkowie, kończący swą robotę. Warkot bębna zwoływał tymczasem ludzi na dziób wpobliżu kuchni, gdzie kwatermistrz z blaszaną miarką czekał przy kufie gorzałki.

Beniowski znowu pojawił się wśród tłumu. Tym razem był sam i bystrem spojrzeniem przeglądał i tych, co szli po swe racje, i tych, co, siedząc na lawetach armatnich, spożywali już otrzymany posiłek.

– Ilu chorych? – spytał mimochodem kwatermistrza.

– Niema wcale! – odrzekł ten krótko.

Kiwnął mu głową i poszedł dalej, zlekka utykając na przestrzeloną nogę. Okrążył statek i wszedł na tyłach pod górny pomost. Pusto tu było i cicho; wszyscy pośpieszyli pospólnie wieczerzać; ulotnił się niepotrzebny już sternik. Przez otwarte drzwi poniektórych kajut widać było węzły pościeli, porzucone na pryczach i podłodze, sprzęt niewyszukany na stołach i przyodziewek rozwieszony na hakach.

Beniowski kroczył w półmroku ku samemu tyłowi, gdzie w ostatniej kajucie błyskało słabe światełko.

– Jest... sama! Nie widziałem jej tak dawno!...

Zatrzymał się u niedomkniętych drzwi i zajrzał z bijącem sercem.

Przy blasku woskowej świecy, płonącej przed dobrze mu znanym obrazem Matki Boskiej Bolejącej, dostrzegł klęczącą postać kobiecą w ciemnych zakonnych sukniach; czarna, mnisia chusta kryła jej głowę, a twarz zasłaniały złożone na oczach i licach dłonie.

Beniowski, zamiast wejść, oparł się ciężko o odrzwia.

– Modli się!... Niech się modli... – szepnął do siebie. – Dlaczego się jednak tak przebrała? Zbyt rychło... Lęka się widać!

Chwilkę postał, popatrzył na śliczną, pochyloną głowę, tak mu dobrze znaną, poczem, niepostrzeżony, jak był przyszedł, tak odszedł ku swej pustej, ciemnej kajucie.

II.

Skoro rozedniało na tyle, że ciemne mielizny dobrze oznaczyły się na połyskującej wśród siwych mgieł fali, dał Beniowski rozkaz podniesienia kotwicy.

Znów ostro zabrzmiała szturmańska piszczałka i po śpiącym statku potoczył się rozkaz:

– Wszyscy na pokład!

Niechętnie opuszczali ciepłe kajuty ludzie niewzwyczajeni do twardej służby morskiej, niektórzy nawet sarkali:

– Po jakiego licha tak rano!? Poco ten pośpiech!?

– To prawda! Nie mamy przecie terminu, nie jedziemy z towarem! Zdążymy!...

– A ścigać nas niema sposobu! Sam widziałem na własne oczy, jak palono w Bolszej statki.

– A jakże! Małej łódeczki nie zostawiono całej! Kum Trofimycz prosił, żebym mu choć bajdarkę skórzaną zostawił, aby sieci mógł oglądać. „Mój kochany, bliższa koszula ciała! powiedziałem. – Tobie bajdarkę, drugiemu bacik, trzeciemu karbas... w mig flota się utworzy, na której kozacy zaraz zaczną nas wojować, ścigać, wreszcie władzy dadzą znać do Ochocka, żeby słała za nami w pościgu zbrojne fregaty. Niema głupich!”

– Zresztą dalby ci Beniowski, gdybyś nie posłuchał rozkazu!

– Pewnie, żeby dal! Ostry człowiek!...

– Takiego morze lubi!... A co wy tutaj „tary-bary!” Chcecie dostać? Ruszajcie zaraz do roboty! – napadł na rozmawiających starszy majtek.

Pięli się więc niezgrabnie nowińcy po drabinach sznurowych, klnąc, chwytali zgrubiałemi palcami za zmoty u lin, za przemarzłe węzły sznurów, inni z miarowym przygłosem ciągnęli kołowrót kotwiczny.

Szary świt rozdniewał zamglone morze oraz przymknięte nad niem wieko jasnego nieba; gwiazdy ze złotych stawały się srebrnemi, topniały zwolna w błękitnej jasności. Zwolniony z uwięzi okręt kołysał się dziwacznie i chylił na jeden bok; słaby wiatr z trudem nadymał napinane żagle.

– Co go tak kłoni!? Hej, obejrzeć dobrze zaburcia! – rozkazywał Beniowski.

Rychło donieśli mu, że wielka kra przyssała się do prawego boku i statek skręca.

– Niewiadomo nawet, kiedy się podkradła! Cicho tak podpłynęła, ani stuknęła! – tłumaczył się Baturin, który nocną zmianą dowodził.

– Różnie bywa!... Zresztą – mgła – uspokajał go Beniowski. – Każ narychtować na lód armatę i skrusz zaraz kulami. Musimy wyjść przed zorzą na pełne morze, bo potem wiatr tu przy brzegu uśnie!

Zahuczały więc działa raz jeszcze kilkakroć, budząc echo rozgłośne na lądzie, strasząc mieszkańców Czekawki, ledwie wczoraj uwolnionych od grozy krwawych bitew. Oswobodzony od ciężaru okręt wyprostował się, zatrzepotał żaglami, jak zbudzony ptak, i wolno przepłynął między piachami rewy. W miarę jak uchodzili z pod osłony lądu, krzepił się wiatr, rósł bieg i posuwistość statku. Gdy brzask zaróżowił gładę fal, z bocieńca krzyknięto, że hen, ku zachodowi widać skałę Alajdę. Beniowski kazał skierować okręt w przejście między ciemnym, wydłużonym lądem wyspy Poramuszir a tym samotnym ostrowem, szarzejącym jak mały obłoczek w dalekich tumanach, przenizanych promieniami niskiego słońca. Jednocześnie zwołał Beniowski starszyznę na naradę, w jakim dalej płynąć kierunku.

Postanowiono jednogłośnie bieżeć na południe i zawinąć do której z wysp Kurylskich dla zaopatrzenia się w żywność, wodę i suchary. Wiadomość o tem rychło rozbiegła się wśród załogi, zajętej czyszczeniem i uprzątaniem okrętu. Rajcowano nad tem przez dzień cały; na podwieczerzu zimno i śnieg, padający płatami, spędziły większość załogi pod pokład. Ostrożnie, z podebranemi żaglami, szedł statek w nocnych ciemnościach, według wytkniętego kursu. Pusto było na ubielonym śniegiem pokładzie; tam i owdzie majaczyły figury strażowych majtków i słaby, jak skierka, ogieniek lampki błyszczał u kompasu. Co czas jakiś jęczał dzwon u wielkiego masztu, wybijając klepsydrę; szumiał wciąż wiatr w rejach, szeleścił żaglami, szemrało po bokach w czarnych przepaściach morze. Płatki śniegu leciały i nikły w tej czarniawie, jak niestrudzony siew niewidzialnego ducha.

Dzień wstał mglisty, zaśnieżony, niepogodny; uderzył silny półwiatr i statek z trudem lawirował w zygzag, coraz zmieniając żagle i pochylając się mocno na zwrotach. Pracowała wzmocnionemi zmianami załoga. Beniowski z Czurinem w kajucie, pochyleni nad mapą, wybierali, gdzieby lepiej zawinąć, gdy z bocieńca dobiegło ich wołanie, że widać ziemię. Wyszli więc na mostek popatrzeć, co jest, gdy wtem uderzył ich hałas niezwykły wśród gromad ludzi, którzy też wylegli z kajut na wołanie straży. Posłał Beniowski zapytać: co zacz tam i skąd hałasy?

I natychmiast przybyło dwu, z których jeden był Izmaiłow, a drugi Boskarow, mówiąc, że są wysłańcami od całej załogi.

– Od zimna, kołysania statku, niewywczasu i złej strawy ducha w sobie nie czujemy i, siłami więcej nie władnąc, prosimy uniżenie, aby Wasza Wielmożność kazał co rychlej do pierwszej ziemi zawinąć, gdziebyśmy mogli poratować zagrożone nasze zdrowie, tak w dalszym ciągu podroży potrzebne!... – dowodził Izmaiłow.

– Od wymiotów i wolności żołądka pokotem leżą w kajutach i tak zanieczyścili powietrze, że wytrzymać tam niepodobna... Gdy spracowani majtkowie wracają ze zmiany, miasto wyspać się, trują się nieznośnym zapachem i dostają zawrotu głowy!... – dodał Boskarow.

Beniowski patrzał na nich nieufnie i zwłóczył z odpowiedzią. Szukał oczami wśród wichrzycieli Stiepanowa, ale go tam nie było. Wreszcie dostrzegł go, wychodzącego z Panowem z pod tylnego pokładu. Gorąco dyskutując, kierowali się ku niemu; czekał, aż podejdą, gdy wtem wrzaski i kotłowania na przedzie statku zamieniły się w zwadę. Z powszechnego tumultu wyrwało się dwoje ludzi i biegło ku Beniowskiemu.

– Cóż tam nowego? – spytał ten niecierpliwie.

– Nie słuchaj ich, naczelniku, nie słuchaj!... – wołał biegnący na przedzie Urbański z twarzą rozognioną, jak jarzący się krąg miesiąca. – Wcale nie są oni naszymi wybrańcami!... Samozwańcami są... gdy przeciwnie my dalej iść chcemy nawet resztką sił, unikając zbyt bliskich zdradzieckich wybrzeży... Zali możemy być pewni, że nie czyhają na nas tam jakie zbłąkane rządowe okręty?... Albo czy ludność nieświadoma i podburzona przez urzędników nie napadnie na nas z bronią w ręku?... Odpłynąć należy przeto jak najdalej i dopiero w ciepłym, błogosławionym klimacie, na bezludnej, nikomu nieznanej wyspie wypocząć... Takie jest nasze żądanie!...

Któż to wy jesteście?... Ilu was?... – przerwał mu drwiąco Izmaiłow. – On jeden, Wielmożny Panie, duch niespokojny i może jeszcze dwu, trzech podobnych kłótników... Za nami powszechność...

– Nieprawda, za mną cała straż przednia... A i z tylnej jest dużo, co tak myślą, ino wy ich zakrzyczeliście, babnicy przeklęci!... Chce im się na ziemię co rychlej, by z podwikami łacniej amory toczyć, bo na statku niema dość miejsca dla takiej zabawy!... Znam ja was asmodeuszów, znam!... Ślepy nie jestem...

– Powtarzam, co mi pospolitość poleciła, Wielmożny Panie Naczelniku. Że nawet gdybyś kazał, to ze względu na brak sił i powszechną chorobę... nie moglibyśmy tego wykonać, a więc lądowanie wbrew naszej chęci musowe jest! – zakończył hardo Izmaiłow.

– Łże!... Leżą nie od morskiego zawrotu, lecz od pijatyki, od zaduchu i lenistwa!... Wynieść wszystkich na powietrze, a rychło wstaną!... Opoje są!... Pić, owszem!... Ale chlać, jak świnie bez opamiętania!... – przerwał mu gniewnie Urbański.

Wstrzymał kłócących się stanowczym gestem Beniowski, i, nie słuchając nawet tego, co mu chciał przełożyć Stiepanow, zwrócił się do Baturina:

– Bądź dobry, weź ludzi i rozpędź zbiegowisko. Żeby wszyscy zaraz szli na miejsca do swych robót. A resztę zepchnij do kajut... Tych, co się będą opierali, prowadź tutaj!... Niech raz na zawsze zapamiętają, że nie oni rozkazują, lecz ja, skoro mię naczelnikiem wybrali!... Wy zostańcie, zostańcie, zaczekajcie!... – kiwnął na wysłanników, którzy zbierali się do odejścia.

Baturin spełnił rozkaz; do oddziału, robiącego porządek, przyłączyli się wszyscy oficerowie, nie wyłączając Stiepanowa, oraz strzelcy Urbańskiego. Pokład z kłótników niebawem oczyszczono. Kilku oporniejszych stawiono zaraz przed sąd i zamknięto w turmie. Pozornie uciszyło się, lecz Beniowski, dla uniknięcia dalszych rozruchów, kazał statek niezwłocznie z wiatrem obrócić i rychło kuszące wyspy znikły z przed oczu załodze. Wśród pustego, przysnutego mgłą i zbałwanionego szeroką falą oceanu jeno tu i tam wyskakiwały potworne cielska wielorybów, igrających ze sobą i wyrzucających wysoko wgórę wodotryski.

Śnieg i deszcz nie przestawał padać. Załoga, zwolniona od robót na rejach pomyślnym wiatrem, miała dużo zajęcia przy zeskrobywaniu i obijaniu z pokładów oraz masztów naledzi. Kazał też Beniowski opatrzeć dobrze szalupę i mały ratunkowy bacik, co podwieszony na hakach bujał w tyle okrętu nad rudlem, gotowy w każdej chwili do spuszczenia.

 

Urbański, zadowolony, że górę wzięło jego zdanie, uwijał się wesoło wśród pracujących, choć mu nos zsiniał od zimna, jak śliwka-węgierka.

– A co, źle wam?... Gdybyście siedzieli choć w cieple, ale w rządowej kozie, byłoby gorzej!... Co, nie? Podgrzewaliby was tam, oj, podgrzewali panowie urzędnicy... A czy na Paramuszirze, czy na Ochtokanie, nie są oni ci sami, co w Bolszej, których znacie!... Przewietrzyliby nas wszystkich na szubienicach, oj, oj!... Już ja wolę ten zimny, ale wolny wietrzyk morski! Odbijemy sobie zczasem wszystko w jakim raju hesperydowym... Owoców słodkich najemy się ile wlezie, wywczasujemy się... Pannę sobie kolorową każdy wybierze z krajowych zapasów... Cuchną podobno, jak stare buty, i dlatego na czas miłosnej zabawy, wędzą się w dymach z drzew wonnych i kadzideł... Ale zato od słońca mają w kochaniu krew gorącą...

– To grunt!... Czy to ja z jej twarzy będę śmietanę lizał?... Ja bo tam nie potrzebuję nadzwyczajnej urody!... – przerwał mu kozak Gałka.

– Wiadomo. Przejrzyj się w wiadrze z wodą, a nacieszysz się pięknością do syta! – śmiali się obecni.

W ciągu dnia zastrzelili myśliwce na statku kilka czarnych ptaków, które przysiadły na masztach, a po południu, kiedy słota ustała i na falach okazało się dużo pływających porostów, zaczęto je hakami łowić i wyciągać, gdyż wedle słów kamczadala Poranczina oraz innych świamych rzeczy marynarzy, miały być, po wysuszeniu i wielokrotnem przegotowaniu, jadalne.

Tak upływał czas załodze w nieustannem zajęciu, które wciąż wynajdywał dla niej przemyślny Beniowski.