Skrzydła ognia. Ukryte królestwoTekst

Z serii: Skrzydła ognia #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Skrzydła ognia

Karta tytułowa

Mapa

Leksykon. Smoki Pyrii

Smocze proroctwo

Prolog

Część pierwsza. Potwory z lasu deszczowego

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Część druga. Piach, lód i dym

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Część trzecia. Tron wśród koron drzew

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Epilog



Tytuł oryginału:

Wings of Fire. Book Three: The Hidden Kingdom

Copyright © 2013 by Tui T. Sutherland

Copyright for the Polish translation © 2016 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Joy Ang

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Mapy i ramki: Mike Schley

Ilustracje smoków: Joy Ang

Projekt typograficzny: Phil Falco

Skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-724-1

Wydanie II

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60

e-mail kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Jonathanowi,

za jego wspaniały kostium Morskoskrzydłego.







Smocze proroctwo

Poprzedzone wojen dwudziestu latami

Przybędą smoczęta.

Gdy kraina przesiąknie krwią i łzami,

Przybędą smoczęta.

Jajo skrzydeł morza błękitne jest całe.

Nocy skrzydła przybędą wcale niewzywane.

Na szczycie góry największe jajo:

Tam skrzydła nieba na was czekają.

Jajo skrzydeł ziemi w błocie się ukrywa,

Jego kolor to krwi smoczej czerwień żywa.

Przed królowych-rywalek gniewem niechybnym

Ukryte jest samotnie jajo Piaskoskrzydłe.

Żagiew i skrę pożogi niosą trzy królowe.

Dwie z nich polegną, trzecia zaś się dowie,

Że gdy głowę skłoni przed losu potęgą

Moce skrzydeł ognia w sukurs jej przybędą.

W noc najjaśniejszą pięć jaj się wykluje.

Pięć smoków przybywa i pokój zwiastuje.

W ciemności wezbranej światło rozbłyskuje.

Smoczęta przybywają...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Piątka smocząt walczyła.

Znowu.

W jaskrawych łuskach w zielonym, czerwonym i złotym kolorze odbijało się wschodzące słońce, kiedy młode smoki śmigały między skałami, błyskając szponami i zębami. Pięć rozwidlonych języków syczało wściekle. Za smoczętami, u podnóża klifu morze rozbijało się o piach ze stłumionym hukiem, jakby nie chciało konkurować ze smoczymi wrzaskami.

To było żenujące, nie dało się tego inaczej opisać. Nautilus zerknął niespokojnie na stojącego obok potężnego czarnego smoka. Smoczęta były tak zajęte wrzeszczeniem na siebie, że nawet go nie zauważyły. Nautilus żałował, że nie potrafi czytać w umyśle Wieszcza, tak jak Wieszcz bez wątpienia czytał w jego.

Żałował też, że nie ma tu innych Szponów Pokoju, ale kiedy rozeszła się wieść o wizycie Nocoskrzydłego, większość nagle odkryła, że ma gdzieś indziej pilną misję do wypełnienia. Kryjówka organizacji pokojowej w nadmorskim klifie praktycznie całkowicie opustoszała tego ranka. Czasem jakiś smoczy pysk wynurzał się z którejś z jaskiń, dostrzegał Wieszcza i natychmiast znikał.

Na szczycie urwiska znajdowała się tylko piątka smocząt. Chociaż jeszcze kilka innych młodych smoków mieszkało ze Szponami Pokoju, wszystkie zabrano z widoku.

Najwyraźniej nikt nie uznał za właściwe uprzedzenia przedmiotów kontroli Wieszcza o jego wizycie ani ostrzeżenia, że zostaną poddane inspekcji.

– Cóż – powiedział Nocoskrzydły – są... Bardzo energiczne.

– To tylko plan awaryjny – bronił się Nautilus. – Nikt nie spodziewał się, że będziemy ich potrzebować. A już na pewno nie tego, że przydadzą się wszystkie. Myśleliśmy, że może jedno albo dwoje, gdyby coś poszło nie tak z oryginałami. Nie poświęciliśmy ich szkoleniu zbyt wiele czasu.

 

– Widzę.

Wieszcz zmrużył ciemne oczy, kiedy Żmija, Piaskoskrzydła smoczyca, wpadła do szczeliny, a Błotoskrzydły zaraz potem potknął się i spadł na nią. Żmija błyskawicznie obróciła się z sykiem i ugryzła Burego w ogon. Błotoskrzydły wydarł się w niebogłosy.

– Przepraszam na chwilę – powiedział Nautilus.

Widział już, dokąd zmierza ta awantura. Podszedł, trzepnął Żmiję w ucho i zabrał Kalmara, małego zielonego Morskoskrzydłego smoczka, nim pozostałe smoczęta podpaliły mu ogon.

– Przestańcie! – syknął. – Jesteście obserwowane!

Płomień, czerwone Nieboskrzydłe smoczę, zamknął paszczę na kłódkę i obrócił błyskawicznie głowę, rozglądając się po poszarpanych skałach nadmorskiego klifu. Wieszcz wyszedł na światło jutrzenki i wyniośle spojrzał na niego z góry.

– Wiedziałam! – zawołała triumfalnie mała Nocoskrzydła smoczyca, Profetka. Zeskoczyła z kamiennego filaru, wymachując dumnie skrzydłami. – Wiedziałam, że Nocoskrzydły przyjdzie nas zobaczyć! A nie mówiłam wam, że tak się stanie?

– Mówiłaś? – Bury podrapał się po wielkim brązowym łbie.

– Nie – odrzekła Żmija.

– Nie wydaje mi się – wtrącił Kalmar, wyglądając zza Nautilusa.

– Nawet jeśli mówiłaś, to przewidziałaś także trzęsienie ziemi, nowego Szpona Pokoju i to, że w tym tygodniu dostaniemy na śniadanie coś poza mewami – powiedział Płomień. – A ponieważ żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, sama rozumiesz, dlaczego mogliśmy przestać cię słuchać.

– Ale ja wiedziałam – odrzekła beztrosko Profetka. – Widziałam to dzięki moim mocom! I przewidziałam, że przyniesie nam coś świetnego na śniadanie. Prawda? – Rozpromieniła się, patrząc na Wieszcza.

Nocoskrzydły zamrugał powoli.

– Hm, Nautilusie, pozwól na słówko.

– Ja też mogę iść? – zapytała czarna smoczyca, podbiegając w podskokach do Wieszcza. – Pierwszy raz spotykam drugiego Nocoskrzydłego. Chociaż, rzecz jasna, odczuwam bardzo silną nadprzyrodzoną więź z całym naszym plemieniem.

– Zostań. Tutaj.

Wieszcz przycisnął jeden szpon do jej pierś i odsunął ją w stronę pozostałych smocząt. Naburmuszona usiadła i z prychnięciem owinęła ogon wokół łap.

Wieszcz zszedł po skałach poza zasięg słuchu smocząt. Kiedy odwrócił się, zobaczył, że Nautilus jest tuż za nim, ale jego ogona uczepiło się Morskoskrzydłe smoczę. Wieszcz spojrzał z dezaprobatą na Kalmara.

– Nie mogę zostawić go z nimi samego – wyjaśnił przepraszająco Nautilus. – Kiedy tylko spuszczę ich z oczu, jedno z nich go gryzie.

– Albo wszystkie naraz – dodało smoczę, pociągając nosem.

Wieszcz w zamyśleniu wysunął i schował język.

– To jasne dla mnie – powiedział po chwili – że zostawienie smocząt z przepowiedni pod opieką Szponów Pokoju było pomyłką. Zarówno prawdziwych, jak i fałszywych.

– Kogo? – spytało smoczę.

– Cicho – powiedział Nautilus, zasłaniając pysk smoczęcia łapą. Zauważył minę Wieszcza, więc dodał szybko: – Wiesz przecież, Kalmarze. Uczyliśmy was o przepowiedni. Pamiętasz o wojnie, w której walczą wszystkie smocze plemiona?

– To ta, którą chcecie zakończyć – odpowiedział Kalmar. – Ponieważ my jesteśmy ci dobrzy! Chcemy pokoju!

– Racja – przytaknął Nautilus. – Zasadniczo masz rację. Zatem przepowiednia mówi, że pięć smocząt, które wykluły się jakieś sześć lat temu, Morskoskrzydłe, Nieboskrzydłe, Błotoskrzydłe, Piaskoskrzydłe i Nocoskrzydłe, zakończy wojnę. Muszą wybrać, która z sióstr powinna zostać nową Piaskoskrzydłą królową: Pożoga, Żagiew czy Iskra.

– Och – mruknął Kalmar. – Ej, ja się wyklułem jakieś sześć lat temu!

– Doprawdy? – powiedział Wieszcz. – A jesteś rozmiarów ledwie trzyletniego smoczęcia.

– Mam za to wielką osobowość – poinformował go Kalmar, jakby powtórzono mu to tyle razy, że nabrał pewności, że wszyscy o tym wiedzą.

– A twoi przyjaciele też mają jakieś sześć lat – dodał szybko Nautilus.

– To nie są moi przyjaciele – burknął Kalmar. – To sami okrutnicy. Z wyjątkiem Profetki, która jest zwyczajnie szurnięta.

Wieszcz obejrzał się na Profetkę, Nocoskrzydłe smoczę. Siedziała na szczycie skręconej kamiennej kolumny, wychylając się w ich stronę tak mocno, że wyglądała, jakby w każdej chwili mogła stracić równowagę i spaść.

– No cóż, Kalmarze – powiedział Nautilus. – A gdybyś był jednym ze smocząt z przepowiedni? Co byś na to powiedział?

Morskoskrzydły zerknął przebiegle na Wieszcza.

– A dostanę skarb?

– Zdobędziesz sławę i władzę – powiedział Wieszcz. – Oczywiście, jeśli będziesz robił to, co ci się każe.

– A co ze skarbem? – dopytywał się Kalmar.

Wieszcz rzucił Nautilusowi pełne niedowierzania spojrzenie.

– Czy to smoczę targuje się ze mną?

– Lubię skarby – zauważył Kalmar. – Szpony Pokoju są beznadziejne, bo żaden z nich nie ma skarbu.

– Porzuciliśmy doczesne dobra, żeby walczyć o sprawy wyższe – powiedział Nautilus. – Pokój jest ważniejszy od klejnotów i złota.

– E tam, ja wolę złoto – odrzekł Kalmar.

– Byłbyś gotów wybrać na królową tę Piaskoskrzydłą, którą ci wskażemy? – zapytał Wieszcz. – Jeśli tak, to może moglibyśmy porozmawiać o złocie.

– W porządku – odpowiedział Kalmar z błyskiem w oku – ale nie chcę, żeby brał w tym udział Płomień. On zostaje tutaj.

– Dlaczego? Co jest nie tak z waszym Nieboskrzydłym? – zapytał Nautilusa Wieszcz.

– Nic. Po prostu pobili się dzisiaj.

– I każdego innego dnia! – wtrącił Kalmar. – Bo on jest podły!

– Udział Nieboskrzydłego nie podlega negocjacjom – orzekł Wieszcz.

– Sam nie nalegasz polegacjom.

– Kalmar, zachowuj się – upomniał go zmęczonym tonem Nautilus.

– Już widzę, że tego pożałuję – powiedział Wieszcz, patrząc chmurnie na Morskoskrzydłego – ale sam zajmę się szkoleniem smocząt z przepowiedni. Zbyt długo niewłaściwie się nimi zajmowano. To oczywiste, że potrzebują klarowniejszego przewodnictwa.

– Co to znaczy? – zapytał Nautilus.

Po jego łuskach zaczęła się skradać groza. Zerknął na Kalmara. Może powinni byli znaleźć innego Morskoskrzydłego na fałszywe smoczę przeznaczenia.

Jeśli Wieszcz skrzywdzi Kalmara... Jeśli małemu się cokolwiek stanie... Jego matka mnie zabije, rozmyślał Nautilus.

– To znaczy, że idą ze mną – odpowiedział Wieszcz i machnął ogonem.

– Dokąd? – dopytywał się Kalmar.

– Dowiesz się, kiedy tam dotrzemy – odparł Wieszcz. – A dla własnego dobra skończ ze wścibskimi pytaniami i zacznij robić to, co ci się każe.

– Ja to potrafię – zapewnił go Kalmar – ale życzę powodzenia z Płomieniem albo Żmiją. – Zastanowił się chwilę. – I Profetką, skoro już o tym mowa.

– Chwileczkę, protestuję – wpadł im w słowo Nautilus. Próbował napełnić umysł hałasem, żeby Nocoskrzydły nie mógł odczytać jego myśli. – Nie możesz ich zabrać. Z wyjątkiem Profetki, która zjawiła się z tobą, rodzicami wszystkich są Szpony. W taki sposób zdobyliśmy jaja. Nie zgodzą się, żeby smoczęta odeszły.

– Z wyjątkiem Burego – wtrącił usłużnie Kalmar. – Jego mama ma to w nosie. Takie są Błotoskrzydłe.

– Zamknij się! – rozkazał Wieszcz.

Przyjrzał się Nautilusowi, mrużąc czarne oczy.

Nie myśl, nie myśl, nie myśl, powtarzał sobie Nautilus.

– Na trzy księżyce – powiedział z niesmakiem Wieszcz – to smoczę jest twoim synem.

Nautilus spuścił wzrok na łapy. To wydawało się takim dobrym pomysłem, kiedy Szpony zdecydowały, że warto mieć zapasowe smoczęta. Kalmar wykluł się mniej więcej we właściwym czasie, nawet jeśli nie dokładnie w najjaśniejszą noc. Ponadto to gwarantowało, że wszyscy w organizacji będą traktowali jego smoczę jak bezcenne stworzenie, którym rzeczywiście było. Zdaniem Nautilusa.

– Oczywiście, że tak – odpowiedział Kalmar. – Czy to nie zabawny zbieg okoliczności? Rety! Jestem synem przywódcy Szponów Pokoju i na dodatek smoczęciem przeznaczenia. – Wypiął pierś. – Jestem jeszcze ważniejszy, niż myślałem.

Odszedł dostojnym krokiem do pozostałych smocząt, zapomniawszy (jak to często mu się zdarzało), że żadne z nich nie lubi słuchać o tym, jaki to Kalmar jest ważny i że zanim się obejrzy, znowu skończy z przypalonym pyskiem.

Nautilus patrzył za nim, zastanawiając się, dlaczego wszystko potoczyło się tak katastrofalnie źle. Dlaczego Szpony zgodziły się współpracować z Wieszczem? Dlaczego w ogóle zaangażowały się w wypełnienie przepowiedni? I jak to się stało, że straciły prawdziwe smoczęta? To pytanie doprowadzało go do szaleństwa.

Pustułka, Barchan i Płetwonóg powinni poradzić sobie z piątką smocząt, zwłaszcza że tak się szczęśliwie składało, że siedziały uwięzione w sekretnej jaskini. A mimo to piątka uciekła, prawdopodobnie zabiła królową Czerwień z Nieboskrzydłych, wywołując niepokoje w całym Królestwie Nieba. Małe smoki podburzyły królową Koralę przeciwko jej sojusznikom, obróciły w perzynę pałac Morskoskrzydłych i ponownie zniknęły w dzikich ostępach Pyrrii.

A co gorsza, nie było kogo ukarać. Pustułka i Barchan nie żyli, podczas gdy Płetwonóg wyrwał się Szponom i przepadł. I kto wie, gdzie się podziewały smoczęta i kiedy znowu pojawią się ze swoim spektakularnym talentem do robienia kłopotów i wywoływania chaosu.

– Rzeczywiście to niezwykły zbieg okoliczności – powtórzył słowa Kalmara Wieszcz, chociaż nie był pod dużym wrażeniem.

– No wiesz – bąknął Nautilus – pomyślałem: czemu nie? Oczywiście żadne z tych smocząt nie wykluło się w najjaśniejszą noc, bo wtedy byłyby prawdziwymi smoczętami przeznaczenia, prawda? Są jednak w mniej więcej właściwym wieku i nikt nie musi wiedzieć nic więcej.

– Kłopot tylko z tymi, którzy byli przy ich wylęgu – zamyślił się na głos Wieszcz. – Byłoby schludniej, gdybyśmy zabili wszystkich świadków.

Nautilus pobladł. Czy rodzice liczyli się jako świadkowie? – zastanowił się, zanim zdławił tę myśl.

– Zrobimy, co trzeba, kiedy nadejdzie taka potrzeba – orzekł pośpiesznie Wieszcz. – Ponieważ nie mamy jeszcze pewności, którymi ze smocząt się posłużymy, a których się pozbędziemy.

Zmarszczył czoło, patrząc na Profetkę, która żywo przesłuchiwała Kalmara.

Nautilus był teraz bliski omdlenia.

– Pozbędziemy się? – powtórzył.

Wieszcz prychnął.

– Dobrze więc. Twoje oddam z powrotem w jednym kawałku. – Zmarszczył nos i zdaniem Nautilusa sprawiał wrażenie bez mała rozbawionego. – Czy pokój nie jest najważniejszy, Nautilusie? Czy nie powtarzasz cały czas swoim Szponom, że dla zakończenia wojny trzeba ponieść wszelkie niezbędne ofiary?

– Tak, ale...

– Alternatywne smoczęta to był twój pomysł. Dobry pomysł, jak widać, zwłaszcza kiedy prawdziwe okazały się niezadowalające. – Wieszcz syknął cicho. – Pozbędziemy się więc tych najbardziej niebezpiecznych, a zastępców wyszkolę osobiście.

Uśmiechnął się w sposób, od którego Nautilusa zemdliło aż po czubki szponów.

– A potem dopilnujemy, żeby przepowiednia spełniła się we właściwy sposób.


Rozdział 1

Od pięciu dni padało.

Gloria oficjalnie miała tego serdecznie dość.

Nie była także zachwycona komentarzami pozostałych smocząt, że jako „Deszczoskrzydła” powinna uwielbiać deszczową pogodę.

Z całą pewnością nie uwielbiała takiej pogody. W jaskiniach pod górą na smoczęta nigdy, przenigdy nie padało. Ta ulewa wydawała się wręcz nienaturalna, niepowstrzymana i potwornie, nieprzyjemnie mokra.

W nosie mam, czy „prawdziwy” Deszczoskrzydły powinien to lubić, myślała, kiedy kropelki spływały jej po pysku, przesączały się przez łuski, przemaczały skrzydła tak, że ciągnęły się za nią ciężko. Jeśli lubią taką pogodę, to coś z nimi jest nie tak. Żaden rozsądny smok nie cieszyłby się z pogody, w której tak trudno się lata.

 

Na trzy księżyce, błagam, niech to będą rozsądne smoki. Niech nie okażą się takie, jak te przedstawione we wszystkich opowieściach, rozmyślała.

Wszyscy mówili, że Deszczoskrzydłe są bezużyteczne i leniwe. Jednakże jej plemię mieszkało samotnie w lasach deszczowych, gdzie nikt go nie widział, więc wszyscy mogli się mylić. Gloria miała szczerą nadzieję, że się mylili.

Zadrżała na całym ciele i zgromiła wzrokiem okryte mgłą niebo. Chciała więcej słońca. Całe życie brakowało jej słońca i nie wiedziała o tym, dopóki promienie nie dotknęły jej łusek w dniu, kiedy opuścili jaskinie. Więcej długich, słonecznych dni – to by jej odpowiadało.

A zamiast tego miała to. Deszcz. Błoto. Jeszcze więcej deszczu. Jeszcze więcej błota.

Na dokładkę dostała jeszcze jęczącego, zawodzącego, ociekającego wodą ślamazarę – rannego Morskoskrzydłego.

– Możemy się zatrzymać? – jęknął Płetwonóg. – Muszę odpocząć.

Przebrnął przez błoto do trochę suchszego miejsca pod drzewem.

Gloria patrzyła spod zmrużonych powiek, jak niebiesko-zielony smok pada na ziemię. Pozostałe smoczęta też się zatrzymały, patrząc po sobie. Tego dnia szli, zamiast lecieć, bo Płetwonóg powiedział, że to dla niego łatwiejsze z uwagi na ranę. Mimo to prosił, żeby się zatrzymali, niemal co dziesięć kroków. Gloria zaczęła podejrzewać, że Morskoskrzydły nie chce dojść do lasu deszczowego.

Ale dlaczego? – zastanawiała się. Coś ukrywa? Czy to ma coś wspólnego z moimi rodzicami?

Jako opiekun, który wykradł ją Deszczoskrzydłemu plemieniu, powinien okazać się pomocną fontanną informacji na temat jej pochodzenia. Zamiast tego tylko mamrotał i ciągle zapominał, o czym mowa, kiedy pytali go o smoki z lasu deszczowego.

Łupek podszedł do Płetwonoga i zerknął na jego ranę. Opatrywali ją wodorostami nasączonymi morską wodą tak długo, jak się dało, ale teraz znajdowali się zbyt daleko w głębi lądu. Zatrute zadrapanie koło ogona Płetwonoga stało się paskudną raną otoczoną poczerniałymi łuskami i każdego dnia czerń rozlewała się nieco dalej. Żadne z nich nie miało pojęcia, jak zwalczyć jad Piaskoskrzydłych.

Nie wspominając już o tym, że nie mamy pojęcia, dlaczego Żagiew tak bardzo chciała zabić Płetwonoga. To fakt, że jest okropny, ale ona nawet go nie zna, myślała Gloria.

Zerknęła na Gwiezdnego Lotnika, czarnego Nocoskrzydłego, który był najmądrzejszym smoczęciem, jakie znała... I pewnie nawet gdyby znała więcej niż czworo smocząt, nadal by tak uważała. Zastanawiała się, czy miał jakieś podejrzenia odnośnie do Żagwi i Płetwonoga.

Zmartwiony Łupek przesunął ogonem po błocie.

– Mam nadzieję, że Deszczoskrzydłe zdołają mu pomóc – powiedział. – Ich własna trucizna jest inna. Może jednak będą miały więcej pomysłów niż my.

Gloria potrząsnęła skrzydłami i odwróciła wzrok. Miała to w nosie. Pozostałe smoczęta z jakichś niemądrych powodów czuły się zobowiązane wobec starego opiekuna, jakby ich obowiązkiem było go uratować.

Najwyraźniej tylko ona pamiętała, że był gotowy stanąć z boku i pozwolić, żeby ją zabito.

Kradzież jej jaja także była jego pomysłem. Proroctwo wymagało Nieboskrzydłego, ale kiedy Szpony straciły Nieboskrzydłe jajo, zanim smoczę się wykluło, Płetwonóg postanowił zastąpić je Deszczoskrzydłym. Gloria była zmuszona dorastać pod górą, z dala od domu i rodziny, ucząc się o przepowiedni, która nawet jej nie uwzględniała.

Innym było łatwo. Ich przeznaczenie nie podlegało dyskusji. Jednak Glorii... Jeśli było jej pisane pomóc w ocaleniu świata, to dlaczego przepowiednia nie wymagała Deszczoskrzydłej? A jeżeli nie była niezbędna do wypełnienia wielkiego wspaniałego proroctwa, to jaki w ogóle sens miało jej życie?

Może to była jedna wielka pomyłka, ale kiedy tak myślała, kończyła, mając krwawe sny, w których rozrywała Płetwonoga na strzępy. Lepiej więc o tym nie myśleć. Przeznaczenie samo się wyklaruje.

W tej chwili wracała do domu.

Konar nad głową Glorii nagle się ugiął i na jej głowę spadło całe jezioro wody.

Z sykiem odskoczyła do tyłu i spiorunowała wzrokiem drzewo.

– Ciii – powiedziała z góry Tsunami. Opadła na ziemię i rozejrzała się po ponurym bagnie. – Dwa Błotoskrzydłe smoki leciały w tym kierunku, ale za nic nie zobaczą nas przy tej pogodzie.

Kłęby gęstej mgły wisiały nad błotem, spowijając karłowate drzewka jak dym kłębiący się wokół smoczych rogów. Trudno było orzec, jaka pora dnia nastała. Niebo było szare, a mżawka siąpiła nieustannie. Gloria zgadzała się z Tsunami – smok ledwie widział końce własnych skrzydeł, już nie wspominając o drugim smoku.

– Mimo wszystko powinniśmy się schować – zaproponował niespokojnie Gwiezdny Lotnik. – Znajdujemy się teraz raptem dzień lotu od pałacu królowej Pardwy. Gdyby nas złapano...

– Znowu więzienie – westchnął Łupek.

Jak na razie każda smocza królowa, jaką spotkali, koniecznie chciała uwięzić smoczęta i trzymać je w garści. Uciekli z więzienia królowej Czerwieni w Królestwie Nieba tylko dzięki jadowi Glorii, tajnej broni, o której istnieniu sama nie wiedziała, dopóki jej nie potrzebowała.

Dotknęła rozwidlonym językiem zębów jadowych i zerknęła w niebo. Nadal nie mieli pojęcia, czy królowa Czerwień przetrwała atak Glorii. Gloria była przekonana, że przy ich szczęściu Czerwień przeżyła i planuje straszliwą zemstę.

Po ucieczce poszli szukać bezpiecznego miejsca u matki Tsunami, królowej Korali z Morskoskrzydłych. Oczywiście Korala też postanowiła ich uwięzić. Gloria nie była zaskoczona. Nawet rodzinie nie można ufać, gdy w grę wchodzi przepowiednia. Wszyscy mieli własne pomysły odnośnie do sposobu zakończenia wojny.

Zatem gdyby królowa Pardwa z Błotoskrzydłych znalazła ich na swoim terytorium, pewnie nie zaprosiłaby ich na herbatkę i nie odesłała potem w dalszą drogę.

Błotoskrzydła królowa miała dwór nad wielkim jeziorem na południowym krańcu Królestwa Błot. Gloria przypomniała sobie mapę Pyrrii i przeszedł ją dreszcz, gdy coś zrozumiała. Jeśli Gwiezdny Lotnik miał rację i znajdowali się raptem dzień lotu od pałacu, to w takim razie znajdowali się także dzień lotu od lasu deszczowego. Od lasu deszczowego i... Plemienia Glorii.

Wreszcie znajdę swoje miejsce, pomyślała. Deszczoskrzydłe nie będą dbały o to, czy wymieniono mnie w jakiejś przepowiedni.

– Glorio – zbeształa ją Tsunami. – Jaskrawożółte łuski to akurat coś, co mogą dostrzec. Wracaj do barw ochronnych.

Gloria zerknęła po sobie i zobaczyła złote rozbłyski, które wypłynęły na jej łuski. Oznaczyły szczęście lub podniecenie, z tego co się zorientowała, ponieważ bardzo rzadko widywała je w swoim życiu. Doprowadzało ją do szału, kiedy łuski zmieniały kolor bez jej wiedzy. Zdecydowanie zbyt często to robiły. Musiała tłumić każdą silną emocję, by nie rozlała się kolorem po jej łuskach.

Skupiła się na nieustannym kapaniu na otaczających ich bagnach, wpatrując się w gęste, brązowe błoto między szponami. Wyobraziła sobie mgłę snującą się między jej skrzydłami, przesączającą się przez szpary między łuskami i rozlewającą się jak szare chmury na niebie.

– No i zniknęła – powiedziała Tsunami.

– Nadal tu jest – wtrąciła Słonko. Podeszła odrobinkę bliżej do Glorii i wpadła na jej skrzydło. – Widzisz? Tutaj.

Wyciągnęła łapę, żeby dotknąć Glorii, ale ona się odsunęła. Słonko macała w powietrzu przez chwilę, aż w końcu się poddała.

Mała Piaskoskrzydła była niezwykle jak na siebie milcząca przez ostatnie kilka dni. Gloria domyślała się, że Słonko też nie cierpi deszczu – pustynne smoki były stworzone do palącego skwaru, płonącego słońca i niekończących się dni czystego nieba. Nawet w tak dziwnie wyglądającej Piaskoskrzydłej jak Słonko nadal musiały budzić się instynkty typowe dla jej plemienia.

Tak naprawdę tylko Łupek był zadowolony z tej pogody. Jedynie Błotoskrzydły mógł doceniać pluskanie i chlupotanie pod łapami, kiedy szli przez bagna.

Gwiezdny Lotnik obrócił nagle głowę.

– Chyba wyczuwam czyjś zapach. Ktoś się zbliża – szepnął i zadygotał od rogów po szpony.

– Nie panikuj – odpowiedziała szeptem Tsunami. – Łupek, schowaj mnie i Słonko. Gwiezdny Lotniku, znajdź sobie cień i zrób to co zawsze: niewidzialnego, skamieniałego Nocoskrzydłego. Glorio, ty możesz osłonić Płetwonoga.

– Nie, dzięki – odpowiedziała natychmiast Gloria. Nie zamierzała zbliżać się do Płetwonoga, a już na pewno nie po to, by uratować mu życie. – Zasłonię Słonko.

Nie lubiła dotykać innych smoków, ale lepsza Słonko od Płetwonoga.

– Ale... – zaczęła Tsunami, tupiąc.

Gloria ją zignorowała. Uniosła skrzydło i przysunęła małą złotą smoczycę do swojego boku. Opuściła skrzydło i Słonko skryła się pod szaro-brązowym kamuflażem Glorii.

– Rety – powiedział Łupek – to wyglądało naprawdę dziwnie. Jakby mgła pożarła Słonko.

W brzuchu zaburczało mu żałośnie przy słowie „pożarła” i Błotoskrzydły przestąpił z nogi na nogę wyraźnie skrępowany.

Gwiezdny Lotnik zerknął w miejsce, w którym znajdowała się Słonko, przedeptując niespokojnie w błocie.

– Nic jej nie jest – uspokoiła go Gloria. – Idź wypełniać rozkazy jak dobre smoczę, bo inaczej Tsunami rzuci cię węgorzom na pożarcie.

Tsunami spojrzała chmurnie w jej kierunku, ale Gwiezdny Lotnik wymknął się chyłkiem, znalazł dziuplę w ciemnym drzewie i tam jego czarne łuski stopiły się z cieniami.

Teraz Gloria też słyszała – bam-chlup-bam-chlup ogromnych łap maszerujących przez bagno w ich kierunku. Żar łusek Słonka był nieprzyjemnie ciepły u jej boku.

Płetwonóg nie poruszył się, gdy rozmawiali. Leżał zwinięty u korzeni drzewa, opierając pysk na ogonie. Wyglądał żałośnie.

Łupek zagnał Tsunami do Płetwonoga i rozłożył skrzydła w kolorze błota, żeby ukryć ich oboje. To nie było idealne rozwiązanie – niebieski ogon wystawał z jednej strony, skraj niebiesko-zielonego skrzydła z drugiej. Jednakże w takiej mgle wyglądali właściwie jak niewyraźny kopiec błota, co powinno wystarczyć.

Bam. Chlup. Bam. Chlup.

– Nie podoba mi się ten patrol – narzekał ktoś basowym głosem.

Gloria omal nie podskoczyła. Miała wrażenie, że rozbrzmiał raptem dwa drzewa od niej.

– Za blisko tego upiornego lasu deszczowego, jeśli chcesz znać moje zdanie.

– Wcale nie jest nawiedzony – rozległ się drugi głos. – Przecież wiesz, że mieszkają tam tylko ptaki i leniwe Deszczoskrzydłe.

Lata nauki panowania nad sobą pozwoliły Glorii nie wzdrygnąć się. Dostatecznie często słyszała epitety w rodzaju „leniwe Deszczoskrzydłe” od swoich opiekunów pod górą. Jednakże gdy padły z paszczy kogoś zupełnie obcego, były bolesne jak cios w oko.

– Gdyby to była prawda, to Jej Wysokość pozwoliłaby nam tam polować. Wie jednak, że to nie jest bezpieczne. I słyszałeś hałasy nocą. Mówisz mi, że to Deszczoskrzydłe tak krzyczą?

Krzyczą? – pomyślała Gloria. Słonko pod jej skrzydłem obróciła lekko głowę, jakby chciała lepiej słyszeć.

– Nie wspominając już o martwych ciałach – mruknął pierwszy smok.

– To żaden potwór z lasu deszczowego – powiedziała jego towarzyszka, ale w jej tonie zabrzmiało wahanie. – To wojna. To jakieś działania partyzanckie, które mają nas nastraszyć.

– Tak daleko? Dlaczego Morskoskrzydłe albo Lodoskrzydłe leciałyby tak daleko, żeby zabić jednego albo dwa Błotoskrzydłe smoki to tu, to tam? Kiedy wszędzie indziej toczą się o wiele poważniejsze walki.

– Przyśpieszmy trochę kroku. Naprawdę powinni pozwolić nam patrolować w trójkach albo czwórkach.

– Nawet mi nie mów. – Bam-chlup-bam-chlup. – A co myślisz o sytuacji u Nieboskrzydłych? Jesteś za Rubinią czy myślisz...

Gloria nadstawiała uszu, ale mgła stłumiła głosy oddalających się z chlupotem Błotoskrzydłych żołnierzy. Tak bardzo chciała pójść za nimi i dowiedzieć się, jak wygląda „sytuacja u Nieboskrzydłych”. Może przyjaciele nie zauważyliby, gdyby wymknęła się na chwilę?

– Zaraz wracam – szepnęła do Słonka, unosząc skrzydło i odsuwając się.

Słonko złapała ją za ogon, patrząc wielkimi jak spodki oczami.

– Nie odchodź! – szepnęła. – To nie jest bezpieczne! Słyszałaś, co mówili!

– O potworach z lasu deszczowego? – Gloria przewróciła oczami. – Nie mogę powiedzieć, że okropnie się tym zmartwiłam. Nie pójdę daleko.

Wyrwała się Słonku i ruszyła za żołnierzami, ostrożnie stając tylko na suchych miejscach, żeby jej łapy nie chlupotały w błocie.

Na bagnach panowała upiorna cisza, zwłaszcza gdy mgła tłumiła większość dźwięków. Gloria próbowała podążać za odległym dudnieniem głosów i tym, co uznała za odgłosy smoczych kroków. Jednak po paru chwilach nawet tego nie dało się usłyszeć.

Przystanęła, nadstawiając uszu. Kapało z drzew. Mżyło kapryśnie przez gałęzie. Gdzieniegdzie w błocie coś bulgotało, jakby bagno miało czkawkę.

I wtedy powietrze przeszył krzyk.

Glorii kryza zjeżyła się ze strachu i bladozielone paski wypłynęły zygzakami na łuski. Zwalczyła przerażenie, skupiając się na przywróceniu szarości i brązów.

– Glorio! – wrzasnęła Słonko gdzieś z tyłu.

Zamknij się, pomyślała ze złością Gloria. Nie zwracaj ich uwagi. Niech nikt się nie dowie, że tu jesteśmy.

Pozostałe smoczęta musiały pomyśleć to samo i uciszyły Słonko, bo więcej nie zawołała.

Chyba że to jedno z nich krzyknęło, przyszło jej na myśl.