BemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III.

Bem ledwie po północy wrócił z rady wojennej. Wrócił roztargniony czegoś, zamyślony czy utrudzony, bo zbył kapitana Orlikowskiego kilku słowy o arjergardzie, który baterja ma trzymać z ułanami i udał się na spoczynek do szopy, kędy ordynas siakie takie posłanie mu wygotował.

Tu atoli, miast zasłużonego wczasu użyć, łuczywo kazał ordynansowi za belkę zasadzić i, ze skrzyneczki podróżnej zwoju map i papierów dobywszy, jął je rozkładać na klepisku, przezierać i znaczyć szpilkami.

Dopiero, kiedy wszystkie mapy ponakłówał a dokoła siebie rozpostarł, dopiero przysiadł w pośrodku i na skrawku papieru zaczął z map liczby zbierać, wypisywać i rachować je.

A musiała to być kalkulacja nie łatwa do zliczenia, bo pułkownik zastanawiał się, wodził palcem po zygzakach map, przepinał szpilki, coraz to inne cyfry kreślił, powiększał je, odejmował, ocierał, potem zroszone, czoło, wypoczywał i znów do map wracał.

Aż naraz oczy mu się rozpaliły, a fala krwi, nie mogąc przedostać się na bliznami oblepioną twarz, purpurą zalała mu wyniosłe, łysawe czoło.

– Więc się nie omylił. Była droga i do korpusu Gielguda i na Litwę. Droga była wolna... Żeby feldmarszałek całą swoją armję na zastawienie sieci rozstawił, nie poradziłby, nie zdołał... Jeden, dwa, trzy kontrmarsze wykonać. Zbębnić kilka podjazdów i w tydzień armaty zagrałyby nad Niemnem! Na tyłach Dybicza stanęłaby druga armja! Trzydzieści armij, któreby darły arjergardę, niszczyły magazyny, odcinały posiłki! A potem iść, iść w głąb, piorunem iść, bodaj nad Dźwinę... i przetrwać tak bodaj trzy, cztery miesiące! Prądzyński się opierał, nie wierzył. Skrzynecki ledwie uległ... Jeden Dembiński opowiedział się za nim, a raczej ozwał się za Bema! Ozwał się i sobie dowództwo zagarnął. Wyrwał mu myśl i za swoją podał... Teraz może rusza już do Gielguda z rozkazem. Czy dokona! A potem, gdy się z Gielgudem połączy!... Dembińskiemu roi się naczelne dowództwo. Żołnierz odważny, gotów się przerąbać ze szwadronem jazdy. Lecz nie w tem rzecz, nie w tem! Prądzyńskiemu oczy się śmiały. Znów jednego się pozbył przeciwnika!...

Bem powiódł wzrokiem po rozłożonych mapach i westchnął smutnie.

– Cały jego plan poszedł w niwecz. Od miesiąca go układał, układał go wówczas, gdy generał Chłapowski jeszcze do wyprawy swej się gotował. Potem, kiedy Chłapowski ruszył – już z zamysłów swych skwitował. Nie posiadał ani stopnia, ani dostępu do rady wojennej, ani prawa do mierzenia się z Chłapowskim. Teraz, dzisiaj dopiero usłużyło mu niedołęstwo Gielguda. Gra była pewna. Skrzynecki przecież rad był dokument niedołęstwa przekuć na dowód głębokiej strategji! Przegrana bitwa ostrołęcka była wygraną, bo Gielgud poszedł na Litwę, aby za Chłapowskim porwać lud, aby drugą wojnę wszcząć...

Bem rozśmiał się gorzko.

– Dembińskiemu się zwierzył przed radą wojenną!... Cha, a niegdy przyjaciel jeszcze z czasów Księstwa Warszawskiego; nie zawiódł, i tak energicznie plan jego przedłożył, iż o Bemie ani słychu nie było! A kiedy już dla siebie tego jeno zadowolenia pragnął, aby Dembiński odeń jego wypracowane, prześlęczane plany wziął – zbył go wyniośle oświadczeniem, że ma własne i dokładnie zbadane i oddawna. Pyszałek! Niech by jego była, niechby zdołał! Tak, tak, bo inaczej tu jeno ostatniego spodziewać się można ciosu, jeno klęski cięższej, niż dzisiejsza, jeno konania. Starczy jeżeli Dybicz przejdzie Wisłę, jeżeli pierścieniem następować będzie, jeżeli zamknie tę okruszynę wolnego przestworu, który pozostał... Niechby, niechby Dembińskiego była sława, niechby jego w tem była chwała.

Bem targnął się, jakby przemocą oczy od map oderwał podniósł się i spojrzał przed się...

W rozwalonej ścianie szopy, łysnęła ku pułkownikowi blacha czapy artyleryjskiej.

– Kto tu?

– Zarzycki, podoficer trzeciej kompanji – ozwał się niepewny głos.

– Co to – czego?

– Według raportu, panie pułkowniku.

– A – cóż takiego?

– Pan porucznik kazał mi się opowiedzieć do pana pułkownika i prosić o rozkazy, co uczynić z Zulą?

Bem brwi ściągnął niecierpliwie.

– Z kim? Mów wyraźnie...

– Z cyganichą, proszę pana pułkownika, niby z tą, którą pan pułkownik zlecił wachmistrzowi...

Bem potarł czoło.

– A! Prawda i cóż się z nią stało?

– Nic – dycha pod armatami na derce, ale chyba ogłuchła, jako niezwyczajna artylerji, bo ani się ozwie.

Bem, któremu teraz dopiero stanęła przed oczyma przygoda uwolnienia dziewczęcia, zdziwił się szczerze, dowiedziawszy się od Zarzyckiego, jak bitwę przetrwała.

– No-no! I cało mówisz, wyszła?

– Tak się widzi. Ślepiami przewraca, ale ani piśnie.

– Zuch dziewczyna.

– Bez urazy pana pułkownika, biedactwo wychudzone, że niema co w jedną garść zebrać.

Pułkownik wykrzywił usta do uśmiechu, ileże wspomniał, żeć on sam, gdy ją dźwigał, nic czuł ciężaru.

– Hm! Więc obozuje przy armatach... Trzeba z nią coś... zostawać tak nie może... Co?...

– Według rozkazu pana pułkownika, bo i nie sporo. Młodziutkie biedactwo i drobne... ale cóż, dziewczyna, maruderów... a i naszym ciekawości nie brak...

– Masz rację, masz rację – mruknął Bem. – Przyprowadź ją tu, zobaczymy co, kto, jak!...

Zarzycki salutował i wykonał pół obrotu.

Pułkownik atoli coś jeszcze sobie przypomniał, bo zawołał nań.

Młody podoficer zatrzymał się i wyprężył służbiście. Lecz pułkownika jakoweś roztargnienie zdjęło, bo, miast Zarzyckiemu zapytanie czyli rozkaz rzucić, jął mierzyć wielkimi krokami klepisko szopy.

Zarzycki trwał bez ruchu, wodząc oczyma za Bemem.

Upłynęła tak długa chwila. Aż pułkownik dźwignął ociężale ramiona, potrącił z impetem szczapę drzewa, zagradzającą mu drogę do podoficera, i zatrzymał się tuż przed nim.

– Zarzycki.

– Uważam.

– Więc ten, dobrze się spisałeś... Tak, ty i Iliński. Jestem kontent z was, bardzo kontent...

– Rad zasłużyć.

– Hę – a no tak. Przyłożyć się jeszcze w wolnym czasie, do książek zajrzeć... Wyuczyć się, jak pacierza, proporcji wagomiaru do odległości i podnoszenia wysuwek. Fortyfikacji polowej trza ci liznąć; koszokopy, przedpiersienie również ci się zdadzą. I sztuki ogniów gotowania i kul, musisz... I ten, wyjdziesz!

Zarzycki pokraśniał. Bem wpatrzył się w guzik munduru podoficera.

– Wyjdziesz!... Iliński takoż wyjdzie. Jednemu szkoła aplikacyjna napędza armatniej nauki, a drugiemu same armaty wygadają, jak z niemi... Do porucznika wam niedaleko!... Starać się a nie minie was. To sobie acan zakonotuj i to powtórz tamtemu, powiedziałem, nie minie...

– Uważam! – wyjąkał z przejęciem Zarzycki, po ruszony do głębi tak niesłychaną łaskawością pułkownika. Lecz ten snać inaczej zrozumiał odpowiedź podoficera, bo brwi ściągnął i mruknął:.

– Co? Krzyża ci się zachciało! Cacka? Świecidełka! Niebieskiego gałganka!?...

– Jako żywo!

– Tuj sam! Nie lżyj! Znam was! Ojczyzna w gębie, a w sercu wisiorek dzyndzyk metalowy, byle go przyszpilić, byle nim bimbać ludziom w oczy, byle tumanić!

Bem odsapnął i jął mierzyć znów krokami klepisko.

– Wszyscy tacy! Krzyża! U mnie niema krzyżów! Żadnych suplik, żadnego wybierania, kto wart a kto nie wart. Weźmie który granatem w trzewia, to krzyż sobie wystróże. W ułanach, piechurach, ciemięgach tak, no a u mnie tak! Niema żadnych przedstawień, niema orderzyków! Służba jest, artylerja, armata! Rozumiesz jeden z drugim!

– Wedle rozkazu – stęknął żałośnie Zarzycki.

Bem złagodniał raptem.

– Aha! Możesz odejść. Bardzo dobrze. Więc ją przyprowadzisz... Ale bo – dodał sięgając do mantelzaków – czekaj no. Weź tę tabakierkę. Mam ją po generale Sokolnickim... Bierz na pamiątkę i... i... ten o krzyżach, fatałaszkach nie myśl...

– Panie pułkowniku...

– Głupstwo. Zażywasz tabakę?

– Nie, panie pułkowniku.

– No więc będziesz ją zażywał; bo, widzisz, generał Sokolnicki wielkim był artylerzystą! Gdyby był dożył... Możesz odejść.

Zarzycki znikł w otworze szopy.

Bem znów pochylił się nad mantelzakami i przebierał w podręcznych drobiazgach a szukał, wreszcie z pudelka dobył piękną, złotemi, cyzelowanemi blaszkami nabijaną ładownicę. Obtarł ją starannie, obejrzał, musnął po pięknym monogramie, gryfami misternie rzeźbionemi do pokrywy przytwierdzonym, westchnął i, ułożywszy ładownicę w puzderku, zamknął je na dwa kruczki.

W otworze szopy znów ukazał się Zarzycki.

– A jesteś! Weźmiesz acan to puzderko i dasz Ilińskiemu. Powiedz mu, że Włodzimierz Potocki pod Raszynem ją nosił... wówczas, kiedy ja chodziłem w podoficerskich obszlegach... Więc Ilińskiemu dasz, bo... bo... mi to wcale nie potrzebne.

Zarzycki odebrał puzderko z rąk Bema, i sięgnąwszy poza siebie, bąknął półgłosem.

– Chodź sama!...

Z mroku wysunęła się ciemna, wątła postać dziewczęcia i, pchnięta zlekka przez podoficera, zatoczyła się na środek ku pełni, rzucanego przez gorejące łuczywo, światła.

Bem, na widok obcej, nieznanej mu postaci, która zdała mu się jednym, szarym, bezkształtnym łachmanem, cofnął się z odrazy. Lecz że Zarzycki dodał obocześnie:

– Według rozkazu pana pułkownika – niby ta, co pan pułkownik kazał...

Bem pohamował odrazę i spojrzał uważnie ku dziewczynie.

Stała przed nim z przysłoniętemi powiekami, z bolesnem odrętwieniem na zczerniałej od prochu i dymu twarzyczce, w koronie splątanych czarnych, jak szmaty, które ją ledwie w połowie okrywały, włosów. Chude, obnażone jej ramiona, poprzewiązywane brudnemi, splamionemi krwawą rdzą gałgankami, zwisały bezwładnie. Koścista, sucha pierś czerwonemi szramami i rdzawemi strupami upstrzona, wychylała się ze strzępów zgrzebnej koszuliny.

 

Bema litość zdjęła. Wszak ci biedactwo, niedola, wyglądała mu na podrostka, na dziecko, liczące mniej lat, niż palców u drobnych a tak już poszarpanych rączyn.

Pułkownik ujął dziewczę pod szyję i zadarł jej głowę ku światłu.

Powieki dziewczęcia poruszyły się, głowa poddała się bezwładnie.

– Nie mylił się. Dwunastolatek, licho co więcej!... I tu, na szyi, pręga sina!... Lazaretu by trzeba... odzienia... nędza... włóczęga, sierota...

Naraz, powieki dziewczęcia rozwarły się, mignęły smutnem, przyćmionem, lękliwem światłem, lecz snać z wilgoci, która je pławiła, nabrały mocy, bo wpatrzyły się w zoraną bliznami twarz pułkownika z taką rzewnością, z taką pokorą, że ten ostatni przerwał badanie, puścił głowę dziewczęcia i, odwróciwszy się odeń, jął przechadzać się po klepisku.

Jużci Bemowi wydawało się jasnem, że przecież nie przystoi mu rzucić sierotę na pastwę losu wojny, na ofiarę żołdactwa. Nie dlatego przypadek kazał mu ją ocalić, aby teraz świadomie ją wydał na okrutniejszą, bo dłuższą mękę. Cyganiątko, czy jak, ale dziecko. Trzebaby coś, nie uchodzi nie poratować – ba, ale jak. Zmordowane to, pokaleczone. A tu straż przednia i pobitewny zamęt...

Bem zerknął ku Zarzyckiemu.

– Acan cobyś myślał uczynić?

– Co pan pułkownik uważa – odrzekł bez zająknienia podoficer.

– Bajesz! W tem sęk, że tu nietylko pieczy by trzeba, ale i niańki... Widzisz acan, wszak ci to dziecko prawie.

Zarzyckiemu przypomniało się, kiedy, wysłany raz z papierami dla doręczenia pułkownikowi, rozmawiał się oko w oko z samą panią Honoratką i kiedy to od jej wspaniałych, bujnych kształtów aż go ciarki napadły.

– Prawda, panie pułkowniku – odrzekł smętnie. – Dziecko! Chude to, drobne, kościste... żeby... żeby to była... prawdziwa niewiasta.

– Toby ci się pewno wodzić nie dała!... Hm!... Jeden Dziurbacki potrafi.

– Nikt inny! – przyznał gorąco Zarzycki, któremu równie oczywistem się stało, że nikt inny w baterji nad starego profosa, wszystkich sztuk najosobliwszych majstra, wybrnąć zręczniej z kłopotu nie zdoła.

– Czy jest na służbie?

– Dziurbacki? – Gdzieżby!

– Wołaj go do mnie.

Rozkaz tymczasem łatwiejszy był do wydania, niż do spełnienia, choć z pozoru szło niby o zbudzenie jednego z nierozdzielnych, niemal nieodłącznych baterji konnej strażników. Profos Dziurbacki bowiem ze zgoła osobliwej korzystał wolności a bodaj samowoli, która poczęła się w czasach niemożliwych do ujęcia.

Każdy z dowódzców baterji kapitanów, żołnierzów, ilu ich od formacji roku 1815 było, – już Dziurbackiego takim zastał. A choć ten i ów usiłował Dziurbackiego w rygorze właściwym a w odległości przystojnej utrzymać – nie zdołał, bo ani postrzegł się, gdy profos górę wziął i po swojemu, po dawnemu się zachowywał.

Bywało dawniej, że sam generał Hauke o Dziurbackim czegoś się dowie i marsa nań postawi. Profos artylerji gwardji, niby uszy stuli, niby zezuje strachliwie, a po chwili za pan brat rozmawia z generałem o jakowychś razem przebytych turbacjach. Bywało, że sam Wielki książę wpadnie do koszar chmurny, zły, nieporządek na gorącem ucapi i pułkownika Szwerina, cały sztab dywizji gwardji na równe nogi zerwie i dopieroż każdemu, według rangi, rozdawać zacznie. Generałowi Krasińskiemu twarz zblednie ze wruszenia, Milbergowi aż zęby szczękają, oficerom, żołnierzom dech w piersi zamiera a Dziurbacki nic, zezuje po swojemu, żuchwami ospowate policzki porusza – aż sobie spojrzenie Wielkiego księcia wymani.

Książę spojrzy ostro z pod rudych, krzaczastych brwi, zd asię, profesowi na lejbiku plamę znajdzie lub czapę zbakierowaną spostrzeże, gdzietam.

– I stary Dziurbacki – a ty co? – zawoła raźno książę. Profos wyprostuje się, huknie bez zająknienia.

– Garści nie pożałuję, co by subordynacja była!

Książę, na taką odpowiedź, roześmieje się i niekiedy dorzuci z intencją, aby profosa wytrącić z rezonu.

– A cóże myślisz o tem?

– Że jednemu więcej delikwentowi skórę wytataruję.

– Hę! A tobie kto za czapkę na uchu?

– Mnie? Juści nie ma komu, bo profos nie kapucyn, aby samego siebie umartwiał...

A że po tego rodzaju djalogu z Dziurbackim, książę rozchmurzał się zazwyczaj, stąd na profosa spadała jeszcze większa estyma. Najzawziętszy z kapitanów przez szpary na sprawki Dziurbackiego poglądał.

Sprawek tych zaś było ciągłe pod dostatkiem.

Srogi na paradach, inspekcjach i rewjach, zwolennik ładu i subordynacji, na codzień miał wprost do niej obrzydzenie. Jako profos a więc dozorca aresztu koszarowego, nosił klucz odeń zawsze w kieszeni, lecz drzwi na klucz nie zamykał. W czasach, kiedy rózgami szkołę żołnierza uzupełniano – Dziurbacki siekł okrutnie, ale ławę. Do apelu, jak rok długi, nie stawiał się, tak że w ostatku przestano go wywoływać. Z koszar o każdej porze dnia i nocy wymykał się. Nic mu nie mówił ani szyldwach, ani służbowy oficer, ani kapitan, ani pułkownik, bo daremny byłby to trud.

Oczywiście, że Dziurbacki musiał posiadać nie tylko dowcip, nie tylko owo kaptowanie sobie żołnierzów symulowaniem kar, że tyle powolności i zachowania, osiągnął.

Jakoż istotnie, profos miał zalet i zasług, osobliwych niekiedy, ale mnóstwo.

Najpierw, choć nikt nigdy, nawet sam wykaz służbowy, nie wymiarkował, ile lat może mieć Dziurbacki, przecież był niezawodnie najstarszym wiekiem w baterji i był nadto żołnierzem, nie mającym równego w całem wojsku, gdy szło o wspomnienia, o dawne dzieje. Najsędziwsi nie mogli mu strzymać, bo gdy mu który legjonami, on mu Kościuszką, a gdy kto o Kościuszce, on mu o Barskiej konfederacji, o porwaniu króla jegomości i o dragonach królewskich. Pamięć przy tem wyborna i zażyłość z tymi, co z dawnych jego rówieśników na dygnitarzy i generałów powychodzili, bardziej jeszcze potęgowała urok tych wspomnień.

Lecz i ten urok jeszczeby niebył wyrobił profosowi tych przywilejów, bo śledziennicy mruczeli, że Dziurbacki umiał być i pod Jeną i pod Auerstaedtem równocześnie, że w tym samym dniu i roku raz bronił Gdańska a raz Lipska – raz odbywał kampanję roku dwunastego w piątym korpusie księcia Józefa, a raz w legji nadwiślańskiej – gdyby nie inne talenta. Talentów tych miał profos mnóstwo, sensem zaś tych talentów była sztuka uczynienia się każdemu niezbędnym.

Dziurbacki był balwierzem znakomitym, cyrulikiem, rwał zęby, miał leki na każdą bolączkę, preparował różne trunki przedziwnej delikatności, umiał piec ciasta, warzyć, smażyć, niczem sławny Tremo, kuchmistrz czwartkowych obiadów. Był snycerzem i cieślą, kołodziejem i szewcem, krawcem i ślusarzem i majstrem na wszystko, z czem sobie kto nie umiał poradzić.

Stąd w baterji, żeby kto się nie wiem jak zarzekał, musiał do Dziurbackiego wędrować. A niech, broń Boże, w drodze, przed paradą, w gorączkowym momencie coś się zepsuło, urwało, złamało, rozdarło – bez profosa nie byłoby ratunku.

Dziurbacki nadto był chętnym, uczynnym, gderał zawsze, mruczał, wyrzekał, lecz byle zdarzyła się robota, choćby bez nadziei wdzięczności, imał się jej z zapałem. W zamian, gdy i na profosa przychodziła kreska i gdy z baterją musiał wlec się, trwać na pozycji a, jak ostatnio, w bitwie się kotłować, wówczas profos rzedniał, tracił rezon i zgoła lichym był żołnierzem. Najczęściej zaś, w stanowczej chwili, ginął raptem, zawieruszał się, przepadał. Dopiero, kiedy przy apelu, zaczynano się oń trwożyć i suponować, czyli Dziurbackiemu nieszczęście się nie stało, profos, niby z pod ziemi, się jawił. I jawił się z gorącą opowieścią o jakowejś niesłychanej przygodzie, o jakowemś bohaterskiem starciu, które go z ordynku wytrąciło.

A że, czy po rewji, jak niegdy, czy po bitwie, jak teraz, mnóstwo na majsterstwo Dziurbackiego bywało spodziewań tedy nikt mu nie przeczył. Dziurbacki znów tak żwawo umiał się zakręcić, tak wygodzie i rannym i spragnionym i głodnym, że ani miejsca nie było na wymówkę, na docinek, na niedowierzanie. A jeżeli kto ze złośliwych, czy weredyków, pomimo tego sposobność upatrzył, a profosowi wypomniał to jego znikanie, niechybnie pożałował niepolityczności, bo Dziurbacki zawziętym był i urazy łatwo nie przebaczał, nie darmo z Kurpiów się wywodził...

Zarzycki więc w nielada był kłopocie, gdy mu pułkownik kazał wezwać Dziurbackiego. Profos bowiem i tym razem umknął i tak, że nawet do apelu się nie stawił.

Lecz, z nawyknienia do ślepego posłuszeństwa, Zarzycki podążył do granatnika, za którym profos baterji wlókł się zazwyczaj, aby akuratnie pułkownikowi nieobecność Dziurbackiego zaraportować.

Przy granatniku, stojącym na krańcu pozycji, krom szyldwacha, czuwała cała obsługa pod wodzą podporucznika Prószyńskiego.

Zarzycki zameldował rozkaz Bema.

Podporucznik, który, jako nowomianowany do baterji konnej, miał samowolę Dziurbackiego na wątrobie, obruszył się.

– Widzisz, acan, że go niema. W mej komendzie chodzi, lecz pod własnym przewodem!

– Kto idzie?! – rozległ się w oddali głos wysuniętej placówki.

Podporucznik nie zważał na niepokój szyldwachów.

– Z pod ziemi ci Dziurbackiego nie wydobędę. Przyczaił się gdzie w norze i wojuje...

– Jak mam panu pułkownikowi?...

– Jak się acanowi podoba! – uniósł się Prószyński.

– Tój – bo strzelę – groził w oddali chrapliwy głos.

– Baczność! – ostrzegł szyldwach przy granatniku.

Prószyński, a za nim cała gromadka zwróciła się w stronę, kędy na wedecie stał żołnierz z podniesionym do strzału pistoletem i mierzył w stronę, widniejącej o kilkanaście kroków, przed nim, postaci.

Postać zatrzymała się, zrzuciła na ziemię, dźwigany na plecach, toboł i ozwała się gniewnie.

– A ty co sobie, gamoniu jeden, imaginujesz!

– Hasło!

– Bodajś skisł!... Pomacaj no się dobrze a najdziesz miejsce, gdzie ci hasło profosowe wypisałem!

– Dziurbacki!! – zawołano przy granatniku. Prószyński wysforował się ku placówce, aby kres położyć wydziwianiem Dziurbackiego.

– Hej-sam! – Przepuścić!

– Skaranie boskie! Własnego profosa, mosanie, krucicą będzie straszył! Akuratnie pan podporucznik! Smarkul jeden. Drugi by podskoczył i pomógł.

– Dosyć tam! Służba! Placówka miał prawo! – gromił Prószyński.

– To się wie! – mruczał profos, zabierając porzucony toboł i dźwigając ku wózkom amunicyjnym. – Kto się wyleguje a kto ledwie teraz docłapać się może po batalji!

– Dziurbacki powinienby sobie przepowiedzieć służbę polową – bo u mnie, w mojej kompanji musi statek być!...

– I sprawiedliwie – odparł bez zająknienia profos – rekruta różnego, co ledwie liznął szkoły żołnierza, nalazło, że niepodobna. Opatrzność pana podporucznika – inaczej, mosanie, taki szczygieł wypaliłby w łeb rodzonemu profosowi...

– Dowiesz się acan jutro od pułkownika, kto ma rację!

– Jak pan podporucznik rozkaże, chociaż zawzięty nie jestem. Młodziak nabił sobie głowę hasłem...

– Milcz, acan, nie lubię rezonów, do miljon!!!

Dziurbacki uszy stulił i, złożywszy dźwigany toboł na ziemi pod wózkiem, jął go rozwiązywać a rozkładać.

Przez chwilę słychać było jeno odgłos energicznych kroków podporucznika i, towarzyszące im, brząkanie ostrogami. Kanonierzy milczeli wyczekująco. Zarzycki baczył, aby się ozwać do Prószyńskiego a przypomnieć mu rozkaz Bema.

Aż raptem Dziurbacki mruknął półszeptem – ale tak, że go wokół słychać było.

– Czekalski! Ogniomistrzu! Nie pełnisz, służby!? Pomóżże mi, mosanie. Widzisz, dwie flasze siwuchy! Weźmiesz i, jak pan podporucznik pozwoli, wydzielisz każdemu... A tu ci, widzisz, maślacz, jużci nie na kanonierską gębę. Panu podporucznikowi dasz, bo ja nie śmię. Zekpał mnie sprawiedliwie, bo i któże mógł zgadnąć, że mnie grenadjerzy zajęli i wciągali na most do Ostrołęki!... Maślacz, tedy, dasz panu podporucznikowi. I dasz mu te dwie chorągiewki bataljońskie, com je w pojedynkę zdobył a tu, po rotmistrzu huzarskim, com go zwalił, sabeltasz srebrem szyty, pistoleciki nabijane i mentyk! – Uchodzi, aby z tak okrutnej batalji zostało niejakie przypomnienie! Tako czyniliśmy niegdy pod Marengo i tak pod Friedlandem. Wiesz, mosanie, co to było Marengo? – Nie wiesz, krótko żyjesz!... To sobie zakonotuj, że imć pan generał-wojewoda Dąbrowski arsenał własny miał, bo z każdej potrzeby coś zachował a coś ode mnie kupił i ta się uskrobało. Ale co pasuje oficerowi, to nie uchodzi ciurze. Nie powiadamci, ogniomistrzu, abyś ciurą był, jeno byś się nie równał z tem, czego nie sięgniesz. Kalkulujesz sobie, epoleta podporucznikowska nie parada dla ogniomistrzowskich obszlegów i kumać byś się rad. A tu, bratku, mosanie, gdzie Rzym a gdzie Krym! Ani się obejrzysz, jak ci twojemu panu podporucznikowi szlufy napęcznieją.

 

– Patrzże, że, w dziewiątym roku, naszemu podpułkownikowi mówiłem prawie: Józiu! – A teraz, czuj duch, bratku mosanie! Tedy, ogniomistrzu, weźmiesz sobie z dzisiejszej batalji tę parę butów. Tęgie, palone! Był ci taki jeden akurat, któremu już były niepotrzebne. Czy będąć do nogi? Nie turbuj się, znam twoje guzioły. Akurat masz na nie miejsce. Tu jest kapciuch tytuniu przedniego, złocistego. Zameldujesz go panu kapitanowi. Te lejbiki zbrukane, lecz byle je wyprać, zdadzą się lontowemu, jakże mu – Kucharczyk.

W miarę rozkładania zawartości toboła, zaciekawienie śród żołnierzy wzmagało się. Ten i ów przysuwał się nieznacznie ku Dziurbackiemu. Ten i ów bąknął coś.

Profos tymczasem coraz śmielej perorował, dla każdego z żołnierzy znajdując jakiś przedmiot. Jednemu pas nowy, drugiemu podpinkę do czapy, na miejsce rozerwanej, temu lederwerki, innemu uździennicę, czwartemu koszulę, piątemu choćby furaższnurów nowiutkich parę. A wszystko tak grzecznie dobrane, że jakby z magazynu baterji, z komisarjatu wprost. Stało się to zaś tak prędko, że podporucznik, który z całej mocy silił się, aby nie zważać na apostrofy profosa i w gniewie wytrwać, ani nie spostrzegł, gdy i jego i całą obsługę granatnika jakoweś rozmazanie zdjęło. Na szczęście atoli dla powagi podporucznika, nawinął mu się przed oczy Zarzycki.

– Profos Dziurbacki – sam proszę do mnie!

Dziurbacki wyprężył się przed Prószyńskim bez mitręgi.

– Udasz się acan natychmiast do dowódzcy baterji! Imć Zarzycki cię doprowadzi!...

– Czy mam co zaraportować... czy pan podporucznik...

– Dowiesz się od pułkownika! – zakonkludował Prószyński.

– Uważam! – mruknął niepewnie Dziurbacki, zaczem zakręcił się jeszcze przy tobołku, coś zeń wyjął i do ładownicy wepchnął a coś do amunicyjnego wózka schował i, oporządziwszy nieco swój uniform, poszedł za Zarzyckim.

W drodze, Dziurbackiego, który był z początku nasrożony szedł, kontuzja zdjęła, bo przystanął raptownie i ozwał się do Zarzyckiego.

– Czekajże, niechże wytchnę! Uf! nie na moje lata tyle umęczenia. Masz tu manierkę. Pociągnij sobie. Ja nie piję! Tobie, młodemu, nie zawadzi! Hę – cóż naskarżył na mnie – pułkownika nasądził? Hę?...

– Gdzie zaś, ojcze profosie!

– Myślisz! A niby skądże mnie po nocy...

Zarzycki rozpowiedział Dziurbackiemu o cyganisze.

Profos poweselał.

– Dziw, dziw taka historja! Teraz wiem. Markietańskie dziecko... Widziałem. Wózek pod zagajnikiem. Kartaczami go dosięgnęło i ześmoliło... I szkoda, bo siła dobytku się zmarnowała, licho co dało się uratować...

– Jakto więc ratowaliście?...

Oczy Dziurbackiego łysnęły zezem w świetle księżyca.

– Niby ja? Cóż znowu! Mówię tylko, bratku mosanie, – bo widziałem, jak się resztki bryki kopciły! Z cyganów ledwie połcie osmażone ostały... Jak szukałem was, tedy przechodziłem tamtędy. Sam myślałem, – lecz czego ogień nie strawił, to maruderstwo złupiło.

– Niezawodnie, bo sam, pomnę, stary cygan, przy kamizeli, guzy szczerosrebrne, jak śliwy wielkie, nosił, a babie aż się szyja lśniła od łańcuszków.

Dziurbacki się obruszył.

– Ot, już, gotóweś skarb cały w budzie włóczęgi cygańskiego znaleźć! Śliwy! Z ołowiu albo i lepiej!

– Powiadam tylko.

– Lada czego i powiadać nie trza – warknął z pasją Dziurbacki i zaciął się tak, że, gdy w otworze rozwalonej stodółki ozwał się doń łaskawie pułkownik, stary ledwie bąknął.

Lecz Bem nie myślał do serca brać niehumoru wiarusa.

– No, Dziurbasiu, czeka tu na ciebie nielada kłopot! Patrzże na to biedactwo.

Profos spojrzał obojętnie w stronę, kędy, na posłaniu ze słomy, drżała konwulsyjnie, szmatami spowiła, postać.

– Należy coś pomódz! Zająć się – wyprawić do miasta...

Dziurbacki podszedł do posłania, przyklęknął i jął rozpatrywać leżącą.

– I cóż myślisz?

Profos uchylić chciał rąbka koszuli, aby widniejące okaleczenie zbadać, i targnął niebacznie strupem zeschłej krwi. Ciało dziewczęcia zadygotało. Pod ramieniem ukazała się czarna, spieczona rana.

– Nie wiadomo! Trza do żywego iść, trza opatrzeć! – Skóra i kości.

– Nie wyliże się?

– Kto ją! – mruknął profos – oglądając głowę rannej – tu nie rozeznasz, co jest, a czego niema. Trza to do porządku doprowadzić.

– Czyń, co uważasz.

– Wola pana pułkownika!

– Wydaje mi się tylko zmordowana i potłuczona. Twojej opiece ją polecam. Za dnia, trzeba będzie ją do lazaretu – gdzie przyjdzie do siebie, to może dobrzy ludzie przygarną.

– Jak pan pułkownik rozkaże, zrobi się, mosanie, akuratnie a co zresztą wola Boża. Aby mi krzynkę Zarzycki pomógł i aby mi ze służbą sfolgowano, bo to u młodego podporucznika łatwo staremu o guza.

– Bajesz, Dziurbasiu! Ktoby ci dobrego nie życzył. Bierzże sobie Zarzyckiego i czyń.

Profos, za całą odpowiedź, podsunął garście pod dziewczynę i śmignął ją sobie na ramię.

– Hę, jakże bo!? – zdziwił się Bem.

– Akurat nie trzeba, panie pułkowniku – odrzekł profos i, skinąwszy na Zarzyckiego, skierował się wprost na most omulewiski, a stąd w dół i do rzeki.

Tu ułożył dziewczynę na murawie i, przykazawszy Zarzyckiemu pilnować jej, poszedł do wózka amunicyjnego, kędy chudobę swoją skrył i, wybrawszy zeń spore zawiniątko, wrócił nad rzekę. Zaczem wyprawił Zarzyckiego, aby mu derkę i dwa wiadra od pojenia koni przyniósł z baterji, a kiedy podoficer spełnił polecenie, Dziurbacki wskazał mu pobliski wzgórek i rzekł:

– Staniesz sobie acan tam i będziesz dawał baczenie, aby kto mi nie przeszkodził.

– Toć tu mogę! – bronił się Zarzycki, którego okrutna ciekawość zdjęła, jak sobie stary poczynać będzie. Profos słuchać nie chciał o ustępstwie.

– Młody jesteś – obrzasku byś dostał. Nie uchodzi, mosanie, bratku. Dziecko dzieckiem a dziewczyna dziewczyną. Marsz, jak powiedziałem.

Zarzycki, rad nie rad, zajął wyznaczone sobie stanowisko.

Profos rozejrzał się, sprawdził, czyli krzak nadbrzeżny dostatecznie chroni przed spojrzeniami ze wzgórka, i do pracy się zabrał.

Więc najpierw czapę odrzucił, zdjął z siebie potrzeby, ściągnął mundur i zakasał rękawy po łokcie. Dalej rozpostarł na murawie zawartość zawiniątka. Derkę tuż obok rozłożył i, ująwszy za wiadro, zaczerpał wody i chlusnął zeń raz i drugi na dziewczynę. I dopiero, kiedy łachmany cyganiątka wskróś wodą nasiąkły, ujął za kozik i porozcinał je i płatami poodejmował. Uporawszy się z nędznem odzieniem dziewczyny i precz je odrzuciwszy, zabrał się do skrupulatnego omycia skrzepów krwi, rany i okaleczeń.

Chude, wątłe ciało opatrywanej, oblane trupiem światłem księżyca, drżało, dygotało, na wpół rozchylone usta dziewczęcia wydawały zdławione jęki. Dziurbacki nie zważał, pochłonięty teraz bandażowaniem urazów i rany.

Lecz gdy nareszcie mogłoby się zdawać, że profos z najtrudniejszem się rozprawił, że zgoła, niby chirurg, dokończył dzieła, – Dziurbacki ledwie nałożył bandaże dla zabezpieczenia skrwawień przed mydłem! Bo, w jednej chwili, po zasupłaniu ostatniej przepaski, nabełtał białej piany i płóciennym wiechciem jął wycierać pacjentkę. A musiał w tem Dziurbacki dla się nielada znajdować przyjemność, bo aż sapał a dogadywał półgłosem:

– Widzisz, cygański morusie! Znaj artylerję konnej gwardji! Nie stękaj, bo cię nie krzywdzę, jeno lustru krzynkę ci dobywam! Świdruje cię w nosie – furda, bratku mosanie, mydłem się nie udławisz! Siup wody! Lu – jeszcze i jeszcze mydła, aby ci błocko gojeniu nie bruździło! Uda ci się to przynajmniej na sądzie boskim staniesz poczciwie!... Patrzcie, jak to bieleje cygaństwo! Dawaj łba! Kołtun jeden. Biłgorajki nie symuluj. Taak! A co – i kołtun umyka. Daj, jeszcze cię przemydlę! Do cna! Niby nieprzytomne, a jak się toto kręci. Nie bój się – niczego ci nie omknę! Nie dygocz – toć maj a nie grudzień!... Teraz lu! wody... i jeszcze!!...