Doktor FaustusTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



.

BIBLIOTEKA NARODOWA

Wydawnictwo „Biblioteki Narodowej” pragnie zaspokoić pełną potrzebę kulturalną i przynieść zarówno każdemu inteligentnemu Polakowi, jak i kształcącej się młodzieży

WZOROWE WYDANIA NAJCELNIEJSZYCH

UTWORÓW LITERATURY POLSKIEJ I OBCEJ

w opracowaniu podającym wyniki najnowszej o nich wiedzy.

Każdy tomik „Biblioteki Narodowej” stanowi dla siebie całość i zawiera bądź to jedno z arcydzieł literatury, bądź też wybór twórczości poszczególnych pisarzy.

Każdy tomik poprzedzony jest rozprawą wstępną, omawiającą na szerokim tle porównawczym, w sposób naukowy, ale jasny i przystępny, utwór danego pisarza. Śladem najlepszych wydawnictw obcych wprowadziła „Biblioteka Narodowa” gruntowne objaśnienia tekstu, stanowiące ciągły komentarz, dzięki któremu każdy czytelnik może należycie zrozumieć tekst utworu.

„Biblioteka Narodowa” zamierza w wydawnictwach swych, na daleką metę obliczonych, przynieść ogółowi miłośników literatury i myśli ojczystej wszystkie celniejsze utwory poezji i prozy polskiej od wieku XVI aż po dobę współczesną, uwzględniając nie tylko poetów i beletrystów, ale także mówców, historyków, filozofów i pisarzy pedagogicznych. Utwory pisane w językach obcych ogłaszane będą w poprawnych przekładach polskich.

Z literatury światowej „Biblioteka Narodowa” wydaje wszystkie te arcydzieła, których znajomość niezbędna jest dla zrozumienia dziejów piękna i myśli ogólnoludzkiej.

Do współpracy zaprosiła redakcja „Biblioteki Narodowej” najwybitniejszych badaczy naszej i obcej twórczości literackiej i kulturalnej, powierzając wydanie poszczególnych utworów najlepszym każdego znawcom.

Kładąc nacisk na staranność opracowań wstępnych i objaśnień utworów, „Biblioteka Narodowa” równocześnie poczytuje sobie za obowiązek podawać najdoskonalsze teksty samych utworów, opierając się na autografach, pierwodrukach i wydaniach krytycznych.

Fragment deklaracji z pierwszych tomów „Biblioteki Narodowej”

Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

I. Brzemię niejedno ma imię

II. Kariera pisarza nowoczesnego

III. «Gdzie ja jestem, tam są Niemcy»

IV. Narodziny powieści. Zamysły, podszepty, źródła

V. Akcja i fabuła

VI. Niezwyczajne dzieje recepcji. Niemiecki horyzont oczekiwań

VII. O narracji

VIII. Między hagiografią a parabolą historiozoficzną

IX. «Muzyka jest obszarem demonicznym»

X. Technika, filozofia i zasada montażu

XI. Polskie przyswojenia

XII. Zamknięcie: bezradność

Nota edytorska

Informacja o autorze opracowania

Bibliografia

DOKTOR FAUSTUS

Motto

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

XXIX

XXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

XXXIV (cd.)

XXXIV (zakończenie)

XXXV

XXXVI

XXXVII

XXXVIII

XXXIX

XL

XLI

XLII

XLIII

XLIV

XLV

XLVI

XLVII

Posłowie

Przypisy

Seria „Biblioteka Narodowa” ukazuje się pod patronatem

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Rada Naukowa „Biblioteki Narodowej”:

Józef Bachórz, Tomasz Chachulski, Jerzy Jarzębski, Alina Kowalczykowa (przewodnicząca), Ryszard Nycz

Redaktor „Biblioteki Narodowej”: Stanisław Bereś

Recenzent tomu: Łukasz Musiał

Redaktor prowadząca: Anna Krzywania

Redakcja Wstępu i opracowania: Dorota Ucherek

Konsultacja muzykologiczna: Aleksandra Wróblewska

Korekta: Anna Gądek, Wanda Kreczmar

Redakcja techniczna: Stanisława Trela

Ilustracja na frontyspisie: Thomas Mann, 1944, © S. Fisher Verlag.

Skład: Robert Oleś / d2d.pl

Originally published as: Doktor Faustus

© S. Fisher Verlag GmbH, Frankfurt am Main 1947

© Copyright by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2016

© Copyright for the Polish translation by Aleksander Wirpsza

Wydanie I, elektroniczne

Wrocław 2018

Nieupoważnione powielanie lub inne wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.

 

ISBN 978-83-65588-85-2

Wydawnictwo Ossolineum

ul. Szewska 37, 50–139 Wrocław

e-mail: wydawnictwo@ossolineum.pl www.wydawnictwo.ossolineum.pl Kontakt z „Biblioteką Narodową”: bn@ossolineum.pl

Konwersja: eLitera s.c.

WSTĘP

I. BRZEMIĘ NIEJEDNO MA IMIĘ

Tej powieści wyczekiwano z utęsknieniem. Zasadnym. Wszak przynieść miała ona odpowiedź na pytanie: „Dlaczego?”. Dlaczego naród niemiecki dał się „uwieść” Hitlerowi i ideologii nazizmu? Dlaczego naród „poetów i myślicieli” stał się na lat dwanaście ojczyzną „sędziów i katów”[1]?

Na długo przed ukazaniem się Doktora Faustusa, gdy tylko rozeszły się wieści o pracy Thomasa Manna nad kolejnym dziełem, zaczęto je obdarzać wyraziście zróżnicowanymi dookreśleniami: mianem powieści a to o losie i przeznaczeniu Niemiec, a to o kryzysie kultury oraz o tragizmie współczesnego artysty, wreszcie – powieści politycznej czy powieści epoki (Epochenroman). Rozdygotane poznawczo, co do częstotliwości zdumiewająco rozległe oraz zaskakująco rozpięte w sieciach kategorialnych, piśmiennictwo na temat tego dzieła Manna – poczynając od wielorako spolaryzowanej publicystyki, przez błyskotliwe eseje, aż po wypełnione drobiazgową wiedzą pozytywistyczną studia i monografie – stanowi usprawiedliwienie pogoni za odkrywaniem bogactw jego odniesień i ustaleń, jakże niepewnych w swej pewności. Nadto: wszystkie owe dociekania znajdują uzasadnienie zarówno w samej powieści, jak i w niezwyczajnie bogatej refleksji dookolnej samego autora. Właśnie, również autora. Dziś natomiast, współcześnie, te spory tużpowojennych obrońców i oskarżycieli „żywota niemieckiego kompozytora Adriana Leverkühna opowiedzianego przez przyjaciela” wydają się antykwaryczne; zwłaszcza ze względu na postępy badań nad korzeniami nazizmu.

Spojrzenie na Mannowski „kompleks Faustusa” przez pryzmat kategorii brzemienia, i to różnorodnego, jest jak najbardziej zasadne. Sam proces twórczy, formowanie (się) ideologii i przesłania powieści, to brzemię dla Manna niezwyczajne; wszak czuł się on odpowiedzialny przed swoimi rodakami, jako pisarz oraz emigrant polityczny, w sposób szczególny. Dawał temu wyraz niejednokrotnie. Mową Niemcy i naród niemiecki (Deutschland und die Deutschen), wygłoszoną 29 maja 1945 w Library of Congress, mową wyjątkową, o nieprzeciętnym rezonansie, powracał na grunt sobie najbliższy: uzewnętrzniał pragnienie odzyskania prawa do „niemieckości”. Skoro przymierzał się do roli reprezentanta epoki mieszczaństwa niemieckiego w XX wieku, nie mógł i nie powinien był obojętnie przyglądać się losom własnego narodu; również po kapitulacji Trzeciej Rzeszy. Jeśli chciał uchodzić za przedstawiciela tegoż narodu, mimo amerykańskiego obywatelstwa, musiał się wyraziściej kreować na niemieckiego, na arcyniemieckiego pisarza. Myśl o ryzyku, iż Niemcy będą uważać go za „dezertera z niemieckości”[2], prześladowała go nieledwie traumatycznie. Jak żaden z ludzi pióra, pragnął Mann budować swą wielkość na glebie narodowej, z jej autentycznych oraz zmistyfikowanych kompleksów. Nieprzypadkowo zatem jesienią 1946 przystał na opublikowanie fragmentów dziennika z lat 1933–1934, zatytułowanych znamiennie: Leiden an Deutschland (Cierpienie na Niemcy).

Brzemieniem był również, i wciąż jeszcze bywa, trud odpowiedzi na pytanie o sedno powieści, o jej kluczowy sens. Zmagali się z tym brzemieniem zarówno badacze akademiccy, jak i liczni komentatorzy przygodni. Lista kłopotów ze standardami „mannologii”, nie tyle czy nie tylko wyśrubowanej ponad potrzeby obywatelskiego odczytania, jest długa. Wahania samego twórcy co do konceptu Doktora Faustusa, horyzont przed(?)wczesnych oczekiwań względem powieści, autorskie przyzwolenie na rozmyte rozumienie filozoficznego przesłania dzieła, wreszcie: wybiórcza petryfikacja dominującej wykładni – to niektóre argumenty na rzecz właśnie takiej diagnozy. Niepodobna wreszcie pominąć nierozwiązanej jak dotąd kwestii konkurencyjnych modeli interpretacji: modelu, w którym nad „czystą interpretacją” dominuje intencja autora w procesie twórczym, i tego, w którym całkowicie się ją ignoruje.

Mann, świadek i uczestnik wielkich pęknięć cywilizacyjnych oraz zmierzchu dwu, trzech epok, zwolennik tyluż otwarć na kolejne fazy historii, posiadacz pięciu obywatelstw-paszportów, postać-alibi dla wielu, acz niepozbawiona stygmatu klinczu interpretacyjnego: te aspekty, wszystkie, składają się na postrzeganie wielkiego „czarodzieja” mistrzowskich opowieści. Obcy był mu nomadyzm, a jednak wiódł on życie „mobilne”. Choć bronił się przed wszelką jednoznacznością polityczną i ideologiczną, został napiętnowany za mglistą sympatię do NRD. Tak bardzo pragnął reprezentować całe Niemcy i całą kulturę niemiecką, a mimo to bywał odtrącany przez niemieckie środowiska literackie. Był świadom korzeni tych odtrąceń. Pisał z goryczą: „Wiem, że emigrant niewiele w Niemczech znaczy”[3].

Tragizm Manna brał się nie tylko z tego, jakże steatralizowanego, odtrącania. Jako twórca wyczulony na polityczne konwulsje swej ojczyzny oraz naszego kontynentu, nie mógł autor Doktora Faustusa nie mieć świadomości dysonansu granej przez siebie roli twórcy (niemal) narodowego. Jeżeli bowiem komuś miano to miałoby przysługiwać w pierwszej połowie XX wieku, to z całą pewnością przede wszystkim Mannowi. Wspomniany dysonans – jak dowodzi Jochen Strobel – stanowił wypadkową aspiracji bycia reprezentantem tradycji narodowej oraz godzenia się z nieodwracalnością „odczarowywania narodu”, czyli procesu jego modernizacji. Utożsamianie się narodowych socjalistów z „niemieckością” z jednej strony stanowiło dla pisarza szok mobilizujący jego aktywność polityczną, z drugiej natomiast osłabiało przekonanie o „niewinności” niemieckiej kondycji narodowej, a wzmacniało – to o problematycznej wyjątkowości narodu niemieckiego. Stąd tylko krok do zrezygnowania z mandatu narodowej reprezentacji. Oto jak „naród” przestaje pełnić funkcję nadrzędnego regulatora twórczej aktywności. Takie momenty, jak piętnastoletnia praca nad tetralogią biblijną czy sięgnięcie po starotestamentowy, a więc ponadnarodowy wątek genezy tablic Mojżeszowych w opowieści Prawo, pozwalają na formułowanie wniosków zaskakujących.

Powieść Doktor Faustus – w tym kierunku zmierza narracja Wstępu – stanowi argument na rzecz dyskursu remityzacji, a nie „odczarowywania” dziejów własnego narodu. Stąd Strobel upatruje, i nie bez słuszności, w ewolucji całej, nie tylko eseistyczno-publicystycznej, twórczości Manna przypadek chwiejnej równowagi między przed- a ponowoczesną ofertą pojmowania narodu (jako wspólnoty wyobrażonej w rozumieniu Benedicta Andersona)[4]. Nie jest więc dziwne, iż Mannowskie widzenie siebie samego w roli (problematycznego) „wieszcza narodowego” poddawane było nieprzerwanej weryfikacji; zdumiewająco często z wynikiem niepomyślnym.

Finalny wydźwięk dzieła Manna – aczkolwiek dla miażdżącej większości jego odbiorców zrealizowany niezauważalnie – zanegowany został w sposób spektakularny i widowiskowy w chwili symbolicznego zjednoczenia Niemiec. W Boże Narodzenie 1989 roku wykonaniem IX Symfonii Ludwiga van Beethovena pokierował w Berlinie sam Leonard Bernstein. To głos człowieka miał w tej dla Niemiec szczególnej chwili dziejowej wyrażać emocje ludzkie. Śpiewano „O radości, iskro bogów...” oraz „Wszyscy ludzie będą braćmi...”. Również w ten sposób świętowano zjednoczenie Niemiec. Na płaszczyźnie politycznych zachowań symbolicznych był to niewątpliwie kres podziału tego państwa. Ale nie koniec na tym – miało być jeszcze bardziej groteskowo. 26 października 1996, a więc siedem lat później, po zawieszeniu wieńca na szczycie dwudziestodwupiętrowego wieżowca Renzo Piano na placu Poczdamskim światowej sławy dyrygent Daniel Barenboim polecił na największym placu budowy Europy u schyłku naszego stulecia tańczyć dźwigom, a właściwie ich ramionom, w takt Dziewiątej, w harmonii z Odą do radości. Uważny znawca tradycyjnie dominującej wykładni Doktora Faustusa winien był zadać sobie w tym momencie i w tym kontekście naiwne, acz kluczowe pytanie: czy wspomniany spektakl (polityczno-muzyczny) mógł (a może miał) stanowić symboliczne „anulowanie unieważnienia”?! Przypomnę, że Adriana Leverkühna symfoniczną kantatę Lament Doctoris Fausti, ów „niesamowity cykl wariacyjny skargi – i jako taki w negatywnym sensie spokrewniony z finałem Dziewiątej Symfonii i jej radosnymi wariacjami” – wieńczy przecież finał „czysto orkiestralny”[5]!

Komentarz narratora Zeitbloma nadaje muzycznemu dziełu Leverkühna wymowę szczególną. Miał – oraz ma do dziś – zadziwiający wpływ na recepcję twórczości Manna, a także na same badania nad nią. Sedno owego komentarza brzmi zaś:

symfoniczne adagio, w które po owym piekielnym galopie przechodzi stopniowo potężnie narastająca chóralna skarga – jest to zarazem przeciwieństwo drogi wiodącej do Pieśni do radości, kongenialny negatyw owego przejścia od symfonii do wokalnego uniesienia, jest jego o d e b r a n i e m...[6]

W wersji oryginalnej mowa tu o Zurücknahme. Bardziej trafnego odpowiednika w polszczyźnie poszukiwałbym wśród takich określeń, jak „unieważnienie”, „anulowanie”, „cofnięcie przyzwolenia”, „odwołanie”. Termin „odebranie” wydaje się w tym kontekście najmniej adekwatny.

Nie sposób podejrzewać organizatorów symbolicznego spektaklu z 1989 roku o znajomość owej niemal kanonicznej wykładni Doktora Faustusa. Czytelników powieści winna natomiast zastanowić właśnie symboliczna wymowa tego aktu; oczywiście przy założeniu, iż powieść Manna odbierana bywała (i nadal bywa) jako dzieło o wyrazistych ambicjach historiozoficznych. Sądzę również, że szczególna struktura narracji Doktora Faustusa, uprawniająca faktycznie do formułowania opinii o wymownej korespondencji losów Leverkühna i Niemiec, a więc do jedynej w swoim rodzaju wykładni „predestynacji demoniczności”, stanowi czynnik utrudniający zrozumienie mentalnego horyzontu możliwości kognitywnych samego Serenusa Zeitbloma, a więc – dodam z naciskiem – wytworu wyobraźni autora.

Zadziwiające „unieważnienie unieważnienia”! Rzec by należało: „Biedny Thomasie Mannie! Dokąd przyjdzie ci teraz, po zjednoczeniu Niemiec, uciekać wespół z twoją zbudowaną na teleologicznych zrębach pesymistyczną opowieścią mistrzowską (Meistererzählung), opowieścią-zaprzeczeniem Ody?”.

Aby dopowiedzieć tę przedziwną wykładnię (pozbawioną puenty) do końca, acz bez większej nadziei, iż wstrząśnie ona skamieliną hegemonialnej tradycji egzegetycznej, trzeba by przywołać pomijany dotąd wątek z zapisków wspomagających, sporządzonych przez Theodora W. Adorna na prośbę Manna. Nastąpi to w rozdziale IX Wstępu.

II. KARIERA PISARZA NOWOCZESNEGO

Biografia wpleciona w narrację historyczną czyni ze znanej postaci „podmiot globalizujący” – skonstatował przed laty Jacques Le Goff[7]. Jego nie mniej sławny rodak, Pierre Bourdieu, sformułował koncept, który na pierwszy rzut oka wygląda na zgoła przeciwny: nie sposób mówić o czymś takim jak biografia, a jeśli już o czymś podobnym mówić wolno, to raczej o „iluzji biograficznej”. W odniesieniu do Manna zaryzykuję tezę, iż niemożliwa jest falsyfikacja zarówno pierwszej, jak i drugiej perspektywy. Sam Mann proponuje w eseju-bilansie życiowym Moje czasy dość prostą formułę na odczytanie własnego życia:

Moje czasy były pełne odmian, ale moje życie w nich stanowi jedność. Ład, z jakim trwa w liczbowym stosunku do nich, sprawia mi satysfakcję, podobnie jak wszelki ład czy wszelka harmonia[8].

Pisarz pragnął egzystencji uładzonej i taki ład świadomie organizował. Jeśli uprzytomnić sobie, że spędził w podróży, podczas tournée z odczytami i wystąpieniami autorskimi, jedną trzecią swego życia, natomiast (również!) w wyobraźni badaczy utrwalił się poprzez żywot człowieka osiadłego – wprawdzie w kilku kolejnych willach i mieszkaniach, ale prawie zawsze przy swoim ogromnym biurku, ze starannie rozłożonymi bibelotami i z równie akuratnie przestrzeganym rozkładem dnia – to rozdźwięk między tezami przywołanych francuskich uczonych okaże się mało znaczący: pisarz budował swoją biografię niby zamknięty tekst, określony również co do samej jego wykładni. Niechętnie przyznawał się do pęknięć w swym życiorysie, do uskoków. Na wścibstwo krytyków reagował alergicznie. Stąd gdyby trzymać się mniemań Manna o nim samym, nie sposób byłoby wątpić w spójność jego tożsamości w strumieniu czasu historycznego. Inaczej ma się rzecz z ujęciami monografistów, z tym że i dziś nierzadko buduje się biografię Manna oraz monografie o jego dziele według motywacji monotematycznej, choćby homoerotycznej.

 

Gdy przyjrzeć się pomieszkiwaniu ludzi pióra bliskich Mannowi przynależnością pokoleniową, jego zachowania stają się tym bardziej wyraziste. Większość pisarzy emigrantów mieszkała byle jak: w tandetnych pokoikach, w pośledniej jakości hotelikach i pensjonatach, oraz posilała się od przypadku do przypadku. Przejmujący obraz takiej emigracyjnej egzystencji hotelowej ilustrują m.in. powieści Ericha Marii Remarque’a. Iście nomadyczne żywoty Josepha Rotha, Roberta Musila, Hermanna Brocha czy Heinricha Manna dalekie są od strategii autora Doktora Faustusa. Osiadłemu trybowi życia Thomasa Manna najbliższy byłby Hermann Hesse, z tym że jego dom z tarasem w Gaienhofen czy też Casa Hesse w Montagnola, w przecudnie kiczowatym landszafcie, to przede wszystkim refugia przed złem współczesnej cywilizacji, nie zaś ostoje mieszczańskiej tożsamości.

Mann niezmiennie osiedlał się „na zawsze”; przeszkodę skuteczną stanowiły „jedynie” kolejne okoliczności dziejowe. Jeśli pominąć dzieciństwo w Lubece i mało stabilne lata młodzieńcze w Monachium, to można powiedzieć, że pisarz zamieszkiwał kolejno w sześciu willach czy nawet rezydencjach; tradycje patrycjuszowskich przodków z Lubeki kontynuował zatem na swój sposób. Hamburska wystawa Ogrody, rezydencje wiejskie i wille hamburskiego mieszczaństwa z 1975 roku daje wyobrażenie o funkcji i tradycji północnoniemieckiego domu mieszczańskiego, że wspomnę tzw. dom Buddenbrooków w Lubece oraz reprezentacyjną budowlę ojca Manna przy Beckergrube 52. W roku 1913, w Monachium, na zakupionej parceli Poschingerstraße 1, wybudował Mann siedzibę, zdaniem jego syna Klausa, wielce kapitalistyczną. Zamieszkiwał ją do 1933 roku. Tam wzrastały jego dzieci w liczbie pięciorga, tam świętował pierwsze wielkie triumfy literackie. Po decyzji o emigracji jesienią 1938 wynajął zapuszczoną willę w Princeton. Wciąż jednak marzył o własnej siedzibie. We wrześniu 1940 kupił parcelę z kilkoma palmami i mnóstwem drzew cytrynowych w Pacific Palisades.

Na marzec 1941 datuje się przeprowadzka do Kalifornii, do – wydawałoby się – ostatecznego miejsca zamieszkania pisarza. Po mianowaniu go konsultantem ds. literatury niemieckiej Library of Congress w Waszyngtonie z roczną pensją 4800 dolarów i nadaniu mu w czerwcu 1944 obywatelstwa USA jego pozycja na kontynencie amerykańskim wyglądała na niewzruszoną jak nigdy dotąd. A jednak zimnowojenna aura panująca w tamtych latach wymusiła na nim opuszczenie Stanów. W grudniu 1952 wynajął Mann dom w Erlenbach, niedaleko jeziora. Nie był jednak z niego zbytnio zadowolony. W liście do zaprzyjaźnionego publicysty, Roberta Faesiego, wyznawał: „poważnie nosimy się z myślą wybudowania tam stałej siedziby stosownej do naszych potrzeb, jeżeli nie znajdzie się jakiś odpowiedni gotowy obiekt w okolicy Vevey lub Montreux”[9]. Na rok przed śmiercią Mann nabył dom w Kilchberg w pobliżu Zurychu.

Definiował się jako spadkobierca liberalnego mieszczaństwa XIX stulecia. Był z pewnością, również na emigracji, w warunkach wolnego rynku wydawniczego, znakomicie prosperującym przedsiębiorcą w obszarze literatury niemieckiej: tworząc, występując publicznie, promując nie tylko bliskie sobie idee, ale i własne dzieło. Dzięki przezornej żonie Katii potrafił odnaleźć się w grze rynkowej, kreując się przy tym z pasją na „wielkopisarza” XX wieku. Czuł się dobrze, biorąc udział w rywalizacji wspartej na etosie obowiązku, pracowitości, uporządkowania i potrzeby dokonań. Ujął ten stan syntetycznie w bilansie rodzinnym Lubeka jako duchowa forma życia (1926).

Stąd brał się – jeśli pominąć porządek dni podczas krótszych podróży po kraju czy dłuższych tournée za granicą – rygorystycznie przestrzegany harmonogram pracy; niby w kantorku swoich przodków, siadywał Mann po śniadaniu przy swym biurku, „produkując” odpowiednią liczbę stron kolejnego dzieła. Średnio pisał dziennie – uwzględniając korespondencję i dziennik – pięć stron, a więc około tysiąca ośmiuset stron rocznie. Przez mniej więcej sześćdziesiąt lat twórczego życia zapełnił ponad sto tysięcy stron. Pracował – jak mawiał – na rzecz swego „kluczowego interesu [Hauptgeschäft]”!

W sześciu siedzibach, swoistych krzyżówkach domu patrycjuszowskiego i nowobogackiej willi, stworzył Mann coś na podobieństwo „firmy literackiej”. Jeśli przypatrzeć się jego zdjęciom zrobionym w zaciszu domowym, to nie może nie uderzyć upozowanie sylwetki pisarza przy „kantorku”, mianowicie przy olbrzymim biurku. Na jednej z fotografii z 1919 roku autor Buddenbrooków wygląda przy owym biurku niczym kupiec nad rozłożonymi księgami rachunkowymi. Nie dziwi, że Mann zabrał ten ogromny mebel na polityczne wygnanie.

Złudne wrażenie, iż preferował osiadłość, jest przeogromne; a przecież prowadził życie wcale nomadyczne, i to z racji nie tyle wspomnianego wygnania, ile filozofii pojmowania nowoczesnej roli pisarza. Należy do grona największych globtroterów i w skali objazdów jednego regionu, i kilku krajów. Z wyliczeń statystycznych[10] wynika, iż co czwarty dzień przebywał poza domem, w bliższych i dalszych, niekiedy wielotygodniowych podróżach. Jeśli uzmysłowić sobie, że nawet w ciągu dwustu dni ostatniego roku swego życia spędził tak co trzeci dzień, to potęga złudzenia mieszczańskości jego egzystencji musi być czymś więcej niźli tylko przypadkiem.

Zasadne zatem będzie pytanie o obecność Manna w życiu publicznym. Najpełniej tę obecność pojąć można, śledząc rok w rok wielorakie wymiary aktywności, setki tekstów różnego autoramentu, o różnej wartości. Nie te zebrane w dziesiątkach edytorsko sterylnych tomów stanowią o zasięgu i głębi owej obecności przez dekady dziejów Niemiec, nie laboratoryjnie czyste, mniej lub bardziej filologicznie opracowane książki dają wyobrażenie o skali publicznego istnienia Manna, ale właśnie ich pierwotne rozsianie po setkach pism, gazet, w dziesiątkach tomików, cząstkowych edycjach. W całej twórczości Manna szeroko rozumiane eseistyka i publicystyka zajmują blisko jedną trzecią. Z tego znacząca część krąży wokół wielkich dzieł powieściowych, zwłaszcza Czarodziejskiej góry (1924), tetralogii biblijnej Józef i jego bracia (1933–1943) oraz Doktora Faustusa (1947). Odnaleziono i zarchiwizowano około dwudziestu tysięcy listów, napisać ich miał zaś Mann ponad dwadzieścia pięć tysięcy, jeśli nie więcej. Gdy dodać, że w ciągu całego życia udzielił blisko siedmiuset wywiadów, to nie sposób nie przyznać, iż i na tym polu był niepospolicie aktywny.

Publicystyka i eseistyka wypełniają kilkanaście potężnych tomów w ramach poszczególnych edycji dzieł wybranych oraz zebranych pisarza. Dla jego istnienia w powszechnej świadomości w ciągu dziesiątków lat nie miało to jednak większego znaczenia. Pierwszoplanową rolę odgrywała tu bowiem notorycznie ciągła obecność w periodykach, tomach zbiorowych, almanachach, na antenie radiowej oraz – rzecz niebagatelna – w licznych tomikach, edycjach łączonych: po kilka esejów i szkiców pod jednym tytułem. Wspieranie jubileuszy ważkich wydarzeń wystąpieniami także znakomicie poszerzyło obszar publicystyki Manna.

W tużpowojennych latach aktywność i obecność pisarza nabierała rozmachu sukcesywnie. W sierpniu 1919 Wydział Filozoficzny Uniwersytetu w Bonn nadał Mannowi doktorat honoris causa. Pucz Wolfganga Kappa i Walthera von Lüttwitza oraz mord na wybitnym polityku i ministrze Walterze Rathenau wyostrzyły wrażliwość Manna na ekstremizm prawicowy. Jesienią 1921 uczestnictwem w Nordyckim Tygodniu zbliżył się prozaik chybotliwie do rodzinnego miasta, Lubeki, gdzie wygłosił odczyt Goethe i Tołstoj. Sednem eseju jest pytanie o „patos środka” myśli humanistycznej. Na rozgłos w kraju wpływ miało też rosnące w sposób ciągły uznanie za granicą, a zwłaszcza kolejne przekłady dzieł twórcy Śmierci w Wenecji.

Rok 1923 to istna eksplozja podróży autorskich; Mann udał się wtedy do Austrii, Czechosłowacji, Węgier i Szwajcarii, w kwietniu i maju zaś – do Hiszpanii. W kolejnym roku – do Holandii i Anglii, a następnie do Danii. Był coraz bardziej obecny „w służbie dnia”. Bibliografia za lata 1922–1933 wykazuje 375 szkiców publicystycznych. Tomiki z ważniejszymi esejami i przemówieniami otrzymują znamienne tytuły: Rede und Antwort (Pytanie i odpowiedź, 1922), Bemühungen (Próby, 1925), Die Forderung des Tages (W służbie dnia, 1930). Rok 1925 dał Mannowi sposobność zaistnienia w roli reprezentanta kultury i tradycji mieszczańskiej. Rede zum 50. Geburtstag (Przemówienie na pięćdziesiąte urodziny) stanowiło zwieńczenie wielkich oficjalnych uroczystości w Monachium.

Kolejny rok przyniósł dyplomatycznie ważką wyprawę do Francji. Zaproszenie z Fundacji Carnegiego stanowiło dla Manna szansę na ostrożne kruszenie lodów politycznych. Swoją misję opisał on w Paryskiej relacji (1926). Obchodzone w 1926 roku siedemsetlecie Lubeki stworzyło z kolei okazję do ponownego podkreślenia własnej drogi jako reprezentatywnej narodowo; Lubeka jako duchowa forma życia – tak poznawczo nieskromnie brzmi tytuł wystąpienia, o którym tu mowa (wspomnianego już zresztą wcześniej). W tym samym roku czekały prozaika dalsze wyróżnienia, m.in. wybór na członka sekcji literatury Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po misji dyplomatycznej w Paryżu nastąpiła podobna w Warszawie. Nie należy jej przeceniać, ale też trzeba ją odpowiednio docenić. Mann przybył do stolicy Polski nie tyle jako znany pisarz, ile jako ambasador dobrych zamiarów Republiki Weimarskiej.

Koniec tzw. złotych lat dwudziestych w Niemczech charakteryzuje gwałtowna eskalacja ruchów ekstremistycznych. Główne zagrożenie dostrzega Mann w skrajnym nacjonalizmie oraz narodowym socjalizmie. Wrażenia z pobytów we Włoszech wyczulają pisarza na faszyzm. Wygłoszona w Pruskiej Akademii Sztuk pięknych Mowa ku czci Lessinga (1929) jest nie tyle, czy też nie tylko, wystąpieniem w obronie poniewieranego oświecenia, ile filipiką w sprawie własnej, mianowicie permanentnych zarzutów co do korzeni własnej twórczości spod znaku pisarstwa poeta doctus (Schriftsteller), a nie uduchowionej poezji (Dichter, poeta natus). Za rozróżnieniem tym kryło się coś głębszego, mianowicie wytyczanie linii frontu pomiędzy volkistowskimi a racjonalnymi poglądami na temat roli literatury. Wsparciem dla takiego odczytania wspomnianej mowy może być wygłoszony w Uniwersytecie Monachijskim wykład Pozycja Freuda w nowoczesnej umysłowości (1929), w którym – przy całym szacunku dla twórcy psychoanalizy – Mann nie akceptuje linii „głębi trzewi”, kojarzonej z takimi myślicielami, jak Johann Jakob Bachofen, Ludwig Klages i Oswald Spengler.

10 grudnia 1929 pisarz odebrał Nagrodę Nobla. Jest to niewątpliwie najważniejsze uznanie instytucjonalne dla jego trzydziestoletniej działalności pisarskiej; nic to, że nie Czarodziejska góra, ale młodzieńcza powieść Buddenbrookowie stanowiła dla szwedzkiego jury argument dostateczny i stosowny dla wyróżnienia Manna. Niepostrzeżenie, od momentu pierwszego sukcesu u progu naszego stulecia, ubiegając się – skuteczniej niźli sędziwy Gerhart Hauptmann – o wawrzyn „Goethego XX wieku”, przesuwał się autor Śmierci w Wenecji ku szczytom uznania. Szkic autobiograficzny (1930) był dla Manna jedną z wielu sposobności wypełnienia rubryk „Winien” i „Ma” w odniesieniu do własnej biografii. Noblista czuł się wówczas w pełni usatysfakcjonowany swym miejscem na mapie dokonań artystycznych. W prestiżowej prasie liberalno-demokratycznej uchodził bezsprzecznie za literata o wymiarze epokowym.

I znów przyszła pora na podróże, tym razem do Egiptu, w celu zebrania materiałów do przygotowywanej tetralogii biblijnej. Apele polityczne natomiast wystosowywał Mann w Europie, m.in. w Hadze, opisując Die geistige Situation des Schriftstellers in unserer Zeit (Duchową sytuację pisarza w naszych czasach, 1930). W kolejnych wystąpieniach, m.in. w wygłoszonej w Berlińskiej Sali Beethovena Mowie na rzecz Niemiec (1930), hałaśliwie zakłócanej przez bojówki SA, ostrzegał przed ideologią nazistowską. Również w przygotowanym na jubileusz czterechsetlecia lubeckiego gimnazjum Katharineum Ansprache an die Jugend (Przemówieniu do młodzieży, 1931) nie brak akcentów alarmujących. W tamtym okresie Mann stał się po części „oratorem rocznicowym”. Po tekstach sławiących Gottholda Lessinga na forum Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych zaprezentował wykład o Goethem jako przedstawicielu wieku mieszczaństwa (1932).

Przemówieniem-esejem Cierpienie i wielkość Ryszarda Wagnera, wygłoszonym 10 lutego 1933 w Auditorium Maximum uniwersytetu w Monachium, noblista – jeszcze o tym nie wiedząc – na zawsze pożegnał się z ojczyzną. Dziś trudno pojąć, skąd wzięło się wtedy przekonanie, iż tekst o Wagnerze kala własne gniazdo. A jednak taki pogląd się rozpowszechnił. Przeciwko opluwaniu „wielkiego Niemca” zaprotestowały głównie osobistości z „Monachium, miasta Ryszarda Wagnera”, m.in. Hans Pfitzner, Richard Strauss, Hans Knappertsbusch. Jak bardzo Mann poczuł się dotknięty, pokazuje choćby wzmianka zawarta w liście otwartym do Waltera von Molo z 1945 roku: