Ogień nad Otchłanią

Tekst
Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

cztery

Wędro­wiec i Rysik przez całe popo­łu­dnie przy­glą­dali się przy­go­to­wa­niom do zasadzki: pie­chota usta­wiona na zbo­czu na zachód od miej­sca lądo­wa­nia, za nimi łucz­nicy, mio­ta­cze ognia w for­ma­cji sztur­mo­wej.

Czy lor­do­wie zamku Rze­za­cza wie­dzieli, na co się pory­wają? Co jakiś czas dys­ku­to­wali na ten temat. Jaqu­era­ma­phan uwa­żał, że rze­za­czy­ści rozu­mieją, ale ich aro­gan­cja jest tak wielka, że po pro­stu spo­dzie­wają się zgar­nąć skarb.

– Rzucą się do gar­dła, zanim druga strona w ogóle zorien­tuje się, że doszło do walki. To się już spraw­dzało.

Wędro­wiec nie od razu odpo­wie­dział. Rysik mógł mieć rację. Minęło pięć­dzie­siąt lat, od kiedy odwie­dzał tę część świata. W tam­tych cza­sach kult Rze­za­cza był mało znany (i nie­zbyt inte­re­su­jący w porów­na­niu z rze­czami, które działy się gdzie indziej).

Podróż­nicy cza­sami padali ofiarą zdrady, ale było to rzad­sze, niż pozo­sta­jący w domach wie­rzyli. Więk­szość ludzi była przy­ja­zna i lubiła słu­chać opo­wie­ści o dale­kim świe­cie, zwłasz­cza jeśli gość nie wyglą­dał groź­nie. Zdrada – jeśli do niej docho­dziło – naj­czę­ściej nastę­po­wała po począt­ko­wej oce­nie w celu okre­śle­nia, jak potężni są odwie­dza­jący i jakie korzy­ści przy­nie­sie ich śmierć. Natych­mia­stowy atak bez roz­mowy był bar­dzo rzadki. Zwy­kle coś takiego ozna­czało natknię­cie się na zło­czyń­ców rów­no­cze­śnie wyszu­ka­nych… i sza­lo­nych.

– Nie wiem. To fak­tycz­nie for­ma­cja zasadzki, ale może rze­za­czy­ści utrzy­mają ją w rezer­wie i naj­pierw spró­bują roz­mowy.

Mijały godziny, słońce prze­su­wało się w bok, na pół­noc. Z dru­giej strony spa­dłej gwiazdy dobiegł jakiś hałas. Szlag. Stąd niczego nie widzieli.

Ukryte oddziały nie ruszyły z miej­sca. Minęły minuty… i po raz pierw­szy zoba­czyli gościa z nie­bios, a przy­naj­mniej jego część. Ele­ment miał cztery nogi, ale cho­dził tylko na tyl­nych. Co za bła­zen! A jed­nak… przed­nich uży­wał do trzy­ma­nia róż­nych rze­czy. Ani razu nie widzieli, żeby użył ust, choć i tak wąt­pili, by jego pła­skie szczęki mogły dobrze coś chwy­cić. Za to przed­nie łapy były cudow­nie sprawne. Jeden ele­ment mógł z łatwo­ścią uży­wać narzę­dzi.

Dobie­gało ich mnó­stwo dźwię­ków typo­wych dla roz­mowy, choć widzieli tylko trzy ele­menty. Po jakimś cza­sie usły­szeli dużo wyż­sze tony spój­nych myśli. Boże, ależ ten stwór był gło­śny. Z tej odle­gło­ści dźwięki były przy­tłu­mione i znie­kształ­cone, ale i tak nie przy­po­mi­nały żad­nego sły­sza­nego przez nich umy­słu ani gło­sów zmie­sza­nia emi­to­wa­nych przez nie­któ­rych rośli­no­żer­ców.

– I co? – wysy­czał Jaqu­era­ma­phan.

– Prze­mie­rzy­łem cały świat… i to stwo­rze­nie nie jest jego czę­ścią.

– Wła­śnie. Mnie koja­rzy się z modlisz­kami. Wiesz, są mniej wię­cej tej wiel­ko­ści. – Otwo­rzył usta na jakieś dwa cale. – Świet­nie spraw­dzają się w usu­wa­niu szkod­ni­ków z ogrodu… Dosko­nali mali zabójcy.

Uch. Wędro­wiec nie pomy­ślał o tym podo­bień­stwie. Modliszki były uro­cze i nie­szko­dliwe… przy­naj­mniej dla ludzi. Choć wie­dział, że samice zja­dają swo­ich part­ne­rów. Wyobraźmy sobie takie stwory o gigan­tycz­nych roz­mia­rach i z umy­sło­wo­ścią sfory. Może dobrze, że nie mogli zbiec na dół i się przy­wi­tać.

Minęła godzina. Pod­czas gdy obcy wycią­gał na zie­mię swój ładu­nek, łucz­nicy Rze­za­cza pode­szli bli­żej, a sfory pie­choty usta­wiły się w skrzy­dła sztur­mowe.

W powie­trzu mię­dzy rze­za­czy­stami a obcym poja­wiła się chmura strzał. Jeden ele­ment obcego natych­miast padł, a jego myśli przy­ci­chły. Pozo­stałe zni­kły z pola widze­nia, cho­wa­jąc się pod lata­ją­cym domem. Żoł­nie­rze ruszyli do przodu roz­sta­wieni w for­ma­cjach zacho­wu­ją­cych toż­sa­mość – być może chcieli zła­pać obcego żyw­cem.

…Jed­nak linia ataku zała­mała się wiele jar­dów od obcego: Wędro­wiec nie widział żad­nych strzał czy pło­mieni – żoł­nie­rze po pro­stu padali. Przez chwilę myślał, że rze­za­czy­ści spró­bo­wali ugryźć wię­cej, niż mogli prze­łknąć, ale potem za pierw­szą falą pobie­gła druga. Ele­menty dalej padały, jed­nak teraz ogar­nął je zabój­czy szał, pod­da­jący się już tylko zwie­rzę­cej dys­cy­pli­nie. Atak sunął powoli do przodu, z dru­gim sze­re­giem bie­gną­cym nad pole­głymi. Powa­lono kolejny ele­ment obcego… Dziwne, Wędro­wiec wciąż sły­szał strzępy jego myśli. Ton i tempo były iden­tyczne jak przed ata­kiem. Jak ktoś mógł być tak opa­no­wany w obli­czu cał­ko­wi­tej śmierci?

Roz­brzmiał bojowy gwiz­dek i tłum się roz­stą­pił. Przez powstały kory­tarz prze­biegł żoł­nierz i gdy tylko wysko­czył przed front, roz­py­lił płynny ogień. Lata­jący dom przy­brał wygląd mięsa na ogniu, z pło­mie­niami i dymem wszę­dzie wokół.

Wic­kw­rac­krum zaklął. Żegnaj, obcy.

***

Oka­le­czeni i ranni znaj­do­wali się bar­dzo nisko na liście prio­ry­te­tów rze­za­czy­stów. Poważ­nie ranni zostali zebrani w stosy na włó­kach i odcią­gnięci dość daleko, żeby ich krzyki nie wywo­ły­wały zamie­sza­nia. Oddziały porząd­kowe prze­ga­niały frag­menty żoł­nie­rzy z dala od lata­ją­cego domu. Frag­menty krę­ciły się po wrzo­so­wej łące, miej­scami zbie­ra­jąc się w przy­pad­kowe sfory. Nie­które wędro­wały pośród ran­nych w potrze­bie odna­le­zie­nia sie­bie, igno­ru­jąc krzyki.

Gdy zgiełk ucichł, poja­wiły się trzy sfory bia­łych kur­tek. Słu­dzy Rze­za­cza prze­szli pod lata­jący dom. Jeden na dłuż­szą chwilę znik­nął z pola widze­nia, być może nawet wszedł do środka. Spa­lone ciała dwóch ele­men­tów obcego zostały ostroż­nie umiesz­czone na włó­kach – ostroż­niej niż w przy­padku ran­nych żoł­nie­rzy – i odcią­gnięte.

Jaqu­era­ma­phan oglą­dał znisz­cze­nia przez swój przy­rząd do oczu. Już zre­zy­gno­wał z prób ukry­wa­nia go przed Wędrow­cem. Biała kurtka wynio­sła coś spod lata­ją­cego domu.

– Sst! Tam jest wię­cej tru­pów. Może z ognia. Wyglą­dają jak szcze­nięta. – Małe posta­cie wyglą­dały jak modliszki. Przy­wią­zano je do włók i odcią­gano z pola widze­nia za grzbiet wzgó­rza. Nie­wąt­pli­wie mieli tam wozy cią­gnięte przez kher­hogi.

Rze­za­czy­ści usta­wili pier­ścień straż­ni­ków wokół miej­sca lądo­wa­nia, a na zbo­czu wzgó­rza za nim roz­sta­wiono dzie­siątki świe­żych żoł­nie­rzy. Nikt nie prze­śli­zgnie się obok nich.

– Czyli to pełne mor­der­stwo. – Wędro­wiec wes­tchnął.

– Może nie… Ten pierw­szy tra­fiony przez nich ele­ment chyba nie jest cał­kiem mar­twy.

Wic­kw­rac­krum zmru­żył naj­lep­sze oczy. Albo Rysik był marzy­cie­lem, albo jego narzę­dzie zapew­niało mu zdu­mie­wa­jąco ostre widze­nie. Pierw­szy tra­fiony znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie pojazdu. Ele­ment prze­stał myśleć, ale to nie musiał być pewny znak śmierci. Wszę­dzie wokół niego stały teraz białe kurtki. Poło­żyły stwo­rze­nie na włóki i zaczęły odcią­gać je od miej­sca lądo­wa­nia, na połu­dniowy zachód… ale nie tą samą drogą, którą wybrano dla pozo­sta­łych.

– To coś dalej żyje! Ma strzałę w piersi, ale widzę, że oddy­cha. – Głowy Rysika odwró­ciły się do Wic­kw­rac­kruma. – Myślę, że powin­ni­śmy to ura­to­wać.

Wędrow­cowi przez chwilę nie przy­cho­dziło na myśl nic, co mógłby powie­dzieć, i tylko zaga­pił się na roz­mówcę. Cen­trum świa­to­wego spi­sku Rze­zacz znaj­do­wało się led­wie kilka mil na pół­nocny zachód. Wła­dzy Rze­zacza nie kwe­stio­no­wał nikt na wiele dzie­siąt­ków mil w głąb lądu, a w tej chwili byli prak­tycz­nie oto­czeni przez armię. Rysik sku­lił się lekko pod cię­ża­rem zdu­mio­nego wzroku Wędrowca, ale było jasne, że nie żar­tuje.

– Jasne, wiem, że to ryzy­kowne. Ale prze­cież wła­śnie o to cho­dzi w życiu, prawda? Jesteś piel­grzy­mem. Rozu­miesz.

– Hm. – Fak­tycz­nie, był to ele­ment repu­ta­cji piel­grzyma. Jed­nak żadna dusza nie może prze­trwać cał­ko­wi­tej śmierci… a pod­czas piel­grzymki zda­rzało się mnó­stwo oka­zji do ani­hi­la­cji. Piel­grzymi umieją zacho­wać ostroż­ność.

A jed­nak… a jed­nak było to naj­nie­zwy­klej­sze spo­tka­nie pośród wie­ków piel­grzy­mo­wa­nia. Poznać tych obcych, stać się nimi… była to pokusa sil­niej­sza od całego zdro­wego roz­sądku.

– Słu­chaj – rzu­cił Rysik – możemy po pro­stu zejść na dół i wmie­szać się mię­dzy ran­nych. Jeśli zdo­łamy przejść przez pole, może uda się nam przyj­rzeć z bli­ska ostat­niemu ele­men­towi obcego, nie ryzy­ku­jąc przy tym zbyt wiele. – Jaqu­era­ma­phan scho­dził już ze swo­jego punktu obser­wa­cyj­nego i obcho­dził wzgó­rze w poszu­ki­wa­niu drogi, która nie postawi go na tle nieba. Wic­kw­rac­krum czuł się roze­rwany: jedna jego część chciała iść, druga się wahała. Cho­lera, prze­cież Jaqu­era­ma­phan przy­znał się do bycia szpie­giem i nosił wyna­la­zek, który zapewne pocho­dził od naj­by­strzej­szych umy­słów w Dłu­gich Jezio­rach. Mógł być zawo­dow­cem…

Wędro­wiec rozej­rzał się szybko po ich stro­nie wzgó­rza i doli­nie. Żad­nego śladu Tyra­thect ani nikogo innego. Wypełzł z róż­nych zagłę­bień i ruszył za szpie­giem.

Na ile tylko było to moż­liwe, trzy­mali się głę­bo­kich cieni rzu­ca­nych przez pół­nocne słońce i prze­my­kali mię­dzy kępami wrzo­sów tam, gdzie nie było cie­nia. Tuż przed tym, jak dotarli do pierw­szych ran­nych, Rysik powie­dział coś jesz­cze, jego naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące słowa tego popo­łu­dnia.

– Hej, nie martw się, czy­ta­łem wszystko o robie­niu takich rze­czy!

***

Tłusz­cza frag­men­tów i ran­nych jest czymś prze­ra­ża­ją­cym i otę­pia­ją­cym. Jedy­naki, dwój­niaki, trój­niaki, kilka czwo­ra­ków: krę­ciły się bez celu, skom­ląc bez żad­nej kon­troli. W więk­szo­ści sytu­acji tak wielu ludzi zebra­nych razem na zale­d­wie kilku akrach natych­miast zmie­ni­łoby się w chór. Wła­ści­wie to dostrzegł tro­chę aktyw­no­ści sek­su­al­nej i zor­ga­ni­zo­wa­nego szpe­ra­nia, ale w więk­szo­ści przy­pad­ków ból był wciąż zbyt silny na nor­malne reak­cje. Wic­kw­rac­krum zasta­na­wiał się przez chwilę czy – pomimo wszyst­kich zapew­nień o racjo­na­li­zmie – rze­za­czy­ści po pro­stu zosta­wią pozo­sta­ło­ści swo­ich oddzia­łów, żeby same się odtwo­rzyły. Jeśli się na to zde­cy­dują, wyni­kiem będą dziwne i oka­le­czone prze­sfory.

 

Po wej­ściu kilku jar­dów w głąb tłusz­czy Wędro­wiec Wic­kw­rac­krum poczuł, jak zaczyna go opusz­czać świa­do­mość. Jeśli bar­dzo mocno się sku­pił, wciąż pamię­tał, kim jest i że musi przejść na drugą stronę łąki bez zwra­ca­nia na sie­bie uwagi.

Zaczęły go ata­ko­wać inne myśli, gło­śne i nie­pil­no­wane.

…Żądza krwi i sie­ka­nia…

Lśniący metal w łapie obcego… ból w piersi… kasła­nie krwią, upa­dek…

…Przez obóz szko­le­niowy i wcze­śniej mój połą­czony brat był dla mnie taki dobry… Lord Stal powie­dział, że jeste­śmy wiel­kim eks­pe­ry­men­tem…

Bieg przez wrzosy w stronę potwora o patycz­ko­wych koń­czy­nach. Skok, szpony na pazu­rach. Cię­cie przez gar­dło potwora. Krew try­ska wysoko.

…Gdzie jestem?… Pro­szę, czy mogę być czę­ścią cie­bie?

Na to ostat­nie pyta­nie Wędro­wiec wykrę­cił. Było bez­po­śred­nie i zadane z bli­ska. Obwą­chi­wał go sin­giel. Odgo­nił go krzy­kiem i uciekł na otwartą prze­strzeń. Jaque-jak-mu-tam z przodu nie radził sobie wiele lepiej. Zauwa­że­nie ich tutaj było mało praw­do­po­dobne, ale zaczy­nał się zasta­na­wiać, czy zdoła przejść na drugą stronę. Wędro­wiec był tylko czwar­ta­kiem, a wszę­dzie wokół było pełno sin­gli. Po pra­wej jakiś czwar­tak gwał­cił, chwy­ta­jąc wszel­kie dwój­niaki i jedy­naki, które mu pode­szły. Wic, Kwk, Rac i Rum pró­bo­wali pamię­tać, czemu tu byli i gdzie wła­ści­wie szli. Skup się na bez­po­śred­nich odczu­ciach, na tym, co tu naprawdę jest: smo­li­sta woń płyn­nego ognia z mio­ta­cza… muszki kłę­biące się wszę­dzie wokół, krzep­nące czarne kałuże krwi.

Minął strasz­nie długi czas. Minuty.

Wic Kwk Rac Rum popa­trzył przed sie­bie. Pra­wie już wyszedł, dotarł do połu­dnio­wego skraju terenu wra­ków. Wycią­gnął się na kawa­łek czy­stego gruntu. Parę jego czę­ści zwy­mio­to­wało i padł na zie­mię. Powoli odzy­ski­wał roz­są­dek. Wic­kw­rac­krum rozej­rzał się i zoba­czył Jaqu­era­ma­phana tuż przy gra­nicy tłusz­czy. Rysik był dużym stwo­rem, szó­sta­kiem, ale miał przy­naj­mniej takie same trud­no­ści jak Wędro­wiec. Zato­czył się z boku na bok z sze­roko otwar­tymi oczami, kła­piąc na sie­bie i innych.

Cóż, prze­byli sporą część drogi przez łąkę i zro­bili to na tyle szybko, by dogo­nić białe kurtki, które cią­gnęły ostatni ele­ment obcego. Jeśli chciał zoba­czyć coś wię­cej, musiał zna­leźć spo­sób na opusz­cze­nie tłusz­czy bez zwra­ca­nia na sie­bie uwagi. Hm. Wszę­dzie tu było pełno mun­du­rów rze­za­czy­stów… bez żyją­cych wła­ści­cieli. Wędro­wiec pod­szedł dwoje sie­bie do mar­twego żoł­nie­rza.

– Jaqu­era­ma­phan! Tutaj! – Wielki szpieg obej­rzał się w tę stronę i w jego oczach poja­wił się prze­błysk inte­li­gen­cji. Chwiej­nym kro­kiem wyszedł z tłusz­czy i usiadł kilka jar­dów od Wic­kw­rac­kruma. Był bli­żej, niż nor­mal­nie czuł się kom­for­towo, ale po tym, przez co wła­śnie prze­szli, wyda­wało się to cał­kiem zno­śne. Leżał przez chwilę, dysząc.

– Prze­pra­szam, nie sądzi­łem, że będzie to tak wyglą­dać. Stra­ci­łem tam część sie­bie… i myśla­łem, że już jej ni­gdy nie odzy­skam.

Wędro­wiec przy­glą­dał się postę­pom bia­łej kurtki i cią­gnię­tych przez niego włók. Nie szły z pozo­sta­łymi, a za kilka sekund znikną z pola widze­nia. W prze­bra­niu może zdo­łają podą­żyć za nimi i… Nie, to było zbyt ryzy­kowne. Zaczy­nał myśleć jak wielki szpieg. Wędro­wiec ścią­gnął z trupa bluzę masku­jącą. I tak będą potrze­bo­wali prze­bra­nia. Może zdo­łają zostać tu przez noc i przyj­rzeć się z bli­ska lata­ją­cemu domowi.

Rysik po chwili zoba­czył, co robi, i zaczął zbie­rać bluzy dla sie­bie. Krę­cili się ukrad­kiem pośród sto­sów ciał, szu­ka­jąc wypo­sa­że­nia, które nie było zbyt­nio popla­mione i które zda­niem Jaqu­era­ma­phana miało spójne emble­maty. Wszę­dzie pełno było szpo­nów na pazury i topo­rów bojo­wych. W końcu uzbro­ili się po zęby, ale musieli pozbyć się czę­ści swo­ich ple­ca­ków… Wędrow­cowi bra­ko­wało już tylko jesz­cze jed­nej bluzy, ale jego Rum był tak sze­roki w barach, że nic na niego nie paso­wało.

Wędro­wiec tak naprawdę nie rozu­miał, co zda­rzyło się potem: duży frag­ment, trój­niak, leżał przy­cza­jony w ster­cie tru­pów. Być może pogrą­żył się w roz­pa­czy jesz­cze na długo po śmierci swo­ich ele­men­tów, ale prak­tycz­nie był cał­ko­wi­cie bez­myślny do chwili, gdy Wędro­wiec zaczął ścią­gać bluzę z jego mar­twej czę­ści.

– Nie będziesz okra­dał moich! – usły­szał. Dotarł do niego brzęk bli­skiej furii, a potem ostry ból roz­cię­tego brzu­cha Ruma.

Wędro­wiec skrę­cił się w ago­nii i sko­czył na napast­nika. Wal­czyli przez chwilę w bez­myśl­nej furii. Topory bojowe Wędrowca sie­kły wciąż na nowo, pokry­wa­jąc jego noz­drza krwią. Kiedy odzy­skał zmy­sły, jeden z trójki nie żył, a pozo­stali ucie­kali w tłusz­czę ran­nych.

Wic­kw­rac­krum sku­lił się wokół bólu w Rumie. Napast­nik miał na łapach szpony. Rum został roz­cięty od żeber do kro­cza. Wic­kw­rac­krum się pośli­zgnął – nie­które jego łapy zaplą­tały się we wła­sne trze­wia. Spró­bo­wał nosami upchnąć jelita z powro­tem do brzu­cha ele­mentu. Ból słabł, a niebo w oczach Ruma powoli ciem­niało. Wędro­wiec stłu­mił nara­sta­jące w sobie krzyki. Jestem tylko czwo­ra­kiem, a jeden ze mnie umiera! Przez lata ostrze­gał sam sie­bie, że czworo to zbyt mała liczba dla piel­grzyma. Teraz zapłaci za to uwię­ziony i bez­myślny w kra­inie tyra­nów.

Na chwilę ból osłabł i jego myśli się oczy­ściły. Walka tak naprawdę nie zwró­ciła żad­nej uwagi pośród lamen­tów, gwał­tów i zwy­kłych ata­ków sza­leń­stwa. Star­cie Wic­kw­rac­kruma było tylko nieco gwał­tow­niej­sze i bar­dziej krwawe niż inne. Białe kurtki przy lata­ją­cym domu obej­rzały się na chwilę w ich stronę, ale wró­ciły już do otwie­ra­nia ładunku obcych.

Rysik sie­dział w pobliżu, patrząc w prze­ra­że­niu. Jego część pod­cho­dziła bli­żej, a potem się cofała. Wal­czył sam ze sobą, pró­bu­jąc zde­cy­do­wać, czy powi­nien pomóc. Wędro­wiec pra­wie zaczął go bła­gać, ale wysi­łek był zbyt duży. Zresztą Rysik nie był piel­grzy­mem. Odda­nie czę­ści sie­bie nie było czymś, co Jaqu­era­ma­phan mógłby zro­bić dobro­wol­nie…

Opa­dły go teraz wspo­mnie­nia, wysiłki Ruma dla upo­rząd­ko­wa­nia wszyst­kiego i próba prze­ka­za­nie resz­cie wszyst­kiego, co działo się wcze­śniej. Przez chwilę żeglo­wał dwu­ka­dłu­bow­cem przez Połu­dniowe Morze, nowi­cjusz z Rumem jako szcze­nia­kiem. Wspo­mnie­nia wyspia­rza, który zro­dził Ruma, i jesz­cze wcze­śniejszych sfor. Okrą­żyli cały świat, prze­ży­wa­jąc slumsy tro­pi­kal­nego kolek­tywu i wojnę na Rów­ni­nach Stad. Ach, sły­szane przez nich histo­rie, poznane sztuczki, ludzie, któ­rych spo­tkali… Wic Kwk Rac Rum był wspa­niałą kom­bi­na­cją, jasno myślącą, bez­tro­ską, z dziwną zdol­no­ścią zacho­wa­nia wszyst­kich wspo­mnień – to było praw­dzi­wym powo­dem, dla któ­rego tak długo funk­cjo­no­wał bez roz­ro­śnię­cia się do piątki lub szóstki. Teraz być może zapłaci za to naj­wyż­szą cenę…

Rum wes­tchnął i prze­stał widzieć niebo. Umysł Wic­kw­rac­kruma zgasł, nie tak jak pośrodku bitwy, gdy gubi się dźwięk myśli, ani nie tak jak w towa­rzy­skim pomruku snu. Nagle zabra­kło czwar­tej obec­no­ści, została tylko trójka pró­bu­jąca utwo­rzyć osobę. Trój­niak stał i pokle­py­wał ner­wowo samego sie­bie. Wszę­dzie cza­iło się nie­bez­pie­czeń­stwo, lecz było nie do poję­cia. Zaczął z nadzieją prze­su­wać się w stronę sie­dzą­cego w pobliżu szó­staka – Jaqu­era­ma­phan? – ale tam­ten go prze­go­nił. Popa­trzył ner­wowo na tłusz­czę ran­nych. Kryła się tam kom­plet­ność… ale i sza­leń­stwo.

Na brzegu tłusz­czy sie­dział wielki samiec z dużymi bli­znami na zadzie. Zoba­czył wzrok trój­niaka i powoli pod­szedł do niego przez otwartą prze­strzeń. Wic Kwk i Rac cof­nęli się, jeżąc futra w stra­chu i fascy­na­cji: pozna­czony bli­znami był przy­naj­mniej o połowę cięż­szy od każ­dego z nich.

…Gdzie jestem?… Pro­szę, czy mogę być czę­ścią cie­bie? Jego lament niósł w sobie wspo­mnie­nia, prze­mie­szane i w więk­szo­ści nie­do­stępne, o krwi i walce, a wcze­śniej o szko­le­niu woj­sko­wym. Z jakie­goś powodu stwo­rze­nie bało się tych wcze­snych wspo­mnień rów­nie mocno jak cze­go­kol­wiek innego. Poło­żyło nos – pobru­dzony zaschniętą krwią – na ziemi i zaczęło czoł­gać się do nich z brzu­chem na mchu. Pozo­stała trójka pra­wie ucie­kła – przy­pad­kowe połą­cze­nie było dla nich czymś prze­ra­ża­ją­cym. Cofali się i cofali, aż na pustą łąkę. Tam­ten szedł za nimi, choć powoli, wciąż się czoł­ga­jąc. Kwk obli­zała wargi i ruszyła z powro­tem w stronę obcego. Wycią­gnęła szyję i obwą­chała jego gar­dło. Wic i Rac pode­szli od boków.

Na chwilę nastą­piło czę­ściowe połą­cze­nie. Spo­cony, zakrwa­wiony, ranny… złą­cze­nie z pie­kła rodem. Myśl zda­wała się poja­wić zni­kąd, jarząc się przez chwilę cynicz­nym humo­rem. A potem jed­ność prze­pa­dła i znowu byli po pro­stu trzema zwie­rzę­tami obli­zu­ją­cymi pysk czwar­tego.

***

Wędro­wiec rozej­rzał się po łące nowym wzro­kiem. Na kilka minut cał­ko­wi­cie się roz­padł. Ranni z dzie­sią­tej kom­pa­nii sztur­mo­wej pie­choty krę­cili się dokład­nie tak jak wcze­śniej. Słu­dzy Rze­za­cza wciąż zaj­mo­wali się ładun­kiem obcych. Jaqu­era­ma­phan powoli się cofał z rysu­ją­cym się na pyskach wyra­zem zdu­mie­nia i prze­ra­że­nia. Wędro­wiec opu­ścił głowę i ode­zwał się do niego syk­nię­ciem:

– Nie zdra­dzę cię, Rysiku.

Szpieg zamarł.

– To ty, Wędrow­cze?

– Mniej wię­cej. – Wciąż Wędro­wiec, choć już nie Wic­kw­rac­krum.

– J… jak możesz to zro­bić? Ty… wła­śnie stra­ci­łeś…

– Jestem piel­grzy­mem, pamię­tasz? Całe nasze życie radzimy sobie z takimi rze­czami. – W jego gło­sie brzmiał sar­kazm: był to rodzaj tru­izmu, jakim Jaqu­era­ma­phan czę­sto wcze­śniej sypał. Jed­nak ten miał w sobie tro­chę prawdy. Wędro­wiec Wic­kw­rack…zad już spra­wiał wra­że­nie osoby. Może ta nowa kom­bi­na­cja miała szansę.

– Uch. Cóż, tak… Co powin­ni­śmy teraz zro­bić? – Szpieg rozej­rzał się ner­wowo we wszyst­kie strony, ale oczy patrzące na Wędrowca wciąż zdra­dzały dużą tro­skę.

Teraz to Wic­kw­rack­zad poczuł zmie­sza­nie. Co on tu robił? Zabi­jał dziw­nego wroga… Nie. Tym zaj­mo­wała się pie­chota sztur­mowa. Nie będzie miał z tym nic do czy­nie­nia, nie­za­leż­nie od wspo­mnień bli­zno­wa­tego. On i Rysik przy­szli tu, aby… aby ura­to­wać obcego, na tyle, na ile było to moż­liwe. Wędro­wiec zła­pał wspo­mnie­nie i chwy­cił się go bez­kry­tycz­nie: było czymś real­nym z poprzed­niej toż­sa­mo­ści, którą musi zacho­wać. Zer­k­nął w stronę, gdzie ostat­nio widział ele­ment obcego. Biała kurtka z włó­kami nie była już widoczna, ale kie­ro­wała się oczy­wi­stą trasą.

– Wciąż możemy sobie zdo­być żyją­cego – powie­dział do Jaqu­era­ma­phana.

Rysik zro­bił nie­pewną minę. Nie wyka­zy­wał już tyle entu­zja­zmu co wcze­śniej.

– Ty pierw­szy, przy­ja­cielu.

Wic­kw­rack­zad popra­wił swoje bluzy bojowe i strzep­nął część wyschnię­tej krwi. A potem ruszył przez łąkę, prze­cho­dząc zale­d­wie sto jar­dów od Sług Rze­za­cza roz­sta­wio­nych wokół wroga – wokół lata­ją­cego domu. Posłał im ener­giczny salut, który został zigno­ro­wany. Jaqu­era­ma­phan poma­sze­ro­wał za nim, nio­sąc dwie kusze. Sta­rał się przy tym jak naj­le­piej naśla­do­wać krok Wędrowca, ale tak naprawdę nie miał wła­ści­wych ele­men­tów.

Prze­szli przez grzbiet wzgó­rza i zaczęli scho­dzić w cie­nie. Dźwięki ran­nych zro­biły się przy­tłu­mione. Wic­kw­rack­zad przy­śpie­szył, bie­gnąc od zakrętu do zakrętu w miarę scho­dze­nia po nie­rów­nej ścieżce. Z tego miej­sca widział zatokę: łodzie wciąż cumo­wały przy pomo­stach i nie działo się tam zbyt wiele. Bie­gnący za nim Rysik wyga­dy­wał ner­wowo bzdury. Wędro­wiec tylko przy­śpie­szył, z pew­no­ścią sie­bie wzmac­nianą przez zmie­sza­nie nowi­cju­sza. Jego nowy ele­ment, ten z bli­znami, był naj­sil­niej­szym człon­kiem ofi­cera pie­choty. Tamta sfora znała roz­kład zatok i zamku oraz wszyst­kie hasła tego dnia.

Jesz­cze dwa zakręty i dogo­nili Sługę Rze­za­cza i jego włóki.

– Halo! – zawo­łał Wędro­wiec. – Przy­no­simy nowe instruk­cje od lorda Stala. – Przez jego krę­go­słupy prze­biegł zimny dreszcz, gdy pierw­szy raz przy­po­mniał sobie Stala. Sługa puścił włóki i odwró­cił się w ich stronę. Wic­kw­rack­zad nie znał jego imie­nia, choć go pamię­tał – dość wyso­kiej rangi aro­gancki sukin­syn. Zasko­cze­niem był fakt, że oso­bi­ście cią­gnął włóki.

 

Wędro­wiec zatrzy­mał się zale­d­wie dwa­dzie­ścia metrów od bia­łej kurtki. Jaqu­era­ma­phan patrzył w dół z zakrętu wyżej i jego kusze pozo­sta­wały nie­wi­doczne. Sługa spoj­rzał ner­wowo na Wędrowca i Rysika w górze.

– Czego chce­cie?

Czyżby już ich podej­rze­wał? To nie miało zna­cze­nia. Wic­kw­rack­zad spiął się do zabój­czej szarży… i nagle widział poczwór­nie, z umy­słem roz­my­tym przez oszo­ło­mie­nie nowi­cju­sza. Teraz, gdy musiał zabić, roz­ło­żyło go prze­ra­że­nie tym fak­tem członka z bli­znami. Szlag! Wic­kw­rack­zad ner­wowo poszu­kał cze­goś, co mógłby powie­dzieć, a gdy tylko prze­stał myśleć o mor­der­stwie, gładko poja­wiły się jego nowe wspo­mnie­nia.

– Lord Stal żąda, żeby­śmy zabrali stwo­rze­nie do przy­stani. Ty masz, ach, powró­cić do lata­ją­cej rze­czy najeźdź­ców.

Biała kurtka obli­zała wargi. Jego spoj­rze­nie uważ­nie objęło mun­dury Wędrowca i Rysika.

– Oszu­ści! – wrza­snął, jed­no­cze­śnie rzu­ca­jąc jeden ze swo­ich ele­men­tów w stronę włók. Na przed­niej łapie ele­mentu bły­snął metal. Chce zabić obcego!

W górze roz­legł się świst cię­ciwy i bie­gnący padł ze strzałą w oku. Wic­kw­rack­zad rzu­cił się na pozo­sta­łych, zmu­sza­jąc członka z bli­znami do rusze­nia przo­dem. Przez chwilę czuł oszo­ło­mie­nie, a potem znowu był cało­ścią, krzy­cząc o śmierci dla pozo­sta­łej czwórki. Dwie sfory starły się ze sobą, a Zad zrzu­cił parę ele­men­tów Sługi za brzeg ścieżki. W powie­trzu świ­snęły strzały. Wic Kwk Rac wykrę­cał się, sie­ka­jąc topo­rami to, co jesz­cze stało.

A potem wszystko się uspo­ko­iło i Wędro­wiec znowu pano­wał nad swo­imi myślami. Trzy ele­menty Sługi drgały na ścieżce, a zie­mia pod nimi zro­biła się śli­ska od krwi. Zepchnął je z drogi bli­sko miej­sca, gdzie Zad zabił pozo­sta­łych. Nie prze­żył żaden ele­ment Sługi, to była kom­pletna śmierć i to on za nią odpo­wia­dał. Opadł na zie­mię, znowu widząc poczwór­nie.

– Obcy. Wciąż żyje – ode­zwał się Rysik. Stał dookoła włók, obwą­chu­jąc ciało podobne do modliszki. – Ale jest nie­przy­tomny. – Chwy­cił szczę­kami pręty włók i popa­trzył na Wędrowca. – Co… co teraz, piel­grzy­mie?

Wędro­wiec leżał na ziemi, pró­bu­jąc zebrać z powro­tem myśli. Fak­tycz­nie, co teraz. Jak zdo­łał się wpa­ko­wać w coś takiego? Jedy­nym wyja­śnie­niem było zmie­sza­nie nowi­cju­sza. Po pro­stu zapo­mniał wszyst­kie powody, dla któ­rych ura­to­wa­nie obcego było nie­moż­liwe. A teraz z nim utknął. Łajno sfory. Jego część pod­czoł­gała się do brzegu ścieżki i rozej­rzała. Nic nie wska­zy­wało na to, żeby ścią­gnęli na sie­bie uwagę. Łodzie w przy­stani wciąż były puste, a więk­szość pie­choty znaj­do­wała się na wzgó­rzach. Słu­dzy nie­wąt­pli­wie trzy­mali mar­twych w for­cie przy przy­stani, więc kiedy zamie­rzali prze­nieść ich przez cie­śninę na Ukrytą Wyspę? Czy cze­kali na przy­by­cie jesz­cze tego?

– Może mogli­by­śmy zgar­nąć jakieś łodzie i uciec na połu­dnie – zasu­ge­ro­wał Rysik. Genialny pomysł. Naprawdę nie wie­dział, że przy­stań będzie oto­czona linią war­tow­ni­czą? Nawet zna­jąc hasła, zostaną zgło­szeni natych­miast po jej przej­ściu. To będzie szansa jedna na milion. Z dru­giej strony zanim Zad stał się jego czę­ścią, coś takiego byłoby cał­ko­wi­cie nie­moż­liwe.

Przyj­rzał się stwo­rze­niu leżą­cemu na włó­kach. Tak dziwne, a jed­nak praw­dziwe. Zresztą nie cho­dziło tylko o stwo­rze­nie, choć było naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym zdzi­wie­niem. Jego zakrwa­wione ubra­nie było wyko­nane z mate­riału dosko­nal­szego, niż piel­grzym kie­dy­kol­wiek widział. Obok stwo­rze­nia leżała upchnięta różowa poduszka z bar­dzo wyszu­ka­nym haftem. Po chwili zmiany per­spek­tywy zro­zu­miał, że to obca sztuka, wyszyta na poduszce twarz zwie­rzę­cia z bar­dzo dłu­gim ryjem.

A więc ucieczka przez przy­stań miała szansę powo­dze­nia jeden na milion: nie­które nagrody warte były takiego ryzyka.

– Zej­dziemy tro­chę niżej – powie­dział.

***

Jaqu­era­ma­phan cią­gnął włóki, a Wic­kw­rack­zad ruszył przed nim, sta­ra­jąc się wyglą­dać na waż­nego i ofi­cer­skiego. Z Zadem nie było to trudne. Ele­ment był wzor­co­wym przy­kła­dem woj­sko­wej kom­pe­ten­cji, trzeba było go znać od środka, by wie­dzieć o łagod­no­ści.

Zeszli już pra­wie do poziomu morza.

Droga zro­biła się teraz szer­sza i z grub­sza wybru­ko­wana. Wie­dział, że przed sobą mają ukryty za drze­wami fort strze­gący przy­stani. Słońce ode­szło już od pół­nocy, wno­sząc się na wschod­nim nie­bie. Wszę­dzie kwi­tły białe, czer­wone i fio­le­towe kwiaty, z kłacz­kami uno­szą­cymi się gęsto na wie­trze – ark­tyczne rośliny w pełni korzy­stały z dłu­gich let­nich dni. Idąc po oświe­tlo­nym słoń­cem bruku, pra­wie można było zapo­mnieć o pułapce na szczy­tach wzgórz.

Już wkrótce natkną się na linię straż­ni­czą. Linie i pier­ście­nie były inte­re­su­ją­cymi isto­tami: ich umy­sły nie były zbyt bystre, ale sta­no­wiły w zasa­dzie naj­więk­sze sku­teczne sfory, jakie spo­ty­kało się poza tro­pi­kami. Sły­szał histo­rie o liniach dłu­gich na dzie­sięć mil, z tysią­cami ele­men­tów, choć naj­więk­sza, jaką Wędro­wiec widział oso­bi­ście, miała nieco poni­żej setki. Nale­żało wziąć grupę zwy­kłych istot i prze­szko­lić je do roz­cią­gnię­cia, nie w sfo­rach, ale jako poszcze­gólne ele­menty. Jeśli każdy ele­ment zosta­wał kilka jar­dów od naj­bliż­szych sąsia­dów, mogli utrzy­my­wać coś będą­cego odpo­wied­ni­kiem poziomu umy­sło­wego trój­niaka. Grupa jako całość nie była wiele mądrzej­sza – nie da się myśleć zbyt inten­syw­nie, gdy potrzeba sekund na prze­nik­nię­cie myśli przez cały umysł. A jed­nak linia dosko­nale orien­to­wała się w tym, co działo się wzdłuż niej. Jeśli jacyś jej człon­ko­wie zostali zaata­ko­wani, cała linia dowia­dy­wała się o tym z pręd­ko­ścią dźwięku. Wędrow­cowi zda­rzało się słu­żyć w liniach – nie była to prze­sad­nie bogata egzy­sten­cja, ale też nie aż tak nudna jak zwy­kła służba straż­ni­cza. Trudno się nudzić, gdy jest się głu­pim jak linia.

Tam! Poje­dyn­czy ele­ment wysta­wił szyję zza drzewa i zażą­dał hasła. Oczy­wi­ście Wic­kw­rack­zad je znał i zostali prze­pusz­czeni. Jed­nak fakt przej­ścia wraz z ich opi­sem był już teraz znany całej linii… oraz nie­wąt­pli­wie zwy­kłym żoł­nie­rzom w for­cie przy­stani.

Szlag. Nic się z tym nie dało zro­bić, po pro­stu będzie dalej reali­zo­wał ten sza­lony plan. Wraz z Rysi­kiem i ele­men­tem obcego prze­szli jesz­cze przez dwie wewnętrzne linie straż­ni­cze. Czuł już zapach morza. Wyszli spo­mię­dzy drzew na ska­li­stą przy­stań. Sre­bro lśniło na wodzie milio­nem migo­tli­wych iskier. Mię­dzy pomo­stami na falach koły­sała się duża wie­lo­ka­dłu­bowa łódź. Jej maszty były niczym las kiwa­ją­cych się drzew bez liści. Zale­d­wie milę po dru­giej stro­nie wody widać było Ukrytą Wyspę. Jego część zigno­ro­wała ten widok jako codzien­ność, choć inna zatrzy­mała się z podziwu. To był sam śro­dek, cen­trum świa­to­wego Ruchu Rze­za­cza. W tych posęp­nych wie­żach ory­gi­nalny Rze­zacz pro­wa­dził swoje eks­pe­ry­menty, pisał eseje… i spi­sko­wał, by rzą­dzić świa­tem.

Na pomo­stach nie było wielu ludzi. Więk­szość zaj­mo­wała się pra­cami porząd­ko­wymi: cero­wa­niem żagli i popra­wia­niem wią­zań dwu­ka­dłu­bow­ców. Przy­glą­dali się włó­kom z oczy­wi­stym zacie­ka­wie­niem, ale nikt się nie zbli­żył. Czyli musimy tylko zejść na koniec pomo­stu, odciąć cumy zewnętrz­nego dwu­ka­dłu­bowca i wypły­nąć. Na samym pomo­ście było chyba dość sfor, by to unie­moż­li­wić… a ich krzyki z pew­no­ścią przy­cią­gnę­łyby oddziały, które widział przy for­cie przy­stani. Wła­ści­wie zasko­czyło go nieco, że aż dotąd nikt nie zwró­cił na nich poważ­niej­szej uwagi.