Osaczona

Tekst
Z serii: Thriller
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pogrążona w myślach, nie usłyszała nawet, że poproszono ją o powstanie, by wysłuchała decyzji sędziego. Gdy podniosła się na drżących nogach, napotkała uważny wzrok patrzący na nią zza grubych okularów.

– Wyznaczam kaucję w wysokości stu tysięcy dolarów. – Uderzenie młotkiem. – Ogłaszam koniec posiedzenia.

Miranda zamarła. Publiczność powoli opuszczała salę, a ona nadal stała nieruchomo.

– Nic więcej nie dało się zrobić – szepnął Pelham.

Równie dobrze mógł to być milion. Nigdy nie zbierze takiej kwoty.

– Chodźmy, pani Wood – odezwał się zastępca szeryfa. – Czas wracać.

Ruszyła bezwolnie za nim. Tylko raz odwróciła się i spojrzała przez ramię na Chase’a Tremaina. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że zobaczyła w jego oczach współczucie.

– Nie ustąpiła ani o milimetr – powiedział Lorne Tibbetts. – Przesłuchujemy ją od tygodnia, ale uparcie trzyma się swojej wersji.

– To bez znaczenia – stwierdziła Evelyn. – Fakty mówią za siebie.

Siedzieli u niej na werandzie, bo w domu było zbyt gorąco. Chase już zapomniał, jak upalnie bywa tu w sierpniu. W jego wspomnieniach z dzieciństwa w Maine było zawsze przyjemnie chłodno. Nalał sobie kolejną szklankę mrożonej herbaty i podał dzbanek Tibbettsowi.

– Jak myślisz, Lorne, zostanie skazana?

– Nie wiem. Są pewne luki w materiale dowodowym.

– Jakie luki? – spytała zdumiona Evelyn.

Chase pomyślał, że szwagierka odzyskuje dobrą formę. Żadnych napadów histerii, jak wtedy na posterunku policji. Była chłodna i opanowana, jak ją zapamiętał z dzieciństwa.

– Chodzi o odciski palców – wyjaśnił Tibbetts.

– Nie ma ich na nożu? – spytał Chase.

– Wytarto go do czysta. Moim zdaniem to się nie trzyma kupy. Skoro zabiła Richarda pod wpływem impulsu, to czemu zadała sobie trud usunięcia odcisków palców?

– Może jest sprytniejsza, niż myślisz – ostro rzuciła Evelyn.

– Są jeszcze inne wątpliwości? – dociekał Chase.

– Przeszła badanie na wariografie.

– Zgodziła się na nie? – zdziwił się Chase.

– Sama o nie poprosiła. Wprawdzie niczym to jej nie groziło, bo badanie nie może być dowodem na procesie, ale trochę mnie to zaniepokoiło.

Chase wpatrywał się w morze. Też czuł pewien niepokój. Wszystko wskazywało na to, że Miranda Wood dokonała morderstwa, więc dlaczego tak trudno było mu w to uwierzyć?

Pierwsze wątpliwości naszły go przed tygodniem, na posterunku policji. Był świadkiem przesłuchania, lecz wtedy jeszcze nic się nie działo. Nieprzekonujące wyjaśnienia Mirandy Wood nie zrobiły na nim wrażenia, to znaczy tylko utwierdziły go w przekonaniu o jej winie. Ale później, kiedy na korytarzu spojrzała mu w oczy z taką odwagą, jego pewność osłabła. Nawet na widok Evelyn Miranda nie opuściła głowy. I powiedziała coś niezwykle zaskakującego:

– On panią kochał. Musi to pani wiedzieć.

Mogła przecież odejść bez słowa, a jednak zdobyła się na współczucie.

Chase nie potrafił tego zrozumieć.

– Wszystkie dowody przemawiają przeciwko niej – stwierdził Tibbetts. – Sędzia też musiał być tego zdania, skoro wyznaczył zaporową kaucję. Wiedział, że Miranda Wood nie zdobędzie takich pieniędzy, chyba że ma bogatego wujka. – Gdy na podjazd wjechał oznakowany policyjny samochód, rzucił z westchnieniem: – Nawet w wolny dzień nie mogą mnie zostawić w spokoju.

Z samochody wysiadł Ellis Snipe. Jego kroki zachrzęściły na żwirowej alejce.

– Cześć, Lorne – zawołał. – Wiedziałem, że cię tu znajdę.

– Dziś jest sobota, Ellis.

– Wiem, kurczę, ale mamy problem.

– Jeżeli chodzi o łazienkę, to wezwij hydraulika.

– Żadna łazienka. – Ellis zerknął niespokojnie na Evelyn. – Chodzi o tę Mirandę Wood.

Tibbetts wstał i wychylił się przez barierkę.

– Co się stało?

– Ktoś wpłacił za nią kaucję.

Na werandzie zapadła cisza, którą przerwała Evelyn, zadając podszyte jadem pytanie:

– Niby kto?

– Skąd mam wiedzieć? W sądzie powiedzieli, że wpłata była anonimowa. Przyszła za pośrednictwem kancelarii prawniczej z Bostonu. Co robimy, Lorne?

Tibbetts kilka razy potarł nerwowo szyję, wreszcie powiedział:

– Przykro mi, Evelyn.

– Nie możesz mi tego zrobić!

– Nie mam wyboru.

– Nie rozumiem. – Miranda patrzyła w osłupieniu na adwokata. – Kto to może być?

– Z pewnością jakiś przyjaciel – sucho odparł Randall Pelham.

– Moi przyjaciele nie mają takich pieniędzy.

-

Ktoś jednak wpłacił całą sumę. Przekazał ją prawnik z Bostonu. Mówi, że jego klient chce zachować anonimowość.

– Ale dlaczego?

– Może czuje się niezręcznie.

– No tak… – Bo pomaga morderczyni, dokończyła w myślach.

– To jego albo jej prawo – ciągnął Pelham. – A ja radzę skorzystać z tej uprzejmości. Więzienie nie jest najprzyjemniejszym miejscem.

– To prawda. – Odetchnęła głęboko. – Chciałabym tylko wiedzieć, kto to jest – dodała cicho.

– Nie ma takiej możliwości. Powtarzam, powinnaś przyjąć tę przysługę. – Zatrzasnął głośno aktówkę. – Wszystko jest załatwione. Możesz wyjść dziś po południu. Zamierzasz wrócić do domu?

Zawahała się. Przeszedł ją dreszcz na wspomnienie ciała Richarda w jej łóżku. Oczywiście mieszkanie zostało dokładnie posprzątane, czego dopilnował pan Lanzo. Po krwawym zdarzeniu na pewno nie ma już śladu.

Jedynie w jej pamięci.

Ale nie miała gdzie pójść.

– Chyba tak.

– Znasz warunki, prawda? Nie wolno ci wyjeżdżać poza granice hrabstwa, cały czas musimy być w kontakcie. I pod żadnym pozorem nie rozmawiaj z nikim o sprawie. Jest wystarczająco trudna.

– I lepiej nie wystawiać na próbę twoich umiejętności – zauważyła cicho.

Nie usłyszał tego komentarza albo go zignorował. Wychodząc, odwrócił się do niej w drzwiach.

– Wciąż możemy pójść na ugodę.

Spojrzała mu w oczy.

– Nie.

– Przemyśl to. Dostałabyś dziesięć, a nie dwadzieścia pięć lat.

– Ja go nie zabiłam.

– Powtarzam, zastanów się – powiedział, nie kryjąc irytacji.

Myślę o tym przez całe długie popołudnie, czekając na niezbędne dokumenty, ale kiedy wyszła na zewnątrz i poczuła na twarzy promienie słońca, wszelka myśl o oddaniu dziesięciu lat z życia wydała jej się nie do przyjęcia. Stała przez chwilę na chodniku, patrząc w niebo i wdychając świeże powietrze.

Postanowiła wrócić do domu na piechotę. Gdy znalazła się na podjeździe, miała zaróżowione policzki i czuła w mięśniach przyjemne zmęczenie. Dom wyglądał jak przedtem: kryty gontem dach, przystrzyżony trawnik – ktoś musiał go podlewać podczas jej nieobecności – pokryty białymi kwiatami żywopłot z krzaków hortensji.

Dopiero gdy weszła na ganek, zauważyła litery nagryzmolone na szybie. Zatrzymała się, porażona czyimś okrucieństwem.

{Morderczyni}

Ze złością wytarła napis rękawem. Kto mógł zrobić coś takiego? Na pewno nie sąsiedzi. Może jakieś dzieciaki? Albo letnicy.

To pomogło jej ochłonąć. Nie jej problem, co sobie myślą letnicy. Ważniejsze było zdanie stałych mieszkańców. To im będzie musiała spojrzeć w oczy.

Zawahała się przed drzwiami, jakby w obawie, co za nimi zastanie, ale wewnątrz wszystko było tak, jak być powinno. Na stole leżał rachunek wystawiony przez firmę Sumienne Porządki z dołączonym zamówieniem podpisanym przez pana Lanzo:

{Sprzątanie całościowe domu. Usunąć plamy w sypialni.}

Powoli ruszyła na obchód mieszkania. Kuchnia, łazienka, pokój gościnny… Wreszcie musiała stanąć na progu sypialni. Patrzyła na porządnie pościelone łóżko, wywoskowaną podłogę, czyściuteńki dywan. Żadnych śladów morderstwa. Zwykła słoneczna sypialnia z wiejskimi meblami.

Usiadła na łóżku. Wydawało jej się, że to zły sen, z którego zaraz się obudzi. Musi się tylko mocno skupić, a okaże się, że to był jedynie koszmar. Z natężeniem wpatrywała się w podłogę i nagle tuż przy nodze łóżka zobaczyła małą brązową plamkę.

Zerwała się i wybiegła z pokoju.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Zatrzymała się niezauważona przy cmentarnej bramie. Przez kute ogrodzenie widziała żałobników stojących przy świeżo wykopanym grobie. Zebrał się spory tłum, w końcu żegnano szanowanego członka miejscowej społeczności.

Szanowany może był, pomyślała. Ale czy kochany? Czy ktokolwiek z obecnych tu żałobników, łącznie z jego żoną, naprawdę go kochał? Ja go kochałam. Kiedyś…

Niemal wszystkie twarze były znajome. Sąsiedzi, koledzy z pracy, przyjaciele. Raczej eksprzyjaciele, pomyślała z goryczą. I ci, którzy byli zbyt wyniośli, żeby zawrzeć z nią znajomość, bo poruszali się w niedostępnych dla niej kręgach towarzyskich. Noah DeBolt, ojciec Evelyn. Forrest Mayhew, prezes miejscowego banku, w nieskazitelnym szarym garniturze i krawacie. Panna Lila St. John, miłośniczka ogrodów, wiecznie wyglądająca na siedemdziesiąt cztery lata. No i oczywiście rodzina Tremainów. Evelyn stała między swoim synem a Chase’em, jakby wsparcie dwóch mężczyzn było jej konieczne, by mogła utrzymać się na nogach. Cassie, jak zwykle zbuntowana, trzymała się nieco z boku. Jej kwiecista sukienka stanowiła ostry kontrast na szaro-czarnym tle.

Tak, Miranda znała ich wszystkich. A oni znali ją.

Wciąż stała przy ogrodzeniu, kiedy procesja żałobników zaczęła wylewać się przez bramę. Widziała ich zdziwione spojrzenia, słyszała niewyraźne pomruki:

– Spójrz, to ona.

– Jak mogła tu się zjawić?

Spokojnie wytrzymała ich spojrzenia. Ucieczka byłaby aktem tchórzostwa. Może nie jestem odważna, myślała, ale nie jestem też tchórzem. Większość mijała ją, pośpiesznie odwracając oczy, jedynie Lila St. John popatrzyła na nią z uwagą. Przez ułamek sekundy Mirandzie wydawało się, że widzi w tym spojrzeniu błysk krzepiącego uśmiechu.

 

Odwróciła się, słysząc głośnie westchnienie. Przy bramie zatrzymali się Tremainowie.

– Jakim prawem tu przyszłaś! – z furią syknęła Evelyn.

– Mamo, daj spokój. – Philip wziął ją pod ramię. – Chodźmy do domu.

– Wynoś się stąd! – Evelyn rzuciła się w kierunku Mirandy.

Chase zagrodził jej drogę.

– Przestań! Ja z nią porozmawiam. Idź do domu. Proszę. – Spojrzał na Philipa i Cassie. – Zabierzcie stąd mamę.

Evelyn pozwoliła, by dzieci odprowadziły ją do samochodu, ale zanim do niego wsiadła, odwróciła się jeszcze i krzyknęła:

– Uważaj na tę sukę, Chase! Omota cię tak samo jak Richarda.

Miranda zrobiła krok w tył, jakby te słowa miały siłę ciosu. Oparła się o bramę. Wydawało jej się, że zimne, żelazne pręty są jej jedynym oparciem, bez nich zaraz osunie się w bezdenną otchłań.

Z odrętwienia wyrwało ją skrzypienie starych zawiasów. Zauważyła, że stoi na kępce stokrotek, a na cmentarzu została jedynie ona… a także Chase Tremain.

Przyglądał się jej z odległości kilku metrów.

– Czemu pani tu przyszła? – spytał.

Uniosła podbródek.

– Bo chciałam.

– Delikatnie mówiąc, nie było to taktowne.

– Wręcz przeciwnie. Byliśmy… Byliśmy przyjaciółmi.

– Przyjaciółmi? – Uniósł brwi w przesadnym zdziwieniu. – To się teraz tak nazywa?

– Nic pan o nas nie wie.

– Wiem, że byliście nie tylko przyjaciółmi. Jak należy nazwać taki związek, panno Wood? Przygoda? Romans?

– Proszę przestać.

– Namiętne figle na kanapie szefa?

– Dosyć! To nie było tak.

– Oczywiście, że nie. Byliście tylko przyjaciółmi – ironizował zjadliwie.

– W porządku. – Odwróciła wzrok, żeby nie zobaczył jej łez. – Byliśmy kochankami – powiedziała cicho.

– Nareszcie właściwe słowo.

– Ale przede wszystkim przyjaciółmi. Dałabym wszystko, żeby tak zostało.

– Ja też. Żyłby do dziś.

Zesztywniała i odwróciła się do niego plecami.

– Ja go nie zabiłam. Znalazłam go…

– W swoim łóżku. Panno Wood, nie jestem prokuratorem ani sędzią, więc może sobie to pani darować. Proszę się trzymać z daleka od mojej rodziny. Evelyn przeszła piekło, nie trzeba jej o tym ciągle przypominać. Jeżeli będzie nas pani nękać, zawiadomię policję. Jeden fałszywy krok i znów znajdzie się pani w więzieniu. Tam, gdzie jest pani miejsce.

– Wszyscy jesteście tacy sami. Ulepieni z lepszej gliny. Nie to co my, pospólstwo, szara masa. Można się nas łatwo pozbyć, odesłać na właściwe miejsce.

– Nie chodzi o to, kto jest ulepiony z jakiej gliny. Chodzi o morderstwo popełnione z zimną krwią. – Zrobił krok do przodu. – Co się naprawdę wydarzyło? – Przysunął się jeszcze bliżej. – Richard złamał jakąś świętą przysięgę? Nie chciał rzucić żony? A może opamiętał się i zerwał z panią?

– To ja z nim zerwałam.

– Dlaczego? – W oczach Chase’a było jawne niedowierzanie.

– Bo to już nie miało sensu. Chciałam z tym skończyć. Zostawiłam mu list.

– Zwolnił panią?

– Złożyłam wymówienie. Dwa tygodnie temu. Może pan to sprawdzić. Chciałam opuścić wyspę, wyjechać gdzieś, gdzie nie musiałabym go codziennie widywać.

– Gdzie chciała pani wyjechać?

– Wszystko jedno, byle jak najdalej stąd. – Patrzyła w dal ponad cmentarzem. Między drzewami przeświecały skrawki morza. Odwróciła się i spojrzała Chase’owi w oczy. – Zdołałam się od niego uwolnić. Czemu miałabym go zabić?

– W takim razie skąd się wziął w pani domu?

– Nalegał, żeby się ze mną zobaczyć. Nie chciałam go widzieć, więc wyszłam. Znalazłam go po powrocie.

– To już słyszałem. Przedstawia pani spójną historię.

– Bo taka jest prawda.

– Prawda, nieprawda… – Wzruszył ramionami. – W pani przypadku jedno miesza się z drugim. – Odwrócił się gwałtownie i ruszył w kierunku parkingu.

– A jeżeli to ktoś inny go zabił? – spytała, podnosząc głos. – Ktoś, kogo pan zna? – Gdy mimo to szedł dalej, nie reagując na jej słowa, prawie wykrzyczała: – Może pan się już tego domyśla? I woli pan mnie obarczyć winą? Niech mi pan powie, panie Tremain, kto naprawdę zabił Richarda?

Chase zatrzymał się gwałtownie. Wiedział, że nie powinien, że popełnia błąd, podejmując tę rozmowę, jednak nie umiał się powstrzymać. Jej słowa wywołały w nim zbyt wielki niepokój.

Powoli odwrócił się. Miranda stała nieruchomo. W popołudniowym słońcu jej włosy nabrały miedzianego blasku. W czarnej sukience wyglądała zaskakująco krucho i delikatnie.

Czy to możliwe, żeby ta kobieta zabiła jego brata? Podniosła nóż i wbiła go w ciało z taką siłą i wściekłością, że ostrze sięgnęło kręgosłupa?

Powoli ruszył w jej stronę.

– Jeżeli nie pani, to kto?

– Nie mam pojęcia.

– Rozczarowująca odpowiedź.

– Richard miał wrogów. Wiedział różne rzeczy o pewnych osobach w mieście. I nie bał się o tym pisać w gazecie.

– Chce pani powiedzieć, że wiedział o jakichś aferach?

Zauważył jej wahanie. Czyżby wymyślała kolejne kłamstwo? – pomyślał natychmiast.

Odpowiedziała jednak pewnym głosem:

– Richard pisał artykuł o tutejszym deweloperze. Tony Graffam jest właścicielem firmy Stone Coast Trust. Richard mówił, że ma przeciwko niemu dowody.

– Mój brat zatrudniał dziennikarzy. Czemu miałby sam coś pisać?

– To była jego prywatna wojna. Chciał zrujnować Stone Coast Trust.

– Udało mu się?

– Artykuł miał się ukazać dwa tygodnie temu.

– A jednak się nie ukazał. Dlaczego?

– Nie wiem. Musiałby pan spytać Jill Vickery

– Pełni obowiązki redaktora naczelnego?

– Tak. I wiedziała o tym materiale, choć nie była nim specjalnie zachwycona. Ale Richard gotów był nawet zaryzykować proces o zniesławienie. Tony Graffam groził, że nas pozwie.

– Mamy więc pierwszego podejrzanego. Ktoś jeszcze?

– Richard nie był szczególnie lubiany – powiedziała z wahaniem.

– Richard? – Potrząsnął głową. – Z nas dwóch to ja miałem ten problem.

– Dwa miesiące temu obciął płace w „Island Herald” i zwolnił mnóstwo pracowników.

– Grono podejrzanych się powiększa.

– Czasy są ciężkie, ludzie desperacko szukają pracy. No, Richard potrafił to ująć w zgrabne słowa. Że jest mu przykro, że te zwolnienia go bolą. Ale potem słyszałam, jak powiedział do głównego księgowego: „Pozbyłem się balastu, tak jak radziłeś”. Balast. Ci ludzie pracowali w gazecie od lat, a Richard miał pieniądze. Stać go było na pokrycie strat.

– Był biznesmenem.

– Właśnie. Nikim innym. – Jej poruszane wiatrem włosy tańczyły niczym płomienie. Czuła, że rośnie w niej gniew. Na Chase’a, na Richarda, na całą rodzinę Tremainów.

– Czyli wśród podejrzanych mamy wszystkich zwolnionych biedaków oraz ich bliskich – powiedział ironicznie. – Może dołączymy do tego dzieci Richarda? Jego teścia? Żonę?

– Właśnie, dlaczego nie Evelyn?

– Dobrze pani idzie – rzucił, nie kryjąc wrogiej niechęci. – Zasłony dymne, mylenie tropów. Ale nie przekonała mnie pani. Mam nadzieję, że sąd też nie da się na to nabrać i każe pani zapłacić.

Spojrzała na niego bez słowa, jakby cała energia i chęć do walki nagle z niej wyparowały.

– Już zapłaciłam – powiedziała cicho. – I będę płacić do końca życia. Jestem winna, ale nie dlatego, że go zabiłam. – Odwróciła głowę, więc nie mógł widzieć jej twarzy. Słyszał jedynie jej głos przepełniony bólem. – Jestem winna, bo byłam głupia, beznadziejnie naiwna. Bo zaufałam niewłaściwemu mężczyźnie. Naprawdę myślałam, że kocham pańskiego brata, gdy go jednak dobrze poznałam, postanowiłam odejść. Chciałam to zrobić, póki jeszcze byliśmy… przyjaciółmi. – Szybkim gestem wytarła twarz.

Do Chase’a nagle dotarło, że Miranda jest bardzo odważną kobietą. Nie bezczelną, jak pomyślał o niej, widząc ją po raz pierwszy przy cmentarnej bramie, ale właśnie odważną.

Odwróciła głowę i spojrzała na niego. Łzy, które usiłowała ukryć, nadal błyszczały w jej oczach.

– Zresztą – mruknęła z niechęcią – czy to ważne, co czułam? Kogo to obchodzi? – Szybkim krokiem ruszyła w kierunku parkingu.

– Panno Wood! – krzyknął za nią. – Jeszcze jedno pytanie. Kto wpłacił kaucję?

Odwróciła się i spojrzała na niego.

– Sama chciałabym wiedzieć.

Do redakcji był spory kawałek drogi. Miranda mijała znajome ulice, sklepy, znajomych ludzi. To było najgorsze. Wiedziała, że przyglądają się jej zza wystawowych szyb. Widziała, jak zbijali się w grupki i wymieniali szeptem uwagi. Brakuje mi tylko szkarłatnej litery, pomyślała. M. jak morderczyni.

Szła Limerock Street z podniesioną głową i wzrokiem utkwionym przed siebie. Kiedy znalazła się przed siedzibą „Island Herald”, z ulgą pchnęła szklane drzwi i weszła do środka.

W newsroomie wszyscy zamarli. Poczuła się dotknięta ich zdziwionymi spojrzeniami.

– Cześć – rozległ się spokojny głos.

Miranda odwróciła się. Jill Vickery wyszła ze swojego gabinetu. Wciąż miała na sobie czarny kostium, który włożyła na cmentarz.

– Mogę coś dla ciebie zrobić? – spytała uprzejmym tonem.

– Przyszłam po swoje rzeczy.

– Oczywiście. – Jill spojrzała karcącym wzrokiem po pracownikach, którzy wciąż gapili się na Mirandę. – Cóż to, nie mamy nic do roboty?

Wszyscy natychmiast wrócili do pracy.

– Mirando, pozwoliłam sobie sprzątnąć twoje biurko – powiedziała Jill. – Wszystko spakowałam do pudełka i zniosłam na dół.

Miranda była jej wdzięczna za ten uprzejmy gest.

– Mam też parę rzeczy w szafce.

– Nikt ich nie ruszał. Wszystko powinno być na miejscu. – Zapadła chwila ciszy. – No cóż – Jill próbowała ratować niezręczną sytuację. – Życzę ci szczęścia. – Odwróciła się, by wrócić do swojego gabinetu.

– Jill! – zawołała za nią Miranda. – Dlaczego nie daliście artykułu o Tonym Graffamie?

– Czy to ważne? – Spojrzała na nią szczerze zdumiona.

– Tak.

– To była decyzja Richarda. – Jill wzruszyła ramionami.

– Jak to? Przecież pracował nad tym od wielu miesięcy.

– Nie wiem, jakie miał powody. Chociaż sądzę, że nigdy nie napisał tego artykułu.

– Przecież mówił, że go prawie skończył.

– Przejrzałam jego papiery. – Jill ruszyła do swojego pokoju. – Moim zdaniem udało mu się jedynie zebrać materiały. Wiesz dobrze, że lubił przesadzać.

Miranda miała zamęt w głowie. Zeszła po schodach do kobiecej szatni, gdzie zastała Annie Berenger, która zdążyła się już przebrać w swój zwykły służbowy strój, czyli w szerokie spodnie i pogniecioną bawełnianą koszulę. Właśnie zawiązywała sportowe buty.

– Widzę, że wróciłaś – rzuciła na widok Mirandy, odgarniając z czoła kosmyki włosów.

– Tylko po swoje rzeczy. – Sięgnęła po pudło stojące pod ławką.

– Widziałam cię na pogrzebie. – Annie pokręciła głową. – To wymagało odwagi.

– Nie wiem, czy akurat odwaga jest tutaj najlepszym słowem.

Annie z westchnieniem ulgi zatrzasnęła szafkę.

– Nareszcie. W butach na wysokim obcasie krew nie dopływa mi do mózgu. Co zamierzasz dalej?

– Nie wiem. Planuję swoje życie najwyżej na dwa dni naprzód. – Miranda otworzyła swoją szafkę i zaczęła przekładać rzeczy do pudła.

– Podobno masz wysoko postawionych przyjaciół.

– Co takiego?

– Ktoś wpłacił za ciebie kaucję.

– Nie mam pojęcia, kto to jest.

– Obrońca kazał ci tak mówić?

Miranda zacisnęła dłoń na drzwiczkach szafki, po czym rzekła znużonym głosem:

– Daj spokój…

Annie zadarła głowę. Twarz miała pomarszczoną i pokrytą piegami.

– Kretynka ze mnie, przepraszam, tyle że Jill kazała mi zająć się procesem. Myślisz, że mam ochotę pisać materiał na pierwszą stronę o koleżance z pracy? – Patrzyła, jak Miranda opróżnia szafkę. – Dasz mi oświadczenie?

– Ja tego nie zrobiłam. Chcesz zdobyć Pulitzera? – Spojrzała Annie w oczy. – Pomóż mi znaleźć winnego.

– I na tym polega problem. Oprócz ciebie nie ma innych podejrzanych.

Miranda wzięła pudło i ruszyła po schodach.

– A ja myślałam, że dziennikarzom zależy na prawdzie.

– Ale ten akurat dziennikarz jest w leniwy i myśli już tylko o emeryturze.

– W twoim wieku?

 

– Za miesiąc skończę czterdzieści siedem lat. Muszę nacisnąć Irvinga, żeby mi się oświadczył, a potem już tylko czekoladki i telewizyjne seriale.

– Znienawidziłabyś takie życie.

– Wiem… Byłabym nieszczęśliwa.

Weszły do newsroomu. Annie nie zwracała uwagi na zaciekawione spojrzenia. Wyjęła z szuflady biurka paczkę papierosów.

– Masz może ogień? – zwróciła się do Mirandy.

– Wiesz przecież, że nie palę.

Annie rozejrzała się wokół i krzyknęła donośnym głosem:

– Miles!

Młody stażysta westchnął z rezygnacją i rzucił jej zapalniczkę.

– Tylko mi ją oddaj.

– Jesteś za młody, żeby palić.

– Też kiedyś byłaś za młoda – odgryzł się.

Annie mrugnęła do Mirandy.

– Uwielbiam tych smarkaczy. Są cholernie drażliwi.

Miranda przysiadała na biurku, przyglądając się swojej koleżance. Jak zwykle Annie otaczały kłęby dymu. Z pewnością był to nałóg, ale i poza. Podobno w pierwszej redakcji, w Bostonie, gdzie zdobywała dziennikarskie szlify, podłoga była na pięć centymetrów usłana niedopałkami.

– Wierzysz mi? – spytała Miranda cicho.

Annie spojrzała jej w oczy.

– Nie. A z tym lenistwem żartowałam. Sama już zaczęłam węszyć. Nie robię tego z przyjaźni. Mogę się dokopać do czegoś, co wcale nie będzie dla ciebie przyjemne.

Miranda skinęła głową.

– W porządku. Na początek dowiedz się, kto wpłacił za mnie kaucję.

– Całkiem rozsądna propozycja.

– Wiedziałam, że ona ci namiesza w głowie.

– Hm… co? – Chase spojrzał na szwagierkę, która przebrała się już po pogrzebie w jaskrawozieloną sukienkę. Wyprostował się w fotelu. Wiedział, że powinien jej współczuć, ale Evelyn bardziej potrzebowała porządnego drinka niż współczucia. Przynajmniej tak wyglądała.

– Nie odezwałeś się ani słowem po powrocie z cmentarza. Co się z tobą dzieje?

– Dobrze znałaś Mirandę Wood? – spytał.

Usiadła na wyplatanym krześle, poprawiając fałdy sukienki.

– Słyszałam, że urodziła się w Bass Harbor. Miała stypendium na jakimś kiepskim uniwersytecie. Pochodzi z niezbyt dobrej rodziny.

– To znaczy jakiej?

– Robotniczej.

– Aha. Najgorsze męty.

– O co ci chodzi?

Chase podniósł się z fotela.

– Idę na spacer. Muszę być przez chwilę sam.

Evelyn wyglądała na zawiedzioną, ale szybko się opanowała.

– Doskonale cię rozumiem. Każdy musi przez to przejść po swojemu.

Oddalał się od domu z uczuciem ulgi. Wspomnienia przeszłości przytłaczały go tam coraz mocniej, niemal utrudniając oddychanie. Przez pół godziny szedł bez celu, ale gdy znalazł się bliżej miasta, podjął decyzję.

Szybkim krokiem skierował się do budynku redakcji.

Przywitała go Jill Vickery, elegancka jak zawsze. Chase widział ją na cmentarzu. I tu, i tam zachowywała się w pełni profesjonalnie.

– Miło mi pana widzieć. – Wyciągnęła do niego rękę.

– Chciałbym przejrzeć papiery i dokumenty brata.

– Prywatne czy służbowe?

– Jedne i drugie.

Poprowadziła go w kierunku drzwi z tabliczką „Richard Tremain. Właściciel, wydawca”.

– Czegoś może brakować. Niektóre dokumenty trzymał w domu albo na wsi.

– W Rose Hill?

– Tak, lubił tam pracować. – Wskazała na biurko. – Klucz jest w szufladzie. Proszę mi powiedzieć, gdyby chciał pan coś zabrać.

Zawahała się, jakby nie wiedząc, czy postępuje słusznie. Ale to był w końcu brat właściciela, więc nie miała innego wyjścia.

Chase poczekał, aż drzwi się za nią zamkną, po czym otworzył szafkę z dokumentami i zajrzał pod literę W.

Teczka Mirandy Wood.

Rozłożył ją na biurku. Nic poza rutynowymi służbowymi zapiskami. Podanie o pracę złożone rok temu, gdy Miranda miała dwadzieścia osiem lat. Podała adres Willow Street 18. Ze zdjęcia patrzyła twarz uśmiechniętej, młodej kobiety, która miała przed sobą całe życie. Znakomite wyniki na uniwersytecie. Z pewnością miała za wysokie kwalifikacje jak na korektorkę. W odpowiedzi na pytanie:

{Dlaczego ubiega się pani o tę pracę?}

napisała:

{Wychowałam się niedaleko Penobscot Bay. Chciałabym mieszkać i pracować w miejscu, które nazywam swoim domem.}

Przerzucał kolejne kartki. Półroczna ocena podpisana przez Jill zawierała same pochwały. I wreszcie na samym końcu wymówienie z datą sprzed dwóch tygodni:

{Szanowny Panie,

proszę o rozwiązanie mojej umowy o pracę z powodów osobistych. Proszę również o referencje, gdyż zamierzam szukać pracy gdzie indziej.}

To wszystko. Żadnych wyjaśnień, żadnych pretensji czy oskarżeń.

A więc mówiła prawdę, pomyślał. Rzeczywiście odeszła z pracy.

– Panie Tremain. – Jill Vickery zajrzała przez drzwi. – Szuka pan czegoś konkretnego? Może mogłabym pomóc.

– Bardzo proszę.

Z wdziękiem usiadła na krześle naprzeciwko.

– Widzę, że przegląda pan teczkę Mirandy.

– Tak. Staram się zrozumieć, dlaczego to zrobiła.

– Była tu niedawno. Przyszła po swoje rzeczy. Cieszę się, że nie doszło do… nieoczekiwanego spotkania.

Skinął głową.

– Ja też. Podobno Richard pracował nad artykułem na temat Stone Coast Trust – oznajmił bez ogródek. – Wie coś pani o tym?

Jill spojrzała na niego, nie kryjąc zdziwienia.

– Miranda pytała o to samo. Powiedziałam jej, że wedle mojej wiedzy artykuł nie powstał.

– Ale miał się ukazać.

– Tak, jednak Richard zmienił zdanie.

– Dlaczego?

– Nie mam pojęcia. – Usiadła wygodniej i odgarnęła włosy z twarzy. – Przypuszczam, że miał za mało dowodów.

– O co chodzi z tym Stone Coast Trust?

– O prawa deweloperów. Stone Coast kupowało nieruchomości na północnym wybrzeżu, niedaleko Rose Hill Cottage. Wie pan, jak tam jest ładnie. Dziewicze plaże, lasy. Tony Graffam, prezes Stone Coast, twierdził, że chce chronić te tereny. Potem pojawiły się plotki o jakichś pracach budowlanych, aż wreszcie miesiąc temu nagle zmieniono plan zagospodarowania przestrzennego, innymi słowy – przeznaczenie gruntów. Teraz już nie stanowią strefy chronionej, można na nich budować ośrodki wypoczynkowe.

– O tym miał być artykuł?

– W skrócie. A czemu to pana interesuje, jeżeli wolno spytać?

– Miranda wspominała, że ktoś inny miał motywy, by zabić mojego brata.

– Chyba za daleko się posunęła. – Jill wstała z krzesła. – Ale trudno jej się dziwić.

– Sądzi pani, że zostanie skazana?

– Nie chcę zgadywać, ale z tego, co mi mówiła nasza dziennikarka, jest to bardzo prawdopodobne.

– Dziennikarka? Annie… Jakaśtam?

– Annie Berenger. Zajmuje się tą sprawą.

– Mogę z nią porozmawiać?

– Po co? – Zmarszczyła brwi.

– Sam nie wiem. Jakbym krążył we mgle. – Chase bezradnie pokręcił głową. – Próbuję zrozumieć, kim jest Miranda Wood. Dlaczego miałaby zabić. – Przeczesał palcami włosy, odchylając się do tyłu na krześle. – Tak, zupełnie jak we mgle. Mówiąc wprost, coś mi w tej historii nie pasuje. Ale co? Dlatego pomyślałem, że jak porozmawiam z kimś, kto dobrze znał Mirandę Wood…

– Tak, oczywiście. Powiem jej, żeby do pana przyszła.

Annie Berenger wyglądała jak zwykła reporterka. Miała rude włosy przetykane siwizną, ostre spojrzenie, wymięte, luźne spodnie. I śmierdziała tytoniowym dymem. Chase’owi przypomniał się ojciec. Do pełnego obrazu rasowego dziennikarza brakowało jedynie zapachu whisky.

– Szefowa mówiła, że chce pan pogadać o Mirandzie. – Patrzyła na Chase’a podejrzliwie.

– Dobrze ją pani znała?

– Nie znałam, tylko znam. Czas teraźniejszy.

– Co pani o niej myśli?

Skrzywiła wargi w uśmiechu.

– Prowadzi pan prywatne śledztwo?

– Powiedzmy, że szukam prawdy.

Annie wyciągnęła się na krześle i w zamyśleniu wypuściła obłok dymu.

– Miranda miała motyw

. – Machnęła ręką, jakby uprzedzając jego pytanie. – Wszyscy wiedzieli o jej romansie. Takich rzeczy nie da się w redakcji ukryć. Ale to jeszcze nie znaczy, że zabiła. – Annie strząsnęła popiół. – Moim zdaniem to nie ona.

– Więc kto? – Gdy tylko wzruszyła ramionami, doprecyzował: – Ma to coś wspólnego z artykułem o Tonym Graffamie?

– Szybko się pan dowiedział. – Annie uniosła brwi. – Widocznie dziennikarski nos to cecha dziedziczna.

– Miranda twierdzi, że Richard chciał opublikować tekst na ten temat. To prawda?

– Tak mówił. Wiem, że go pisał. Miał sprawdzić jeszcze kilka szczegółów.

– Jakich?

– O finansach Stone Coast Trust. Richard wszedł w posiadanie dokumentów księgowych.

– Czemu tekst się nie ukazał?

– Szczerze? – Annie parsknęła pogardliwie. – Bo Jill Vickery boi się procesu o zniesławienie.

Chase zmarszczył brwi.

– Ale ona mówi, że Richard nigdy tego tekstu nie skończył.

Annie wypuściła dym i zdusiła niedopałek w popielniczce.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?