Niewidzialny frontTekst

Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książkę tę dedy­kuję mojej żonie, Angeli, a także dwóm córecz­kom, Zuzi i Ani. Bez Was i Waszego wspar­cia oraz wyro­zu­mia­ło­ści nie mógł­bym dać z sie­bie tyle, ile codzien­nie daję. Nie zapo­mi­nam też o wszyst­kich moich men­to­rach, nie­wy­mie­nia­nych z imie­nia – było Was naprawdę wielu, a każdy z Was, nauczy­cieli i kole­gów prak­ty­ków, miał swój wkład w to, jakim jestem czło­wie­kiem.

Przed­mowa

Wyda­rze­nia opi­sane w tej książce są wycin­kiem, nie­wiel­kim frag­men­tem tego, z czym per­so­nel medyczny pod­czas pan­de­mii koro­na­wi­rusa się spo­ty­kał i musiał mie­rzyć. Fakty zapi­sane w for­mie subiek­tyw­nego dzien­nika odzwier­cie­dlają nie tylko rze­czy­wi­stość, ale także to, jak ją w danym momen­cie postrze­ga­łem, gdyż zapi­ski pro­wa­dzi­łem na bie­żąco pod­czas pracy w szpi­talu jed­no­imien­nym. Sku­pi­łem się na przed­sta­wie­niu wyda­rzeń, nie­za­leż­nie od popraw­no­ści poli­tycz­nej czy soli­dar­no­ści kole­żeń­skiej. Wszyst­kie nazwy miast i szpi­tali kie­ru­ją­cych do nas pacjen­tów, imiona i nazwi­ska kole­gów, a wresz­cie jakie­kol­wiek dane pozwa­la­jące na iden­ty­fi­ka­cję pacjen­tów zostały zmie­nione. Zapra­szam Cię, drogi Czy­tel­niku, w podróż pełną stra­chu, smutku, ale też absur­dów i zabaw­nych sytu­acji z pra­wie stu dwu­dzie­stu dni walki z epi­de­mią SARS-CoV-2.

Zaczęło się spo­koj­nie, jak w fil­mach. Naj­pierw jakieś donie­sie­nia z Chin – poje­dyn­cze przy­padki, póź­niej coraz częst­sze. Sły­sze­li­śmy o tym w radiu, jadąc do pracy i kiedy jedli­śmy kola­cję przy włą­czo­nych wie­czor­nych wia­do­mo­ściach. Było gdzieś daleko, nie­re­alne i nie­rze­czy­wi­ste jak newsy z poprzed­nich lat o SARS i MERS. To prze­cież nas nie doty­czy, żyjemy w Pol­sce i mamy inne pro­blemy.

Oddział cho­rób wewnętrz­nych zapchany dzie­więć­dzie­się­cio­pa­ro­lat­kami, któ­rzy funk­cjo­nują na tak cien­kiej gra­nicy pomię­dzy życiem i śmier­cią, że w końcu tra­fiają do nas. Oddział, na któ­rym prak­tycz­nie połowa pacjen­tów jest w sta­nie cięż­kim, tak że w peł­nych salach nikt nie odpo­wie „dzień dobry”.

Powoli infor­ma­cje o epi­de­mii SARS-CoV-2 prze­bi­jały się do naszej świa­do­mo­ści. Rela­cje o pierw­szych przy­pad­kach w Euro­pie, miej­sco­wo­ści we Wło­szech, które pod­czas podróży mia­łem oka­zję zwie­dzać lub mijać, a z któ­rych dono­szono o zacho­ro­wa­niach, zaczy­nały oddzia­ły­wać na wyobraź­nię. To już nie jakiś Daleki Wschód, to nie Chiny – to się dzieje tu i teraz.

#począ­tek

– To tylko grypa, nie będziemy się mar­twić zwy­kłym prze­zię­bie­niem – uspo­ka­jał szef.

Nie mie­li­śmy wtedy żad­nych środ­ków ochrony oso­bi­stej. Mały szpi­tal powia­towy, prze­cież nas to nie dotknie…

Potwier­dzono wła­śnie pierw­szy przy­pa­dek w Pol­sce. Prze­sta­li­śmy być zie­loną wyspą. W ościen­nych kra­jach mieli już kil­ka­na­ście przy­pad­ków, w Niem­czech kil­ka­set. Dalej nie mamy wytycz­nych, prze­szko­le­nia, środ­ków ochrony oso­bi­stej. Nie pani­ku­jemy…

Szpi­tal został wyty­po­wany do ewen­tu­al­nej trans­for­ma­cji w szpi­tal zakaźny na wypa­dek epi­de­mii. Jeste­śmy jedną z pierw­szych wyzna­czo­nych pla­có­wek w naszym woje­wódz­twie. Poza tym nie wiemy nic, nikt nic nie wie. Mimo że na górze są już jakieś usta­le­nia, my, któ­rzy za moment będziemy sta­wiać czoło tej fali, jeste­śmy nie­do­in­for­mo­wani i nie­prze­szko­leni. Z trwogą oglą­dam rela­cje z Ber­gamo i czy­tam zagra­niczne por­tale infor­ma­cyjne. Liczba potwier­dzo­nych przy­pad­ków w Pol­sce wciąż jest zni­koma…

– Wypi­su­jemy wszyst­kich pacjen­tów, wstrzy­mu­jemy przy­ję­cia pla­nowe i ostre – infor­muje szef na odpra­wie.

Ci, któ­rzy mieli być leczeni ambu­la­to­ryj­nie, pójdą do domu, resztę roz­sy­łamy do oko­licz­nych szpi­tali1. Mamy dwa­dzie­ścia cztery godziny na opróż­nie­nie oddziału.

Jeste­śmy teraz poten­cjal­nie szpi­ta­lem zakaź­nym, w trak­cie dyżuru obsta­wiam oddział zakaźny, który nie ma obsady dyżu­ro­wej.

Wresz­cie WHO ogło­siło pan­de­mię…

Pierw­sze dni pracy na oddziale i wielka nie­wia­doma.

W domu oglą­dam tele­wi­zję i nie wie­rzę. Epi­sko­pat Pol­ski w ramach walki z epi­de­mią zarzą­dził wię­cej mszy niż nor­mal­nie. Mini­ster zdro­wia twier­dzi, że to zasadne. Minie parę dni, zanim ten non­sens zosta­nie odwo­łany i będą wpro­wa­dzane kolejne obostrze­nia. Naj­pierw ogra­ni­czą liczbę osób na mszy do pięć­dzie­się­ciu, a póź­niej, decy­zją MZ z 24 marca, do pię­ciu osób. Przy­naj­mniej tutaj zadzia­łano dość spraw­nie i ktoś się opa­mię­tał. Za to msze można oglą­dać w tele­wi­zji i Inter­ne­cie.

1 W pier­wot­nej wer­sji dzien­nika uży­wa­łem praw­dzi­wych nazw miast, ale final­nie posta­no­wi­łem bar­dziej zano­ni­mi­zo­wać histo­rię, zatem każde mia­sto będzie miało swoją uni­ka­tową wymy­śloną nazwę, która pozo­sta­nie nie­zmienna do końca książki, np. Gor­czyca, Lwia Góra czy Lub­czyca. Wszel­kie podo­bień­stwo do praw­dzi­wych nazw jest nie­za­mie­rzone i przy­pad­kowe. [wróć]

#czwar­tek 12 marca

Mam dyżur, obsta­wiam oddział zakaźny. Nie widzia­łem jesz­cze kom­bi­ne­zo­nów, za to obej­rza­łem na YouTu­bie instruk­cję ich bez­piecz­nego wkła­da­nia i zdej­mo­wa­nia. W ręku ści­skam kartkę z wytycz­nymi, które wła­śnie otrzy­ma­li­śmy.

Nie jest źle, wirus jesz­cze do nas nie dotarł. Wczo­raj dyżurny zba­dał dwie osoby, obie w sta­nie dobrym prze­by­wają na oddziale zakaź­nym. Nam zostało sze­ściu zwy­kłych pacjen­tów, któ­rych jutro wypi­sze się do domu lub pośle dalej.

Dyżu­ruję z młod­szym kolegą, który nie pełni jesz­cze samo­dziel­nych dyżu­rów, więc jest nam raź­niej. Od czasu do czasu dzwoni tele­fon – tro­chę to absur­dalne, że starsi kole­dzy spe­cja­li­ści z innych szpi­tali pytają o radę rezy­denta dru­giego roku interny, ale trzy­mam się wytycz­nych i zbie­ram dokład­nie wywiad z leka­rzami oraz – zgod­nie z aktu­al­nymi wytycz­nymi – prze­ka­zuję wska­zówki do dal­szego postę­po­wa­nia.

Dzwoni mój pierw­szy tele­fon w spra­wie prze­ka­za­nia.

– Witam, dok­to­rze, od razu przejdę do sedna: mam cho­rego z podej­rze­niem COVID-19 do prze­ka­za­nia. To młody pacjent, wró­cił z Nie­miec, pra­co­wał z wie­loma ludźmi. Ma gorączkę i dusz­no­ści, prze­sy­łamy go do was.

– Ktoś go badał? Zebrał wywiad? Gdzie pra­co­wał, z kim? – dopy­tuję.

– Nie wiem. Jest w izo­latce, ma gorączkę, dusz­no­ści, pra­co­wał w Niem­czech. Nie cho­ruje prze­wle­kle. Wysy­łamy go…

– No to przy­ślij­cie – odpo­wia­dam, wie­dząc, że nie uzy­skam wię­cej infor­ma­cji. Zaszu­flad­ko­wali go na SOR-ze jako „podej­rze­nie COVID-19” i nikt go nie­po­trzeb­nie nie dotknie…

Zanim przy­je­dzie, sta­ram się chwilę prze­spać; nie wia­domo, jaka będzie noc. Dzie­sięć minut póź­niej dźwięk kolej­nego tele­fonu wyrwał mnie z obie­cu­ją­cej drzemki.

– Dzień dobry, dok­to­rze, tu lekarz dyżurny z SOR-u jed­nego z dużych miast w oko­licy, czy mam przy­jem­ność z leka­rzem dyżur­nym oddziału cho­rób zakaź­nych?

– I tak, i nie. Nie jestem spe­cja­li­stą cho­rób zakaź­nych, ale w tym momen­cie peł­nię funk­cję leka­rza dyżur­nego w spra­wach zwią­za­nych z koro­na­wi­ru­sem. W czym mogę pomóc?

– Dok­to­rze, mam pacjenta z podej­rze­niem koro­na­wi­rusa, mogę przy­sy­łać?

– Co to za pacjent? Coś o nim wia­domo? Jakiś wywiad epi­de­mio­lo­giczny, kon­takt? – Jak zawsze pró­buję pogłę­bić skromny wywiad przez tele­fon.

– Pacjent cho­ruje na raka jelita gru­bego, leczony che­mio­te­ra­pią, miał kon­takt z Niemką dwa tygo­dnie temu – odpo­wiada tam­ten.


Nasz pierw­szy strój ochronny. Przed pierw­szym kon­tak­tem z poten­cjal­nie zaka­żo­nym pacjen­tem

Fot. dr Karol Kło­pot

– A kiedy ta che­mia była, może jakoś nie­dawno? Może to gorączka neu­tro­pe­niczna? Prze­by­wał w tym cza­sie w domu? Co to za Niemka i jaki miał z nią kon­takt? Z jakiego jest landu?

– Ee… Che­mia nie wiem, ale dawno. No, przy­ja­ciółka z Nie­miec, a pacjent prze­by­wał w domu z synem i od trzech dni gorącz­kuje do czter­dzie­stu stopni. Wysy­łam go do was.

– Dzię­kuję, dok­to­rze, przy­ją­łem.

To nasza pierw­sza wycieczka na oddział zakaźny. Per­so­nel pie­lę­gniar­ski prze­miły i pomocny. Prze­bie­ramy się z Karo­lem w małym kan­torku z kom­bi­ne­zo­nami. W zasa­dzie to kom­bi­ne­zo­nów z praw­dzi­wego zda­rze­nia nie ma, mamy za to far­tu­chy fli­ze­li­no­po­dobne, czepki, maski, dwie pary ręka­wi­czek i ochra­nia­cze na buty.

Strasz­nie w tym gorąco.

Czuję mie­sza­ninę stra­chu i adre­na­liny – pierw­szy pacjent z podej­rze­niem COVID-19, jakiego będę badać.

W jed­no­oso­bo­wej sali na łóżeczku leży sobie star­szy pan, typowy pacjent, jakiego przyj­mo­wa­łem zawsze na internę. Na twa­rzy zro­szo­nej potem ma maseczkę chi­rur­giczną.

Roz­po­czy­nam wywiad lekar­ski: fak­tycz­nie gorącz­kuje do czter­dzie­stu stopni od trzech dni, bez kaszlu i dusz­no­ści. Kon­takt epi­de­mio­lo­giczny – Niemka… Żadna tam Niemka, tylko Polka, przy­ja­ciółka pacjenta, dotych­czas zdrowa, odwie­dziła go dwa tygo­dnie temu i nie zacho­ro­wała. Sama była w Niem­czech jesz­cze dwa tygo­dnie przed ich spo­tka­niem, czyli mie­siąc temu. Opie­ko­wała się tam jedną star­szą osobą. Z jej strony ryzyko epi­de­mio­lo­giczne żadne. Wcze­śniej­szy wywiad do kitu.

 

Che­mio­te­ra­pia tydzień temu. Tydzień, nie dwa, nie mie­siąc. Tydzień… Kla­syczny okres dla roz­woju gorączki neu­tro­pe­nicz­nej jako powi­kła­nia po che­mio­te­ra­pii. W bada­niach labo­ra­to­ryj­nych bar­dzo niskie stę­że­nie neu­tro­fili (0,09*10^9), wyso­kie para­me­try zapalne. Peł­no­obja­wowa gorączka neu­tro­pe­niczna, tyle że bez wstrząsu sep­tycz­nego. Stąd gorączka, a nie z wirusa, z któ­rym chory nie miał kon­taktu.

Siadł pod­sta­wowy ele­ment bada­nia lekar­skiego – wywiad, a na to nało­żyła się ogól­no­na­ro­dowa panika, która nie­stety nie omi­nęła leka­rzy. Pacjent z nie­istot­nym wywia­dem epi­de­mio­lo­gicz­nym nie powi­nien w ogóle tra­fić do zakaź­nej izby przy­jęć, bo ma ciężką, poten­cjal­nie śmier­telną cho­robę1, a cała pro­ce­dura prze­wie­zie­nia z SOR-u z innego mia­sta opóź­nia wła­ściwe lecze­nie o dobrych parę godzin. W przy­padku roz­woju sepsy, zwłasz­cza na pod­łożu immu­no­su­pre­sji, każda godzina bez odpo­wied­niego lecze­nia dra­stycz­nie zwięk­sza śmier­tel­ność.. Ów pacjent otrzy­mał natych­miast lecze­nie prze­ciw­grzy­bi­cze, anty­bio­ty­ko­te­ra­pię o sze­ro­kim spek­trum i czyn­nik wzro­stu neu­tro­fili. Kurio­zal­ność tej sytu­acji polega na tym, że po wyklu­cze­niu z wywiadu czyn­nika epi­de­mio­lo­gicz­nego (mamy 12 marca, brak infor­ma­cji o trans­mi­sji lokal­nej, a sam pacjent cały czas prze­by­wał w domu) wła­ściwy do lecze­nia oddział onko­lo­giczny nie chce przy­jąć pacjenta, argu­men­tu­jąc: „Samo prze­by­wa­nie na izbie przy­jęć oddziału zakaź­nego jest toż­same z czyn­nikiem ryzyka infek­cji COVID-19”. Zmu­sza nas tym samym do wyklu­cze­nia zara­że­nia u osoby, u któ­rej prze­sła­nek do jego podej­rze­nia nie było.

Deli­kat­nie mówiąc, jestem wkur­wiony całą sytu­acją. Nie­do­kład­nie zebra­nym wywia­dem, kon­sul­ta­cją onko­lo­giczną i wszyst­kim. Zasta­na­wiam się, ilu ludzi umrze. Nie z powodu SARS-CoV-2, tylko spy­cho­lo­gii, paniki i ogól­nego bur­delu, jaki zapa­no­wał w naszej ochro­nie zdro­wia.

Nie winię nawet tego leka­rza, który roz­ma­wiał ze mną przez tele­fon. Miał rację, że nie posia­da­jąc środ­ków ochrony oso­bi­stej, nie badał pacjenta poten­cjal­nie zakaź­nego. Powi­nien te środki mieć, zało­żyć, zba­dać pacjenta, pobrać mu wymaz do bada­nia i skie­ro­wać na wła­ściwy oddział – onko­lo­giczny/wewnętrzny. Dla wszyst­kich, zarówno leka­rzy, jak i pacjen­tów, jest to nowa sytu­acja. Nie­stety wytyczne co do podej­rze­nia umoż­li­wiają bez­re­flek­syjne kie­ro­wa­nie pacjen­tów na wyzna­czone oddziały zakaźne, ale…

I tu z zadumy wyrywa mnie mój młod­szy lekarz dyżurny.

– Zba­da­łem tego dru­giego pacjenta – mówi i uśmie­cha się tajem­ni­czo.

– I jak podej­rzany? Kaszel? Gorącz­kuje, jak mówili? Ma dusz­no­ści? – dopy­tuję.

– A gdzie tam dusz­ność! Kaszlu też nie ma. Wiesz, skąd ta dusz­ność? Wrzu­cili go do izo­latki na SOR-ze, dali maskę na twarz i zbie­rali wywiad przez tele­fon. Zapy­tali się, co go tak nie­wy­raź­nie sły­chać, a on zgod­nie z prawdą odpo­wie­dział, że w tej masce mu gorąco, to przez to nie­wy­raź­nie mówi. No więc wpi­sali dusz­ność w kartę…

– No dobra, a co z tą gorączką? Był w Niem­czech w pracy?

– Cze­kaj, nie skoń­czy­łem – prze­rywa mi Karol. – Pacjent ma wiel­kiego rop­nia na dupie, ale nikt go nie chciał słu­chać. Z rop­niem to nie dzi­wota…

– Że gorącz­kuje – dokoń­czy­łem, a ręce mi opa­dły.

Ropień i gorączka neu­tro­pe­niczna, począ­tek epi­de­mii – chyba epi­de­mii stra­chu.

Dobra, pra­co­wał w Niem­czech, to przy­naj­mniej wywiad epi­de­mio­lo­giczny ma dodatni. Może mieć rop­nia i koro­na­wi­rusa. Próbki do testu na COVID-19 ma pobrane, damy mu anty­bio­tyk i pocze­kamy na ujemny wynik, żeby prze­ka­zać pacjenta dalej albo wypi­sać.

– Niech no tylko chi­rurg zer­k­nie, czy to nie jest do spunk­to­wa­nia – powie­dzia­łem, zle­ca­jąc kon­sul­ta­cję u dyżur­nego z chi­rurgii.

1 Śmier­tel­ność w nie­le­czo­nej gorączce neu­tro­pe­nicz­nej sięga kil­ku­dzie­się­ciu pro­cent w zależ­no­ści od nasi­le­nia neu­ro­pe­nii – skala MASCC. Według przy­stęp­nego bloga pro­wa­dzo­nego przez dwóch leka­rzy SOR-owców Twój dyżur: „Każda godzina opóź­nie­nia poda­nia anty­bio­tyku przy wstrzą­sie sep­tycz­nym ozna­cza zwięk­sze­nie śmier­tel­no­ści o 7,5% – https://twoj­dy­zur.pl/sepsa/. Arty­kuł naukowy The Timing of Early Anti­bio­tics and Hospi­tal Mor­ta­lity in Sep­sis („Wcze­sna podaż anty­bio­ty­ków a śmier­tel­ność pacjen­tów hospi­ta­li­zo­wa­nych z powodu sepsy”) – by oprzeć się na bar­dziej wia­ry­god­nym źró­dle niż blog – donosi, że w bada­niach retro­spek­tyw­nych z udzia­łem 35 tysięcy pacjen­tów stwier­dzono, że każda godzina zwłoki z podażą anty­bio­ty­ków od momentu przy­ję­cia pacjenta z sepsą łączy się ze zwięk­szoną o 9% śmier­tel­no­ścią. Naj­więk­szą korzyść z wcze­snego poda­nia anty­bio­ty­ków odno­sili pacjenci we wstrzą­sie sep­tycz­nym. Vin­cent X. Liu i współ­pra­cow­nicy, The Timing of Early Anti­bio­tics and Hospi­tal Mor­ta­lity in Sep­sis, „Am J Respir Crit Care Med.”, 1 paź­dzier­nika 2017; 196(7): 856–863. [wróć]

#

Scho­dzę z dyżuru i idę do domu. Dziś nie­stety gra­fik tak się uło­żył, że znowu pójdę do pracy, ale mam jesz­cze parę godzin, zanim zacznę dyżur w dru­gim szpi­talu. Jest dobrze: zjem obiad, zoba­czę się z rodziną, może z pół godzinki zdrzemnę.

Pre­mier Mate­usz Mora­wiecki ogła­sza stan zagro­że­nia epi­de­mią.

Przy­wró­cono kon­trole na gra­ni­cach1, zamy­kamy gale­rie han­dlowe, restau­ra­cje i puby. Zawie­szono loty mię­dzy­na­ro­dowe i kra­jowe. Otwarte będą tylko apteki i sklepy spo­żyw­cze.

Oho, zaczęło się…

1 Roz­po­rzą­dze­nie mini­stra spraw wewnętrz­nych i admini­stracji z 13 marca br. przy­wró­ciło tym­cza­sowo kon­trolę gra­niczną osób prze­kra­cza­ją­cych gra­nicę pań­stwową sta­no­wiącą gra­nicę wewnętrzną na okres od 15 marca do 24 marca br. Następ­nie nowe­li­za­cja roz­po­rzą­dze­nia prze­dłu­żyła ten czas o 20 dni – od 25 marca do 13 kwiet­nia br. Kolejna zmiana roz­po­rzą­dze­nia ponow­nie prze­dłu­żyła kon­trolę o 20 dni – od 14 kwiet­nia do 3 maja br., a następna o 10 dni – od 4 maja do 13 maja br. Póź­niej prze­dłu­żono kon­trolę o 30 dni – do 12 czerwca br. W nocy z 12 na 13 czerwca przy­wró­cono pełny ruch gra­niczny w ramach gra­nic wewnętrz­nych Unii Euro­pej­skiej. Od tego momentu służby na gra­nicy pro­wa­dzą kon­trole wyryw­kowo. Powyż­sze dane pocho­dzą z aktu­al­no­ści Ser­wisu Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej: https://www.gov.pl/. [wróć]

#sobota 14 marca

Wła­śnie scho­dzę z dyżuru w innym szpi­talu, w któ­rym dotych­czas doryw­czo pra­co­wa­łem. Ten szpi­tal nie jest poten­cjal­nie zakaź­nym, więc nie kie­ruje się tu pacjen­tów z podej­rze­niem COVID-19, za to uczest­ni­czy w roz­dy­spo­no­wy­wa­niu pacjen­tów inter­ni­stycz­nych z pier­wot­nego rejonu szpi­tala jed­no­imien­nego.

Dyżur był dość spo­kojny, z poje­dyn­czymi inter­wen­cjami na oddziale i izbie przy­jęć oraz z jed­nym przy­ję­ciem. Mam wra­że­nie, że ludzie w dobie epi­de­mii jakby zro­zu­mieli, że szpi­tal jest miej­scem, w któ­rym ratuje się życie, a nie idzie z kata­rem do leka­rza, bez reje­stra­cji i kolejki, aby wypi­sał receptę na anty­bio­tyk. Zresztą to naj­czę­ściej robi Nocna i Świą­teczna Pomoc Lekar­ska (NiŚPL),, jeśli pacjent nie zaczyna za bar­dzo kom­pli­ko­wać lub lekarz nie jest naczel­nym spy­cho­lo­giem wie­czoru. To dobre wra­że­nie pogłę­bia­ją­cej się świa­do­mo­ści Polek i Pola­ków korzy­sta­ją­cych z pań­stwo­wej opieki zdro­wot­nej zostało deli­kat­nie zachwiane o godzi­nie 1.30. Wów­czas na izbę zgło­sił się mło­dzian nieco pobu­dzony, z dość szybką akcją serca, około 140 ude­rzeń na minutę. Ów dwu­dzie­sto­jed­no­la­tek, po wypi­ciu trzech kaw, litra napoju ener­ge­tycz­nego, roz­pi­ciu 0,7 litra nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego trunku wyso­ko­pro­cen­to­wego domo­wej pro­duk­cji na dwóch oraz zaży­ciu leków prze­ciw­bó­lo­wych na ból głowy, był zdzi­wiony szybką akcją serca i pra­gnął, mimo sza­le­ją­cej epi­de­mii, pil­nie zasię­gnąć porady lekar­skiej. Na pyta­nia o środki odu­rza­jące, „Amfe­ta­mina? – nie znam takiego leku. Mari­hu­ana? – ni­gdy nie sły­sza­łem”, odpo­wia­dał na tyle szcze­rze i otwar­cie, że nie zro­bi­łem mu testu na nar­ko­tyki. Tak po praw­dzie, nawet gdy­bym wbrew sobie skła­niał się ku temu, żeby nie ufać roz­waż­nemu, szcze­remu mło­demu czło­wie­kowi, to takiego testu nie mógł­bym wyko­nać, bo się skoń­czyły…

Rano, po pły­no­te­ra­pii i ogól­nie poję­tym lecze­niu obja­wo­wym oraz z kil­koma pokrze­pia­ją­cymi sło­wami doty­czą­cymi stylu życia, został wypi­sany z izby przy­jęć do domu.

Scho­dząc z dyżuru, otrzy­ma­łem tele­fon: „Mamy pierw­szy dodatni wynik COVID-19”.

To młoda dziew­czyna przy­jęta na obser­wa­cję dzień przed moim dyżu­rem. Turystka z Danii, która w trak­cie zwie­dza­nia pobli­skiego zamku poczuła objawy gry­po­po­dobne. Po tułaczce po oko­licz­nych POZ-etach1 tra­fiła do kolegi na dyżur. Wynik dodatni jed­no­znacz­nie powie­dział nam, że wirus dotarł do nas…

Jakże nie­re­alna wyda­wała się wcze­śniej wizja azja­tyc­kiego wirusa, który miał począ­tek gdzieś w Wuha­nie na zwie­rzę­cym targu i poprzez rze­sze Chiń­czy­ków, a póź­niej porty lot­ni­cze dotarł do malut­kiego pro­win­cjo­nal­nego mia­steczka w pań­stwie sły­ną­cym z Cho­pina i alko­holu z ziem­nia­ków.

O pan­de­miach nie mówi się „czy?”, ale „kiedy?” – są jak kata­kli­zmy, któ­rych nie spo­sób prze­wi­dzieć…

Bzdura. Zagrało prawo wiel­kich liczb. Chiń­czycy odło­wili ponad dwa miliony łuskow­ców z głębi dzi­kich lasów i je zje­dli, popi­ja­jąc zupą z nie­to­pe­rza. Gdy wpu­ścisz do ludz­kiego śro­do­wi­ska nowy mikro­biom2, w końcu w tej ogrom­nej licz­bie prób coś zmu­tuje i prze­nie­sie się na ludzi. Tak było z SARS-em pocho­dzą­cym od nie­to­pe­rzy i z MERS-em, tu źró­dłem zaka­że­nia i rezer­wu­arem wirusa są wiel­błądy. Tak naprawdę to ponie­kąd sami jeste­śmy sobie winni.

1 Przy­chod­nia Pod­sta­wo­wej Opieki Zdro­wot­nej – tam przyj­mują leka­rze rodzinni, a każdy pacjent jest zapi­sany do swo­jego leka­rza. [wróć]

2 Mikro­biom, mikro­biota – ogół mikro­or­ga­ni­zmów wystę­pu­ją­cych w danym sie­dli­sku. Obej­muje bak­te­rie, grzyby, arche­ony czy wirusy – https://pl.wiki­pe­dia.org/wiki/Mikro­biom. [wróć]

#bły­ska­wiczna adap­ta­cja

Decy­zją woje­wody nastą­piło to, o czym szef wspo­mi­nał już wcze­śniej. Zosta­li­śmy prze­kształ­ceni w szpi­tal jed­no­imienny. Obszar, który mamy zabez­pie­czać, jest ogromny, obej­muje prak­tycz­nie połowę woje­wódz­twa. Wydaje mi się to maka­brycz­nym żar­tem, że taki mały szpi­talik, dotych­czas z 1. stop­niem refe­ren­cyj­no­ści1, ma obsłu­gi­wać tak wielki teren. Ist­nieje moż­li­wość, że pacjenci ze szpi­tali 2. stop­nia refe­ren­cyj­no­ści, ba! z kli­nik, będą prze­ka­zy­wani do naszej nie­wiel­kiej pla­cówki. Nie jeste­śmy na to gotowi, ale chyba nikt ni­gdzie nie jest gotowy. Epi­de­mia ude­rzyła w całą Europę i spra­wiła, że zała­mała się opieka zdro­wotna w kra­jach znacz­nie lepiej pro­spe­ru­ją­cych, jak w Hisz­pa­nii czy Wło­szech.

Na chwilę obecną mamy teo­re­tycz­nie trzy­dzie­ści łóżek na moim oddziale i jedną izo­latkę bez śluzy. Reszta to sale gru­powe, nawet do sze­ściu łóżek, oraz dwa respi­ra­tory, i to trans­por­towe. W tej chwili jesz­cze to do mnie nie dociera… Dotrze z bru­talną mocą póź­niej, kiedy to sza­leń­stwo zacznie się na dobre.

1 W Pol­sce wszyst­kie szpi­tale mają przy­pi­sany sto­pień refe­ren­cyj­no­ści (są ich trzy). Naj­pro­ściej mówiąc, im wyż­szy sto­pień refe­ren­cyj­no­ści, tym bar­dziej spe­cja­li­styczna jed­nostka – więk­szość szpi­tali powia­to­wych ma 1. sto­pień refe­ren­cyj­no­ści, a kli­niki 3. [wróć]