Niewidzialne życie Addie LaRueTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Villon-sur-Sarthe

29 lipca 1714

IX


Kiedy pojawia się dźwięk, brzmi jak niskie dudnienie, głębokie i odległe jak grzmot.

Śmiech, myśli Adeline, otwierając oczy, i w końcu dostrzega, że światło dnia zanikło.

Podnosi wzrok, ale nikogo nie widzi.

– Jest tam kto?

Śmiech zamienia się w głos dobiegający gdzieś zza niej.

– Nie musisz klęczeć – mówi. – Zobaczmy, jak wyglądasz na stojąco.

Zrywa się z ziemi i odwraca, lecz widzi tylko otaczającą ją ciemność, środek nocy po zachodzie letniego słońca. Wówczas Adeline orientuje się, że popełniła błąd. To jeden z tych bogów, przed którymi ją ostrzegano.

– Adeline? Adeline?! – nawołują głosy z miasteczka, słabe i odległe jak wiatr.

Mruży oczy, by przejrzeć cienie pomiędzy drzewami, lecz nie kryje się tam żaden kształt, żaden bóg – słychać tylko głos, bliski niczym oddech na policzku.

– Adeline, Adeline – mówi kpiąco – wołają cię!

Znów się odwraca, lecz wokół niej zalegają tylko głębokie cienie.

– Pokaż się! – żąda głosem ostrym i kruchym niczym szkło. Coś muska jej ramię, ociera się o dłoń, owija wokół niej jak kochanek. Dziewczyna przełyka ślinę. – Czym jesteś?

Cień się cofa.

– Czym jestem? – pyta jedwabistym głosem, z lekkim rozbawieniem. – To zależy, w co wierzysz.

Głos rozdziela się na dwa, grzechocze pomiędzy gałęziami i wije się po mchu, nakładając się na siebie, aż dobiega zewsząd.

– A więc powiedz mi… powiedz mi… powiedz… – odzywa się echem. – Czy jestem diabłem… diabłem… czy cieniem… cieniem… cieniem? Czy może potworem… potworem… czy też bogiem… bogiem… bogiem… a może…

Cień zaczyna się zlewać w jedno, kłęby ciemności nadciągają ze wszystkich stron lasu niczym burzowe chmury. Kiedy jednak zbierają się w jednym miejscu, ich krawędzie nie są już mglistymi smugami, lecz wyraźnymi liniami, układającym się w kształt mężczyzny, widoczny w odległym świetle latarni z miasteczka za jego plecami.

– Czy może jestem tym?

Głos dobiega teraz z idealnych ust. Cień otwiera szmaragdowe oczy pod czarnymi brwiami, czarne loki tańczą nad czołem i twarzą, którą Adeline zna aż za dobrze. Tą, którą wyczarowywała tysiąc razy z grafitu, węgla i marzeń.

To nieznajomy.

Jej własny nieznajomy.

Adeline wie, że to sztuczka, cień przebrany za mężczyznę, ale jego widok i tak zapiera jej dech w piersiach. Ciemność spogląda po sobie, po raz pierwszy widząc się w tej formie, i najwyraźniej jest zadowolona.

– Aha, więc ta dziewczynka mimo wszystko w coś wierzy – mruczy, podnosząc wzrok. – No dobrze, wezwałaś mnie, oto jestem.

„Nigdy nie módl się do tych, którzy odpowiadają po zapadnięciu zmroku”.

Adeline wie o tym – o, jak dobrze o tym wie – ale tylko on odpowiedział na jej modły. Tylko on był skłonny pomóc.

– Jesteś gotowa zapłacić?

Zapłacić.

Cena.

Pierścionek.

Adeline pada na kolana i przetrząsa ściółkę wokoło, aż znajduje rzemyk i wyciąga pierścionek ojca.

Wyciąga go ku bóstwu: jasne drewno jest ubrudzone ziemią, a ono podchodzi. Może wygląda jak istota z krwi i kości, ale porusza się jak cień. Jeden krok i jest już koło niej, przesłaniając wszystko. Chwyta pierścień jedną dłonią, drugą kładzie na policzku Adeline. Jego kciuk głaszcze piega pod jej okiem, na krawędzi konstelacji.

– Moja droga – mówi ciemność, biorąc pierścionek. – Nie robię w błyskotkach.

Drewniany krążek kruszy się w jego dłoni i rozlatuje w pył, drobny jak dym. Z ust dziewczyny dobiega zdławiony dźwięk: sama utrata przedmiotu była dość bolesna, ale gdy zobaczyła, jak ulatuje z tego świata niczym brudna smuga, zabolało jeszcze bardziej. Jeśli jednak nie pierścień, to co?

– Proszę – mówi Adeline. – Oddam, cokolwiek zechcesz.

Druga dłoń cienia wciąż spoczywa na jej policzku.

– Zakładasz, że zechcę czegokolwiek – odpowiada, unosząc jej podbródek. – A ja przyjmuję zapłatę w tylko jednej monecie – wyjaśnia, przysuwając się jeszcze bliżej. Jego zielone oczy są niemożliwie jasne, a głos miękki niczym atłas. – Mogę wiele zdziałać, ale wyłącznie w zamian za ludzką duszę.

Serce Adeline skacze w piersi.

Przypomina jej się matka klęcząca w kościele, mówiąca o Bogu i Niebie. Słyszy ojca opowiadającego historie o życzeniach i zagadkach. Myśli o Estele, która wierzy tylko w drzewo ponad jej kośćmi… która powiedziałaby, że dusza to nic więcej jak ziarno zwracane do ziemi… Chociaż to przecież ona ostrzegała ją przed ciemnością.

– Adeline – odzywa się ciemność, a imię dziewczyny prześlizguje się pomiędzy jej zębami jak mech. – Jestem tutaj. Powiedz mi, po co.

Czekała tak długo, aż ktoś do niej przyjdzie, udzieli odpowiedzi i zada pytania, że z początku trudno jej znaleźć właściwe słowa.

– Nie chcę wychodzić za mąż.

Kiedy to mówi, czuje się taka mała. Całe życie wydaje jej się nieistotne, a bóg patrzy na nią krytycznie, tak jakby oceniał ją podobnie, jakby pytał: „Czy to już wszystko?”.

Nie, to jeszcze nie wszystko. Oczywiście jest więcej.

– Nie chcę należeć do nikogo – mówi Adeline z nagłą pasją. Usta stają się szeroko otwartymi drzwiami, przez które wylewają się z niej słowa, cała reszta życzeń: – Nie chcę należeć do nikogo innego, tylko do samej siebie. Chcę być wolna. Żyć, tak jak chcę, znaleźć własną drogę, kochać albo być sama, ale tylko z własnego wyboru. Jestem zmęczona brakiem wyboru, przerażona latami, które przeciekają mi przez palce. Nie chcę umrzeć tak, jak żyłam, bo to żadne życie. Nie chcę…

Cień przerywa jej niecierpliwie:

– I czemu ma służyć opowiadanie mi, czego nie chcesz? – Jego dłoń przeczesuje jej włosy i spoczywa na karku, by przyciągnąć ją jeszcze bliżej. – Powiedz mi, czego pragniesz najbardziej.

Adeline podnosi wzrok.

– Chcę mieć szansę na prawdziwe życie. Chcę być wolna – mówi, myśląc o latach, które traci. Mrugnięcie i znika pół życia. – Chcę więcej czasu.

Mierzy ją wzrokiem, a jego zielone oczy zmieniają odcień, błyszcząc raz jak wiosenna trawa, raz jak letnie liście.

– Ile?

Dziewczyna myśli. Pięćdziesiąt lat? Sto? Każda liczba wydaje się zbyt mała.

– Ach – mówi ciemność, trafnie odczytując jej milczenie. – A więc nie wiesz – konkluduje, a zielone oczy ciemnieją. – Prosisz o czas bez ograniczeń. Chcesz wolności bez zasad. Pragniesz żyć bez skrępowania, dokładnie tak, jak ci się podoba.

– Tak – odpowiada Adeline, zachłystując się z ekscytacji. Tymczasem cień się krzywi, jego dłoń opada i nagle już go nie ma przy niej. Opiera się o drzewo kilka kroków dalej.

– Odmawiam.

Adeline cofa się jak rażona piorunem.

– Co? – pyta. Zaszła tak daleko, oddała wszystko, co miała, i dokonała wyboru. Nie może wrócić do tamtego życia, do przeszłości i teraźniejszości bez przyszłości. – Nie możesz odmówić!

Ciemna brew się unosi, lecz na twarzy mężczyzny nie ma śladu uśmiechu.

– Nie jestem jakimś dżinnem, zobowiązanym ci służyć na każde skinienie. – Odsuwa się od drzewa. – Ani też pomniejszym leśnym duszkiem spełniającym życzenia za świecidełka śmiertelników. Jestem silniejszy niż twój bóg i starszy niż twój diabeł. Jestem ciemnością pomiędzy gwiazdami i korzeniami rosnącymi pod ziemią. Jestem obietnicą i możliwością, a jeżeli chodzi o gry, to ja ustalam reguły, ja rozstawiam pionki i ja wybieram, kiedy zacząć. A dzisiaj to ja mówię: nie.

„Adeline? Adeline? Adeline?!”

Światła miasteczka, tuż za lasem, wydają się teraz bliższe. Na polu widać pochodnie. Ludzie już po nią idą.

Cień ogląda się przez ramię.

– Wracaj do domu, Adeline. Z powrotem do swojego skromnego życia.

– Dlaczego? – błaga, łapiąc go za ramię. – Dlaczego mi odmawiasz?

Ociera dłonią jej policzek, a gest ten jest miękki i ciepły niczym dym z kominka.

– Nie prowadzę instytucji dobroczynnej. Prosisz o zbyt wiele. Ile lat minie, póki się nie nasycisz? Ile, zanim dostanę swoją dolę? Zawieram umowy na czas ograniczony, a twoja prośba jest bezterminowa.

Adeline będzie wspominać tę chwilę tysiące razy.

Z frustracją, z żalem, smutkiem, rozczulając się nad sobą i potwornie się wściekając.

W końcu dotrze do niej, że rzuciła na siebie klątwę, jeszcze zanim zrobił to cień.

Jednak tu i teraz widzi tylko migoczące pochodnie ludzi z Villon i zielone oczy nieznajomego, o którym kiedyś marzyła. Czuje, że życzenie wyślizguje jej się z rąk.

– Chcesz zakończenia? – pyta. – W takim razie odbierz mi życie, kiedy będę go miała dość. Możesz sobie wziąć moją duszę, kiedy nie będę jej już chciała.

Cień przechyla głowę, raptownie zaintrygowany.

Jego usta wyginają się w uśmiechu, dokładnie takim jak na jej rysunkach, podejrzliwym i tajemniczym… a potem przyciąga ją do siebie niczym kochanek. Jego skóra jest niczym dym, kości – jak z powietrza, a kiedy przyciska usta do jej ust, Adeline czuje, jak zmieniają się pory roku, a zmierzch staje się nocą. Potem jednak cień całuje ją jeszcze mocniej, gryząc w dolną wargę, a cierpienie miesza się z rozkoszą. Dziewczyna czuje miedziany smak krwi na języku.

– Umowa stoi – szepcze bóg tuż przy jej twarzy.

A potem cały świat czernieje, a ona osuwa się w nicość.

Villon-sur-Sarthe

29 lipca 1714

X


Adeline drży.

 

Patrzy i widzi, że siedzi na stosie mokrych liści.

Sekundę temu spadała, tylko przez chwilę, tyle, ile trzeba, by zaczerpnąć oddechu, ale czas, jak się wydaje, przeskoczył naprzód. Nieznajomy odszedł, a razem z nim resztki światła. Letnie niebo pomiędzy koronami drzew wygląda jak płachta czarnego atłasu, na której nisko wisi księżyc.

Adeline wstaje i przygląda się dłoniom, próbuje przeniknąć wzrokiem brud, by dostrzec jakikolwiek ślad przemiany.

Czuje się jednak… tak samo. Może tylko trochę kręci jej się w głowie, tak jakby podniosła się zbyt szybko albo wypiła za dużo wina na pusty żołądek, ale po chwili to uczucie mija, a ona ma wrażenie, jakby świat się lekko przechylił, ugiął, ale potem wrócił do równowagi, w tę samą bruzdę, którą się toczył.

Oblizuje wargi, spodziewając się poczuć smak krwi, lecz znak pozostawiony przez nieznajomego zniknął, podobnie jak on sam.

Skąd ma wiedzieć, czy zaklęcie zadziałało? Prosiła o czas, o życie: czy będzie musiała zaczekać rok, trzy lub pięć, by przekonać się, czy czas ją zmienia? Czy naciąć skórę nożem, by zobaczyć, czy i jak się goi? Ale nie, prosiła przecież o życie, a nie o życie bez uszczerbku, więc, szczerze mówiąc, boi się sprawdzić. A co, jeżeli jej skóra ustąpi pod ostrzem, jeśli obietnica cienia była tylko snem, albo gorzej – kłamstwem?

Wie tylko jedną rzecz: niezależnie od tego, czy umowa była prawdziwa, czy nie, nie musi baczyć na kościelne dzwony, nie poślubi Rogera. Oprze się woli rodziny, a jeśli będzie musiała, opuści Villon. Wie, że zrobi wszystko, czego trzeba, ponieważ uciekła w ciemność i od tej chwili jej życie tak czy inaczej będzie należało tylko do niej.

Kiedy Adeline wychodzi z lasu, uznaje tę myśl za ekscytującą. Straszną, ale ekscytującą.

Dopiero w połowie drogi przez pole zdaje sobie sprawę, jaka cisza panuje w miasteczku.

I jak tam ciemno.

Odświętne lampiony wygaszono, dzwony przestały bić, nikt jej nie woła.

Adeline zmierza w kierunku domu, a tępy strach z każdym krokiem zyskuje na ostrości i staje się coraz bardziej przenikliwy. Kiedy w końcu tam dociera, jej umysł aż pulsuje niepokojem. Frontowe drzwi stoją otworem, z wnętrza domu wylewa się na ścieżkę plama światła. Dziewczyna słyszy, jak matka nuci w kuchni, a ojciec rąbie drzewo z boku budynku. Normalny wieczór, ale coś tu jest nie tak: to nie miał być normalny wieczór.

– Maman! – woła Adeline, wchodząc do domu.

Talerz upada na podłogę, a matka wydaje okrzyk; nie bólu, lecz zaskoczenia.

– Co ty tu robisz? – pyta z gniewem. Tego właśnie oczekiwała Addie, takiego gniewu.

– Przepraszam – zaczyna wyjaśniać. – Wiem, że jesteś pewnie wściekła, ale nie mogłam…

– Kim jesteś?!

Te słowa zostają wysyczane, a dziewczyna zdaje sobie wówczas sprawę, że straszna mina matki nie oznacza gniewu zlekceważonej kobiety, ale przerażenie.

– Maman…

Matka krzywi się na sam dźwięk tego słowa.

– Wynoś się z mojego domu!

Adeline przebiega przez pomieszczenie i łapie ją za ramiona.

– Nie opowiadaj głupstw. To ja, A…

Próbuje powiedzieć „Adeline”.

I na próbie się kończy. Trzy sylaby to żadne wyzwanie, ale po pierwszej z nich traci oddech i nie jest w stanie wymówić dalszego ciągu. Powietrze w jej gardle staje się ciężkie jak kamień i dziewczyna bezradnie milczy. Próbuje znów, tym razem krótszej wersji, „Addie”, a następnie chociaż nazwiska „LaRue”, ale nic to nie daje. Słowa pomiędzy jej umysłem a językiem napotykają niewidzialną barierę. Mimo to, gdy nabiera do płuc powietrza, by wypowiedzieć inne słowo, każde inne słowo, wszystko odbywa się tak, jak powinno: płuca pracują, gardło się rozluźnia.

– Przestań – błaga matkę.

– A cóż to? – pyta niski, głęboki głos. Ten sam, który koił myśli Adeline, kiedy chorowała, który opowiadał jej baśnie, gdy siedziała na podłodze jego warsztatu.

Ojciec stoi w drzwiach z ramionami pełnymi drewna.

– Papa – wita go Adeline, a on się cofa, jakby słowa go raniły.

– Ta kobieta jest szalona! – zawodzi matka. – Albo przeklęta!

– Jestem waszą córką… – próbuje znów dziewczyna.

Ojciec krzywi się gwałtownie.

– Nie mamy dzieci.

Te słowa są jak tępy nóż, lecz ranią dużo głębiej.

– Nie – mówi Adeline, kręcąc głową z niedowierzaniem. Co za absurd. Ma dwadzieścia i trzy lata. Spędziła je pod tym dachem. – Przecież mnie znacie!

Jak mogliby nie znać? Podobieństwo było zawsze uderzające: oczy ojca, podbródek matki: brwi jednego z rodziców i usta drugiego. Każdy kawałek jest wierną kopią oryginału.

Widzą to przecież. Muszą widzieć.

Dla nich to jednak tylko diabelska sztuczka.

Matka żegna się znakiem krzyża, a ojciec chwyta Adeline, która już, już chce zatonąć w jego objęciach, lecz w jego uścisku nie ma ciepła, kiedy wlecze ją ku drzwiom.

– Nie… – błaga dziewczyna.

Matka teraz płacze, z jedną dłonią przy ustach, a drugą – na drewnianym krzyżyku na szyi. Nazywa własną córkę demonem, potworem, szaloną osobą. Ojciec nie mówi nic, tylko zaciska mocniej dłoń na jej ramieniu, wyciągając ją z domu.

– Odejdź – mówi, na wpół błagalnie.

Na jego twarzy widać smutek, ale nie ten, który wynika z wiedzy. Nie, to smutek zarezerwowany dla zagubionych, dla drzewa rozdartego przez piorun, dla okulawionego konia, dla rzeźby rozszczepionej na jedno pociągnięcie noża przed końcem.

– Proszę – żebrze Adeline. – Papa…

Jego twarz tężeje, a on wypycha ją w ciemność i zatrzaskuje drzwi. Słychać szczęk zasuwanego rygla. Adeline zatacza się, drżąc ze zdumienia i przerażenia. A potem odwraca się i ucieka.

– Estele… – Addie wymawia to imię jak modlitwę, najpierw pod nosem, po cichu, a potem głośno, wykrzykując je, kiedy zbliża się do domu staruszki. – Estele!

Wewnątrz błyska płomień lampki, a kiedy dziewczyna dociera na skraj rzucanej przez nią plamy światła, starsza kobieta stoi na progu, czekając na gościa, który ją wołał.

– Jesteś nieznajomą czy duchem? – pyta ostrożnie.

– Ani jednym, ani drugim – odpowiada Adeline, chociaż wie, jak wygląda: obszarpana sukienka, potargana fryzura i potok słów, które brzmią jak zaklęcia. – Jestem człowiekiem z krwi i kości. Znam cię od urodzenia. Sporządzasz talizmany w kształcie dzieci, żeby prawdziwe dzieciaki przeżyły zimę bez szwanku. Uważasz, że brzoskwinia to najsłodszy owoc, a ściany kościoła są za grube, by modlitwy się przez nie przedostały. Chcesz być pochowana nie pod kamieniem, ale w cieniu wielkiego drzewa.

Coś przemyka przez twarz staruszki, a Adeline wstrzymuje oddech w nadziei, że zostanie rozpoznana, lecz nic z tego.

– Chytry z ciebie duch – mówi Estele – ale nie przekroczysz tego progu.

– Nie jestem duchem! – wrzeszczy Adeline, ukazując się w pełnym świetle. – Uczyłaś mnie o starych bogach i o tym, jak ich wezwać, ale popełniłam błąd. Nie odpowiadali, a słońce zachodziło tak szybko! – Zaciska ramiona wokół żeber, trzęsąc się cały czas. – Pomodliłam się zbyt późno, coś odpowiedziało, a teraz wszystko jest nie tak!

– Głupia dziewczyna – szydzi Estele i nareszcie brzmi jak dawna znajoma Adeline. Tak jakby faktycznie ją poznawała.

– Co mam teraz zrobić? Jak to naprawić?

Staruszka tylko kręci głową.

– Ciemność rozgrywa własną grę, według swoich reguł – mówi. – A ty przegrałaś. – Z tymi słowami wycofuje się do wnętrza domu.

– Czekaj! – krzyczy Adeline, kiedy tamta zamyka drzwi.

Rygiel wędruje na swoje miejsce.

Dziewczyna całym ciałem uderza w deski, łkając, aż nogi odmawiają jej posłuszeństwa. W końcu klęka na zimnym kamiennym progu i wali pięścią w drzwi.

A wówczas rygiel nagle się odsuwa.

Drzwi się otwierają i Estele staje nad nią.

– Co to ma znaczyć? – pyta, mierząc wzrokiem dziewczynę skuloną na jej schodach.

Staruszka wygląda, jakby nigdy się nie spotkały. Tak jakby ostatnie wspomnienia sprzed zamknięcia drzwi zostały po chwili wymazane.

Spojrzenie kobiety przesuwa się po poplamionej weselnej sukni, potarganych włosach, ziemi pod paznokciami, ale nie wydaje się, żeby Estele poznawała dziewczynę, na jej pomarszczonej twarzy maluje się raczej ostrożna ciekawość.

– Jesteś duchem? Czy nieznajomym człowiekiem?

Adeline zaciska powieki. Co się tu dzieje? Imię wciąż staje jej kością w gardle, ale kiedy była duchem, została przegnana, więc przełyka z trudnością ślinę i odpowiada:

– Nieznajomą! – Po jej twarzy zaczynają płynąć łzy i zdobywa się na jeszcze jeden wysiłek: – Proszę… Nie mam dokąd pójść – błaga.

Starsza kobieta patrzy na nią przez dłuższą chwilę, a potem kiwa głową.

– Zaczekaj tu – mówi i wraca do domu. Adeline nigdy się nie dowie, co tamta miała zamiar zrobić, ponieważ drzwi się zamykają i pozostają zamknięte, a dziewczyna zostaje na klęczkach przed progiem, dygocząc ze zdenerwowania bardziej niż z zimna.

Nie wie, jak długo tam klęczy, ale kiedy zmusza się do wstania, nogi ma zesztywniałe. Podnosi się jednak i przechodzi obok domu Estele ku linii drzew, pomiędzy pierwszymi drzewami stojącymi na straży i dalej, w ciemną gęstwinę.

– Pokaż się! – krzyczy.

Słychać jednak tylko łopot skrzydeł, szelest liści, szmer lasu, któremu ktoś przerywa sen. Adeline wyobraża sobie jego twarz, zielone oczy, czarne loki, próbuje zmusić ciemność, by znów przybrała kształt, jednak upływają kolejne chwile, a ona nadal jest sama.

„Nie chcę należeć do nikogo”.

Wchodzi głębiej w las. Ta część jest dzika, stopy więzną jej w plątaninie jeżynowych krzaków, drapiących jej gołe nogi. Mimo to Adeline nie zatrzymuje się, dopóki drzewa nie zamkną się wokół niej, a ich gałęzie nie zasłonią jej księżyca.

– Wzywam cię! – wrzeszczy.

„Nie jestem jakimś dżinnem, zobowiązanym ci służyć na każde skinienie”.

Niska gałąź, na wpół zagrzebana w ściółce, rośnie dość wysoko, by złapać jej stopy. Dziewczyna pada, uderza boleśnie kolanami o szorstką ziemię i szarpie zarośniętą glebę.

„Proszę. Oddam, cokolwiek zechcesz”.

Wówczas pojawiają się łzy, nagłe i gorzkie. Głupia, głupia, głupia! Uderza pięściami o ziemię.

To złośliwa sztuczka, myśli Adeline, potworny sen, który zaraz się skończy.

Taka jest natura snów. Nie trwają wiecznie.

– Obudź się – szepcze w ciemność.

„Obudź się”.

Zwija się w kłębek na ściółce, zamyka oczy i widzi pobrużdżone łzami policzki matki, bezsilny smutek ojca oraz zmęczone spojrzenie Estele. Widzi również, jak mężczyzna z ciemności się uśmiecha. Słyszy jego głos, kiedy szepcze decydujące słowa.

„Umowa stoi”.

Nowy Jork

10 marca 2014

XI


W trawie obok niej ląduje frisbee.

Addie słyszy głośny tupot i otwiera oczy w samą porę, żeby zobaczyć wielki czarny nos zbliżający się do jej twarzy. Po chwili pies obsypuje ją mokrymi pocałunkami, a ona wybucha śmiechem i siada, głaszcze jego gęste futro i łapie go za obrożę, zanim dobierze się do jej papierowej torby z drugą muffinką.

– Nic się nie stało! – mówi w kierunku kogoś, kto głośno ją przeprasza.

Odrzuca frisbee w tamtym kierunku, a pies odbiega za zabawką. Addie nagle drży, od gwałtownego przebudzenia i z zimna.

Na tym polega kłopot z marcową pogodą. Ciepło nie trwa długo, pojawia się raczej chwilami, kiedy marzec ogłasza wiosnę, dość, by odtajać, jeśli siedzi się na słońcu, ale potem znów robi się zimno. Słońce się przesuwa, nadchodzi cień. Addie znowu drży, podnosi się z trawy i otrzepuje legginsy.

Powinna była ukraść cieplejsze spodnie.

Wpycha papierową torbę do kieszeni, wkłada książkę Freda pod pachę i wychodzi z parku. Zmierza przez Union Street na wschód, ku nadbrzeżnej części miasta.

W połowie drogi zatrzymuje się na dźwięk skrzypiec. Nuty toczą się niczym dojrzałe owoce.

Na chodniku siedzi na stołku kobieta z instrumentem pod brodą. Melodia jest powolna i słodka: te dźwięki przypominają Addie Marsylię, Budapeszt i Dublin.

Garstka ludzi przystaje w pobliżu, żeby posłuchać, a gdy utwór dobiega końca, rozlegają się niegłośne brawa, po czym słuchacze ruszają w swoją stronę. Addie wygrzebuje ostatnie drobne z kieszeni, wrzuca je do otwartego futerału, a potem idzie dalej, lżejsza i pełna nowych doznań.

 

Kiedy dociera do multipleksu na Cobble Hill, sprawdza godziny seansów na ekranie, a potem popycha drzwi i przyspiesza kroku w drodze przez zatłoczone lobby.

– Hej! – mówi, przywołując nastolatka z miotłą. – Chyba zostawiłam torebkę w sali numer trzy.

Łatwo jest kłamać, kiedy dobiera się właściwe słowa.

Chłopak pokazuje jej gestem, żeby przeszła, nawet nie podnosząc wzroku. Addie przemyka pod pluszową liną, przy której stoi bileter, i dalej, do zaciemnionego hallu, z każdym krokiem zwalniając. Za drzwiami sali, na której wyświetlany jest film akcji, rozlega się ściszony grom. Zza innych słychać wysokie i niskie głosy z akompaniamentem muzyki – to komedia romantyczna. Dziewczyna idzie spokojnie korytarzem, oglądając plakaty z adnotacjami „Wkrótce w kinach” i informacyjne paski prezentujące filmy grane w poszczególnych salach. Widziała je już dziesiątki razy, ale i tak to robi.

W numerze piątym właśnie kończy się seans, drzwi otwierają się jak szeroko, strumień ludzi wypływa na korytarz. Addie przeciska się pod prąd do pustoszejącej sali i znajduje w drugim rzędzie wywrócony kubełek popcornu. Białe kłębuszki i złote ziarna zaściełają lepką podłogę. Podnosi go i maszeruje z powrotem do lobby, do baru, czeka w kolejce za trzema dziewczynkami i podchodzi do lady.

Przeczesuje dłonią włosy, mierzwiąc je lekko, i oddycha głęboko.

– Przepraszam, ale jakiś dzieciak kopnął mój popcorn – mówi. Kręci głową, a chłopak za ladą powtarza ten gest irytacji. – Czy mógłbyś skasować mnie tylko za dosypkę, a nie za nowy…? – milknie, sięgając do kieszeni, tak jakby chciała wyciągnąć portfel, lecz chłopak już bierze od niej kubełek.

– Nie przejmuj się – mówi, rozglądając się. – Załatwię to.

Addie rzuca mu promienny uśmiech.

– Jesteś wielki! – odpowiada, patrząc mu prosto w oczy, a on rumieni się gwałtownie i duka, że to przecież nie problem, wcale nie problem, nawet jeśli wzrokiem szuka kierownika. Wyrzuca resztkę popcornu do śmieci i napełnia kartonowy pojemnik świeżą porcją, po czym przekazuje go jak tajemnicę wojskową tuż nad ladą.

– Miłego seansu.

Ze wszystkich wynalazków, których wdrożenie Addie obserwowała – kolei parowej, światła elektrycznego, fotografii, telefonów, samolotów czy komputerów – jej ulubionym jest kino.

Książki są cudowne, niewielkie, przenośne i trwałe, ale kiedy siedzi w ciemności w sali z szerokim ekranem wypełniającym jej pole widzenia, cały świat znika i Addie na kilka godzin staje się kimś innym: bohaterką romansu, kryminału, komedii lub filmu przygodowego, a wszystko to w rozdzielczości 4K i z wielokanałowym dźwiękiem.

Kiedy na ekranie pojawiają się napisy końcowe, jej serce powoli wypełnia ciężar. Przez pewien czas czuła się nieważka, lecz teraz wraca do siebie, opadając, aż jej stopy znów lądują na ziemi.

Gdy Addie wychodzi z kina, jest już prawie szósta i słońce zaczyna zachodzić.

Wraca krętą drogą przez ulice obramowane drzewami, park i targ, teraz zamknięty, ku zardzewiałemu zielonemu stolikowi po drugiej stronie. Fred wciąż siedzi na swoim krześle, czytając M is for Malice.

Wzór grzbietów na stole nieco się zmienił: tutaj puste miejsce po sprzedanej książce, a tam nowa, dodana do kolekcji. Światło dzienne jest coraz słabsze, toteż staruszek wkrótce będzie musiał spakować książki w pudła i zanosić je po jednym na górę, do swojego mieszkanka. Addie wiele razy oferowała pomoc, ale Fred woli robić to samodzielnie. Kolejne echo Estele. Uparty jak osioł.

Addie kuca teraz przy stoliku i wstaje z pożyczoną książką w dłoni, tak jakby tomik po prostu spadł z blatu na chodnik. Stawia go ostrożnie z powrotem, starając się nie potrącić innych książek. Fred musi właśnie czytać jakiś wyjątkowo dobry fragment powieści, bo wydaje tylko pomruk, nie podnosząc wzroku, nie zwracając uwagi na nią, na książkę ani na papierową torbę, którą Adeline stawia na wierzchu, zawierającą muffinkę z kawałkami czekolady.

Fred lubi właśnie takie.

Zwierzył się Addie pewnego ranka, że Candace zawsze wytykała mu słabość do słodyczy, mówiła, że to go zabije, ale ponieważ życie to dziwka z wypaczonym poczuciem humoru, to ona odeszła pierwsza, a on wciąż je takie gówna (to jego słowa, nie jej).

Temperatura spada, więc Addie wpycha dłonie do kieszeni i życzy Fredowi dobrej nocy, a potem odchodzi ulicą, plecami do nisko wiszącego słońca, z długim cieniem przed sobą.

Jest już ciemno, kiedy Addie dociera do Alloway, jednego z miejsc, które cieszą się sławą meliny, chociaż tę reputację psuje nieco fakt, że bar stał się popularny wśród celebrytów pragnących poczuć powiew prawdziwego Brooklynu. Kilku ludzi stoi przed wejściem, paląc, plotkując, czekając na przyjaciół, a Addie na chwilę przystaje przy nich. Sępi papierosa, tylko po to, żeby coś zrobić, opiera się pokusie podejścia do drzwi tak długo, jak się da, walcząc z poczuciem déjà vu.

Zna tę drogę.

Wie, dokąd prowadzi.

Inspiracją przy projektowaniu wnętrza Alloway musiał być kształt butelki whisky: wąska szyjka to wejście, a ciemny drewniany bar rozszerza się w kierunku sali pełnej stolików i krzeseł. Addie zajmuje miejsce przy kontuarze. Mężczyzna po lewej stawia jej drinka, a ona mu na to pozwala.

– Niech zgadnę – mówi facet. – Różowe?

Addie zastanawia się, czy nie zamówić whisky, tylko po to, żeby zobaczyć jego zaskoczoną minę, ale nigdy jej nie lubiła. Zawsze wolała słodkie trunki.

– Szampana.

Gość po lewej zamawia go, a potem gadają o niczym, aż ktoś do niego dzwoni, więc odchodzi na stronę, obiecując, że zaraz wróci. Addie wie, że nie wróci, i jest mu za to wdzięczna, gdy sączy szampana i czeka, aż Toby pojawi się na scenie.

Chłopak wchodzi, siada na stołku z jednym kolanem w górze, by oprzeć na nim gitarę, i uśmiecha się do widowni nieśmiało, niemal przepraszająco. Nie umie się jeszcze odpowiednio zaprezentować, ale Addie jest przekonana, że się nauczy. Zanim zacznie grać, spogląda na tłumek widzów, a dziewczyna zamyka oczy i pozwala, by muzyka otoczyła ją ze wszystkich stron. Toby gra kilka coverów, następnie jedną folkową piosenkę, a potem – to.

Podczas gdy pierwsze akordy płyną przez Alloway, Addie wraca myślą do jego mieszkania. Siedzi przy pianinie, układa nuty, a on tam jest, tuż przy niej, z dłonią na jej palcach.

Teraz docierają do niej również słowa owinięte wokół melodii, która staje się jego własną piosenką. Tak jak drzewo zapuszczające korzenie. Chłopak to zapamięta: nie ją, oczywiście, nie Addie, ale właśnie ich piosenkę.

Melodia dobiega końca, po czym wybuchają brawa. Toby zbliża się ukradkiem do baru, zamawia jacka danielsa z colą, ponieważ właściciele serwują mu go za darmo, i gdzieś pomiędzy pierwszym a trzecim łykiem uśmiecha się do Addie. Dziewczyna przez chwilę sądzi, a nawet ma nadzieję, że Toby coś pamięta, ponieważ patrzy na nią, tak, jakby ją znał, ale w rzeczywistości po prostu bardzo by tego chciał. W przytłumionym świetle pociągająca osoba może wydawać się znajoma.

– Przepraszam – mówi chłopak, przechylając głowę jak za każdym razem, kiedy jest zakłopotany. Tak właśnie zrobił dzisiaj rano, gdy znalazł ją w swoim salonie.

Ktoś ociera się o ramię Addie, przeciskając się do wyjścia. Dziewczyna mruga i scena z wnętrza znika.

To była tylko jej wyobraźnia. Nie weszła. Wciąż stoi na ulicy, a papieros wypalił się w jej palcach do cna.

Mężczyzna przytrzymuje jej drzwi.

– Wchodzisz?

Addie kręci głową i zmusza się, by zrobić krok w tył, z dala od drzwi, baru i chłopaka, który powinien właśnie wchodzić na scenę.

– Dzisiaj nie – odpowiada.

Ten wzlot nie jest wart upadku.