Trylogia napoleońska: Huragan - Rok 1809 - Szwoleżerowie gwardiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie było rady. Schował był porucznik zasiłek, a że we drzwiach ukazał się kapitan Wosiński, nie zwlekając, jął żegnać się z generałem, który go uściskał serdecznie a krzyżem pobłogosławił.

Wosiński zlustrował towarzyszów, przestrzegł Jordanów i Dziewanowskiego, aby dragońskich pałaszy z rąk nie wypuszczali dla uniknięcia brząkania, kazał opatrzyć pistolety i dał znak do ruszenia w drogę.

V

Jeszcze nie skrzepły potoki krwi pruskiej pod Jeną i Auerstadtem, gdy generał Kalkreuth podniósł klęskę pod Greussen, a w trzy dni później poddał się wraz z piętnastotysięczną armią.

Marszałek Davout zajął Lipsk, Bernadotte zniósł pod Hallą księcia Wirtemberskiego, załoga Szpandawy złożyła broń przed Lannes'em, książę Hohenlohe przed Muratem pod Preslau;

Szczecin, Kistrzyń, Lubeka, Magdeburg kapitulowały po kolei, oddając w ręce Francuzów tysiące dobrze wyćwiczonego żołnierza, zapasy amunicji, setki armat, niezdobyte mury forteczne. Nigdzie żadnego oporu, żadnej obrony dłuższej. Jeden zewłok bohaterskiego księcia Ludwika Ferdynanda pod Salą, a potem już tylko białe chorągwie parlamentarzy, upokarzające traktaty i jeńcy a kontrybucje.

Król Fryderyk ze szczątkami armii schronił się do Królewca i znów rozpoczął układy. Napoleon tymczasem Sasów obdarzył wolnością, garstkę szwedzkiej odsieczy puścił do domu, szukając według swego zwyczaju sprzymierzeńców pośród nieprzyjaciół.

Burza zdawała się cichnąć. Aż naraz, w ślad za tłumami zbiegów pruskich, ciągnących ku Wiśle i Warcie, ruszyły dalej zwycięskie orły pięcioma wielkimi kolumnami, prowadzonymi przez marszałków: Augereau, Davout, Lannes'a, Murata i brata cesarskiego, Hieronima. Wejście armii francuskiej do ziemi, Prusami Nowowschodnimi zwanej, poprzedzili liczni wysłańcy generała Dąbrowskiego i Józefa Wybickiego, a przed nimi jeszcze głuche wieści, pełne nadziei, mar słodkich i ułud zwodniczych. I zanim placówki francuskie a rekonesanse zdążyły sięgnąć granic Wielkopolski - już kraj cały przed nimi wrzał a sposobił się do czekających go wypadków. Imię Napoleona rozbrzmiewało coraz silniej, budząc ludność z odrętwienia.

Florian z towarzyszami swymi zdołał po czterodniowej podróży przedostać się do Poznania, uniknąwszy szczęśliwie pruskich pikiet i spotkania z drobnymi oddziałami wojska, które z pośpiechem ściągało ze wszech stron ku Warszawie. Żałował był z początku Gotartowski, iż nie poszedł za namową Wincentego Jordana i do Gotartowic na nocleg nie zboczył - atoli, przekonawszy się w drodze z poszeptów a gawęd, że Francuzi nie żartem już się zbliżają, rad był, że do bałamuctwa się nie skłonił.

W Poznaniu trafiono właśnie na chwilę wejścia pierwszych dwóch pułków strzelców francuskich. Zamęt i ruch w całym mieście panował z tego powodu nie do opisania. Ludność wyległa na ulice, witając z zapałem przybywających oswobodzicieli. Formalne bitwy staczano o prawo zdobycia na kwaterę jednego żołnierza. Okrzyki gromkie, wiwatowe salwy, nabożeństwa dziękczynne, odezwy i proklamacje Wybickiego, wici na pospolite ruszenie sędziwego wojewody Radzimińskiego, krotochwilne wierszyki, żegnające Prusaków, zebrania a uczty, gromadzenie się ochotników, powoływanie deputacyj do Napoleona, rugowanie pozostałych sług króla Fryderyka - wszystko to wzburzyło spokojne jeszcze niedawno umysły, a cichemu Poznaniowi nadało charakter rewolucyjnego grodu.

Uniesienie było powszechne, gorączka opanowała wszystkich. Tu układano projekt konfederacji pod Napoleonem, ówdzie organizowano kasę centralną ofiar obywatelskich, gdzie

indziej z dawnych wojskowych formowano zakłady pułków, rozpisywano listy do przedniejszych ziemian, obmyślano uroczyste przyjęcia dla przyszłego zbawcy narodu. I w jednej chwili rzucono się do pracy gwałtownej, odrywając się chyba dla powitania nowego regimentu francuskiego lub okazania swej serdecznej gościnności „bratnim zastępom”. Pracowano dzień i noc, bez wytchnienia, z morzem nadziei i bezgranicznej ufności w gwiazdę i potęgę wielkiego zdobywcy. Szyto mundury, czapraki i kaszkiety, porządkowano zapylone kulbaki, polerowano broń, gromadzono zapasy rozmaitych prowiantów. Kuźnie zamieniały się w ludwisarnie, krawieckie warsztaty - w szwalnie pułkowe, opuszczone szopy - w magazyny i składy.

Dwory i dworki, nowomodne pałace a zmurszałe zamczyska, kamienice, czworaki i chaty, lepianki i najuboższe izdebki uczestniczyły w ruchu powszechnym a trosce. Żony sposobiły mężom odzież, matki ekwipowały synów, młode dziewczęta ślęczały nad haftami sztandarów i „obszlegów”.

Porucznik Gotartowski, ulokowawszy się z towarzyszami swymi w gospodzie na Starym Rynku, wyszedł był natychmiast szukać generała Dąbrowskiego, który według zapewnień właściciela gospody bawił od dni kilku w Poznaniu. Jakoż, po krótkich dopytywaniach, dowiedział się, iż generał stoi w domu Mielżyńskich.

Dąbrowski aż rękoma strzepnął z ukontentowania na widok porucznika.

- Jesteś nareszcie! Myślałem, żeś przepadł! Jakże? Masz odpowiedź? Papiery?!...

Gotartowski opowiedział pokrótce szczegóły bytności swej u księcia Józefa i generała

Wojczyńskiego, a w końcu doręczył Dąbrowskiemu listy rady.

Generał przebiegł szybko podane mu pisma.

- Dobrze! - ozwał się z zadowoleniem. - Bardzoś dobrze zrobił, żeś trafił do Wojczyńskiego. Po Poniatowskim wiele sobie nie obiecywałem. Wyższa polityka świta mu w głowie. Zapomniał widocznie, iż przed ośmiu laty z górą próbowałem już tych dróg! Zarozumialec! W takim Berlinie pół roku blisko kołatałem. Mniejsza o niego. Wojna bez jednego żołnierza się odbędzie. W porę mi przybywasz, bo tu roboty masa, a ludzi brak.

Florian wspomniał o towarzyszach swoich, nadmieniając, iż, o ile mu wiadomo, młodzież ciągnie ze wszystkich stron.

- Wybornie! - podchwycił z ogniem Dąbrowski. - Dawaj mi tu tych zuchów! Takich właśnie nam potrzeba. Nie konsyliarzy, nie polityków, nie doradców - lecz żołnierzy! Właśnie oto generał Milhaud potrzebuje na gwałt dobrych dragomanów-oficerów... Otóż zbierz tych twoich kompanów i przychodź... Twojemu wyborowi ufam.

Gotartowski powrócił spiesznie do gospody zdać sprawę towarzyszom z audiencji u Dąbrowskiego. Zastał ich gwarzących wesoło wśród ciżby francuskich żołnierzy i tłumu szlachty i mieszczan. Gęsto rozstawione butle i gąsiory świadczyły, że podejmowano tu armię Napoleona suto a gościnnie. Żołnierze zapijali ze smakiem miód, węgrzyna, zmiatali z talerzy a misek obficie zastawione jadło, pokrzykując wesoło. Szlachta i mieszczanie, nie rozumiejąc zgoła języka francuskiego, rozprawiali między sobą, spełniając co chwila liczne toasty i zdrowia. W całej gospodzie jeden Dziewanowski znał dobrze język francuski, jego też obydwie strony powołały na tłumacza swych uczuć i wynurzeń. Co chwila ktoś zwracał się do pana Jana z żądaniem przekładu, co go rzetelnego nabawiało nieraz kłopotu.

- Janek, od morza do morza - wołał swym grubym głosem Hermelaus Jordan - powiedzże im, że choć mi diablo kuso wyglądają, ale sprawne szelmy, kiedy takie jatki Prusakom wyprawili!

- Czekajcie, moćpanowie! - krzyczał Wosiński. - Do porządku dziennego! Imć pana Dziewanowskiego obliguję, aby tym czarnym łbom wytłumaczył, że który kroplę miodu zostawi w szklanicy, temu się ją za kołnierz wyleje!...

- Za pozwoleniem - złościł się młodszy Jordan. - Niechże nareszcie się dowiemy, spod czyjej komendy!...

- Veto! - ryczał w kącie opasły szlachcic.

- Panie! - napierał się stary kapral francuski. - Więc nie macie czerwonego wina wcale? A może sałata jest?

- Salade! Salade! - podtrzymywali chórem żołnierze.

- Janku, zmiłuj się! - błagał Hermelaus. - Gadajże nam, czego się tak drą?

- Proszą o sałatę! - objaśnił Dziewanowski.

- Hej, gospodarzu! Sałaty! Podać sałatę... - ozwały się dookoła głosy.

- Veto! - huczał ciągle ten sam bas. - Nie ma zgody! Nie ma sałaty!!...

Tumult się wzmagał. Cała izba wołała o sałatę. Sałata stała się nagle najważniejszą kwestią, najpilniejszą do załatwienia sprawą. Wyciągnięto z kąta właściciela gospody, zaklinając go, aby upragnionej sałaty spod ziemi bodaj wydostał. Zafrasował się gospodarz, lecz przyrzekł najsolenniej zarządzić poszukiwania w całym mieście.

Zapewnienie to uciszyło na chwilę zebranych. Naraz rozległ się piskliwy głos spod pieca:

- Mówiłem, panie dziu... także boćwinkarze i nic więcej! Oczy obecnych Polaków w jednej chwili zwróciły się w stronę, skąd ich był głos doszedł. Pod piecem w ciemnym żupaniku siedział pękaty szlachetka z małym, zadartym noskiem, spod którego dwie olbrzymie miotły wąsów sterczały groźnie, zasłaniając okrągłą, pyzatą twarz. Hermelaus porwał się z miejsca.

- Cóż to acan, od morza do morza?!... Komuż to mówić... od boćwinkarzy?!

Szlachetka poczerwieniał i odparł buńczucznie:

- Komuż by?! Nie mówię... jeno powiadam, panie dziu,.. mieliśmy kartoflarzy, teraz przyszli boćwinkarze... i tyle!!...

- Co to? Kto to?!... - zakrzyknięto w izbie.

- Silentium! - ozwał się ktoś ze szlachty.

- Cofnij acan obelżywe słowo! - wołał Hermelaus.

- Niech cofnie! Musi cofnąć...

- Veto!

- Panowie - upominał Dziewanowski widząc, że się na awanturę zanosi.

- Boćwinkarze, powiadam, panie dziu!

- Hola! Coś acan za jeden?! Niech wiem, zanim odeń porachunku zażądam, od morza do morza...

- A przecież to imć pan Bonawentura Zając-Zajączkowski ze Zbyrek! - ujął się ktoś z tłumu.

- Otóż właśnie w tym sęk! - wmieszał się kapitan Wosiński. - Alteracja imć pana Zająca nikomu dziwną być nie powinna. Wszak ci franci chcą mu spustoszenie uczynić w ulubionym specjale! Słuszna rzecz, gdy sałata w zającu znajduje obrońcę.

 

Ogólny wybuch śmiechu rozproszył w jednej chwili nadciągające chmury. Pękaty szlachetka przycupnął znów pod piecem, rad w duszy, że zajścia uniknął. Jeden Hermelaus był chmurny. Nie po myśli mu było wmieszanie się Wosińskiego. Nauczyłby szaraka rozumu!

Francuzi poglądali na tę scenę w niemym osłupieniu, na próżno starając się z ruchów i wyrazów twarzy wyrozumieć, o co rzecz idzie. Zwrócili się do Dziewanowskiego, lecz ten ich zbył półżartem i zwrócił się do Gotartowskiego, który zdołał nareszcie docisnąć się do stołu.

- Przez miły Bóg! - zaczął gorączkowo Florian. - Porzućcie tę całą kompanię. Gotowiście sobie głowy zaprószyć, a tu dziś mamy się stawić u generała!

- Robię, co mogę. Widzisz sam, poruczniku, co się dzieje. Obawiam się o starszego Jordana. Wincenty pomiarkowany zawsze, o Wosińskiego mniejsza, ten ma głowę z kamienia... lecz Hermelausowi już zaczmerało.

- Nie ma co! Wychodźmy stąd zaraz!... Wyciągnij waszmość tylko Hermelausa.

Niełatwa to atoli była rzecz, bo starszy Jordan, gdy mu się sprawa o „boćwinkarzy” nie powiodła, zawrócił był już z miejsca w przeciwległą stronę izby w kąt, pod oknem, skąd co chwila dobywało się basowe veto. I nim zdołał ruszyć za nim Dziewanowski, Hermelaus zmierzył ostro wzrokiem opasłego szlachcica, raczącego się piwem grzanym.

- Jordan jestem! - rzucił groźnie Hermelaus macając głownię pałasza.

Szlachic podniósł zwolna głowę, dobył tabakierki, pociągnął jeden i drugi niuch tabaki i odrzekł obojętnie:

- Jordan?... Hm! Sroga rzeka, sławna, katolicka, a jakże!

- Waść sobie dworujesz! Powtarzam... Hermelaus Jordan jestem, do milion diabłów, od morza do morza!...

- Hę! Menelaus!... Piękny ród, starożytny.

Imć Hermelaus posiniał z gniewu. Oczy mu na wierzch wyszły, olbrzymie kiście rąk zacisnęły się w pięści i spadły z impetem na stół, przy którym siedział flegmatyczny szlachcic...

- Acan ważysz się przymawiać?!... Acan z poczciwego imienia Jordanów żarciki sobie stroisz?!...

- Gdzieżbym śmiał!... Nie widzisz waćpan, że jakeś pięścią walnął, to cię nawet mój kufel uszanował!...

- Dosyć! Milcz, capie jeden, od morza do morza!

- Aż taki wielki? Hm! Tandem... pistolety, karabele, pałasze... wiwatówki?... Wybieraj! Byle nie harmaty, bo mi ostatnią wiwatówkę landrat łońskiego roku ze stodoły wyprowadził!

- Bizuna na trefnisiów!

- Chcesz się acan biczować?

Hermelaus skoczył ku przeciwnikowi, chwycił go za bary, lecz ten nagle poczerwieniał, otrząsnął się i pchnął Jordana tak silnie, że ten upadł pomiędzy zwarte koło skupiających się widzów.

Hermelaus porwał się do pałasza i jął się przedzierać do szlachcica, lecz w tejże chwili nadbiegli Wosiński z Dziewanowskim i wstrzymali go, gdy Wincenty Jordan, ujmując się za bratem, przypadł do stołu w kącie.

- Mości panie! Co znaczy napaść taka?!... Chcesz, aby cię tu na szablach rozniesiono?!

- Powoli, powoli, zacny kawalerze! Bacz, kto zaczynał! Jam tu waścinego kamrata nie prosił!...

- Puśćcie mnie! - ryczał z głębi izby Hermelaus. - Niech mu uszy poobcinam!

Florian, zoczywszy, że znów z drugim Jordanem zanosi się na awanturę, odciągnął Wincentego za ramię.

- Mnie zostaw.

Za czym, zwracając się do szlachcica, rzekł:

- Z kimże mam honor przede wszystkim?

- O to właśnie chciałem zapytać.

Gotartowski zagryzł wargi, lecz odparł, siląc się na spokój:

- Florian Gotartowski, porucznik legii włoskiej!

- Syn... Józ... Józefa?! - rzucił pośpiesznie szlachcic.

- Tak! Lecz z kimże?!! - tu urwał nagle, bo opasłe ciało nieznajomego zawisło nagle mu na szyi.

- Patrzaj, Florek! A niechże ci się napatrzę!!! Żem cię nie poznał! Kubek w kubek do ojca podobny!... Dajże gęby... Ano jeszcze!... Za przepadłego cię mieli!... Siadajże no przy mnie! Gospodarzu!... Miodu!... Poczciwy Józef... ot, serce się kraje go wspominać! A i piwa grzanego!

Gotartowski, zaskoczony znienacka, ani się obejrzał jak szarpnięty przez szlachcica siedział tuż przy nim na ławie.

- Daruj waszmość, lecz nie wiem dotąd...

- Florek!... Nie wiesz?! Bonawentura Głuski z Jastkowa!...

- Głuski?!... - powtórzył przeciągle porucznik, na próżno siląc się przypomnieć, gdzie to nazwisko słyszał. Szlachcic się nagle skonfundował.

- Cóż to ciągniesz tak moje nazwisko?... Głuski, powiadam - to i dosyć! Z ojcem twoim w konfederacji byłem!... Hę, hę! Dawne czasy! Veto - i koniec. Poznałeśże mnie?... Jeszcze? Z niebaś spadł?!... Toć brat twój, Staszek, ma się ku mojej Marysi! No - teraz?!

Tu dopiero wspomniał porucznik, iż matka mu powiadała o mających się odbyć zrękowinach Staszka z panną Marianną Głuską, córką posła ostrowskiego, dawnego towarzysza broni ojca.

Ale imć pan Bonawentura nie dał mu przyjść do słowa.

- Owóż właśnie wracam spod Kruszwicy, gdziem do krewnych Przybyszewskich jeździł windykować jakąś tam sumkę, zawadziłem o Poznań, ot i masz ci paradę... jakiś taki tu do mnie z pięściami... „Jordan - mówi - jestem!” Daj go katu! Co mu młokosowi!... Pijże piwo, bo ostygnie, a miodu, szelma, nie przynosi!... Chwyta mnie za bary i trzęsie! Dzięki Bogu, jeszcze na stare lata człek krzepę ma!...

- To dzielny kawaler - głowa tylko słaba! - tłumaczył porucznik.

- Ba! Ba!... Dzielność bez głowy licha warta!... Jużci nic mi tam do niego! Mości Jordanie, prosimy, jeśli łaska, na kapeczkę!...

Hermelaus, który był się już z impetu pierwszego otrząsnął, spojrzał groźnie na pana Głuskiego - ten nie dał się zbić z tropu.

- Sierdzisz się waszeć? Veto! Nie odymaj się tak, a chodź. Morowość ci z oczu bije. Kapeczka przednia!

Hermelaus próbował się dąsać, lecz Wosiński z Dziewanowskim umitygowali go do reszty. Podczas imć pan Bonawentura się rozochocił i, na szklanice zakrzyknąwszy, wszystkich towarzyszów Floriana do kompanii zaprosił.

- Co wam tam - mówił - po Francuzach! Kto by się z nimi dogadał!... Pali was cała wątroba, proch pachnie... będziecie go mieli!... My sobie w Lubelskiem siedzimy cicho, przycupnąwszy pod Austriakiem, i tak dychamy. Ba! Nie te czasy, nie dawne! Imć pan Kazimierz Pułaski w srogiej Hameryce Kolumbowej wojuje!... Komu to tu świat durzyć!

- Napoleon... - wtrącił Dziewanowski.

- Co Napolion! Veto! Rozumiesz waszmość?!... Posłem jestem... a sejm nasz jest jeno limitowany! Wiem, wiem, pilno wam! Pilno! Hę, hę! Toteż Głuski żadnego z was by na zięcia nie wziął.

- Aha! Imć pan córeczki ma na wydaniu! - podchwycił żartobliwie Jordan.

- Jakbyś wiedział! Marysię i Jankę!... Janka na Trzy Króle będzie żoną Tadeusza Zabielskiego, sekretarza rządu cyrkularnego lubelskiego! Marysia zmówiona bratu porucznika, Staszkowi! Dobre chłopaki i jeden, i drugi. Co ważniejsze, stateczni - jeden osiądzie na roli w Jastkowie, drugi rychło promocję na burmistrza do Ostrowa otrzyma... no i człek z czystym sumieniem a spokojem o los dziewczyn będzie oczy mógł zamknąć. A to wiele! Oczywiście, cenię ja wielce ducha rycerskiego i żołnierskie rzemiosło, ale co tu, samolubem być wolałem. Licha mi z tego, że będę miał jakiego oficera czy pułkownika za zięcia! On w takich czasach niespokojnych to w polu, to w lesie, a jeżeli w domu, to na pewno razem z kontuzją albo z postrzałem.

Imć pan Głuski rozgadał się na dobre. Młodzi słuchali go z zaciekawieniem, popijając miód. Zaciągnęło się na długą gawędę. Gotartowski wspomniał na generała i jął odciągać kompanów, żegnając się z panem Bonawenturą - ten namawiał do pozostania.

- Zostańcie jeszcze! Przecież ten generał wasz nie ucieknie. Cale was nie rozumiem. Ciurami przecież nie jesteście ani pachołkami... Nieprzyjaciel wam na karku nie siedzi, nie ma do czego śpieszyć!...

- Subordynacja, karność! - ozwał się Wosiński.

- Chcesz waść powiedzieć: nowa moda!... Et, dawniej tego nie bywało, a mieliśmy i Kirholmy, i Grunwaldy! Cóż, nalegać nie śmiem! Szkoda, bo mi w drogę się wybierać niesporo. Czasy niespokojne, a grosz się wiezie. Wpadnijcież - jeśli łaska, do oberży - bez mała dzień cały kiwam się tu w kącie nad piwem...! Ale! Florek! Toć bym przepomniał, że właśnie do Gotartowic ciągnąć myślę! Niby to niekoniecznie po drodze, lecz skoro się wybrałem!... Bywajcie mi tedy...

Florian z towarzyszami udał się wprost do generała Dąbrowskiego. Generał przyjął młodych ludzi serdecznie, rzucił okiem doświadczonego wodza na muskularne postacie Jordanów, marsową twarz Dziewanowskiego, zamienił słów kilka z kapitanem Wosińskim i jął szeptać ze stojącym z dala Józefem Wybickim.

Narada była krótka. Generał raz jeszcze powiódł okiem po wyprostowanych postaciach towarzyszów Gotartowskiego, w końcu rzekł głosem cichym, urywanym:

- Panowie! Witam was całym sercem i ufam, że na was się nie zawiodę. Pierwsi niemal stawiacie się... zapomniane wam to nie będzie.

- Generale... - zaczął Wosiński, lecz Dąbrowski przerwał mu żywo:

- Zaręczenie Gotartowskiego mi wystarcza. Nie czas na wynurzenia! Gotartowski, kto włada francuskim?

- Jan Dziewanowski,

- A rosyj skim?

- Dziewanowski.

- Wybornie! Mości Dziewanowski, czy gotów jesteś ruszyć w drogę do Warszawy?

- Najzupełniej.

- Dobrze. A zatem panowie Jordanowie udadzą się dziś jeszcze na noc do Sieradza w województwie kaliskim z listami do generałów: Skórzewskiego i Lipskiego, i zostaną przy nich aż do dalszych rozkazów! Papiery są wygotowane na dole u sekretarza... Za tą kartą imć pan Wiktor Szołdrski, członek komisji wojewódzkiej, wyda waćpanom opatrzenie na drogę, konie i paszporty pruskie na wszelki wypadek, radzę ich atoli nie okazywać i okazywania unikać... Sprawa pilna, misja dająca waćpanom okazję do wyróżnienia się... Tu jeszcze jest dyspozycja dla sekretarza! Panowie! W drogę!...

Jordanowie spojrzeli po sobie nieco zdziwieni, nie spodziewali się tak szybkiego ordynansu. Hermelaus chciał coś odpowiedzieć, lecz wzrok Dąbrowskiego przeszył go na wylot.

- Żegnam panów! - uciął nagle generał. Dziwną mocą tego głosu obezwładnieni, Jordanowie skłonili się i wyszli.

- Będą ludzie! - mruknął wpół do siebie Dąbrowski i zwrócił się z kolei do Dziewanowskiego:

- Mości Dziewanowski! Waćpana czeka zadanie nie lada. Ruszysz dziś natychmiast pod Łowicz, do armii generała Benigsena...

- Benigsena! - powtórzył z lekkim zdziwieniem w głosie pan Jan.

Dąbrowski się uśmiechnął.

- Niejasnym się to wydaje waćpanowi? Zważaj, bo trafi ci się to jeszcze nieraz. Rzeczą żołnierza rozkazy wykonywać. Z tą notatką udasz się waćpan na kwaterę do generała Milhaud, który ci bliższych udzieli rozkazów i zaopatrzy należycie. Spraw się dobrze, a szlify oficerskie cię nie miną. Ufam imieniu waćpana, bo już kilku Dziewanowskich miałem jako dzielnych żołnierzy. To wszystko! Drogi szczęśliwej, życzę... Powtarzam, misja ważna, że się waćpanowi dostała, zawdzięczasz to znajomości języków i temu mojemu wewnętrznemu przeświadczeniu, że Dziewanowski żaden nie zawodzi.

- Generale, bodaj mi przyszło...

- Nie kończ. A pamiętaj, że gdybyś miał polec, spełnisz tylko obowiązek.

Dziewanowski oddalił się. Z twarzy Dąbrowskiego znikła nagle surowość i powaga. Podszedł do Gotartowskiego ujął go przyjaźnie za ramię.

- No, Florek? Jakże?!... Ruszysz znowu! Aż żal mi na ciebie patrzeć!... Panie Józefie! Znaszże go!... Ledwie z Warszawy wrócił...

- Wiem, wiem - podchwycił Wybicki podchodząc do porucznika i ściskając go za rękę. -At, pamiętam wybornie porucznika. Przecież to najpilniejszy słuchacz naszej szkoły w legii. Kapitan Paszkowski, wykładający matematykę i naukę języków, odchwalić go się nie mógł... Ba, przypominam sobie, jak namawiał porucznika Gotartowskiego, aby do artylerii wszedł. Cieszę się szczerze, że waćpana widzę przy zdrowiu!

- Mości komisarzu, mnie to raczej radować się należy, iż danym mi jest oglądać męża tyle zasłużonego a wsławionego. Wybicki uśmiechnął się przyjaźnie.

- Za dobre słowo Bóg zapłać!... Ale, mości generale, już byś mu wypocząć dał... czas jakiś!...

- Otóż właśnie o tym myślę! Ludzi brak!

- Generale! - rzekł ochoczo Florian. - Jam gotów, choćby zaraz! Co ja tu będę robił? W Poznaniu siedział? Wolę w drogę!... Proszę jak o łaskę, aby mi nie danym było wypoczywać teraz, gdy najmniej po temu czasy właściwe.

 

- To mi zuch!... No, Florek! przecież ci się kapitańskie szlify należą, do czarta! Tym bardziej że oto mam zamiar wysłać cię z kapitanem Wosińskim, a choć i jego zasługi w gwardii narodowej nie były pewno mniejsze - lecz tyś już wiarus prawie. Masz czterdzieści bitew?!...

- Pięćdziesiąt dwie! - odparł Gotartowski, zarumieniony od dobroci a łaskawości generała. Dąbrowski pokiwał głową.

- Patrzcie, panie Józefie!... Dalipan, w obcym wojsku byłby generałem może!... Nie, nie, kapitanie Wosiński, nie ubliżam waszej szarży, lecz tego młodego wiarusa pod komendę wam nie oddam.

- Generale! Krótkie jest moje z imć Gotartowskim przyjacielstwo, lecz bodaj dziś do jego pułku bym się zaciągnął - wtrącił ze szczerym uznaniem Wosiński.

- I słusznie! Pewno go to nie ominie!... Mości poruczniku Gotartowski, imieniem cesarza komenderuję się na kapitana strzelców francuskich.

- Według rozkazu! - ozwał się Gotartowski, a przez czoło jego przeszła lekka chmura. Dąbrowski ją dostrzegł.

- Rozumiem! Florek, nominacja to chwilowa, bądź przekonany, że nie zezwolę, abyś długo pracował na sławę francuskiego pułku!... Baczność! Panowie kapitanowie, natychmiast udacie się do generała Milhaud, a po przedstawieniu się u niego, pójdziecie na kwaterę do pułkownika Deschamps, który prowadzi przednią straż. Pułkownik Deschamps potrzebuje przewodników tłumaczów, a zarazem zdolnych oficerów... prawda, niesporo będzie wam, oficerom piechoty, na kawalerzystów się zamienić. Lecz znieście to i pamiętajcie, że marszałek Davout będzie o was powiadomiony najdokładniej i pierwszy wakans w mających się formować regimentach was nie minie! To i wszystko! No, Florku, daj rękę. Spokojniejszy jestem o rekonesanse i całość podjazdu!... A i panu, kapitanie, polecam...

- Oho! Generale! Zaprowadzimy ich bodaj do Stambułu! - ozwał się raźno Wosiński.

- Dobrze, dobrze... byle nie na manowce. Deschamps wyda panom umundurowanie. Tak, trzeba, abyście wśród żołnierzy należyty posłuch mieli! Ruszajcie - czas w drogę, czas!...

Dąbrowski i Wybicki czule pożegnali Gotartowskiego, Wosińskiemu skinęli przyjaźnie i dali im znak do odejścia.

Florian wyszedł z pałacu Mielżyńskich rozgorączkowany nieco a przejęty ważnością nowego zlecenia. Wosiński nabrał większej tylko fantazji i ochoty. Przed pałacem spotkali stojących Jordanów, Hermelaus ucieszył się niezmiernie.

- Jesteście przecie! Myślałem, że się z wami nie zobaczymy. Byłem właśnie u sekretarza, dałci mi pakiet cały... a teraz sam nie wiem, co robić!

- Jak to? Przecież rozkaz wyraźny, zgłosić się do pana Szołdrskiego!

- Ależ, Florek, od morza do morza. Tak zaraz, w jednej chwili!...

- Gdzie tam! - wtrącił ironicznie Wosiński. - Macie czas do Sylwestra. Zaczekajcie sobie, aż przynajmniej Francuzi będą u Fukiera na Starym Mieście.

Hermelaus się zawstydził.

- Ot żarty! Idzie się przecież! A wy gdzież macie?...

- Za godzinę ani dymu, ani popiołu z nas nie będzie.

- Patrzaj!... Na cztery wiatry wszyscy poszli! - zauważył młodszy Jordan. - Właśnie Dziewanowski wypadł jak strzała, ledwie się pożegnał i poszedł przed siebie... Was kazał uściskać! Szkoda! Dobrze nam było razem!...

- Świat nie torba! - zakonkludował Wosiński. - Spotkamy się jeszcze. Dajcie pyska!... I do zobaczyska!...

Towarzysze się rozstali.

Noc listopadowa otulała zwolna swym mglistym całunem mury Poznania. Miasto układało się do snu niespokojnego, gorączkowego, pełnego oczekiwania, mar słodkich i widzeń promiennych. Światła gasły powoli - cisza głęboka słała się dokoła wśród oddalonego gwaru i coraz rzadszych pokrzyków, dobywających się z oświetlonych jeszcze traktierni. Naraz w oddali rozległ się przytłumiony dźwięk trąbki, a w ślad za nim zadudniły kopyta...

Oddział kawalerii wyciągniętym kłusem przebiegł przez rynek i znikł wśród ulic i domów.