Kolekcja nietypowych zdarzeńTekst

Autor:Tom Hanks
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Kolekcja nietypowych zdarzeń
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Audiobook
Czyta Jacek Rozenek
32,90  24,02 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Dla Rity i wszystkich dzieciaków

Przez Norę

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Trzy tygodnie męki

DZIEŃ 1

Anna powiedziała, że jest tylko jedno miejsce, gdzie można znaleźć sensowny prezent dla MDywiza – Antique Warehouse, nie tyle skład starych skarbów, ile regularny pchli targ w dawnym Lux Theater. Zanim HBO, Netflix i stu siedmiu innych dostawców rozrywki przyczyniło się do jego plajty, godzinami przesiadywałem w tym niegdyś wspaniałym pałacu kinowym i oglądałem filmy. Teraz ciągną się tam stragany rzekomych antyków. Odwiedziliśmy z Anną wszystkie boksy.

MDywiz miał właśnie zostać naturalizowanym Amerykaninem, co było dla nas tak samo ważne jak dla niego. Dziadkowie Steve’a Wonga otrzymali obywatelstwo w latach czterdziestych dwudziestego wieku. Mój tata uciekł przed pomniejszymi oprychami spod czerwonej gwiazdy z Europy Wschodniej w latach siedemdziesiątych, a w zamierzchłych czasach przodkowie Anny przewiosłowali północny Atlantyk w poszukiwaniu czegoś jeszcze do złupienia w Nowym Świecie. Legenda rodzinna Anny głosi, że odkryli Martha’s Vineyard.

Mohammed Dayax-Abdo miał być niedługo tak amerykański jak sz-Abdo-tka, więc chcieliśmy mu znaleźć jakąś staroć, suwenir patrioty, wyraz dziedzictwa i humoru jego nowej ojczyzny. Moim zdaniem stary wózek Radio Flyer w drugim boksie był doskonały.

– Przekaże go w spadku swojemu amerykańskiemu potomstwu – wyjaśniłem.

Ale Anna nie zamierzała zadowolić się pierwszą lepszą starzyzną. Szukaliśmy więc dalej. Kupiłem amerykańską flagę z czterdziestoma ośmioma gwiazdami, z lat czterdziestych. Flaga miała przypominać MDywizowi, że proces kształtowania się jego przybranej ojczyzny nigdy się nie kończy – że na jej obfitującej w owoce ziemi zawsze znajdzie się miejsce dla porządnego obywatela, tak jak na niebieskim kantonie w lewym górnym rogu obok czerwonych i białych pasów zmieszczą się dodatkowe gwiazdy. Anna się zgodziła, ale nie przerywała poszukiwań, polując na prezent, który będzie dużo bardziej wyjątkowy. Zależało jej na unikacie, czymś zupełnie niepowtarzalnym. Trzy godziny później uznała, że wózek to jednak dobry pomysł.

Kiedy wyjeżdżaliśmy z parkingu moim volkswagenem busem, rozpadało się. Wracać musieliśmy powoli, bo wycieraczki są tak stare, że na szybie zostawały zacieki. Burza ciągnęła się do wieczora, więc zamiast pojechać do domu, Anna została u mnie, przesłuchała stare taśmy mojej mamy (które wypaliłem na płytach CD) i ubawiła się jej eklektycznym gustem, kiedy po Pretendersach polecieli O’Jaysi, a potem Taj Mahal.

A kiedy Iggy Pop zaczął śpiewać Real Wild Child, zapytała:

– Masz jakąś muzykę z ostatnich dwudziestu lat?

Zrobiłem burrito z szarpaną wieprzowiną. Anna piła wino. Ja piłem piwo. Rozpaliła w moim piecu Franklina, twierdząc, że czuje się jak osadniczka na prerii. Siedzieliśmy na kanapie przy zapadającym zmroku rozświetlanym jedynie płomieniami i słupkami poziomu dźwięku na moim odtwarzaczu, które skakały z zieleni na pomarańcz i niekiedy czerwień. Wiele kilometrów od nas burzowe niebo rozświetliła błyskawica.

– Wiesz co? – zagaiła Anna. – Jest niedziela.

– Wiem – odparłem. – Żyję chwilą.

– Podziwiam cię za to. Bystrość. Opiekuńczość. Luz graniczący z lenistwem.

– Przeszłaś od komplementów do obelg.

– Zamiast „lenistwa” dajmy „rozmarzenie” – poprawiła się, popijając wino. – Rzecz w tym, że cię lubię.

– Ja też cię lubię. – Zastanawiałem się, czy ta rozmowa do czegoś zmierza. – Czy ty ze mną flirtujesz?

– Nie – wyjaśniła Anna. – Składam ci propozycję. To zupełnie inna sprawa. Flirt to połów. Może coś złowisz, a może nie. Propozycja to pierwszy krok do dobicia targu.

Musicie wiedzieć, że znamy się z Anną od liceum (St. Anthony Country Day! Crusaders, do boju!). Nie chodziliśmy ze sobą, ale mieliśmy wspólnych znajomych i darzyliśmy się sympatią. Po kilku latach college’u i jeszcze kilku opieki nad mamą zdobyłem licencję i przez chwilę udawałem, że robię w nieruchomościach. Pewnego dnia trafiła do mnie, szukając biura do wynajęcia dla swojego studia graficznego, a ja byłem jedynym agentem, któremu ufała, bo rozstałem się z jej kumpelą bez zbędnych nieprzyjemności.

Anna nadal była bardzo ładna. Nigdy nie straciła szczupłego, twardego ciała trójboistki, którą kiedyś była. Przez cały dzień oprowadzałem ją po biurach do wynajęcia, z których żadne jej się nie podobało, a ja nie rozumiałem dlaczego. Widziałem, że jest ciągle tak samo pełna determinacji, skupiona na celu i spięta jak za czasów szkolnych w SACD. Skrzętnie wychwytywała najdrobniejsze szczegóły i była gotowa poruszyć niebo i ziemię, i wszystko inne zresztą też, jeżeli tylko zaszła taka potrzeba. Dorosła Anna była męcząca. Dorosła Anna nie była w moim typie tak bardzo, jak nie była w nim Anna nastoletnia.

Jednak, co ciekawe, zostaliśmy przyjaciółmi znacznie bliższymi niż w dzieciństwie. Jestem jednym z tych leniwców samotników, którym dzień potrafi przeciec między palcami, a oni nie mają poczucia, że zmarnowali choć sekundę. Tuż po sprzedaży domu mamy i zainwestowaniu pieniędzy odpuściłem sobie swój niby-biznes i rozpocząłem Najlepsze Życie pod Słońcem. Wystarczy kilka cyklów prania i mecz hokeja na NHL-u i mam popołudnie z głowy. W czasie, który zajmują mi rozważania nad białymi i kolorowymi rzeczami, Anna zdąży wyłożyć strych płytami gipsowo-kartonowymi, złoży zeznanie podatkowe, zrobi domowy makaron i zorganizuje w internecie wymianę ubrań. Śpi zrywami od północy do świtu i wystarcza jej energii, żeby przez cały dzień zasuwać jak górnik na przodku. Ja śpię snem sprawiedliwego jak najdłużej się da i codziennie o wpół do trzeciej po południu ucinam sobie drzemkę.

– Teraz cię pocałuję. – Anna zrobiła to, co zapowiedziała.

To był nasz pierwszy raz, jeśli nie liczyć cmoknięć w policzek przy okazji przelotnych objęć. Tego wieczoru zaproponowała mi zupełnie nową wersję siebie, a ja zamarłem zaskoczony.

– Hej, odpręż się – wyszeptała. Jej ręce znalazły się na moim karku. Pachniała bosko i smakowała winem. – Dziś jest szabat. Dzień odpoczynku. To nie będzie praca.

Znów się pocałowaliśmy, ale tym razem byłem opanowanym i chętnym uczestnikiem. Objąłem ją i przyciągnąłem. Wtuliliśmy się w siebie rozluźnieni. Odszukaliśmy szyje i wróciliśmy z nich do ust. Nie całowałem się tak od blisko roku, kiedy moja Zła Kobieta Mona nie tylko mnie rzuciła, ale zwędziła mi gotówkę z portfela (Mona miała problemy, ale jeśli chodzi o całowanie, była bajeczna).

– Zuch dziecina – westchnęła Anna.

– Szabat szalom – westchnąłem ja. – Powinniśmy to zrobić lata temu.

– Nie zaszkodziłoby nam chyba nieco golizny – wyszeptała Anna. – Rozbierz się.

Rozebrałem się. Kiedy ona też się rozebrała, było po mnie.

DZIEŃ 2

W poniedziałek na śniadanie były naleśniki z mąki gryczanej, kiełbasa chorizo, wielka misa jagód i kawa z ekspresu. Anna zdecydowała się na zachomikowaną w spiżarni wieki temu herbatę ziołową i maleńką miseczkę orzechów, które posiekała tasakiem. Na finał swojego sycącego śniadania odliczyła osiem czarnych borówek. Nie powinienem wspominać, że żadne z nas nie było ubrane podczas posiłku, bo wyjdziemy na nudystów, ale faktycznie wygramoliliśmy się z łóżka bez krzty skrępowania.

Ubierając się do pracy, Anna poinformowała mnie, że zapisujemy się na kurs nurkowania.

– Tak? – zdziwiłem się.

– Owszem. Zdamy egzamin – zapowiedziała. – A ty potrzebujesz ubrania do ćwiczeń. Butów do biegania i dresu. Idź do Foot Locker w Arden Mall. Umówmy się na lunch u mnie w biurze zaraz potem. Weź ze sobą wózek i flagę dla MDywiza, to je zapakujemy.

– Dobra.

– Zrobię wieczorem kolację u siebie, obejrzymy dokument, a potem będziemy robić w moim łóżku to, co przez ostatnią noc robiliśmy w twoim.

– Dobra – powtórzyłem.

DZIEŃ 3

Koniec końców Anna zawiozła mnie do Foot Locker, zmusiła, żebym przymierzył pięć par butów (ostatecznie wybraliśmy buty do biegania w terenie), cztery wersje spodni i góry od dresu (Nike). Potem kupiliśmy jedzenie oraz napoje na przyjęcie, które Anna chciała urządzić dla MDywiza. Oświadczyła, że na taką imprezę nadaje się tylko mój dom.

Około południa MDywiz był jednym z tysiąca sześciuset przyszłych Amerykanów stojących w hali Sports Arena z prawymi dłońmi uniesionymi podczas przysięgi wierności Ameryce – nowych obywateli, którzy mieli chronić, bronić i strzec konstytucji, teraz obowiązującej ich tak samo jak prezydenta Stanów Zjednoczonych. Steve Wong, Anna i ja siedzieliśmy na odkrytych trybunach, przyglądając się naturalizacji morza imigrantów o kolorach skóry tak różnych jak barwy ludzkiej natury. Widok był wspaniały i wzruszył naszą trójkę – Annę najbardziej. Rozpłakała się z twarzą wciśniętą w moją pierś.

 

– To... takie... piękne – szlochała. – Boże... Kocham... ten kraj.

Koledzy MDywiza z Home Depot, którym udało się wziąć wolne, pojawili się u mnie z mnóstwem tanich amerykańskich flag kupionych na zniżkę pracowniczą. Steve Wong podłączył maszynę do karaoke i kazaliśmy MDywizowi śpiewać piosenki z Ameryką w tekście. American Woman. American Girl. Spirit of America Beach Boysów jest tak naprawdę o samochodzie, ale i tak musiał ją nam zaśpiewać. Radio Flyer posłużył nam za prowizoryczną lodówkę i nasza szóstka zatknęła flagę z czterdziestoma ośmioma gwiazdami niczym piechota morska w bitwie o Iwo Jimę; MDywiz robił za tego gościa z przodu.

Przyjęcie trwało długo, aż została tylko nasza czwórka, podziwiająca księżyc i nasłuchująca łopotu sztandaru na maszcie. Właśnie otworzyłem kolejne piwo wyciągnięte z chlupoczącego w wózku lodu, kiedy Anna wyjęła mi puszkę z dłoni.

– Spokojnie, dziecino – powiedziała. – Jak ci dwaj zwiną się do domu, będziesz musiał się wykazać.

Godzinę później Steve Wong i MDywiz wyszli, nowy obywatel Stanów Zjednoczonych z A Horse with No Name (autorstwa zespołu America) na ustach. Gdy tylko auto Steve’a zniknęło z podjazdu, Anna wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do ogródka. Ułożyła poduszki na miękkiej trawie i leżeliśmy tam, rozcałowani, a potem... cóż, zacząłem się wykazywać.

DZIEŃ 4

Anna nie marnuje żadnej okazji, aby upchnąć kilka kilometrów w czterdziestu minutach, i zamierzała mnie też narzucić ów nawyk. Zabrała mnie na jedną ze swoich tras, wiodącą pod górę ścieżkę, która oplata Vista Point i wraca, i kazała mi ruszać. Ona miała śmignąć pierwsza i dołączyć do mnie w drodze powrotnej, wiedząc, że nie mam szans, żeby utrzymać jej tempo.

Nie jestem fanatykiem ćwiczeń. Co jakiś czas jeżdżę na swoim starym trzybiegowym rowerze do Starbucksa albo rozgrywam kilka partyjek dysk golfa (byłem kiedyś w lidze). Tego ranka zasuwałem po ścieżce, Anna wysforowała się tak bardzo, że jej nie widziałem, a moje stopy rozbijały nowe buty (na przyszłość: dodać połówkę do rozmiaru). Krew z niespotykaną furią tętniła mi w całym ciele, więc ramiona i kark się napięły, a głowa pękała. Wracając pędem z Vista Point, Anna klaskała.

– Zuch dziecina! – zawołała, wymijając mnie. – Niezły początek!

Zawróciłem, żeby za nią pobiec.

– Uda mnie pieką!

– Buntują się – rzuciła przez ramię. – Z czasem ulegną!

Kiedy brałem prysznic, Anna przemeblowała mi kuchnię. Uznała, że trzymam patelnie i pokrywki w niewłaściwych szafkach, a w ogóle to dlaczego moja szuflada na sztućce jest tak daleko od zmywarki? Nie miałem na to odpowiedzi.

– Raz, raz. Nie możemy się spóźnić na lekcję nurkowania.

Szkoła nurkowania pachniała gumowymi piankami i basenowym chlorem. Wypełniliśmy formularze i dostaliśmy podręczniki wraz z rozkładem naszych zajęć, jak również możliwymi terminami egzaminu na otwartym morzu. Anna z miejsca wybrała niedzielę za cztery tygodnie i zarezerwowała nam koje na łodzi.

Poszliśmy do baru sałatkowego Viva Verde na lunch – sałatkę z sałatki z sałatką – po czym chciałem wrócić do domu na drzemkę. Jednak Anna oznajmiła, że potrzebuje mojej pomocy przy przenoszeniu jakichś rzeczy u siebie, co ciągle odkładała. To była pół-, a wręcz nieprawda. W rzeczywistości chciała, żebym pomógł jej kolejny raz wytapetować przedpokój i domowe biuro, co znaczyło, że musiałem przenieść jej komputer, drukarkę, skanery i sprzęt graficzny, a potem przez całe popołudnie wykonywać jej polecenia.

Tego wieczoru nie udało mi się dotrzeć do domu. Zjedliśmy kolację u niej – warzywne lazanie z warzywami – i obejrzeliśmy na Netfliksie film o bystrych kobietach w związkach z półgłówkami.

– Patrz, dziecino – ucieszyła się Anna. – To o nas! – Potem zachichotała i sięgnęła mi do spodni, nie zawracając sobie głowy całowaniem.

Albo byłem największym farciarzem świata, albo dawałem robić się w bambuko. Kiedy Anna pozwoliła mi też sięgnąć do jej spodni, nadal nie wiedziałem, co jest grane.

DZIEŃ 5

Anna musiała dziś pracować w biurze. Zatrudnia cztery konkretne kobiety i stażystkę, „trudną” uczennicę miejscowego liceum. W zeszłym roku wygrała przetarg na projekt graficzny dla wydawcy podręczników – regularne zlecenia, choć nudne jak tapetowanie na cały etat. Powiedziałem jej, że idę do domu.

– Po co? – zapytała. – Nie masz dziś nic do roboty.

– Spróbuję trochę pobiegać – wyjaśniłem, wymyślając to pod wpływem chwili.

– Zuch dziecina – pochwaliła mnie.

Poszedłem do domu i naprawdę włożyłem buty do biegania, po czym potruchtałem po okolicy. Pan Moore, emerytowany glina, z którym sąsiaduję przez płot na tyłach domu, zobaczył, jak biegam, i zawołał:

– Co cię, kurwa, naszło?

– Kobieta! – odkrzyknąłem. Nie dość, że powiedziałem prawdę, to jeszcze zrobiło mi się miło.

Kiedy mężczyzna myśli o swojej pani i nie może się doczekać, żeby zrelacjonować jej, jak przez czterdzieści minut biegał, to cóż, brachu, jesteśmy w Krainie Poważnego Związku.

Tak. Byłem w związku. Związek odmienia mężczyznę, od butów do ćwiczeń po wybór fryzury (którą Anna podyktowała od razu następnego dnia mojemu fryzjerowi) – zmiany były mi potrzebne. Oszołomiony adrenaliną amorów biegłem dalej, niż pozwalała mi wydolność ciała.

Anna zadzwoniła w chwili, kiedy zrezygnowałem z drzemki, bo moje łydki były twarde jak puszki piwa. Wysłała mnie do swojego speca od akupunktury; miała zadzwonić, żeby umówić mnie na pilny zabieg.

East Valley Wellness Oasis to minicentrum handlowe/biurowiec z podziemnym parkingiem. Ciągłe skręcanie między poziomami volkswagenem busem bez wspomagania kierownicy wymagało sporego wysiłku. Rozeznanie się w licznych windach budynku męczyło mi mózg. Znalazłszy w końcu biuro 606-W, wypełniłem pięć stron „kwestionariusza wellnessu”, siedząc przy fontannie, której elektryczna pompa hałasowała bardziej niż spływająca woda.

Czy akceptuje Pan praktykę wizualizacji? Pewnie, czemu nie? Czy jest Pan otwarty na medytację kierowaną? Na pewno nie zaszkodzi. Proszę opisać powody, dla których zgłasza się Pan na terapię. Prosimy o konkrety. Moja dziewczyna kazała mi dostarczyć wam moje umęczone, biedne, napięte mięśnie nóg marzące o chwili wytchnienia.

Oddałem odpowiedzi i czekałem. W końcu jakiś gość w białym fartuchu wywołał moje imię i zaprowadził mnie do sali zabiegowej. Kiedy rozbierałem się do bielizny, przeczytał moje papiery.

– Anna mówi, że nogi ci dokuczają? – zapytał. Zajmował się Anną od trzech lat.

– Zgadza się – przyznałem. – Łydki, nie licząc reszty zbuntowanych mięśni.

– Według tego – powiedział, stukając w kartki – Anna to twoja dziewczyna.

– To świeża sprawa – wyjaśniłem.

– Powodzenia. Proszę się położyć na brzuchu. – Kiedy wbił we mnie igły, poczułem mrowienie w całym ciele i nie mogłem zapanować nad dygotaniem łydek. Przed wyjściem z sali włączył odtwarzanie w starym przenośnym boomboksie, z którego puścił mi medytację kierowaną. Usłyszałem polecenie kobiety, żebym oczyścił umysł i pomyślał o rzece. Przez pół godziny starałem się mniej więcej to robić, usiłując zasnąć, co mi się nie udało, bo byłem pokłuty igłami.

Anna czekała u mnie w domu z gotowym obiadem z liściastej zieleniny z nasionami i ryżem koloru ziemi. Następnie rozmasowała mi nogi tak mocno, że kwiliłem. Potem oznajmiła, że co prawda ostatni raz pięć nocy z rzędu kochała się w college’u, ale i tak chce spróbować.

DZIEŃ 6

Ustawiła alarm w telefonie na za kwadrans szóstą rano, bo miała dużo roboty. Mnie też kazała wstać, pozwoliła mi wypić filiżankę kawy, po czym poleciła mi włożyć strój do biegania.

– Łydki dalej mnie bolą – powiedziałem.

– Bo wmawiasz sobie, że bolą – odparła.

– Dziś rano nie mam ochoty na bieganie – pożaliłem się.

– To masz pecha, dziecino. – Cisnęła we mnie spodniami od dresu.

Ranek był zimny i mglisty. Jej zdaniem: – Idealny na trening na szosie. – Zmusiła mnie, żebym wykonywał z nią na własnym podjeździe jej dwunastominutowy zestaw ćwiczeń rozciągających, i ustawiła timer w swoim telefonie, z którego co pół minuty dochodził odgłos dzwonu. Musiałem utrzymać dwadzieścia cztery pozycje, z których każda rozciągała we mnie jakieś ścięgno albo mięsień. Po każdej krzywiłem się z jękiem, głośno przeklinałem albo kręciło mi się w głowie.

– Zuch dziecina – powiedziała.

Potem opisała trasę, którą mamy przebiec po mojej okolicy, ona dwa razy, ja raz. Kiedy mijałem pana Moore’a, właśnie podnosił gazetę z trawnika przed domem.

– To była twoja babka? Ta, co przed chwilą tu biegła? – zawołał.

Byłem tak zasapany, że udało mi się tylko przytaknąć.

– Co ona w tobie, kurwa, widzi?

Chwilę potem Anna minęła mnie podczas drugiego okrążenia, po drodze klepiąc w pośladki.

– Zuch dziecina!

Dołączyła do mnie pod prysznicem. Było dużo całowania i dotykania się nawzajem w różnych wspaniałych miejscach. Poinstruowała mnie, jak mam jej wyszorować plecy, i kazała przyjść do siebie do biura na lunch, żebyśmy mogli pouczyć się z podręcznika o nurkowaniu. Nawet go jeszcze nie zacząłem, a ona była już w połowie. Nie mam pojęcia, kiedy znalazła na to czas.

Spędziłem popołudnie, kręcąc się po jej biurze, wypełniając test wielokrotnego wyboru o sprzęcie do nurkowania i jego zastosowaniach, przeglądając oferty nieruchomości (ciągle trochę w tym jeszcze siedzę) i usiłując zabawiać pochłonięte projektami kobiety. Bez skutku. Przez ten czas Anna przeprowadziła długą telekonferencję z klientem w Fort Worth w Teksasie, zaprojektowała nowe strony tytułowe do serii podręczników, zrobiła korektę trzech projektów, pomogła „trudnej” stażystce w pracy domowej z geometrii, poprzestawiała rzeczy w składziku i przerobiła drugą połowę zadań z podręcznika do nurkowania. Pierwsze zajęcia mieliśmy jeszcze przed sobą.

Co było zresztą bez znaczenia. Byliśmy jedynymi uczniami. Obejrzeliśmy nagrania wspaniałego podwodnego świata, po czym weszliśmy do basenu. Staliśmy na płytkim końcu, a Vin, nasz instruktor, opisywał nam każdą część sprzętu do oddychania pod wodą. To trwało długo, głównie dlatego, że Anna miała do każdego elementu co najmniej pięć pytań. W końcu Vin kazał nam włożyć do ust automat oddechowy, uklęknąć i zanurzyć głowy, wciągnąć sprężone powietrze o metalicznym smaku i wypuścić bąbelki. Na zakończenie lekcji przeszliśmy test sprawności w wodzie, polegający na przepłynięciu dziesięciu okrążeń. Anna podeszła do sprawy niczym olimpijka i kilka minut później suszyła się po wyjściu z basenu. Ja płynąłem ospałą żabką, kończąc na dalekiej drugiej z dwóch pozycji.

Potem pojechaliśmy do East Village Market Mall na koktajl mleczny ze Steve’em Wongiem i MDywizem w Ye Olde Shoppe. Anna zamówiła miseczkę jogurtu bez cukru i mleka z posypką z prawdziwego cynamonu. Kiedy delektowaliśmy się naszymi deserami, wzięła mnie za rękę, a ów wyraz czułości nie uszedł uwagi pozostałych.

W łóżku tego wieczoru Anna przeglądała jak zwykle iPada przed snem, kiedy dostałem wiadomość od Steve’a Wonga.

SWong: Pukasz A???

Wklepałem odpowiedź:

Łazikksiężycowy7: Twoja sprawa?

SWong: Tak/nie?

Łazikksiężycowy7:

SWong: Szalony??????

Łazikksiężycowy7:

Potem do wymiany włączył się MDywiz:

OBLICZEAMERYKI:

Łazikksiężycowy7: Uwiodła mnie

OBLICZEAMERYKI: „Jak kucharz stuka, przypala się zupa”

Łazikksiężycowy7: Zdaniem? Wiejskiego szamana?

OBLICZEAMERYKI: „Jak trener posuwa, w zespole obsuwa” – Vince Lombardi

I tak to się kręciło. Steve Wong i MDywiz nie widzieli perspektyw dla naszego sparowania się z Anną. Ich strata! Tej samej nocy Anna i ja dobraliśmy się do siebie niczym kucharze w Green Bay w Wisconsin, zgotowując sobie pikantną ucztę.


DZIEŃ 7

– Nie powinniśmy porozmawiać o naszym związku?

To było moje pytanie. Stałem w aneksie kuchennym Anny po wyjściu spod prysznica, owinięty tylko ręcznikiem, wyciskając z jej szwajcarskiego ekspresu do kawy swój poranny eliksir. Ona była na nogach od półtorej godziny, już w stroju do biegania. Na szczęście moje obuwie sportowe zostało w domu, więc trening maratończyka mnie ominął.

 

– Chcesz porozmawiać o naszym związku? – zapytała, sprzątając kilka zmielonych ziarenek kawy, które spadły na nieskazitelnie czysty blat.

– Jesteśmy parą? – zapytałem.

– A jak ci się wydaje? – odparła pytaniem.

– Jestem twoim facetem?

– Jestem twoją dziewczyną?

– Czy któreś z nas sformułuje zdanie twierdzące?

– Skąd mam wiedzieć?

Usiadłem i pociągnąłem łyk zbyt mocnej kawy.

– Mogę poprosić trochę mleka?

– Myślisz, że ta breja ci służy? – Podała mi buteleczkę mleka migdałowego bez konserwantów, które trzeba wypić w ciągu kilku dni i które, choć sprzedawane jako mleko, składa się w istocie z płynnych orzechów.

– Mogłabyś kupić prawdziwe mleko do kawy?

– Dlaczego masz tyle wymagań?

– Czy prośba o mleko to wymaganie?

Uśmiechnęła się i ujęła w dłonie moją twarz.

– Myślisz, że jesteś mężczyzną dla mnie?

Pocałowała mnie. Właśnie miałem sformułować zdanie twierdzące, kiedy usiadła mi na kolanach i zdjęła ręcznik. Nie poszła biegać.

DNI 8–14

Związek z Anną był jak szkolenie komandosa Marynarki Wojennej podczas pełnoetatowej pracy w magazynie Amazon w rejonie Oklahoma Panhandle w sezonie tornad. Coś się działo w każdej chwili każdego dnia. Moje drzemki o wpół do trzeciej przeszły do historii.

Ćwiczyłem regularnie: nie tylko biegałem rano, ale pływałem na zajęciach z nurkowania, rozciągałem się na jodze, która wydłużyła się do pół godziny, i jeździłem z Anną na rowerze stacjonarnym w ogrzewanej sali, co było taką męką, że puściłem pawia. Można się było wściec, tyle robiliśmy różnych rzeczy, i wszystkie były wymyślane na gorąco, pod wpływem chwili, nie pochodziły z żadnej apki ani listy. Bez przerwy. Jeżeli nie była zajęta pracą, treningiem czy dawaniem mi wycisku w łóżku, Anna coś robiła, czegoś szukała, dopytywała się, co było na zapleczu sklepu, jechała na drugi koniec miasta na wyprzedaż majątku albo do Home Depot, żeby zapytać Steve’a Wonga o szlifierkę taśmową dla mnie, bo blat stolika ogrodowego z sekwoi trzeba wygładzić. Każdy dzień – bez chwili wytchnienia – spędzałem, wykonując jej polecenia, w tym precyzyjne wskazówki za kierownicą.

– Skręć w następną w lewo. Nie zjeżdżaj tędy. Pojedź Webster Avenue. Dlaczego skręcasz właśnie teraz? Nie jedź obok szkoły! Jest już prawie trzecia! Dzieci właśnie wychodzą!

Zorganizowała dla Steve’a Wonga, MDywiza i mnie pokaz wspinaczki skałkowej w nowo otwartym hipermarkecie ze ścianką, sztuczną rzeką, na której można było doświadczyć spływu kajakowego górskim szlakiem, i z tunelem aerodynamicznym – symulatorem swobodnego latania – gdzie potężna dmuchawa utrzymywała w powietrzu śmiałków w kaskach. Czy muszę mówić, że nasza czwórka zaliczyła jednego wieczoru wszystko? Byliśmy tam do zamknięcia. Steve Wong i MDywiz czuli się jak mocarze po całym dniu pracy w bezpłciowych fartuchach w Home Depot. Ja byłem wykończony, za długo już żyłem według przeładowanego rozkładu zajęć Anny. Potrzebowałem drzemki.

Podczas przerwy na batony białkowe przy stoisku z przekąskami energetycznymi przed budynkiem Anna poszła do toalety.

– Jak to jest? – zapytał MDywiz.

– Jak co jest?

– Z tobą i Anną. I waszym bara-bara w szuwarach.

– Dajesz radę? – zapytał Steve Wong. – Wyglądasz na padniętego.

– Cóż, przed chwilą odbyłem symulowany skok bez spadochronu.

MDywiz wyrzucił niedojedzoną połówkę batonu białkowego do śmieci.

– Kiedyś na twój widok myślałem sobie: „Ten gość jest ustawiony. Ma niczego sobie domek z fajnym ogródkiem, pracuje wyłącznie na własny rachunek. Mógłby wyrzucić zegarek, bo nigdy nic nie musi”. Byłeś dla mnie Ameryką, w której chcę żyć. A teraz płaszczysz się przed szefową. Niestety.

– Serio? – powiedziałem. – Niestety?

– Powiedz mu to przysłowie – polecił Steve.

– Kolejna mądrość wiejskiego szamana? – zapytałem.

– Tak naprawdę to wiejskiego nauczyciela angielskiego – odparł MDywiz. – „Żeby okrążyć glob, na statku musi być żagiel, ster, kompas i zegar”.

– Mądrość kraju bez dostępu do morza – skomentowałem. MDywiz dorastał w Czarnej Afryce.

– Anna jest kompasem – wyjaśnił MDywiz. – Ty jesteś zegarem, ale odmierzając czas jej miarą, rozregulowałeś się. Twoje wskazówki pokazują właściwą godzinę tylko dwa razy na dobę. Nigdy nie poznamy naszej długości geograficznej.

– Jesteś pewien, że Anna nie jest żaglem? – zapytałem. – Dlaczego ja nie mogę być sterem, a Steve kompasem? Nie rozumiem tej analogii.

– Pozwól, że spróbuję ci to wytłumaczyć – wtrącił Steve. – Jesteśmy jak serial z politycznie poprawną obsadą. Gość z Afryki to on. Azjata to ja. Białawy mieszaniec – ty. Silna kobieta, która wie, czego chce, i nigdy nie dałaby się zdominować mężczyźnie – Anna. Wasze sparowanie się jest jak wątek z jedenastego sezonu, kiedy nadawca stara się utrzymać nas na antenie.

Zerknąłem na MDywiza.

– Chwytasz tę popkulturową metaforę?

– Mniej więcej. Mam kablówkę.

– Nasza czwórka – wyjaśnił Steve – tworzy doskonały kwadrat. Twoja pościelowa gimnastyka z Anną zaburzy nam geometrię.

– Jak?

– To Anna jest siłą sprawczą naszego życia. Popatrz na nas. Jest prawie północ, a my dyndaliśmy, wiosłowaliśmy i skakaliśmy bez spadochronu w centrum handlowym. Mimo że jutro idę do pracy. Ona jest naszym katalizatorem.

– Odwoływaliście się do żaglówek, seriali, geometrii i chemii, żeby wykazać, że nie powinienem spotykać się z Anną. I nadal nie jestem przekonany.

– Widzę płacz – odparł MDywiz. – Twój, Anny, nas wszystkich. Będziemy zalewać się łzami.

– Słuchajcie – zacząłem, odsuwając białkowe brownie, które nawet smakowało jak brownie. – Między mną a moją dziewczyną wydarzy się jedna z następujących rzeczy. Owszem, moją dziewczyną. – Zerknąłem ukradkiem na Annę. Stała w oddali i gawędziła z pracownikiem przy ladzie z napisem ZAINWESTUJ W PRZYGODĘ! – Pierwsza możliwość: bierzemy ślub, mamy dzieci, a wy zostajecie ich ojcami chrzestnymi. Druga: zrywamy ze sobą, demonstracyjnie się nawzajem oskarżając i epatując doznaną krzywdą. Będziecie musieli wybrać, po której stronie się opowiadacie: trzymacie ze mną czy łamiecie obowiązujące zasady płci i kumplujecie się z kobietą. Trzecia: Anna poznaje jakiegoś faceta i mnie rzuca. Zamieniam się w melancholijnego nieudacznika i nie ważcie się nawet powiedzieć, że już nim jestem. Czwarta: rozstajemy się, zgodnie postanawiając zostać przyjaciółmi, jak to bywa w telewizji. Pozostają mi wspomnienia tych pseudowspinaczek i całej reszty oraz najlepszego seksu w życiu. Poradzimy sobie z każdą z tych możliwości, bo oboje jesteśmy dorośli. I przyznajcie – gdyby Anna miała na was chrapkę tak jak na mnie, nie zastanawialibyście się nawet przez chwilę.

– A ty byś wróżył łzy – podsumował Steve Wong.

W tym momencie wróciła Anna, z uśmiechem na twarzy wymachując grubą kolorową broszurą na kredowym papierze.

– Ej, chłopaki! – zagaiła. – Jedziemy na Antarktydę!

DZIEŃ 15

– Będzie nam potrzebny odpowiedni ekwipunek. – Anna maczała świeżą torebkę herbaty Rainbow Tea Company w kubku z wrzątkiem. Była w stroju do biegania, a ja wkładałem adidasy. – Długie kalesony. Parki i dresy ortalionowe. Polarowe pulowery. Wodoodporne buty. Kijki do chodzenia.

– Rękawice – dodałem. – Czapki.

Wyprawa na Antarktydę potrwa trzy miesiące, będzie prowadziła przez wiele stref czasowych i wymagała pokonania tysięcy kilometrów. Anna włączyła już pełny tryb planowania.

– Czy na biegunie południowym nie ma wtedy lata? – zapytałem.

– Nie dotrzemy na biegun. Może do koła podbiegunowego, ale tylko pod warunkiem, że pogoda i morze zechcą nam sprzyjać. I tak będzie mnóstwo lodu i wiatru.

Wyszliśmy przed dom na czterdziestopięciominutową sesję na moim trawniku, a nasze psy z głową w dół i kobry mokły od porannej rosy. Dzyń. Na znak timera schyliłem się, usiłując dotknąć czołem kolan. Akurat.

Anna umiała się składać jak stolik do kart.

– Zdajesz sobie sprawę – powiedziała – że astronauci z programu Apollo pojechali na Antarktydę badać wulkany. – Anna wiedziała, jak mnie rajcują wszelkie sprawy kosmiczne. Nie miała za to pojęcia, ile na ten temat wiem.

– Szkolili się na Islandii, młoda damo. Jeżeli któryś z astronautów wybrał się na biegun południowy, to długo po tym, jak zakończył swoją misję zmiany losów ludzkości, wywinąwszy się śmierci w rakietach NASA. – Dzyń. Spróbowałem sięgnąć i chwycić się za kostki, od czego moje biedne łydki zapiekły.

– Zobaczymy pingwiny i wieloryby, i stacje badawcze – wymieniała Anna. – I B15-K.

– Co to jest B15-K?

– Góra lodowa wielkości Manhattanu, tak duża, że można ją śledzić przez satelitę. Oderwała się od Lodowca Szelfowego Rossa w dwa tysiące trzecim roku i okrąża Antarktydę w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Jeżeli pogoda się utrzyma, możemy wynająć helikopter i na niej wylądować!

Dzyń. To było ostatnie ćwiczenie. Puściła się biegiem. Usiłowałem dotrzymać jej tempa, ale byłem bez szans, zwłaszcza gdy nakręciła się opowieściami o B15-K.