Testament I Rzeczypospolitej. Kulisy śmierci Lecha Kaczyńskiego

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Strona redakcyjna

© Copyright by Tomasz Sakiewicz, 2014

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2014

Projekt okładki i stron tytułowych

Radosław Krawczyk

ISBN 978-83-7595-875-1

Wydawnictwo M

31-002 Kraków, ul. Kanonicza 11

tel. 12-431-25-50, fax 12-431-25-75

e-mail: wydawnictwom@wydawnictwom.pl

www.wydawnictwom.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Książkę tę dedykuję pamięci Lecha Kaczyńskiego,

jedynego prezydenta od czasów II Rzeczypospolitej, który potrafił zadbać o Polskę i interesy narodów kiedyś razem z nami żyjących, zamordowanego przez Rosjan w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku.

Wstęp

Kulisy śmierci Lecha Kaczyńskiego

Dnia 10 kwietnia 2010 roku prezydent Polski wsiadł do rządowego samolotu, by udać się w swoją ostatnią w życiu podróż. Towarzyszyło mu dowództwo Wojska Polskiego i dziesiątki osób stanowiących elitę narodu. Wszyscy sądzili, że lecą do kraju nieprzyjaznego, ale niegotowego na otwarty konflikt. Tymczasem pokojowo nastwiona polska delegacja zderzyła się z odnowioną polityką Kremla, mającą na celu obronę imperium, dla którego śmiertelnym zagrożeniem stały się ambicje Warszawy. Słabe militarnie państwo polskie dysponowało cenną bronią, której siłę i znaczenie nie do końca samo rozumiało, bronią, która jest większym zagrożeniem dla Moskwy niż wojska amerykańskie na Starym Kontynencie. Jest nią zdolność porozumienia się z nierosyjskimi narodami Europy Wschodniej i wykorzystania ich aspiracji do ograniczenia wpływów Kremla oraz pokojowego tworzenia struktur ekonomicznych, politycznych czy kulturowych jednoczących te państwa w sojusz, a nawet bardziej trwały organizm. To testament I Rzeczypospolitej, w której granicach najdłużej w historii Europy współistniało wiele narodów — w tolerancji i przy zachowaniu własnej tożsamości. Narody te razem przeciwstawiały się najazdom ze wschodu i absolutystycznym tendencjom ogarniającym całą Europę. Setki lat przed powstaniem Stanów Zjednoczonych istniała republika szlachecka jednocząca ludzi o różnym pochodzeniu i religii tworzących swoistą demokrację. Zamykała się ona w dwóch, a przez chwilę trzech państwach. Czasem na zasadzie mariaży dołączały inne kraje, takie jak Węgry, a później Księstwo Siedmiogrodu.

Budowa imperium rosyjskiego zaczęła się od zniszczenia tych struktur, a doprowadziła do odebrania Polsce ambicji jednoczenia narodów regionu. Podziały między nacjami i zrywanie współpracy doprowadziły do waśni, wojen, a nawet ludobójstwa, które pieczętowało rosyjską dominację. Zresztą Rosja podsycała te waśnie tak mocno, jak tylko mogła, widząc w nich szansę na podbój osamotnionych narodów. Dokonała go częściowo w XVIII wieku, zabijając I Rzeczpospolitą, a ostatecznie w czasie II wojny światowej niszcząc II Rzeczpospolitą i okupując całą Europę Wschodnią. Polacy odzyskali swoje państwo nie tylko okrojone i uzależnione od Moskwy, lecz przede wszystkim z nowym modelem patriotyzmu, który wyrzekał się siedemsetletniej historii i tradycji współpracy z ościennymi narodami. Ich integratorem nie była już wspólnota różnych kultur, ale moskiewski totalitaryzm gwałcący wszelkie aspiracje wolnościowe czy próby zjednoczenia. Dla uspokojenia nastrojów zaproponowano nam mityczny patriotyzm piastowski niemający realnego zakorzenienia w naszej historii.

Panowanie czerwonej Rosji było jednak krótkotrwałe. System oparty na przemocy i niewoli okazał się o wiele mniej wydolny niż nawet słaba politycznie I Rzeczpospolita, która przez setki lat jednoczyła narody, zawierając porozumienia i inicjując współpracę. Związek Sowiecki upadł, ale Moskwa ze swoich ambicji zrezygnować nie mogła. Broni jak może kontroli nad państwami ościennymi, sięgając po wszelkie środki — od przekupstwa po przemoc, jak na Ukrainie czy w Gruzji. Póki wyzwalające się spod dominacji Moskwy narody nie mają wsparcia z zewnątrz i przywództwa, póty muszą przegrywać samotną walkę. Kiedy pojawia się sztandar jednoczący ich wysiłki, Moskwa nie jest w stanie ich pokonać. Tę flagę poniósł narodom w Gruzji Lech Kaczyński. Zapaliła się czerwona lampka najwyższego zagrożenia dla imperialnych interesów Moskwy. Pech spowodował, że okres integracyjnych działań braci Kaczyńskich przypadł na moment wycofywania się amerykańskich decydentów z polityki europejskiej. Moskwa mogła sobie pozwolić na niemal otwarty atak na polskiego prezydenta, wiedząc, że nie uzyska on pomocy USA, a znaczna część klasy rządzącej z premierem włącznie woli zależność od Berlina i Moskwy niż podjęcie trudu budowania wolnej Europy Wschodniej. Zdradzony przez sojuszników i własne elity prezydent musiał zginąć. Poległ w miejscu, które dla całej naszej historii jest znamienne. To najdalszy kraniec I Rzeczypospolitej. Tam właśnie, poza terytorium polskiej diaspory, wywieziono naszych oficerów w 1940 roku, by nie było świadków mordu, który miał przypieczętować koniec polskich ambicji. Masakrę z czasów Stalina powtórzył Putin, który chciał zapobiec odradzaniu się ambicji naszego narodu.

Katyń nie scementował jednak na wieki rosyjskiego panowania. Dał tylko Moskwie więcej czasu i siły. Tak samo smoleńska tragedia nie zatrzyma rozpadu imperium. Narody Europy Wschodniej podniosły bunt przeciw Moskwie. USA po kilku latach romansu z Rosją wróciły do Europy, wchodząc z Kremlem w ostry konflikt. Brakuje jedynie integratora, którym może być w tych warunkach tylko Polska. Integratora, który mając zdolności polityczne, ale przede wszystkim niesłychanie atrakcyjny projekt kulturowy z czasów I Rzeczypospolitej i współpracy ludzi różnych narodów, religii i obyczajów, zjednoczyłby ludy naszego regionu we wspólnym dążeniu do wolności. Ten projekt jest dzisiaj niesłychanie atrakcyjny dla polityki amerykańskiej, a także dla otaczających nas krajów (poza Niemcami). Jest więc tylko kwestią czasu powstanie w Warszawie rządu, który go zrealizuje. Nie wiem, jak będzie się nazywał premier i pod jaką barwą wystąpi, ale będzie on realizował testament I Rzeczypospolitej, testament Józefa Piłsudskiego i Lecha Kaczyńskiego.

Bohaterowie czasem mogli zmylić drogi historii, ale kiedy historia woła o bohaterów, jej drogi wiodą zawsze w dobrym kierunku.

Rozdział I

Dwie granice Polski

Polska ma dwie granice naturalne i dwie granice wyznaczone przez styk kultur. Na północy zamyka nasze państwo Morze Bałtyckie, naturalnie oddzielając nas setkami kilometrów wody od krajów skandynawskich. Ta granica nie zawsze okazywała się szczelna, bo Skandynawowie potrafili przepływać Bałtyk albo atakowali nas, idąc od wschodu. Ani jednak oni, ani Polacy nie mieli wątpliwości, gdzie mieści się kolebka własnych narodów.

Na południu pas gór okazał się niezłą granicą naturalną, choć nie tak szczelną jak woda. Na górzystych terenach zamieszkały mniejsze, ale często równie ambitne narody, takie jak Słowacy, Morawianie czy wreszcie aspirujący do wielkości Czesi. Za pasmem gór na nizinach osiedlili się pochodzący nie do końca wiadomo skąd Węgrzy. Różni od nas, ale fascynujący i nęcący zarówno do alkowy, jak i mariaży politycznych. Te właśnie przesądziły o wielosetletniej historii Polski.

Granice naturalne spowodowały, że Polacy musieli uważniej patrzeć na wschód i zachód. Za Odrą, a wcześniej za Łabą, rozciągały się kraje opanowane przez Germanów (Niemcy, Francuzi, Anglicy), którzy po zdobyciu Rzymu rządzili w Europie, aspirując do roli starożytnego cesarstwa zachodniorzymskiego. Na szczęście dla nas Germanie też ulegli podziałom, tworząc dwie główne zbiorowości — niemiecką i francuską. Najbardziej agresywne państwo niemieckie, które na wzór Rzymu ogłosiło się cesarstwem (w 962 roku przyjmując nazwę Świętego Cesarstwa Rzymskiego), podbiło mniejsze ludy słowiańskie, zupełnie je zgermanizowało i rozszerzyło obszar swojego panowania aż do Odry. Wkrótce w zależność od niego popadli Czesi (w XI wieku weszli w skład Cesarstwa), a Polska stała się terenem jego najazdów. Niemcy nie mogli więc być naszym naturalnym sojusznikiem, bo nie traktowali Polaków jak partnera. Słabe granice naturalne powodowały, że ich wojska ciągle napadały na Polskę, która oddawała im kolejne terytoria.

Na wschodzie granice były równie słabe jak na zachodzie, ale mieszkające tam ludy podobne do nas, głównie Słowianie, nie były zdolne podbić całej Polski. Wyróżniła je religia. O ile Polacy przyjęli religię z Rzymu, a dzięki temu weszli w krąg kultury zachodniej, to Słowianie wschodni zostali ochrzczeni przez Bizancjum, przyjmując wzory i tradycje cesarstwa wschodniego.

Granicą na zachodzie stała się więc inna nacja, a na wschodzie inne wyznanie. To drugie, choć nas różniło od Słowian wschodnich, nie było aż tak silną barierą jak język. Polacy zostali zatem ukształtowani pierwotnie jako Słowianie, którzy przyjęli religię z Rzymu. Plemię było na tyle silne, że uchroniło swoją tożsamość przed nawałą germańską. Z kim więc mogło współpracować? Z innymi plemionami słowiańskimi, małymi, ale bitnymi ludami na północy i Węgrami. Oczywiście na tereny dzisiejszej Polski przenikały nacje z innych części świata: Ormianie, Żydzi, Niemcy i Tatarzy. Plemiona zamieszkujące nasze ziemie mogły się zamknąć na kooperację z innymi nacjami, ale to by oznaczało powolne osaczanie przez Germanów z zachodu i ludy tureckie i mongolskie ze wschodu. Tereny na wschód od Polski były mało zamieszkane i stały otworem dla podboju ze wszystkich stron świata. Spośród krajów słowiańskich tylko Polska była na tyle silna, by móc je integrować. Co jednak zrobić z wielką barierą kulturową wynikającą z przyjęcia przez Słowian wschodnich innej religii? Ten model wypracowywano przez wieki. Z jednej strony zawiązano unię brzeską (w 1596 roku), tworząc Kościół o obrządku wschodnim zależny Rzymu. Z drugiej strony po prostu próbowano żyć razem, ciesząc się różnicami. Słowianie wschodni mieli na tyle słabą państwowość, że zostali podbici przez niewielki, ale bitny naród litewski. To zresztą ułatwiło ich integrację z Polską.

 

Proces budowy unii narodów na tych terenach nie został rozpoczęty po śmierci ostatniego króla Piasta Kazimierza Wielkiego († 1370). Tak naprawdę najbardziej intensywny okres jego panowania trwał w czasie podziału dzielnicowego i wręcz tym podziałem był wymuszony. Książęta rządzący dzielnicami Polski, nie mogąc znaleźć wzmocnienia swojej władzy w kraju, brali sobie za żony księżniczki ruskie, węgierskie, czeskie czy wreszcie niemieckie. O ile mariaże z Niemcami czy uzależnionymi od nich Czechami okazały się strategicznie groźne dla Polski, bo kończyły się odpadaniem od kraju kolejnych dzielnic, a następnie ich germanizacją, o tyle mariaże węgierskie i ruskie zaowocowały najdłuższą w historii Europy unią.

Dlaczego panowie polscy po śmierci ostatniego Piasta wybrali na tron króla Węgier? Sprawa była już dawno umówiona. Militarna i polityczna współpraca Polski trwająca za czasów Kazimierza Wielkiego doprowadziła do oddania polskiej Korony Ludwikowi. W tym czasie Kazimierz próbował budować sojusz z Litwą i pojął za żonę córkę wielkiego księcia litewskiego Giedymina. Książę włodzimiersko-halicki podarował mu w testamencie swój tron, czyli znaczne tereny dzisiejszej Ukrainy. Skala działalności zjednoczeniowej była wtedy o wiele większa, niż nam się to dzisiaj wydaje, a prawdziwym jednoczycielem narodów Europy Środkowo-Wschodniej był ostatni król Piast Kazimierz, nie bez powodu zwany Wielkim. Oczywiście nie obyło się bez niesnasek i małych wojen, ale rzucone ziarno zakiełkowało już wkrótce. Po śmierci Kazimierza stworzono unię personalną, która obejmowała tereny od Adriatyku (w państwie Ludwika znaleźli się również Słowianie południowi) aż do ziem nieodległych Morza Czarnego. Państwo to dawało nowe przywileje szlachcie, politycznie podążając w kierunku odwrotnym niż kraje germańskie, które w następnych wiekach stawały się absolutystyczne.

Symbolem jedności narodów Europy Środkowo-Wschodniej stała się święta Jadwiga, córka króla Węgier i Elżbiety Bośniaczki. Jej korzenie rodzinne sięgały więc nie tylko Budy, lecz także Bałkanów. Jadwiga była dziedziczką tronu Węgier, a za jej panowania doszło do największego sojuszu w Europie — unii polsko-litewskiej. Tereny od Morza Bałtyckiego aż po Morze Czarne, a na wschodzie ziemie ruskie nieopanowane przez Złotą Ordę stały się jednym organizmem politycznym. Dzięki sojuszowi z Węgrami organizm ten sięgał niemal środka Europy. Jagiełło, mąż Jadwigi i król Polski, otrzymał również propozycję objęcia tronu czeskiego. Władca, świeżo nawrócony na chrześcijaństwo, znajdujący się na ścieżce wojennej z zakonem krzyżackim, nie chciał jednak przyjmować korony od wojujących z papiestwem husytów. Nie zmieniło to faktu, że Jagiellonowie pretendowali do korony czeskiej oraz węgierskiej i oczywiście nosili koronę polską. Pod koniec XV wieku zrealizowali swój zamiar i niemal wszystkie niegermańskie stolice Europy Środkowej i Wschodniej znalazły się pod ich panowaniem. Centrum akcji zjednoczeniowej znajdowało się w Krakowie, stolicy Polski. Jagiellonowie, choć przyjęli polskie obyczaje i język, byli Litwinami, stopniowo się polonizując.

Brak granic na wschodzie doprowadził do tego, że narody Europy Wschodniej zjednoczyły się pod panowaniem Jagiellonów, a kres tej działalności wyznaczały idące z Azji hordy Mongołów i Turków. Na zachodzie granicę zjednoczenia stanowili Germanie, którzy rozpoczęli nową ekspansję pod panowaniem Habsburgów.

Przez ostatnie dziesięciolecia, szczególnie w czasach PRL, Polacy byli uczeni wartości zarówno sojuszu polsko-litewskiego, jak i porozumienia antykrzyżackiego. Nie można oczywiście nie doceniać taktycznego znaczenia takiego porozumienia, ale państwo krzyżackie było jedynie emanacją naporu germańskiego w tej części Europy i po półtora wieku sukcesów zostało po prostu zmiecione przez armie polsko-litewskie. Wielka polityka obejmowała jednak wschód i południe Rzeczypospolitej, gdzie naturalne granice nie ograniczały rozwoju.

Rozdział II

Unia, stany czy państwo?

Czym była Polska Jagiellonów: jednym państwem, federacją czy unią państw? Przede wszystkim była unią narodów. Węgrzy, którzy rozpoczęli proces tworzenia tej unii, nie zawsze znajdowali się w obrębie wspólnego państwa. Istniał jednak system sojuszy i silnych powiązań, które zaowocowały na przykład koalicją antyturecką w piątej dekadzie XV wieku. Sojusz okazał się na tyle silny, że mimo rozdrapania Węgier pomiędzy Turków i Habsburgów resztka niepodległego państwa powstałego po rozpadzie tego królestwa, Siedmiogród, weszła z Rzeczpospolitą w unię personalną. Stało się to za sprawą Stefana Batorego, który bardzo się w naszej historii zasłużył. W miarę wzrostu zagrożeń następowała unifikacja tej wielkiej wspólnoty narodów przy jednoczesnej próbie uregulowania ich statusu. Państwo miało dwie stolice: Kraków i Wilno, a polski król zarządzał dwoma odrębnymi organizmami. Nieszczęśliwie nie rozwiązano na czas problemu trzeciej stolicy, Kijowa, zupełnie pomijając sprawę aspiracji Rusinów. Rusini byli innego wyznania niż Polacy i świeżo nawróceni na katolicyzm Litwini. Elity mieszkające na późniejszej Ukrainie nie cieszyły się takimi samymi przywilejami jak Litwini. Musiały czekać na uznanie Krakowa lub Wilna. Tymczasem był to największy obszar Rzeczypospolitej i nieuregulowanie na czas jego statusu politycznego doprowadziło do tragedii bratobójczych wojen, a następnie rozpadu I Rzeczypospolitej i stopniowego podboju tych terenów przez Rosję i państwa germańskie. I Rzeczpospolita doskonale radziła sobie z zewnętrznymi napadami, wykrwawiła się jednak w wyniku buntów na Kresach. To one, a nie świetna organizacja państwa, doprowadziły do rozwoju potęgi Moskwy. Co ciekawe, takich problemów nie było z Litwą, która została administracyjnie potraktowana jak równorzędny partner.

I Rzeczpospolita stale łączyła unią dwa, czasem — kiedy dołączali Węgrzy — trzy narody; zapomniano o czwartym — Rusinach, którzy — zasileni przez masy uciekające z Rzeczypospolitej — zaczęli tworzyć państwo kozackie, będące zalążkiem współczesnej Ukrainy. Bunty kozackie wcale nie miały służyć oderwaniu Ukrainy od Rzeczypospolitej, ale upodmiotowieniu jej w ramach wspólnego organizmu. Dopiero pobici Kozacy, poranieni wojną, zwrócili się w kierunku Rosji. Oderwanie znacznych obszarów Ukrainy od Rzeczypospolitej miała przypieczętować ugoda perejasławska. Wtedy Polacy i Litwini poszli po rozum do głowy i zawarli porozumienie tworzące Rzeczpospolitą Trojga Narodów — ugodę hadziacką. Gdyby nasi przodkowie zdążyli na czas i wcześniej dogadali się z Ukraińcami, dzisiaj Rosja byłaby państwem o obszarze tylko księstwa moskiewskiego. Było już jednak za późno. Zbyt wiele rozlało się krwi, zbyt wiele było wzajemnych rozczarowań, by zatrzymać ekspansję rosyjską. Wiek później I Rzeczpospolita zupełnie upadła, podzielona pomiędzy dwa imperia germańskie i świeżo wyrosłe rosyjskie.

Gdyby powstała unia trzech narodów, za kolejnych sto lat pewnie aktualny stałby się problem aspiracji powstającego narodu białoruskiego. Być może z trzech narodów wyłoniłby się czwarty i kolejne. Wszystkie mogły jednak żyć w jednym organizmie na wzór przyszłych Stanów Zjednoczonych. To właśnie tam zrealizowano w pełni projekt I Rzeczypospolitej. Podział administracyjny i stopień integracji państwa musi odpowiadać aspiracjom tworzących je społeczności, ale musi też dawać gwarancje skutecznego działania w polityce zewnętrznej. Nasi przodkowie mieli przeczucie takiego państwa. Mieli też pewien pomysł na jego realizację, ale zabrakło determinacji w dążeniu do dobra wspólnego i szczęścia, które mieli założyciele USA, odgrodzonych od wrogów oceanami.

Czy takim projektem nie jest dzisiaj Unia Europejska? Po części jest, ale dominacja Germanów i „subtelność”, którą ta nacja wykazuje się wobec narodów Europy Środkowej i Wschodniej, powodują, że państwa naszego regionu w Unii nie czują się do końca jak u siebie. Najlepszym przykładem są Węgry, które ciemiężone przez biurokrację unijną wolą w wielu sprawach współpracować z Rosją. To właśnie między innymi takim państwom jak Węgry trzeba stworzyć alternatywę dla Rosji i Berlina. Może ona zostać zbudowana w ramach zreformowanej Unii Europejskiej albo tworzenia większego organizmu atlantyckiego z udziałem USA. Może się okazać, że wcześniej czy później powstanie unia Europy Środkowo-Wschodniej na dawnych terenach Jagiellonów. Dołączy do niej egzotyczna dla nas, ale chrześcijańska Gruzja. Osłabienie Rosji zmieni też zainteresowania sojusznicze Armenii, która jak na razie szuka wsparcia przeciwko narodom tureckim. Europa będzie musiała wziąć pod uwagę rosnący potencjał narodów naszej części kontynentu i tu przesunąć ciężar swojej polityki. Trudno nam traktować Europę inaczej niż jako germańską, kiedy jej stolice polityczne znajdują się w Brukseli i Strasburgu, a faktyczne w Berlinie i Paryżu. Przyjdzie czas, że trzeba będzie przesunąć część europejskich instytucji do Jagiellońskiego Krakowa, gdzie są groby królów Polski, Węgier, Czech oraz władców Litwy i Rusi. Ten proces można spowalniać, jak robią to obecnie Niemcy, albo niszczyć siłą, tak jak Rosja, ale zatrzymać się go nie da. Ziarno rzucone w czasach I Rzeczypospolitej zaczęło kiełkować.

Rozdział III

Jaki jest ten nasz patriotyzm?

Patriotyzm to miłość do kraju zamieszkania, do własnego narodu i jego kulturowego dziedzictwa. Tylko czym jest nasz kraj, a zwłaszcza jego dziedzictwo? Przez siedem wieków, z długą przerwą na zabory, żyliśmy w państwie wielonarodowym, wielokulturowym, o specyficznej tradycji wolności i tolerancji. Czy można z tego wydzielić pierwiastek czysto polski i znaleźć istotę, ów korzeń, który będzie podstawą naszych rozważań o patriotyzmie? Nie można i nie wolno. Nie można wyjąć mąki z chleba, by szukać istoty tego wspaniałego pokarmu. Polski patriotyzm wymieszał się z litewskim, kresowym, żydowskim, a nawet ormiańskim czy tatarskim. To zupełnie nowy produkt, niebędący mieszaniną wielu składników, ale odrębną jakością. Każda próba jego wydzielenia jest zwykłym fałszowaniem historii i zdradą naszej tożsamości.

Czy może więc należałoby cofnąć czas i spojrzeć na Polskę, gdy była zamieszkana przez samych Polaków? Kiedy tak było? Nigdy, a już najmniej w czasach piastowskich. Polska piastowska nie miała żadnej polskiej tożsamości, szczególnie w pierwszych wiekach swojego istnienia. Język, jakim się posługiwali mieszkańcy, był nieco inny od naszego i bardziej niż dzisiaj podobny do języków innych narodów słowiańskich. Słowianie jeszcze dziesiątki lat po chrzcie Polski byli zwykłymi poganami, a krwawe bunty przeciwko religii z Rzymu doprowadzały do destabilizacji kraju. Nie było też żadnej lojalności wobec państwa. Stan rycerski zaczął powstawać na większą skalę w XII wieku wraz z całkowitym rozbiciem organizmu państwowego. Poszczególni książęta często woleli współpracę z władcami germańskimi, ruskimi, czeskimi niż z samymi sobą. Lojalność wobec państwa to była lojalność wobec władcy, a kto był władcą, naprawdę trudno było ustalić. Oczywiście te wszystkie niuanse nie dotyczyły większości mieszkańców, czyli chłopów, którzy wtedy byli z natury bezpaństwowi, i mieszczan w znacznej mierze przybyłych z krajów germańskich. O polskiej literaturze tego okresu w ogóle nie należy mówić, bo była to prostu twórczość kościelnych kronikarzy (w języku łacińskim), a wzory architektury przejmowaliśmy z Zachodu. Czy to znaczy, że nie mieliśmy żadnego dorobku? Wręcz przeciwnie, na tle innych narodów ten dorobek był wręcz ogromny. Tylko to, że będzie on kiedyś nazywał się polskim, ustaliliśmy sobie znacznie później. Czy więc Mieszko I i Bolesław Chrobry nie stworzyli Polski? Oczywiście, że stworzyli, ale świadomość tego, co rzeczywiście powstało i jaki miało to skutek dla mieszkańca kraju nazwanego później Polską, przyszła całe stulecia później. A patriotyzm to uczucie świadome. Zapewne Mieszko i Bolesław kochali to, co stworzyli, ale tego, że stworzyli Polskę, na której wezwanie zawsze jesteśmy gotowi odpowiedzieć, nie dowiedzieli się ani oni, ani nawet ich wnukowie. Czy może więc ta polskość żyła już za ostatnich władców piastowskich: Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego? Tę tezę o wiele łatwiej można obronić. Polska została scalona z rozbitych dzielnic i chciała być państwem, miała swoją kulturę i swoje elity. Zastanówmy się jednak, co było głównym celem obydwu królów. Jednoczenie wyłącznie ziem polskich? Nawet w przypadku Łokietka byłaby to nieprawda. Chcieli jednoczyć wszystkie ziemie między żywiołem germańskim i azjatyckim, dlatego w obszarze wspólnoty krajów zjednoczonych pod polskim berłem szybciej znalazły się Ruś, Węgry i Litwa niż Mazowsze, gdzie dzisiaj jest stolica Polski. Myśl państwowa obydwu królów przekraczała wyobrażenia współczesnych politologów.

 

Polska Jagiellońska, a właściwie Europa Jagiellońska, to twór, w którym Polacy odgrywają główną rolę, ale są mieszkańcami państwa wielonarodowego. Takie myślenie nie mogło pozostać bez konsekwencji dla świadomości narodowej. Misja Polaków: „za wolność waszą i naszą” to nie element taniego romantyzmu, ale dobrze pojęty patriotyzm, który oznaczał troskę o wolność naszych sąsiadów, by przez ich niepodległość strzec również swojego domu i swojego prawa do wolności. Tu inaczej żyć się nie dało. Trzeba było więc tworzyć sojusze, mariaże, a nawet wspólne państwo. Tylko czyja religia i kultura powinna dominować? Niczyja. Każdy powinien mieć prawo do swojej. Takiej tezy bronili Polacy na soborze w Konstancji. Czemu jej bronili? Byli za mało katoliccy? Wręcz przeciwnie — trudno znaleźć bardziej katolicki naród niż Polacy. Za to narody, z którymi współżyliśmy, nie zawsze takie były. Niemcom do czasów reformacji tolerancja do niczego nie była potrzebna. Dla nas stanowiła warunek współpracy z innymi narodami, które czuły się zagrożone ekspansją ze wschodu i zachodu. Polska kultura musiała więc otworzyć się na inne nacje, przyjąć jako swoje elementy ich kultury i zaproponować im to, co miała najlepsze. Czy te narody zawsze to doceniają? Nie powinno nas to obchodzić. Siłą naszej kultury jest to, że my doceniamy wkład innych. To jeden z najważniejszych elementów naszego patriotyzmu, którego od ponad stu lat próbuje się nas pozbawić.

Różnica w sposobie myślenia Polaka i Niemca z okresu późnego średniowiecza pokazuje spór, który na soborze w Konstancji (1414—1418) toczyli Jan Falkenberg, krakowski dominikanin działający w imieniu Krzyżaków, i Paweł Włodkowic, rektor Akademii Krakowskiej reprezentujący Polskę. Według Falkenberga wolno zabijać pogan tylko dlatego, że są poganami, a Polaków tym bardziej, bo pomagają poganom. Zdaniem Włodkowica:

— społeczności mają prawo się opowiadać, do jakiego narodu należą,

— ludzie mają prawo decydowania o własnej przyszłości i do obrony swego narodu,

— władcy są zobowiązani szanować indywidualne przekonania religijne swoich poddanych, a poddani nie mogą być wyrugowywani ze swoich praw w związku z wyznawaną wiarą,

— nawracanie za pomocą przymusu i siły nie jest ważne, jest grzeszne i godne potępienia,

— nie wolno usprawiedliwiać wojny nawracaniem,

— utrzymanie pokoju wymaga istnienia międzynarodowego trybunału rozsądzającego wynikłe spory — żadnemu władcy, nawet cesarzowi czy papieżowi, nie wolno wypowiedzieć wojny bez poddania się takiemu procesowi,

— reguły wojny sprawiedliwej mają zastosowanie zawsze i są wiążące — niezależnie od tego, czy państwo, naród lub ludzie, przeciw którym jest prowadzona, są chrześcijanami, czy nie,

— narody niechrześcijańskie i niekatolickie żyjące z sąsiadami w pokoju mają zapewnione prawa do suwerenności i nienaruszalności terytorium,

— ani cesarz, ani papież nie mogą przeczyć regułom prawa naturalnego,

— Polska była związana z cesarzem, tylko gdy ten występował jako obrońca wiary,

— prawo silniejszego przeżera stosunki międzynarodowe jak rak,

— egzekwując swe prawo do samoobrony, kraj katolicki może wspierać swe siły niekatolikami i niechrześcijanami.

Te tezy — dzisiaj może oczywiste — stały się wieki później podstawą cywilizowanych relacji międzynarodowych, ale wtedy wcale nie spotkały się z powszechnym przyjęciem. Były bardzo polskie i zaakceptowane przez narody naszego regionu. Długo jednak przebijały się w świadomości ludzi. Polacy wypracowali tak nowoczesną myśl, gdyż było to niezbędne do naszego przetrwania. Dzisiaj jest niezbędne jeszcze bardziej. Tymczasem ktoś funduje nam „Polskę dla Polaków”, skłóconą z Litwinami i Ukraińcami, wyrywając z naszej kultury największy dorobek naszego narodu. Kto chce nas pozbawić tego dorobku? Kto chce, by Polska została zredukowana do poziomu plemienia? Ten, kto marzy o podboju tej części świata. Wykorzystuje do tego realne emocje, prawdziwe uprzedzenia i krzywdy. Czy Litwini, Ukraińcy i Polacy nie mają swojego rachunku krzywd? Mają, tak jak mąż i żona po kilkudziesięciu latach małżeństwa. W takim związku może dojść do wszystkiego, czasem nawet łatwo zapomnieć, że jest się związkiem. Nie byłoby tych rachunków, gdyby nie długotrwałe wspólne życie, które zmieniło każdego z członków rodziny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?