Przystanek śmierć

Tekst
Z serii: Adam Nowak #2
Z serii: Mroczna seria
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przystanek śmierć
Przystanek śmierć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Przystanek śmierć
Przystanek śmierć
Audiobook
Czyta Paweł Werpachowski
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tomasz Konatkowski

Przystanek śmierć

Saga

Przystanek śmierćZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2007, 2020 Tomasz Konatkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726515602

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Dwunastka
1

Tramwaj linii 12 wjechał na pętlę Nowe Bemowo. Motorniczy poczekał, aż pasażerowie opuszczą skład, wyłączył kasowniki, przygasił światła i wyszedł z kabiny na zewnątrz, żeby zapalić papierosa. Pomacał kieszenie służbowej marynarki i zaklął. Jasna cholera, znowu zapomniał kupić fajki.

Rozejrzał się. Kioski już pozamykane, sklepik po drugiej stronie Powstańców Śląskich nieczynny. Na stację benzynową nie chciało mu się iść, zresztą i tak by się spóźnił z odjazdem. Na szczęście obok stała jedynka. Młoda dziewczyna siedziała w kabinie i czytała kolorowe pismo. Nie widział jej wcześniej. Do pracy ciągle przyjmowano nowe osoby, a rotacja była spora.

– Dobry wieczór, koleżanko. – Zapukał w szybę. – Nie masz przypadkiem papierosów?

– Co? – Kobieta przez chwilę wyglądała na nieco przestraszoną. Uspokoiła się, widząc innego motorniczego. – A tak, tak, mam... Proszę, niech się pan poczęstuje.

Spojrzał z niesmakiem na białe pudełko aromatyzowanych cygaretek. Wyciągnął jedną, podziękował i zapalił. Tfu, babskie paskudztwo. Jak można palić coś, co w ogóle nie pachnie tytoniem?! Dobrze, że go nikt nie widzi w tej chwili. Wrócił do swojego składu.

I wtedy zobaczył w drugim wagonie pasażera. Głowa oparta o szybę, chyba śpi. Zapukał w okno. Gość nie zareagował.

Właściwie motorniczy nie musiał tego robić. Ot, jeszcze jeden pijaczek, który nie pierwszy raz wróci do domu trochę później, żona zrobi mu awanturę, on ją pobije, a może po prostu zwali się od razu na wyrko i zaśnie, nie zdjąwszy nawet butów. Ale przecież o tej porze ktoś może go łatwo okraść, jeżeli już tego nie zrobił. Poza tym niedługo i tak trzeba będzie faceta wyrzucić, zajezdnia to nie izba wytrzeźwień i nie przechowuje zbłąkanych dusz na noc. Wrócił do kabiny, otworzył drzwi w składzie i przeszedł do drugiego wagonu. Potrząsnął faceta za ramię.

– No, obudź się, człowieku. Halo!

I wtedy zobaczył, że mężczyzna ma otwarte oczy. I zakrwawioną koszulę.

Motorniczy gwałtownie odskoczył. Widział wiele rzeczy w ciągu trzydziestu lat pracy, ale nigdy nie miał trupa w wozie. Bo wiedział już, że pasażer nie żyje. Po chwili znalazł w sobie tyle opanowania, by na wszelki wypadek sprawdzić oddech i tętno na jego szyi. Nie wyczuł nic. Wyskoczył z wagonu i pobiegł do budki dyspozytora.

– Dzwoń na policję! – krzyknął.

– Co się stało, panie Markowski? Jakaś bójka?

– Człowiek nie żyje! Trup, w moim tramwaju!

Komisarz Adam Nowak mieszkał na osiedlu Piaski, w pobliżu innej pętli tramwajowej. Od półtora roku zajmował dwupokojowe mieszkanie, ciągle wymagające remontu, na który nie było go stać. Wziął kredyt w banku na maksymalny dopuszczalny okres – piętnaście lat. Cóż, nie było to może luksusowe miejsce, ale po pierwsze, no właśnie, na nowe mieszkanie tym bardziej nie mógł sobie pozwolić. Chyba że w Piastowie albo w Grodzisku. Po drugie, stare gierkowskie bloki, zbudowane przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, trzymały się dość dobrze. Spółdzielnia dbała o nie całkiem nieźle. Trudno zresztą, żeby było inaczej, przy takiej wysokości funduszu remontowego... Niedawno blok został ocieplony, otynkowany i wyróżniał się fajnym żółtym kolorem. No i łatwo było stąd wszędzie dojechać. Tramwajem, autobusem i samochodem. Raz na jakiś czas Nowak musiał sobie to wszystko wyliczyć, nie wiadomo właściwie po co. Chyba dlatego, żeby samemu sobie udowodnić słuszność podjętej jakiś czas temu decyzji. Najwyraźniej wciąż musiał się przekonywać do swojego wyboru.

Siedział przed telewizorem i sprawdzał na stronach telegazety wyniki Serie A. W sumie zastanawiał się, czy już nie iść spać, kiedy zadzwoniła komórka. Spojrzał na wyświetlacz. Komenda Stołeczna. Cholera jasna.

– Tak?

– Komisarz Nowak? Za chwilę przyjedzie po pana radiowóz. Motorniczy znalazł zwłoki w tramwaju na Bemowie. Na pętli.

Nowak nie musiał pytać o nic więcej. Wiedział, że do faceta, który miał atak serca w tramwaju, raczej nie wzywa się policjanta z wydziału zabójstw, oficjalnie – z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji. Z tej nazwy Nowaka dotyczyła tylko druga jej część. Spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta. Poczeka na radiowóz. Mógł podjechać autobusem, ale w niedzielę późnym wieczorem oznaczało to długie czekanie na przystanku. Linii tramwajowej łączącej Bielany z Bemowem jeszcze nie było, choć prace na Reymonta już się zaczęły.

Migające koguty na radiowozach i mały reflektor oświetlający wagon było widać z daleka. Ekipa techników z zespołu oględzinowego odgrodziła dostęp do przystanku i rozpoczęła zbieranie śladów. Na szczęście nie było gapiów, pętla znajdowała się z dala od bloków. Tylko parę osób czekających na odjazd ostatniego tramwaju podeszło i patrzyło na to, co się dzieje.

– Pan komisarz Nowak? – Wysoki, młody policjant w mundurze wyszedł do niego. – Aspirant Roman Kowalski z Komisariatu Policji Bemowo. Dostaliśmy zgłoszenie od dyspozytora. Motorniczy... – aspirant zajrzał do notatek – ...Józef Markowski znalazł zwłoki. Około 22.05, kiedy przyjechał na pętlę. Wcześniej nie widział nic podejrzanego. Siedzi tam. – Aspirant wskazał na budyneczek przy pętli.

Nowak przywitał się z szefem grupy wysłanej przez Laboratorium Kryminalistyczne KSP. Roberta Nowackiego znał dość dobrze. Poznali się przypadkiem, w kolejce do lekarza na badaniach okresowych. Wielokrotnie już współpracowali przy różnych sprawach.

– Cześć, Robert. Co macie?

– Paskudna sprawa. Facetowi ktoś wbił nóż prosto w serce. I zdołał wyciągnąć, bo narzędzia nie znaleziono.

– Jakieś ślady?

– Daj spokój. Mamy od cholery roboty. Do rana się chyba z tym nie ogarniemy. To w końcu tramwaj.

– Cały katalog odcisków?

– Żebyś wiedział. Mam wrażenie, jakbym zbierał materiały do pracy naukowej. Tragedia.

– Prokurator?

– Był już. Pojechał do domu.

– Kto?

– Michał Borowski.

– Dobrze. Z tym facetem da się współpracować – mruknął Nowak i skierował się do dyspozytorni.

Panie, ja trzydzieści lat jeżdżę na tramwajach, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem! – Roztrzęsiony motorniczy zaciągnął się papierosem. – Zabili człowieka! W moim tramwaju!

– Proszę się nie denerwować – powiedział Nowak.

– Łatwo panu tak mówić. – Markowski pokręcił głową. – Niemożliwe, niemożliwe...

– Ustalmy parę faktów. Czy widział pan kogoś wychodzącego z tramwaju na pętli, zwłaszcza z drugiego wagonu?

– Patrzę przecież w lusterko, zanim zamknę drzwi. W pierwszym wagonie było może z dziesięć osób. Z drugiego nikt nie wysiadł.

– Jak pan sądzi, kiedy to się mogło stać? Kiedy mogło dojść do zabójstwa?

– Pewnie na jednym z ostatnich przystanków na Bemowie albo na Kole, no, wie pan, jeszcze przed skrętem w Powstańców. Kiedy nie było już zbyt wiele osób w wozie.

– Widział pan coś podejrzanego? Jakiegoś człowieka, grupę?

– Nie, nie widziałem. Wie pan, jakąś awanturę, pijanych gówniarzy w dresach czy uciekającego złodziejaszka tobym zobaczył albo usłyszał. O tej porze jeździ mało ludzi, zwłaszcza w niedzielę. Hm... Na pewno ktoś z drugiego wagonu wysiadał. – Starszy mężczyzna zastanowił się. – Może przy ogródkach działkowych. Nie pamiętam dokładnie, ciemno tam jest.

– Kobieta czy mężczyzna?

– Mężczyzna, chyba mężczyzna... I wsiadała para młodych ludzi. A potem na Powstańców widziałem, że wybiegli i weszli do pierwszego wagonu.

– Wybiegli z drugiego wagonu?

– Aha. Tak jakby coś zobaczyli i przestraszyli się. Ale nie podeszli do mnie. Widziałem, że wysiedli na pętli.

– Potrafi pan ich opisać? Przypomina pan sobie, jak byli ubrani?

– Nie wydaje mi się... – Motorniczy podrapał się po głowie. – Nawet w dzień ich trudno odróżnić. Przynajmniej chłopaków. Tamten był krótko ostrzyżony, w kurtce, dżinsowej takiej albo sportowej, z jakimś napisem. Dziewczyna miała jasną bluzę.

– Panie Markowski, jeżeli coś sobie pan przypomni, bardzo proszę o kontakt, najlepiej ze mną. – Komisarz podał mu swoją wizytówkę.

Ekipa Nowackiego kontynuowała pracę. Ciało denata już ułożono na foliowej płachcie. Nowak podszedł, żeby przyjrzeć się zwłokom, zanim zabierze je karetka do zakładu medycyny sądowej.

– Faceta pchnięto nożem, z przodu, nieco z góry. Zapewne spał na siedzeniu w takiej pozycji, w jakiej go znaleziono – wyjaśniał Nowacki. – Gość siedział po prawej stronie wagonu, zatem morderca, stojąc z przodu, miał go po lewej. Musiał się nieco pochylić. Moim zdaniem najprawdopodobniej zabójca był leworęczny.

– Czy są jakieś ślady walki?

– Żadnych. Wygląda to na śmierć zadaną rozmyślnie, z zimną krwią. Być może ofiara była zaskoczona. Ale najpewniej facet po prostu spał. Sekcja powinna wykazać, czy był pijany, czy nie.

 

– Miał dokumenty?

– Tak, dowód osobisty. Jest tutaj. – Nowacki wskazał na stolik rozstawiony przy furgonetce.

Nowak wziął od technika jednorazowe rękawiczki i wyjął dokument z plastikowej torebki z hermetycznym zatrzaskiem. Przekartkował stary, nieco podniszczony dowód. Stary dowód dostarcza od razu więcej informacji niż te nowe, plastikowe. Witold Oleszkiewicz. Nauczyciel z zawodu, obecnie emeryt. Lat sześćdziesiąt osiem. Zameldowany na Obozowej, na Kole.

– Jakieś pieniądze, portfel?

– Tak, był w kieszeni spodni. Tylko trzydzieści złotych, jakiś kalendarzyk, karta miejska, odcinek emerytury. Ale jest też komórka. – Nowacki pokazał ją. – Ktoś do niego wydzwania przez ostatnie dwie godziny. Numery wyświetlają się jako „DOM” i „Krzysztof”. Zapisaliśmy je, oczywiście nie odbierałem.

– Słusznie. Rodzinę poinformujemy jutro.

Nowak wsunął dowód z powrotem do torebki. Zadzwonił do centrali i podał dane zamordowanego oraz oba numery telefoniczne.

Hm, nauczyciel z Obozowej. Pewnie tam mieszka. Jeżeli jechał do domu, zamordowano go jeszcze przed Obozową. Jeżeli zginął gdzieś przy końcu trasy, musiał mieć coś do załatwienia na Bemowie. O tej porze, w niedzielę? Może po prostu zasnął.

Rozejrzał się. Na przystanku stała grupa mężczyzn w jednakowych marynarkach i krawatach, przyglądali się pracy policjantów, wymieniając między sobą uwagi. Domyślił się, że to kierowcy autobusów czekający na ostatni kurs z pętli do centrum. Zawołał aspiranta i poprosił go o spisanie personaliów kierowców i motorniczych.

– Już to zrobiliśmy. – Kowalski spojrzał na Nowaka prawie ze złością. – Mamy nazwiska wszystkich motorniczych i kierowców, którzy byli na pętli w momencie odkrycia zwłok. Część przesłuchaliśmy, część wcześniej musiała jechać. Nikt nie widział nic szczególnego.

– Dziękuję – rzucił komisarz. – Co pan o tym sądzi?

– Ja? Nic nie sądzę. – Aspirant wzruszył ramionami. – Morderstwo i tyle. Wiem, że to śmierć, ale bardzo czysta. Widziałem gorsze rzeczy. – Machnął ręką w kierunku bloków. Nie wiadomo, czy miał na myśli to konkretne osiedle, czy całe Bemowo, Bielany, czy może Warszawę. – Nic podobnego się tu w każdym razie nie zdarzyło. A od motywu to już chyba pan jest, panie komisarzu.

– Taaa. Motywu. – Mózg komisarza nie pracował o tej porze na pełnych obrotach. Nowak wiedział, że sprawa już się zaczęła, ale najważniejsze decyzje zapadną jutro. – Mam do pana prośbę...

– Domyślam się. – Kowalski nie wyglądał na szczęśliwego. – Trzeba poinformować rodzinę.

– Tak, ale nie teraz. Jutro rano.

– Dobrze, panie komisarzu. Coś jeszcze?

Nowak spojrzał na zachmurzone, bezgwiezdne niebo, potem w stronę bloków. Światła paliły się w niewielu oknach. Mimo późnej pory na balkonach pojawiło się jednak parę sylwetek osób zainteresowanych tym, co się dzieje na pętli. Po drugiej stronie Powstańców stał jakiś facet z psem na smyczy. Pojedyncze samochody, głównie taksówki, przejeżdżały w obie strony. Niedziela, siedemnasty kwietnia. Kolejny tydzień w Warszawie dobiegał końca.

– Nie, już nic. Będziemy w kontakcie.

2

No i co, twoja Polonia znowu dostała w dupę – rzucił komisarz Zakrzewski, widząc wchodzącego Nowaka.

– No, dostała. – Nowak wzruszył ramionami. – Byłem na tym meczu. Faktycznie spodziewałem się co najmniej remisu.

– Cztery bramki w plecy to trochę sporo. Wprawdzie od Wisły, ale nie tej z Krakowa, tylko z Płocka! I to na własnym stadionie!

– Twoja Legia nie była lepsza. Przegraliście u siebie 0:1 z Odrą Wodzisław...

– Kompletnie nie rozumiem, jak policjant może chodzić na mecze – odezwał się Drzyzga.

Nowak i Zakrzewski spojrzeli na niego. Marcin Drzyzga odzywał się raczej rzadko. Pewnie dlatego wszyscy bardziej zwracali uwagę na to, co mówi.

– Futbol marny, a na dodatek musisz słuchać tych wszystkich przyśpiewek. „Policja zawsze i wszędzie jebana będzie” – wyjaśnił.

– Daj spokój, Marcin. Po pierwsze, nie tak często słychać takie rzeczy na Konwiktorskiej, a po drugie, może i Polonia to nie Real ani Milan...

– Ani nawet Legia – mruknął złośliwie Zakrzewski.

– ...ale jednak to jest piłka. Emocje są prawdziwe. Kibic ma więcej powodów do radości i smutku niż inni ludzie. I nawet wie, kiedy będzie miał te uczucia. W sobotę, w niedzielę, czasem we środę. Gwarantowane, według terminarza.

– Emocje? – Drzyzga prychnął. – Mógłbyś pójść do kina albo do teatru.

– To nie to samo. Wiesz, kiedy oglądam mecz Ligi Mistrzów, to jest jak w teatrze. – Nowak się zapalił. – Podziwiam grę, cieszę się z bramek, czasem się nudzę. Ale nie ma tych ciągłych nerwów, złości, zniechęcenia, które masz na meczu swojej drużyny.

– W wypadku Polonii chyba tylko zniechęcenia – rzucił Zakrzewski. – Oj, Adam, znajdź sobie żonę. Będziesz miał prawdziwe emocje, złość, zniechęcenie i teatr uczuć czy jak to tam nazywasz.

– Taaa, wiesz, już to miałem. – Nowak nie musiał się nawet irytować. – Kobiety przychodzą i odchodzą, a drużynę wybiera się na całe życie.

– Stary, ale ty nawet nie jesteś warszawiakiem. Dlaczego akurat Polonia?

– Bo zawsze chciałem chodzić na mecze pierwszej ligi. A Legii przecież kibicował nie będę. – Spojrzał na Zakrzewskiego, wiedząc, co się za chwilę stanie. Bawiły go te poniedziałkowe kłótnie.

– Daj spokój, znowu te brednie. – Zakrzewski się wkurzył. – Zaraz zaczniesz opowiadać kombatanckie historie o tym, jak to twój stary warszawski klub był prześladowany za komuny. O tym, że Legia była faworyzowana przez władze, a Polonia musiała tułać się po trzeciej lidze. Przecież to stare dzieje, tego pieprzenia już się nie da słuchać. Komuny nie ma, a wasi działacze żyją w poprzedniej epoce. Nic dziwnego, że ciągle jesteście dziadami w Warszawie. Poza tym Gmoch miał rację. Polonia nie ma kibiców, bo większość już poumierała.

– Paru jeszcze zostało. Tych, którzy pamiętają mistrzostwo na gruzach, w 1946 roku.

– Niedługo zabraknie tych, którzy pamiętają mistrza z 2000 roku – odparł Zakrzewski. – A w ogóle, skoro z ciebie taki kibic, to wiesz przynajmniej, na którym miejscu jest drużyna z twojego miasta?

– Na szóstym miejscu w swojej grupie ligi okręgowej – odpowiedział natychmiast Nowak.

Zaczynał tydzień od przejrzenia internetowego wydania gazety. Rzut oka na strony dodatku regionalnego i już wiedział, jakie ma wyniki Mazur Radzymin. Czasami dzwonił do ojca, który wciąż chodził na mecze. W porządnych robotniczych rodzinach była to stara tradycja. Nie tylko robotniczych zresztą. I nie tylko porządnych. Pamiętał jeszcze dziadka popijającego ukradkiem z małpki i rozmawiającego o piłce z kolegami, rencistami takimi jak on. Tak, Nowak nie mógł żyć bez futbolu. A znał ludzi, którzy nawet w czasie mundialu czy mistrzostw Europy nie byli w stanie pasjonować się piłką nożną. Pamiętał spotkanie z kolegą informatykiem. Byli wówczas ze swoimi żonami (zabawne, dziś obaj są po rozwodach) i oglądali mecz Belgia-Rosja. Po mniej więcej osiemdziesięciu minutach gry i kolejnej bramce strzelonej przez Belgów ucieszył się: „No, to Belgia awansowała”. Kolega zapytał: „Jak to? To Rosjanie nie grają w czerwonych koszulkach?”.

Miał swoją teorię: ludzie, którzy nie lubią futbolu, nudzą się szybko meczami w telewizji, bo nie potrafią ich oglądać. Patrzą przez cały czas na piłkę. Ale prawdziwy kibic rozgląda się po całym boisku. I wie, że na stadionie widać znacznie więcej niż w telewizji. Oczywiście nie ma powtórek, czasami nie wiadomo, czy faktycznie był spalony i czy obelgi pod adresem sędziego są uzasadnione. Za tobą siedzi staruszek, który kopci fajranty i klnie jak szewc, obok dzieci drą się potwornie, Polonia przegrywa, a spikerowi plącze się język (od paru kieliszków na rozgrzewkę albo po prostu z przyzwyczajenia). Pewnie, że można sobie wyobrazić lepsze formy spędzania wolnego czasu. No i co z tego – lubił to i zawsze z niecierpliwością czekał na rozpoczęcie kolejnego sezonu czy rundy wiosennej. Przychodzić na spokojny (na ogół) stadion przy Konwiktorskiej. Wspominać sukcesy, które były, i te, które mogły być, gdyby nie... i tu zaczynała się litania nazwisk, pokrętnych wyjaśnień i dziwnych teorii. Marzyć o przyszłości. I śpiewać: „Za teee czterdzieści lat, za trzeeeciej ligi smak, na miiistrza Polski przyyyszedł czas, to Polooonia Warszawa”.

Do pokoju wszedł podinspektor Michalski, kierownik zespołu w sekcji zajmującej się zabójstwami, bezpośredni przełożony Nowaka. Popatrzył na niego i na naburmuszonego Zakrzewskiego.

– Co, znowu pokłóciliście się o piłkę? Jak dzieci, jak dzieci...

– ...tylko futbol i dziwki w głowie – mruknął Zakrzewski.

– Dobrze, panowie, do roboty. – Michalski spojrzał na Nowaka. – Będziesz zajmował się śledztwem w sprawie tego morderstwa na Bemowie.

– Na Bemowie znaleziono ciało, jeszcze nie wiadomo, czy tam miało miejsce samo morderstwo – zauważył Nowak. – Dwunastka ma długą trasę. Wyniki sekcji przyjdą niedługo, pewnie niczego nowego się nie dowiemy. Zabity precyzyjnym pchnięciem w serce. Kto z prokuratury prowadzi śledztwo, Borowski? Był na miejscu.

– Tak.

– W porządku. Będzie nam pomagał, a nie przeszkadzał.

– Coś więcej wiadomo o ofierze? Potencjalne motywy? – zapytał Michalski.

– Na razie raczej niewiele. Emerytowany nauczyciel, nienotowany. Motyw? Zemsta jakiegoś dawnego ucznia? – Nowak się zastanowił. – Niekoniecznie ucznia zresztą. Może kiedyś zrobił coś złego. Może znęcał się nad żoną lub dziećmi. A może został po prostu zabity przez naćpanego bandytę.

– Przez gangstera, który musiał zdać egzamin – wtrącił Zakrzewski.

– Nie wygłupiaj się! – rzucił inspektor. – Nikt nie będzie ryzykował popełnienia morderstwa w publicznym miejscu, żeby zdać egzamin na żołnierza.

– Czy to mogła być egzekucja? – zapytał Drzyzga.

– Egzekucja? – Zakrzewski był cokolwiek zdziwiony. – Egzekucja w tramwaju?

– Nigdy nic nie wiadomo – powiedział Nowak. – Niedawno parę bloków ode mnie zastrzelono faceta na klatce schodowej, pamiętacie?

– Daj spokój, czy ten gość wygląda na gangstera?

– A widziałeś zdjęcia szefów „Pruszkowa”? Czy któryś wyglądał na psychopatę?

– Nie trzeba być kimś ważnym, żeby zasłużyć na egzekucję – wtrącił Drzyzga. – Może miał długi i wierzyciele stracili cierpliwość. Może wiedział coś o dilerach.

– W każdym razie ktoś, kto go zabił, może być profesjonalistą. To mogła być egzekucja. Nie każdy potrafi z zimną krwią wbić facetowi nóż w serce.

– Nie każdy ma tyle siły – dodał Zakrzewski.

– Słusznie. No i narkotyki, hazard, długi, to wszystko trzeba sprawdzić. – Podinspektor Michalski zwrócił się do Nowaka: – Chcesz mieć kogoś z Bemowa do pomocy?

– Tak, aspiranta Kowalskiego. Wygląda na rozsądnego. Dziś ma odwiedzić rodzinę ofiary, będziemy więcej wiedzieć o tym nauczycielu.

– Nowak i Kowalski... – Michalski się roześmiał. – Niezła ekipa. Smith and Jones.

Komisarz zadzwonił do Kowalskiego. Aspirant był u siebie na Bemowie. Nowak poinformował go, że bierze udział w śledztwie prowadzonym przez Komendę Stołeczną.

– Byłem u jego żony na Obozowej. Sama wcześniej dzwoniła na policję – powiedział Kowalski.

– Czekała do rana, żeby zgłosić zaginięcie męża?

– Nie. Zadzwoniła około północy. Mówiła, że zdarzało mu się czasami zasiedzieć u kolegi na Pradze. Tego dnia też u niego był, ale jak zwykle dał znać, że niedługo jedzie. Dzwonił około 21.30.

– Był pan już u tego kolegi?

– Nie. To też jakiś emeryt, nauczyciel, pracowali przez wiele lat w tej samej szkole. – Nowak usłyszał szelest kartek. – Jarosław Rzepecki. Wdowiec, mieszka sam, na Berezyńskiej na Saskiej Kępie.

– Dobrze, wobec tego niech pan dziś go odwiedzi. Ja wieczorem zajrzę do pani Oleszkiewicz. Jak ona ma na imię?

– Jadwiga... – Kowalski zawiesił głos. – Uprzedziłem, że policja jeszcze będzie ją niepokoić w najbliższym czasie. Jest załamana, panie komisarzu. Nie wiem, czy w takim stanie coś pan z niej wyciągnie. Poza tym nie ma pojęcia, jaki był motyw zbrodni, jeżeli w ogóle był. Ciągle powtarza: „Komu on zawinił? Kto to mógł zrobić?”.

– Hm, w takim razie zadzwonię do niej i umówię się na później. Czy jest sama, czy ktoś jej pomaga?

 

– Powiadomiła syna... Krzysztof Oleszkiewicz, lat trzydzieści osiem, zdaje się jakiś biznesmen. I jeszcze jest starszy brat, Stanisław Oleszkiewicz. Mieszka na Ochocie.

Nowak od razu zadzwonił pod zanotowany wczoraj numer.

– Halo? – Nowak domyślił się, że ostry, młody głos w słuchawce należy do Krzysztofa Oleszkiewicza.

– Mówi komisarz Adam Nowak z Komendy Stołecznej Policji. Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci pana Witolda Oleszkiewicza.

– A, znowu policja. – W głosie rozmówcy słychać było niechęć. – Proszę posłuchać, kontakty z pana instytucją nie są najprzyjemniejsze. Pan rozumie, w jakiej sytuacji znalazła się nasza rodzina, zwłaszcza mama. Staram się oszczędzić jej większości kłopotów i formalności. I nie wyobrażam sobie, żeby to ona załatwiała sprawy policją. Cała ta biurokratyczna procedura, którą musiałem przejść przy okazji identyfikacji zwłok ojca... A potem chciałem się dowiedzieć, kiedy będę mógł odebrać ciało. Policjant, który mnie skierował do zakładu medycyny sądowej, nie wiedział, ale podał telefon przełożonego. Wie pan, z iloma osobami byłem łączony, zanim udało mi się porozmawiać z kimś, kto udzielił mi konkretnej informacji? Z pięcioma! Przyzna pan, że mam prawo wymagać nieco lepszej organizacji i odrobiny zrozumienia od instytucji, którą utrzymuję ze swoich podatków...

Aha, podatnik. Nowak przerwał wywód Oleszkiewicza.

– Bardzo mi przykro, panie Krzysztofie, przede wszystkim z powodu śmierci pańskiego ojca. Proszę przyjąć moje szczere wyrazy współczucia. Przepraszam także za wszelkie kłopoty, z którymi spotkał się pan z naszej strony.

– Dziękuję... – Głos w słuchawce nie stał się wcale spokojniejszy. – Liczę, że znajdą panowie tego skurwysyna, który zamordował mojego ojca. W tym mieście strach chodzić po niektórych dzielnicach, zostawić samochód na ulicy, ludzie się boją jeździć tramwajami i autobusami. – Nowak przypuszczał, że jego rozmówca sam raczej rzadko korzysta z komunikacji miejskiej. – Ale jak się domyślam, dzwoni pan nie tylko w sprawie złożenia kondolencji.

– To prawda, chciałbym porozmawiać z pańską matką możliwie jak najszybciej. Bardzo chętnie również i z panem.

– Pogrzeb będzie w czwartek o jedenastej – powiedział Oleszkiewicz. – Nie może pan przyjść w piątek, kiedy już się wszystko uspokoi? – Nowak usłyszał kobiecy głos gdzieś w tle. – Tak, mamo? Chwileczkę... – Rozmówca przełączył telefon w tryb oczekiwania, zamiast sygnału pojawiła się melodyjka. Dla Elizy w kiepskim wykonaniu taniego aparatu. Po chwili ostry głos powrócił. – Mama mówi, że może pan wpaść we środę.

– W takim razie pojawię się u państwa około dziesiątej. Nie za wcześnie? – Znowu usłyszał, jak mężczyzna przekazuje matce pytanie. – Dobrze, zatem w środę o dziesiątej.

Komisarz zadzwonił ponownie do Kowalskiego i umówił się, że podjedzie po niego radiowozem, a potem jednak wybiorą się razem na Saską Kępę. Zabrał Kowalskiego spod komisariatu na Raginisa. Po drodze rozmawiali chwilę o zasadach współpracy. W czasie rozmowy Nowak zaproponował mu przejście na „ty”. Aspirant chyba się nieco zdziwił, ale nie było w tym żadnej niechęci. I bardzo dobrze, obaj byli w podobnym wieku, choć Kowalski pewnie o parę lat młodszy.