Niewidzialne życie Addie LaRueTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nowy Jork

10 marca 2014

VI


Samotne poruszanie się po świecie podlega pewnemu rytmowi.

Człowiek odkrywa, bez czego może się obyć, a bez czego nie. Na życie składają się proste potrzeby i małe radości. Nie pożywienie, nie schronienie, nie podstawowe rzeczy, których wymaga ludzkie ciało (ale nie ciało Addie), lecz to, co trzyma człowieka przy zdrowych zmysłach. To, co przynosi radość i sprawia, że życie jest łatwiejsze do zniesienia.

Addie myśli o swoim ojcu i jego rzeźbach, o tym, jak zestrugiwał korę, a potem drewno, by odnaleźć kształty pod spodem. Michał Anioł nazywał je aniołem ukrytym w marmurze, ale jako dziecko jeszcze tego nie wiedziała. Ojciec miał swoją nazwę: tajemnica w drewnie. Wiedział, jak ująć materiału, warstwa po warstwie, kawałek po kawałku, dopóki nie odnalazł jego istoty. Wiedział również, kiedy posuwał się za daleko. Jedno pociągnięcie za dużo i drewno w jego dłoniach przestawało być delikatne, a robiło się kruche.

Addie miała trzysta lat, by praktykować sztukę swojego ojca, by zestrugać samą siebie do najistotniejszych prawd, by nauczyć się, bez czego nie potrafi żyć.

Dowiedziała się więc, że daje sobie radę bez jedzenia (nie umrze z głodu), a także bez ogrzewania (zimno jej nie zabije). Kiedy jednak próbowała żyć bez sztuki, bez zdumienia otaczającym światem, bez pięknych rzeczy, czuła, że ogarnia ją szaleństwo. Kiedyś rzeczywiście oszalała.

Tym, czego potrzebuje, są opowieści.

Opowieści to sposób na zachowanie własnego „ja”, na zostanie zapamiętaną i na zapomnienie.

Opowieści mają tyle form: można stworzyć je węglem, zapisać w piosence, na malowidle, w wierszu albo filmie. No i w książce.

Addie odkryła, że książki pozwalają jej żyć tysiąc razy albo odnaleźć siłę w jednym, długim życiu.

Dwie przecznice dalej w kierunku Flatbush widzi na chodniku dobrze znany składany zielony stolik zawalony książkami, a za nim Freda skulonego na koślawym krześle, z czerwonym nosem w M is for Malice. Staruszek wyjaśnił jej kiedyś, gdy jeszcze był przy K is for Killer, że przed śmiercią chce przeczytać całą „alfabetyczną” serię powieści Sue Grafton. Addie ma nadzieję, że mu się uda. Dręczy go dokuczliwy kaszel, siedzenie na zimnie tylko pogarsza sytuację… a mimo to zawsze tam jest, kiedy Addie przechodzi w pobliżu.

Fred się nie uśmiecha ani nie rozmawia o błahostkach. Addie wie tylko tyle, ile wyciągnęła z niego słowo po słowie w ciągu ostatnich dwóch lat, powoli i z trudem. Staruszek jest wdowcem, mieszka na piętrze, a książki należały do jego żony, Candace. Kiedy zmarła, spakował je wszystkie i zniósł, żeby sprzedać: dzięki temu pozwala jej odchodzić po kawałku. Jakby wyprzedawał swój żal po stracie bliskiej osoby. Addie wie także, że siedzi tu na dole, ponieważ boi się śmierci w pustym mieszkaniu oraz tego, że nikt go nie znajdzie i nikomu nie będzie go brakowało.

– Kiedy kopnę w kalendarz tutaj, przynajmniej ktoś zauważy – mawia.

Jest dość opryskliwy, lecz Addie go lubi. Dostrzega w jego złości smutek i powściągliwy żal.

Dziewczyna podejrzewa, że w gruncie rzeczy wcale nie zależy mu na sprzedaży książek.

Nie oznacza ich cenami, nie przeczytał więcej niż kilku z nich, a czasami ma tak paskudny nastrój i odzywa się tak chłodnym tonem, że odstrasza potencjalnych klientów. Mimo to nadal do niego przychodzą i nawet kupują książki, ale za każdym razem, kiedy kolekcja na stoliku się zmniejsza, skądś pojawia się nowe pudło, a jego zawartość po rozpakowaniu uzupełnia puste miejsca. W ciągu ostatnich kilku tygodni Addie zaczęła dostrzegać między starymi wydaniami całkiem nowe, a wśród sczytanych tomików w miękkich oprawach nietknięte okładki i grzbiety. Zastanawia się więc, czy to Fred je kupuje, czy inni ludzie zaczęli mu je ofiarowywać.

Zwalnia przy stoliku, a jej palce tańczą nad tomami.

Kolekcja zawsze wydaje się pełna sprzeczności: thrillery, biografie, romanse, przeważnie w popularnych wydaniach, czasem tylko zalśnią grzbiety książek w twardej oprawie. Zatrzymywała się już setki razy, by im się przyjrzeć, ale dzisiaj tylko łapie książkę z samego końca gestem lekkim i zwinnym, niczym iluzjonistka. Popis kuglarstwa, ot co. Perfekcja wypracowana dzięki wiekom praktyki. Addie wkłada książkę pod pachę i odchodzi.

Staruszek nawet nie podnosi wzroku.

Nowy Jork

10 marca 2014

VII


Stragany stoją na brzegu parku niczym grono starych przekupek.

Zima przerzedziła je, ale minęła, i teraz liczba stoisk z białymi daszkami zaczyna znów rosnąć. Na placu pojawiają się pierwsze kolorowe kropki, tam, gdzie pomiędzy warzywami, mięsem i chlebem oraz innymi produktami, niewrażliwymi na zimno, wyskakują nowe towary.

Addie przemyka między ludźmi, zmierzając do małego białego namiotu, stojącego przy frontowej bramie Prospect Park. „Wstawaj – Pobudka!” to stragan z kawą i ciastkami prowadzony przez dwie siostry, które kojarzą się Addie z Estele; gdyby tylko staruszka istniała w dwóch osobach, różniących się charakterem. Gdyby była życzliwsza, delikatniejsza, a może po prostu, gdyby żyła innym życiem w innych czasach.

Siostry pracują tutaj przez cały rok, czy pada śnieg, czy praży słońce. Stanowią wyjątek: stały element w ciągle zmieniającym się mieście.

– Hej, cukiereczku – mówi Mel, ta z szerokimi ramionami i burzą loków, zawsze promieniejąca słodyczą, która sprawia, że nieznajomi czują, jakby należeli do rodziny. Addie uwielbia to swobodne ciepło, w które każdy ma ochotę się wtulić jak w ulubiony stary sweter.

– Co ci podać? – pyta Maggie, starsza i chudsza. Na pozór wygląda, jakby rzadko się uśmiechała, ale zaprzeczają temu zmarszczki wokół jej oczu i ust.

Addie zamawia dużą kawę i dwie muffinki, jedną z jagodami, a drugą z kawałkami czekolady, płaci pomiętą dziesięciodolarówką, znalezioną na stoliku u Toby’ego. Mogłaby oczywiście ukraść coś z targu, ale lubi ten stragan i kobiety, które go prowadzą.

– Masz dziesięć centów? – pyta Maggie.

Addie znajduje drobne w kieszeni, najpierw wyciąga kilka ćwierćdolarówek, potem dziesięć centów – i oto jej palce trafiają na drewniany pierścionek. Znów jest przy niej, ciepły pomiędzy chłodnymi metalowymi monetami. Dotyka go i zaciska zęby. Ten krążek jest jak natrętna myśl, której nie można się pozbyć. Przebierając wśród drobnych, Addie stara się go nie dotykać, wyciąga dłoń pełną bilonu, opierając się pokusie ciśnięcia go w krzaki. To i tak nic nie zmieni: pierścionek zawsze znajduje drogę z powrotem.

Ciemność szepcze Addie do ucha, owijając ramiona wokół jej szyi niczym szal:

„Zawsze jestem przy tobie”.

Dziewczyna wyławia dziesięć centów i chowa resztę drobnych do kieszeni.

Maggie wręcza jej cztery dolary.

– Skąd jesteś, laleczko? – pyta Mel, zauważając leciutki ślad akcentu w głosie Addie, teraz, po latach, zredukowany już do delikatnie zanikającego „s” i lekko zmiękczonego „t”. Minęło już tyle czasu, a mimo to Addie nie może się go pozbyć.

– Stąd i stamtąd – odpowiada wymijająco – ale urodziłam się we Francji.

– Och, la la – mówi Mel bezbarwnym, przeciągłym dialektem z Brooklynu.

– Proszę bardzo, słoneczko – odzywa się Maggie, podając Addie torbę ze słodkościami i wysoki kubek. Addie zaciska dłoń wokół papieru, rozkoszując się ciepłem ogrzewającym jej chłodne palce. Kawa jest ciemna i mocna, a kiedy bierze łyk, czuje ciepło spływające w dół i znów jest w Paryżu, w Stambule i w Neapolu.

Niezły kęs wspomnień.

Rusza ku bramie parku.

– Orewuar! – woła za nią Mel, twardo wymawiając każdą głoskę, a Addie uśmiecha się do parującego napoju.

Powietrze w parku jest rześkie. Słońce stoi wysoko, próbując ogrzewać świat, ale w cieniu wciąż panuje jeszcze zima, toteż Addie podąża za światłem i opada na trawiasty wzgórek pod bezchmurnym niebem.

Umieszcza jagodową muffinkę na papierowej torbie i sączy kawę, oglądając książkę pożyczoną ze stolika Freda. Nie sprawdziła wcześniej, co bierze, ale teraz czuje się nieco rozczarowana na widok taniego wydania w miękkiej oprawie, o wytartej okładce, z niemieckim tytułem.

Brzmi on: Kinder und Hausmärchen, a jako autorzy figurują „Brüder Grimm”.

Baśnie braci Grimm.

Jej niemiecki zardzewiał. Trzymała go w głębi umysłu, w odległym kącie, do którego nie zaglądała od czasów wojny. Teraz go odkurza, wiedząc, że pod warstwami brudu znajdzie tę wiedzę nietkniętą, gotową do użycia. Dobrodziejstwo pamięci. Dziewczyna przewraca teraz kruche, stare strony, a wzrok potyka się o słowa.

Dawno, dawno temu uwielbiała takie baśnie.

Kiedy była dzieckiem, świat był mały, a ona marzyła o otwartych drzwiach.

Teraz jednak Addie wie już aż za dobrze, że takie opowieści pełne są głupich ludzi robiących głupie rzeczy, że ostrzegają przed bogami, potworami i chciwymi śmiertelnikami, którzy chcą zbyt wiele, a potem nie rozumieją, co utracili. Dopóki nie zapłacą pełnej ceny, a wówczas jest już zbyt późno, by zażądać zwrotu.

Z jej serca wznosi się głos ciemny jak dym:

„Nigdy nie módl się do bogów, którzy odpowiadają po zapadnięciu zmroku”.

Addie rzuca książkę i kładzie się na trawie, zamykając oczy i próbując cieszyć się słońcem.

Villon-sur-Sarthe

 

29 lipca 1714

VIII


Adeline dotąd chciała być drzewem.

Rosnąć dziko i ukorzenić się głęboko, nie należeć do nikogo, tylko do ziemi pod stopami i nieba nad głową, tak jak Estele. Byłoby to życie niekonwencjonalne i może nieco samotne, ale przynajmniej decydowałaby sama o sobie. Należałaby tylko do siebie.

Niestety, mieszkanie w miejscach takich jak Villon niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwa.

Mrugnięcie – i mija rok.

Następne mrugnięcie – i przelatuje pięć następnych.

Ta wioska jest jak szpara w bruku, dość szeroka, by pewne rzeczy się w niej gubiły. To miejsce, gdzie czas wpada w poślizg i się zaciera, gdzie potrafi zniknąć miesiąc, rok albo całe życie. Gdzie każdy rodzi się i jest chowany na tej samej dziesięciometrowej działce.

Dlatego Adeline miała zamiar zostać drzewem.

Jednak potem pojawili się Roger i jego żona Pauline. Dorastali razem, potem wzięli ślub, a potem zniknęli, podczas kiedy Addie wydawało się, że minęło tylko tyle czasu, ile potrzeba na zasznurowanie butów.

Trudna ciąża, poród z komplikacjami, w efekcie nie jedno nowe życie, lecz dwie śmierci.

Pauline zostawiła trójkę małych dzieci, zamiast dodać do nich czwarte. Ziemia na jej mogile była jeszcze świeża, gdy Roger zaczął szukać kolejnej żony, matki dla swoich dzieci, drugiego życia, wyłącznie kosztem Adeline.

Oczywiście powiedziała „nie”.

Adeline ma dwadzieścia i trzy lata, jest już zbyt stara na zamążpójście.

Dwadzieścia i trzy – jedna trzecia życia już minęła.

Dwadzieścia i trzy – i właśnie wręczono ją, niczym dorodną maciorę, mężczyźnie, którego nie kochała, nie chciała poślubić i nawet nie znała.

Powiedziała „nie” i dowiedziała się, ile jest warte jej słowo. Dowiedziała się, że – tak jak Estele – obiecała poświęcić się wiosce, a wioska właśnie ma potrzebę.

Matka stwierdziła, że to obowiązek Adeline.

Ojciec oznajmił, że to łaska, lecz Addie nie mogła zrozumieć, wobec kogo.

Estele nic nie powiedziała, ponieważ doskonale zdawała sobie sprawę, że to nie fair. Wiedziała, że to właśnie ryzykuje kobieta, która próbuje poświęcić się miejscu zamiast konkretnej osobie.

Adeline chciała być drzewem, a ludzie nadeszli z toporem.

I oddali ją tamtemu.

W noc przed ślubem dziewczyna leży bezsennie i myśli o wolności. O ucieczce. Może wykradnie konia ojca, mimo że wie, jakie to szaleństwo?

Czuje się dość szalona, by to zrobić.

Zamiast tego zaczyna się modlić.

Oczywiście modliła się już od dnia zaręczyn. Połowę swoich rzeczy oddała rzece, drugą pogrzebała na polu i porośniętym krzakami zboczu na granicy miasteczka i lasu. Teraz nie ma już ani czasu, ani niczego, co mogłaby złożyć w ofierze.

Adeline leży w ciemności, obracając w palcach drewniany pierścionek na rzemyku. Chciałaby wyjść z domu i pomodlić się znowu, w środku nocy, lecz pamięta przerażające ostrzeżenia Estele przed tymi, którzy mogliby jej teraz odpowiedzieć. Dlatego zaciska złożone dłonie i modli się do Boga swojej matki. Modli się o pomoc, o cud, o jakieś wyjście. Aż wreszcie, gdy zapada najczarniejsza noc, modli się o śmierć Rogera. Cokolwiek, byle tylko uciec.

Natychmiast czuje wyrzuty sumienia, więc cofa tę ostatnią prośbę, tak jakby pośpiesznie wciągała oddech… i czeka.

Słońce wyłania się zza horyzontu jak wielkie żółtko, rozlewając złote światło po polach.

Adeline wyślizguje się z domu przed świtem, nie przespawszy ani chwili. Idzie krętą ścieżką przez wysoką trawę za warzywnikiem, a jej spódnice wilgotnieją od rosy. Skupia się na ich ciężarze, w dłoni trzyma ulubiony ołówek. Nie chce go oddawać, ale brakuje jej już czasu i darów, które mogłaby ofiarować.

Wciska ołówek zaostrzonym końcem w ziemię na polu.

– Pomóż mi – szepcze do trawy, której źdźbła wyraźnie rysują się na tle rozświetlonego nieba. – Wiem, że tam jesteś. Wiem, że słuchasz. Proszę. Proszę.

Trawa jest jednak tylko trawą, a wiatr – wiatrem. Żadne z nich nie odpowiada, nawet gdy Adeline przyciska czoło do ziemi i zaczyna łkać.

Roger nie ma zbyt wielu wad.

Nie ma jednak również zbyt wielu zalet. Jego skóra jest blada i woskowata, blond włosy mu rzedną, a jego głos brzmi jak świst wiatru. Kiedy kładzie dłoń na jej ramieniu, jego uchwyt wydaje się słaby, a gdy nachyla się ku niej, śmierdzi mu z ust.

A Adeline? Jest jak pozostawiona zbyt długo w ogródku jarzyna o grubej skórze i zdrewniałym wnętrzu, która ukryła się pod ziemią, lecz teraz zostanie wykopana i ugotowana.

– Nie chcę go poślubić! – mówi z palcami wbitymi w zarośniętą ziemię.

– Adeline! – woła jej matka, tak jakby z zagrody uciekło jakieś zwierzę.

Dziewczyna wstaje, pozbawiona emocji poza żalem i wściekłością. Kiedy wchodzi do domu, matka widzi tylko ziemię na jej dłoniach i wysyła córkę do miednicy. Adeline próbuje usunąć brud spod paznokci, szczotka kłuje ją w palce. Matka upomina ją tymczasem:

– Co sobie pomyśli twój mąż?

„Mąż”.

To słowo ciąży jej jak kamień młyński: potwornie ciężki i kompletnie pozbawiony ciepła.

Matka cmoka z dezaprobatą.

– Nauczysz się cierpliwości, jak będziesz miała dzieci pod opieką.

Adeline znów wyobraża sobie Isabelle: dwóch chłopców trzyma się jej spódnicy, a trzecie dziecko leży w koszyku przy kominku. W ciągu ostatnich dwóch lat postarzała się o dziesięć. Zawsze jest zmęczona, a jej policzki, kiedyś rumiane od śmiechu, teraz są zapadnięte.

– Wyjście za mąż dobrze ci zrobi – mówi matka Adeline.

Dzień mija jak ogłoszenie wyroku.

Słońce opada niczym kosa żniwiarza.

Adeline niemal słyszy świst ostrza, kiedy matka upina jej włosy w koronę, wplatając kwiaty w miejsce klejnotów. Sukienka jest prosta i lekka, ale dziewczynie wydaje się tak ciężka, jakby wykonano ją z kolczugi.

Chce jej się krzyczeć.

Zamiast tego łapie drewniany pierścionek zawieszony na szyi, tak jakby pomagał utrzymać jej równowagę.

– Będziesz musiała go zdjąć przed ceremonią – instruuje ją matka, a Adeline kiwa głową, lecz zaciska palce na krążku.

Ojciec przychodzi ze stodoły cały w trocinach, pachnący świeżym drewnem. Kaszle, a w jego piersi rozlega się przy tym słaby grzechot, jakby przesypujących się ziaren. Ten kaszel dręczy go od roku, ale mężczyzna nie pozwala o nim rozmawiać.

– Jesteś już gotowa? – zagaja.

Co za głupie pytanie.

Matka mówi o weselnej biesiadzie, tak jakby było już po niej. Adeline patrzy przez okno na słońce zapadające za horyzont i nie słucha słów, ale słyszy ogień w głosie matki, żarliwe potwierdzenie słuszności własnej decyzji. Dostrzega cień ulgi nawet w oczach ojca. Ich córka próbowała wyciąć sobie własną ścieżkę, ale teraz wszystko jest już znów na swoim miejscu, krnąbrna owieczka wróciła do stada i podąża właściwą drogą.

W domu jest za ciepło, powietrze wydaje się ciężkie i nieruchome. Adeline nie może oddychać.

W końcu bije kościelny dzwon: wybrzmiewa niski dźwięk, taki sam jak na pogrzebach, a dziewczyna zmusza się, żeby wstać.

Ojciec dotyka jej ramienia.

Jego twarz jest smutna, lecz uścisk mocny.

– W końcu pokochasz męża – mówi, ale słowa te brzmią bardziej jak życzenie niż obietnica.

– Będziesz dobrą żoną – dodaje matka, jednak słowa te brzmią bardziej jak rozkaz niż życzenie.

A potem w drzwiach pojawia się Estele, w takim stroju, jakby obchodziła żałobę. A właściwie dlaczego by nie? To ta kobieta nauczyła ją marzyć i wierzyć w upartych bogów, wypełniła głowę Adeline myślami o wolności, rozdmuchiwała w niej żar nadziei i pozwoliła jej sądzić, że ma prawo do własnego życia.

Za jej siwą głową rzednie światło dnia. Wciąż jeszcze jest czas, mówi sobie Adeline, ale ubywa go z każdym oddechem.

Czas. Często słyszała, jak porównywano go do piasku w klepsydrze, przesypującego się w stałym tempie. To jednak kłamstwo: czuje, jak czas przyspiesza i miażdży ją swoim ciężarem.

Ogarnia ją panika, a serce bije jej jak bęben. Przed nią rozciąga się ścieżka, pojedyncza ciemna linia, prosta i wąska, prowadząca na rynek miasteczka. Na jej końcu czeka kościół, jasny i nieruchomy niczym płyta nagrobna. Adeline wie, że jeśli tam wejdzie, już z niego nie wyjdzie.

Jej przyszłość upłynie w tym samym tempie, co przeszłość, tylko gorzej: żadnej wolności, zamiast niej małżeńskie łóżko i łoże śmierci, pomiędzy nimi być może dziecięce łóżeczka, a kiedy umrze, to będzie tak, jakby nigdy nie żyła.

Nie będzie Paryża.

Ani zielonookiego kochanka.

Ani podróży statkiem do dalekich krajów.

Ani obcego nieba.

Ani życia poza miasteczkiem.

Ani w ogóle żadnego życia, chyba że…

Adeline wyrywa się z uchwytu ojca i staje na ścieżce.

Matka odwraca się i patrzy na nią tak, jakby córka ruszała do ucieczki: dziewczyna ma na to ochotę, ale wie, że nie może.

– Przygotowałam podarunek dla męża – mówi Adeline, jej umysł pracuje gorączkowo. – Tylko że zostawiłam go w domu.

Matka rozluźnia się, spoglądając na córkę z aprobatą.

Ojciec sztywnieje, patrząc podejrzliwie.

Estele mruży oczy, doskonale wiedząc, co się święci.

– Zaraz go przyniosę – ciągnie Adeline, ruszając z powrotem.

– Pójdę z tobą – mówi ojciec, a jej serce skacze w piersi, dłonie drżą, lecz Estele go zatrzymuje.

– Jean – mówi szelmowskim tonem – Adeline nie może być twoją córką i jego żoną naraz. To dorosła kobieta, a nie dziecko, którego trzeba pilnować.

Ojciec patrzy córce w oczy i mówi:

– Tylko szybko.

Adeline już biegnie.

Ścieżką do domu, przez drzwi, do wnętrza, na drugą stronę, do okna otwartego na pole i w kierunku odległej linii drzew. Las trzyma straż na wschodnim krańcu miasteczka, po przeciwnej stronie niż słońce. Kryją go już cienie, chociaż dziewczyna wie, że wciąż jeszcze jest dość światła i dość czasu.

– Adeline?! – woła ojciec, ale ona nie ogląda się za siebie.

Zamiast tego wyskakuje przez okno: wystający kawałek drewna rozdziera ślubną sukienkę, a ona wypada na zewnątrz i biegnie.

– Adeline? Adeline!

Głosy krzyczą za nią, ale z każdym krokiem słabną. Po chwili jest już po drugiej stronie pola i wbiega do lasu, mijając linię drzew. Grzęźnie po kolana w gęstej letniej ściółce.

Trzyma kurczowo drewniany pierścionek, czując, że musi się z nim rozstać, jeszcze zanim ściągnie rzemyk z szyi. Nie chce go poświęcać, ale zużyła wszystkie dary, oddała ziemi wszystko, co mogła, i żaden z bogów nie odpowiedział. Teraz zostało jej już tylko to, światło dnia gaśnie, miasteczko wzywa ją z powrotem, a ona rozpaczliwie pragnie uciec.

– Proszę – szepcze. Głos jej się łamie na tym słowie, gdy rzuca pierścionek na omszały grunt. – Zrobię wszystko.

Drzewa szumią jej nad głową, a potem zamierają, tak jakby również czekały. Tymczasem Adeline modli się do wszystkich bogów w lasach wokół Villon, do każdego, kto jej wysłucha. Jej życie nie może tak wyglądać. To nie może być wszystko.

– Odpowiedz – błaga, a jej ślubna sukienka nasiąka wilgocią.

Zaciska powieki i wytęża słuch, ale słyszy tylko własny głos na tle wiatru, i imię, odbijające się echem w jej uszach niczym dźwięk pulsu.

„Adeline…”

„Adeline…”

„Adeline…”

Pochyla głowę, opiera ją o ziemię, wbija w nią palce i wrzeszczy:

– Odpowiedz mi!

Cisza wydaje się z niej szydzić.

Adeline mieszkała tu przez całe życie, lecz nigdy nie słyszała, żeby w lesie było tak cicho. Ogarnia ją chłód, ale nie wie, czy nadciągający z lasu, czy z wnętrza jej ciała, z samych kości, które poddają się w ostatniej walce. Oczy wciąż ma mocno zamknięte, i pewnie dlatego nie dostrzega, że słońce nad miasteczkiem za jej plecami ześlizgnęło się już za horyzont, a zmierzch ustępuje miejsca nocy.

Modli się dalej, niczego nie zauważając.