Na glinianych nogach

Tekst
Z serii: Świat dysku #19
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Chcesz powiedzieć, że nie mogę mieć herbu?

– Tak właśnie. Ah-ha.

– Ponieważ mój przodek zabił... – Urwał na sekundę. – Nie, to nawet nie była egzekucja – dokończył. – Egzekucje są dla istot ludzkich. Zwierzęta się zarzyna.

– Był królem – przypomniał łagodnie Smok.

– O tak. I jak się potem okazało, w lochach miał maszyny do...

– Komendancie! – Wampir uniósł obie dłonie. – Wyczuwam, że mnie pan nie rozumie. Tak czy inaczej, był przecież królem. Widzi pan, korona nie jest jak hełm strażnika, ah-ha. Nawet jeśli ją pan zdejmie, wciąż tkwi na głowie.

– Kamienna Gęba zdjął ją raz na zawsze.

– Ale król nie miał nawet uczciwego procesu.

– Nie dało się znaleźć chętnego sędziego.

– Oprócz pana... to znaczy pańskiego przodka...

– I co z tego? Ktoś musiał to zrobić. Są potwory, które nie powinny chodzić po tym świecie.

Smok znalazł stronicę, której szukał, po czym odwrócił księgę.

– Tak wyglądała jego tarcza – powiedział.

Vimes spojrzał na znajomy znak sowy morpork siedzącej na ankh. Ankh znajdował się na szczycie tarczy podzielonej na cztery pola.

– Co znaczy ta korona z przechodzącym przez nią sztyletem?

– To tradycyjny symbol, ah-ha. Obrazuje jego rolę jako obrońcy korony.

– Naprawdę? A ta wiązka prętów z toporem w środku? – Vimes wskazał palcem.

– Liktorska laska. Symbolizuje fakt, że jest on... był... przedstawicielem prawa. Topór zaś okazał się interesującym zwiastunem przyszłości, prawda? Ale topory, obawiam się, niczego nie rozwiązują.

Vimes przyglądał się trzeciej ćwiartce. Był tam wizerunek czegoś, co wyglądało jak marmurowe popiersie.

– Symbolizuje jego przydomek, Kamienna Gęba – wyjaśnił uprzejmie Smok Herbowy Królewski. – Prosił, by jakoś do tego nawiązać. Czasami heraldyka nie jest niczym więcej niż sztuką tworzenia gier słownych.

– A to ostatnie? Kiść winogron? Lubił sobie wypić, co? – mruknął kwaśno Vimes.

– Nie. Ah-ha. To gra słów: wino – Vimes.

– No tak. Sztuka marnych gier słownych. Założę się, że przy tej turlaliście się ze śmiechu.

Smok zamknął księgę i westchnął.

– Rzadko kiedy nagroda czeka na tych, którzy robią to, co trzeba zrobić. Niestety, taki jest precedens i jestem w tej kwestii bezsilny. – Stary głos zabrzmiał weselej. – Mimo to... byłem niezwykle wręcz zadowolony, komendancie, kiedy usłyszałem o pańskim małżeństwie z lady Sybil. Wspaniała linia. Jeden z najszlachetniejszych rodów naszego miasta, ah-ha. Ramkinowie, Selachii, Vanturi, Nobbsowie oczywiście...

– I to wszystko, tak? – spytał Vimes. – Mogę już iść?

– Rzadko miewam gości – powiedział Smok. – Zwykle interesantów załatwiają heroldowie, uznałem jednak, że należy się panu wyjaśnienie. Ah-ha. Mamy teraz mnóstwo pracy. Kiedyś zajmowaliśmy się prawdziwą heraldyką. A teraz mamy, jak mi mówią, Wiek Nietoperza. Wydaje się, że gdy tylko ktoś otworzy drugi stragan z pasztecikami, ogarnia go pragnienie, by uchodzić za dżentelmena. – Skinieniem szczupłej, bladej dłoni wskazał trzy tarcze herbowe przypięte rzędem do tablicy. – Rzeźnik, piekarz bułeczek i wytwórca świeczek – parsknął, lecz w sposób bardzo dystyngowany. – Dokładniej mówiąc, właściciel fabryki świec. Nic ich nie zadowoli prócz tego, byśmy przekopywali dawne kroniki, szukając dowodu, że są akceptowalnie szlachetni...

Vimes zerknął na trzy herby.

– Chyba już coś podobnego widziałem.

– Ach. Pan Arthur Carry, fabrykant świec – opowiadał Smok. – Interes nagle rozkwita i pan Carry czuje, że musi być dżentelmenem. Tarcza przepołowiona linią ukośną d’une mèche en metal gris. Inaczej mówiąc, stalowoszara tarcza symbolizująca jego osobistą determinację i upór (jakże uparci, ah-ha, są ci biznesmeni) przedzielona knotem. W górnej połowie chandelle w fenêtre avec rideauc houlant (świeca płonąca w oknie z ciepłym blaskiem, ah-ha), w dolnej dwa kandelabry illuminé (co wskazuje, że ten biedak sprzedaje świece bogatym i biednym). Na szczęście jego ojciec był portomistrzem, co pozwoliło nam nieco nagiąć zasady i wprowadzić klejnot z lampe au poisson (lampą w kształcie ryby), co wskazuje zarówno na ten fakt, jak i na obecną profesję jego syna. Dewizę pozostawiłem we współczesnym języku; brzmi „I oto sztuka wydała świecę”. Wstyd mi, ah-ha, to było złośliwe, ale nie mogłem się powstrzymać.

– Boki mnie bolą od zrywania – zapewnił Vimes.

Coś kopało mu w mózg, by zwrócić jego uwagę.

– A ten przeznaczony jest dla pana Gerhardta Socka, przewodniczącego Gildii Rzeźników – tłumaczył Smok. – Żona powiedziała mu, że powinien mieć herb, a któż mógłby się spierać z córką handlarza flaków? Stworzyliśmy mu zatem tarczę czerwoną, od krwi, w niebiesko-białe pasy, od rzeźnickiego fartucha, podzieloną sznurem kiełbasek, w centrum tasak trzymany dłonią w rękawicy bokserskiej. Ta rękawica to najlepsze nawiązanie do jego nazwiska, jakie udało nam się wymyślić: dłoń tak silna, że nawet z trzonka sok wyciśnie. Dewiza brzmi Futurus Meus est in Visceris, co tłumaczy się na „Przyszłość moja jest w jelitach”. Odwołuje się to do jego profesji, jak i do dawnej praktyki przepowiadania...

– ...przyszłości z jelit zwierząt – dokończył Vimes. – Zadziwiające.

Cokolwiek próbowało zwrócić jego uwagę, teraz podskakiwało nerwowo.

– Ten natomiast, ah-ha, jest dla Rudolpha Pottsa z Gildii Piekarzy. – Cienkim jak gałązka palcem Smok Herbowy Królewski wskazał trzecią tarczę. – Potrafi pan to odczytać, komendancie?

Vimes przyjrzał się niechętnie.

– Podzielona na trzy części, jest tam kwiat, mak chyba, płomień i garnek. Hm... piekarze korzystają z ognia, a garnek oznacza wodę, jak przypuszczam...

– I aluzję do imienia – dodał Smok.

– Ale jeśli nie mówią do niego „Kwiatuszku”, to... – Vimes zamrugał nagle. – Wielcy bogowie... Maki to od mąki, tak? Mąka, woda i ogień? Ale ten garnek wygląda całkiem jak nocnik. Nocne naczynie... Pracują nocą?

– Starożytna nazwa piekarza to sicattor – wyjaśnił Smok. – Brawo, komendancie, jeszcze z pana zrobimy herolda! A dewiza?

– Quod Subigo Farinam... – Vimes zmarszczył czoło. – „Ponieważ”... Pomyślmy... „Farynacyjny” to chyba coś związanego z kukurydzą czy mąką, prawda? No nie... „Ponieważ wyrabiam ciasto”?

Smok klasnął w ręce.

– Dobra robota!

– Musicie tu płakać ze śmiechu w długie zimowe wieczory. I na tym polega heraldyka? Zagadki i zabawa słowami?

– Naturalnie, chodzi nie tylko o to. Te przykłady były łatwe. W ten czy inny sposób je wymyśliliśmy. Natomiast godła starych rodów, takich jak Nobbsowie...

– Nobbs! – zawołał Vimes, kiedy padło ostatnie słowo. – O to mi chodziło! Powiedziałeś „Nobbs”! Poprzednio, kiedy mówiłeś o starych rodach!

– Ah-ha. Co? A rzeczywiście. Tak. Wspaniała, starożytna rodzina. Teraz, niestety, w stanie upadku.

– Nie chodzi chyba o kaprala Nobbsa? – pytał Vimes z rosnącą grozą.

Stuknęła otwierana księga. W pomarańczowym blasku Vimes niewyraźnie zobaczył odwrócone rysunki tarcz i rozłożyste, nieprzycinane drzewo genealogiczne.

– Coś podobnego... Byłbyż to C. W. St J. Nobbs?

– Eee... No tak... Tak.

– Syn Sconnera Nobbsa i pewnej damy, określanej tu jako Maisie z ulicy Wiązów?

– Prawdopodobnie.

– Wnuk Slope’a Nobbsa?

– Brzmi to mniej więcej odpowiednio.

– Który był synem z nieprawego łoża Edwarda St Johna de Nobbes, hrabiego Ankh, oraz, ah-ha, pokojówki nieznanego pochodzenia?

– Na bogów!

– Hrabia zmarł bezpotomnie, jedynie z owego związku rezultatem był Slope. Nie udało nam się odnaleźć jego następcy... w każdym razie aż do tej chwili.

– Na bogów!

– Czy zna pan tego dżentelmena?

Vimes ze zdumieniem analizował w myślach poważne, pozytywne w wydźwięku zdanie dotyczące kaprala Nobbsa i zawierające słowo „dżentelmen”.

– No... tak.

– Czy posiada majątek?

– Tylko cudzy.

– No cóż, ah-ha, proszę go poinformować. Nie wiążą się z tym żadne posiadłości ani pieniądze, ale tytuł nadal istnieje.

– Przepraszam... Chcę się tylko upewnić, że dobrze zrozumiałem. Kapral Nobbs... mój kapral Nobbs... jest hrabią Ankh?

– Będzie nam musiał przedstawić wiarygodny dowód swego pochodzenia, ale tak, wydaje się, że tak.

Vimes zamyślił się głęboko. Do tej pory kapral Nobbs miewał problemy z dostarczeniem wiarygodnego dowodu swojej przynależności gatunkowej.

– Na bogów! I przypuszczam, że on ma swój herb?

– Owszem, wyjątkowo wspaniały.

– Och!

Vimes nawet nie chciał herbu. Jeszcze godzinę temu chętnie uniknąłby tego spotkania, jak to już tyle razy czynił wcześniej. Ale...

– Nobby? – powiedział. – Na bogów!

– No, no... Było to bardzo udane spotkanie – stwierdził Smok Herbowy Królewski. – Bardzo lubię, kiedy nasze zapisy są aktualne. Ah-ha. A przy okazji, jak sobie radzi młody kapitan Marchewa? Słyszałem, że jego dama jest wilkołakiem. Ah-ha.

– Doprawdy... – mruknął Vimes.

– Ah-ha. – Smok wykonał w mroku gest, który mógł być konspiracyjnym stuknięciem palca w boczną część nosa. – My tutaj wiemy o takich sprawach.

– Kapitan Marchewa radzi sobie doskonale – oświadczył Vimes tonem możliwie lodowatym. – Kapitan Marchewa zawsze radzi sobie doskonale.

Wychodząc, trzasnął drzwiami, aż zafalowały płomyki świec.


Funkcjonariusz Angua wyszła z zaułka, poprawiając pas.

– Moim zdaniem bardzo dobrze to rozegraliśmy – oświadczył Marchewa. – I bardzo nam to pomoże w zdobywaniu szacunku wśród społeczeństwa.

 

– Tfu! Rękaw tego człowieka... – Angua wytarła usta. – Wątpię, czy zna choćby znaczenie słowa „pralnia”.

Odruchowo weszli w rytm – oszczędzający energię policyjny chód, w którym wahadłowy ruch nogi wykorzystywany jest, by posuwać idącego naprzód przy minimalnym wysiłku. Chodzenie jest ważne, mawiał Vimes, a ponieważ Vimes tak mówił, Marchewa w to wierzył. Chodzenie i rozmawianie. Wystarczy chodzić dostatecznie długo i rozmawiać z dostatecznie dużą liczbą ludzi, a wcześniej czy później uzyska się odpowiedź.

Szacunek społeczeństwa, myślała Angua. Tak, to wyrażenie Marchewy. Właściwie to wyrażenie Vimesa, chociaż sir Samuel zwykle spluwał po wymówieniu tych słów. Ale Marchewa w nie wierzył. To on zasugerował Patrycjuszowi, by zatwardziałym przestępcom dać szansę pracy „dla dobra społeczeństwa” przy odnawianiu domów osób starszych. Wprowadziło to dodatkowy element grozy do zwykłych lęków starości, a wobec poziomu przestępczości w Ankh-Morpork spowodowało, że przynajmniej jednej staruszce w ciągu sześciu miesięcy tyle razy wytapetowano pokój, iż teraz mogła do niego wchodzić tylko bokiem6.

– Odkryłem coś bardzo ciekawego, co na pewno z zaciekawieniem obejrzysz – odezwał się po chwili Marchewa.

– To ciekawe – odparła Angua.

– Ale nic ci nie powiem, bo chcę, żeby to była niespodzianka.

– Aha. Dobrze.

Angua przez chwilę szła w milczeniu. Wreszcie odezwała się znowu.

– Zastanawiam się, czy będzie to tak zaskakujące, jak ta kolekcja próbek skał, którą mi pokazałeś w zeszłym tygodniu.

– Niezła była, prawda? – odparł z entuzjazmem Marchewa. – Tyle razy przechodziłem tą ulicą i nawet nie podejrzewałem, że jest tam muzeum minerałów! Wszystkie te krzemiany...

– Zadziwiające. Można by oczekiwać, że ludzie będą się ustawiać w kolejkach, żeby je obejrzeć.

– Owszem. Nie mam pojęcia, czemu tego nie robią.

Angua musiała samej sobie przypomnieć, że Marchewa nie ma w duszy nawet śladowych ilości ironii. Powiedziała sobie, że to przecież nie jego wina – został wychowany przez krasnoludy w jakiejś kopalni i naprawdę uważał, że kawałki skał są interesujące. Tydzień wcześniej odwiedzili odlewnię żelaza. To też było interesujące.

A jednak... jednak... nie mogła Marchewy nie lubić. Nawet ludzie, których aresztował, go lubili. Nawet starsze panie, żyjące wśród stałego zapachu świeżej farby, go lubiły. Ona też go lubiła. Bardzo.

Dlatego tym trudniej przyjdzie jej go porzucić.

Była wilkołakiem. Tyle. Człowiek albo przez całe życie stara się, żeby inni tego nie odkryli, albo pozwala im odkryć. A wtedy przez całe życie patrzy, jak zachowują dystans i szepczą mu za plecami (chociaż oczywiście musi się najpierw odwrócić, żeby popatrzeć).

Marchewie to nie przeszkadzało. Ale przeszkadzało mu, że przeszkadza innym. Przeszkadzało mu, że nawet koledzy z pracy zwykle noszą przy sobie kawałek srebra. Widziała, że go to wyprowadza z równowagi. Widziała, jak rośnie w nim napięcie, a nie wie, jak sobie z nim radzić.

Właśnie przed czymś takim ostrzegał ją ojciec. Wystarczy, że nawiążesz – inne niż przy posiłkach – bliskie kontakty z ludźmi, a równie dobrze możesz wskoczyć do kopalni srebra.

– Podobno planują wielki pokaz sztucznych ogni po przyszłorocznych obchodach – powiedział Marchewa. – Lubię sztuczne ognie.

– Nie mogę pojąć, dlaczego w Ankh-Morpork ludzie chcą świętować fakt, że trzysta lat wcześniej mieli tu wojnę domową – odparła Angua, powracając do rzeczywistości.

– Czemu nie? Przecież wygraliśmy.

– Tak, ale też przegraliście.

– We wszystkim trzeba szukać dobrych stron. Zawsze to powtarzam. No, jesteśmy.

Angua spojrzała na szyld. Teraz umiała już czytać krasnoludzie runy.

– „Muzeum Chleba Krasnoludów” – powiedziała. – O rany! Nie mogę się doczekać.

Marchewa z zadowoleniem pokiwał głową i otworzył drzwi. Wewnątrz unosił się zapach starożytnych skórek.

– Hej, panie Hopkinson! – zawołał. Nikt mu nie odpowiedział. – Czasami gdzieś wychodzi.

– Pewnie wtedy, kiedy nie może już wytrzymać podniecenia – stwierdziła Angua. – Hopkinson? To chyba nie jest krasnoludzie imię.

– Nie. Jest człowiekiem. – Marchewa przestąpił próg. – Ale to prawdziwy autorytet. Chleb jest jego życiem. Napisał fundamentalne dzieło na temat piekarstwa bojowego. No cóż... skoro go nie ma, wezmę stąd dwa bilety i zostawię na biurku dwa pensy.

Nie wyglądało na to, żeby pan Hopkinson miał wielu zwiedzających. Kurz zalegał podłogę, kurz leżał na gablotach, gruba warstwa kurzu pokrywała eksponaty. Większość z nich miała typowy kształt krowiego placka – echo ich smaku – ale były też bułki i bułeczki używane w walce wręcz, śmiertelnie groźne grzanki do rzutów oraz wielka, zakurzona kolekcja innych kształtów, wymyślonych przez rasę, która do bitew jedzeniem podchodziła w sposób poważny, a przede wszystkim ostateczny.

– Co chcemy zobaczyć? – spytała Angua.

Pociągnęła nosem. W powietrzu unosił się paskudnie znajomy zapaszek.

– To... przygotuj się... to chleb bojowy B’hriana Krwawego Topora! – odparł Marchewa, szperając w biurku przy wejściu.

– Bochenek chleba? Sprowadziłeś mnie tutaj, żeby pokazać bochenek chleba?

Raz jeszcze pociągnęła nosem. Tak. Krew. Świeża krew.

– Tak jest. Tutejsze muzeum wypożyczyło go tylko na kilka tygodni. To ten sam chleb, którego używał osobiście w bitwie w Dolinie Koom, i zabił nim pięćdziesiąt siedem trolli, chociaż... – z głosu Marchewy zniknął entuzjazm, a pojawił się ton społecznej odpowiedzialności – ...było to bardzo dawno temu i nie powinniśmy pozwalać, żeby zdarzenia historyczne przysłaniały nam rzeczywistość wieloetnicznego społeczeństwa żyjącego w Wieku Nietoperza.

Usłyszał zgrzyt uchylanych drzwi.

A potem:

– Ten chleb... – odezwała się niewyraźnie Angua. – Czarny, tak? I sporo większy od normalnego bochenka?

– Tak, zgadza się – potwierdził Marchewa.

– A pan Hopkinson... Niski? Z małą spiczastą bródką?

– To właśnie on.

– I ze strzaskaną czaszką?

– Co?

– Myślę, że powinieneś sam zobaczyć – odparła Angua, wycofując się.


Smok Herbowy Królewski siedział samotny, otoczony świecami.

Więc to był komendant sir Samuel Vimes, myślał. Głupi człowieczek. Najwyraźniej nie potrafi pokonać własnych uprzedzeń. I pomyśleć, że dzisiaj tacy właśnie sięgają po najwyższe stanowiska. Jednakże tacy ludzie bywają czasem przydatni, zapewne dlatego właśnie Vetinari go mianował. Głupi ludzie często zdolni są do rzeczy, których mądrzy nie ośmielają się nawet rozważać...

Westchnął i przysunął sobie inny tom. Nie był większy ani grubszy od wielu innych stojących na półkach w pracowni. Fakt ten mógłby zadziwić każdego, kto znał jego zawartość.

Smok był dumny z tej księgi. Stanowiła dzieło dość niezwykłe, ale zaskoczyło go – a raczej zaskoczyłoby, gdyby cokolwiek mogło Smoka zaskoczyć przez ostatnie mniej więcej sto lat – z jaką łatwością ustalił niektóre fragmenty. Teraz nie musiał nawet czytać treści. Znał ją na pamięć. Drzewa geneaologiczne zostały starannie zasadzone, słowa spisane na kartach, a on musiał tylko podawać rytm.

Na pierwszej stronie widniał tytuł „Pochodzenie króla Marchewy I, z łaski bogów władcy Ankh-Morpork”. Długie, splątane drzewo genealogiczne zajmowało następne kilkanaście stron, aż docierało do „Poślubił ......”. Słowa były wpisane ołówkiem.

– Delfina Angua von Überwald – odczytał głośno Smok. – Ojciec... i, ah-ha, sire... baron Guye von Überwald, znany także jako Srebrny Ogon; matka, Mme Serafine Soxe-Bloonberg, znana także jako Żółty Kieł, z Genoi...

Ta część to prawdziwe osiągnięcie. Spodziewał się, że jego agenci natrafią na spore trudności w badaniu wilczych gałęzi linii przodków Angui, ale okazało się, że górskie wilki także interesują się tymi sprawami. Przodkowie Angui niewątpliwie należeli do przywódców stada.

Smok Herbowy Królewski uśmiechnął się. Jeśli o niego chodziło, gatunek miał drugorzędne znaczenie. Najważniejszy był odpowiedni rodowód.

Odsunął księgę. Jedną z zalet życia o wiele dłuższego niż przeciętne było to, że widział, jak krucha jest przyszłość. Ludzie mówią „pokój za naszych dni” albo „imperium, które przetrwa tysiąc lat”, a niecałą połowę życia później nikt już nawet nie pamięta, kim byli, nie mówiąc już o tym, co powiedzieli ani gdzie motłoch zakopał ich prochy. Historię zmieniały drobiazgi. Często wystarczało kilka pociągnięć pióra.

Przysunął sobie inny tom. Słowa na stronie tytułowej głosiły: „Pochodzenie króla...” hm... jakie wybierze sobie imię? To przynajmniej nie dawało się przewidzieć. Zresztą...

Smok wziął ołówek i wpisał: Nobbsa.

Uśmiechnął się w rozjaśnionym świecami półmroku.

Ludzie wciąż mówili o prawdziwym królu Ankh-Morpork, ale historia nauczała okrutnej lekcji. Mówiła – często słowami pisanymi krwią – że prawdziwy król to ten, który zostanie koronowany.


Książki wypełniały także ten pokój. Takie było pierwsze wrażenie – wilgotnej, przytłaczającej książkowości.

Martwy ojciec Tubelcek leżał rozciągnięty na stosie rozsypanych książek. Nie żył z całą pewnością. Nikt, kto wylał z siebie tyle krwi, nie mógł pozostać przy życiu. Albo przeżyć przez dłuższy czas z głową jak wypompowana piłka.

Ktoś musiał go uderzyć młotem.

– Ta starsza pani wybiegła z krzykiem – wyjaśnił funkcjonariusz Wizytuj, salutując. – Więc wszedłem tutaj i tak to wyglądało.

– Dokładnie tak, funkcjonariuszu Wizytuj?

– Tak, sir. I nazywam się Wizytuj Niewiernych z Wyjaśniającymi Broszurami, sir.

– Co to za starsza pani?

– Mówi, że nazywa się Kanacki, sir. Mówi, że zawsze przynosi mu posiłki. Mówi, że się nim zajmuje.

– Zajmuje?

– No wie pan, sir. Sprząta i pierze.

Rzeczywiście, na podłodze leżała taca, rozbity talerz i trochę rozlanej owsianki. Starsza pani, która zajmowała się kapłanem, doznała szoku, kiedy odkryła, że ktoś zajął się nim wcześniej.

– Dotykała go?

– Mówi, że nie, sir.

Co oznaczało, że stary kapłan osiągnął najporządniejszy zgon, jaki Vimes w życiu oglądał. Ręce miał skrzyżowane na piersi. Oczy zamknięte.

I coś tkwiło mu w ustach. Przypominało zrolowany kawałek papieru. Nadawało to zwłokom niepokojąco raźny wygląd, jakby kapłan postanowił po śmierci wypalić ostatniego papierosa.

Vimes ostrożnie wyjął i rozprostował zwitek. Pokrywały go starannie nakreślone, ale nieznajome symbole. Szczególnie interesującymi czynił je fakt, że autor najwyraźniej skorzystał z jedynej cieczy, dostępnej tu w dużych ilościach.

– Pisane krwią – stwierdził Vimes. – Czy ktokolwiek rozumie, co tu jest napisane?

– Tak jest, sir!

Vimes przewrócił oczami.

– Tak, funkcjonariuszu Wizytuj?

– Wizytuj Niewiernych z Wyjaśniającymi Broszurami, sir – poprawił funkcjonariusz Wizytuj urażony.

– Niewiernych z Wyjaśniającymi Broszurami7, właśnie chciałem to powiedzieć, funkcjonariuszu – zapewnił Vimes. – Słucham.

– To starożytny alfabet klatchiański – wyjaśnił funkcjonariusz Wizytuj. – Używali go Cenotyni, jedno z pustynnych plemion. Mieli złożony, ale zasadniczo błędny system...

– Tak, tak, tak – przerwał mu Vimes, który potrafił rozpoznać werbalną stopę gotową do wciśnięcia się w słuchowe drzwi. – Ale czy wiecie, co to znaczy?

– Mogę się dowiedzieć, sir.

– To dobrze.

– A przy okazji, zdołał pan może przypadkiem rzucić okiem na te ulotki, które dałem panu wczoraj, sir?

– Miałem mnóstwo pracy – odparł bez zastanowienia Vimes.

– Proszę się nie martwić, sir – rzekł Wizytuj z bladym uśmiechem człowieka, który mimo wszelkich przeciwności czyni dobro. – Kiedy znajdzie pan wolną chwilę...

Pozrzucane z półek stare księgi rozsypały swe stronice po całym pokoju. Na wielu z nich widać było plamy krwi.

– Niektóre wyglądają na religijne – zauważył Vimes. – Może coś w nich znajdziecie. – Odwrócił się. – Detrytus, rozejrzyjcie się, dobrze?

 

Detrytus przerwał pracowite kreślenie kredą konturu ciała.

– Ta-jest, sir. Za czym, sir?

– Za wszystkim, co znajdziecie.

– Się robi, sir.

Vimes pochylił się, stękając, i dźgnął palcem szarą plamę na podłodze.

– Glina – stwierdził.

– Leży czasem na podłogach – odpowiedział Detrytus, chcąc pomóc.

– Tyle że ta tutaj jest prawie biała. Miasto stoi na czarnym ile.

– Aha – ucieszył się sierżant Detrytus. – Ślad.

– Oczywiście, może to być zwykły brud.

Było jeszcze coś. Ktoś starał się posprzątać książki. Kilkadziesiąt z nich ułożył w równy, wysoki stos, szerokości jednej książki, największe u dołu, z geometryczną precyzją wyrównując boki.

– To coś, czego nie rozumiem – przyznał Vimes. – Jest walka. Ktoś brutalnie atakuje staruszka. Potem ktoś, może on sam, konając, a może zabójca, pisze coś krwią tego biedaka. Papier zwija w rulonik i wtyka mu do ust jak lizaka. Potem staruszek umiera, a ktoś zamyka mu oczy, układa ciało, układa równo te książki i... i co robi? Wychodzi po prostu na ten wrzący tygiel, jakim jest Ankh-Morpork?

Szczere oblicze sierżanta Detrytusa zmarszczyło się od wysiłku myślenia.

– Może... może... może jest odcisk stopy za oknem, sir. To taki ślad, co zawsze warto go poszukać.

Vimes westchnął. Detrytus, mimo IQ rzędu temperatury pokojowej, był dobrym gliną i idealnym sierżantem. Dysponował tą szczególną odmianą głupoty, którą trudno jest oszukać. Ale jedyną rzeczą trudniejszą od zmuszenia go, by zrozumiał jakąś ideę, było skłonienie go, by z niej zrezygnował8.

– Detrytus – odezwał się komendant tak łagodnie, jak tylko potrafił. – Za oknem jest trzydzieści stóp pustki, aż do rzeki. Nie będzie żadnych... – Przerwał. W końcu to była Ankh. – Wszelkie odciski stóp i tak już są zalane – poprawił się. – Prawie na pewno.

Wyjrzał jednak, na wszelki wypadek. W dole bulgotała i cmokała rzeka. Nawet na jej słynnej powierzchniowej skorupie nie było żadnych śladów. Ale znalazł następną plamę ziemi na parapecie.

Zdrapał trochę i powąchał.

– Wygląda na taką samą białą glinę – stwierdził.

Nie przypominał sobie żadnej białej gliny na obszarze miasta. A za murami, aż do Ramtopów, leżał gęsty czarny ił. Idący po nim człowiek stawał się o dwa cale wyższy, zanim dotarł na drugi koniec pola.

– Biała glina – mruknął. – Gdzie, u demona, jest tu w pobliżu kraina białej gliny?

– To zagadka – stwierdził Detrytus.

Vimes uśmiechnął się ponuro. Rzeczywiście, zagadka. Nie lubił zagadek. Zagadki miały skłonność do pogłębiania się, jeśli nie zostały szybko rozwiązane. Zagadki się mnożyły.

Zwykłe morderstwa zdarzały się przez cały czas. I zazwyczaj nawet Detrytus potrafił wykryć sprawcę. Kiedy wzburzona kobieta stała nad leżącym mężem, trzymając w ręku zgięty pod kątem prostym pogrzebacz i krzycząc: „Nie powinien mówić takich rzeczy o naszym Neville’u!”, naprawdę niewiele można było zrobić, żeby przeciągnąć śledztwo poza najbliższą przerwę na kawę. A kiedy różni ludzie lub ich fragmenty wisieli lub byli poprzybijani do rozmaitych elementów wyposażenia Załatanego Bębna, a pozostała klientela w całości wyglądała niewinnie, strażnik nie potrzebował nawet detrytyjskiej inteligencji, by odkryć, co się zdarzyło.

Komendant Vimes spojrzał na ciało ojca Tubelceka. Zadziwiające, że tak mocno krwawił, z tymi swoimi ramionami jak u czyściciela rur i klatką piersiową podobną do stojaka na grzanki. Z całą pewnością nie byłby w stanie podjąć walki.

Vimes pochylił się i ostrożnie uniósł powiekę denata. Jasnobłękitne oko z czarnym środkiem spojrzało na niego z miejsca, gdzie stary kapłan obecnie przebywał.

Religijny starzec, mieszkający w dwóch małych pokoikach, który – sądząc po zapachu – rzadko wychodził z domu. Komu mógłby zagrażać...?

Funkcjonariusz Wizytuj wsunął głowę przez drzwi.

– Na dole czeka krasnolud bez brwi i z kręconą brodą. Mówi, że kazał mu pan przyjść, sir. I grupa obywateli twierdzi, że ojciec Tubelcek jest ich kapłanem i chcą go pogrzebać należycie.

– Aha, to na pewno Tyłeczek. Przyślij go tutaj. – Vimes wyprostował się. – Reszcie powiedz, że muszą jeszcze zaczekać.

Tyłeczek wspiął się po schodach, rzucił okiem na miejsce zbrodni i zdołał dopaść okna, nim zwymiotował.

– Już lepiej? – spytał po chwili Vimes.

– Eee... tak. Mam nadzieję.

– W takim razie zostawiam cię z tym wszystkim.

– Eee... ale co właściwie mam zrobić? – zapytał Tyłeczek, jednak Vimes był już w połowie schodów.


Angua warknęła. Był to sygnał dla Marchewy, że może już otworzyć oczy.

Kobiety, jak wyjaśnił kiedyś Marchewie Colon, kiedy uznał, że chłopak potrzebuje rady, zachowują się niekiedy dziwacznie w kwestii drobiazgów. Czasami nie chcą być oglądane bez makijażu albo upierają się, żeby kupować mniejsze walizki niż mężczyźni, chociaż zawsze zabierają więcej ubrań. W tym konkretnym przypadku Angua nie lubiła, gdy ktoś widział ją en route od ludzkiej do wilczej formy albo odwrotnie. Miała uraz na tym punkcie, jak twierdziła. Marchewa mógł na nią patrzeć w obu kształtach, ale nie w rozmaitych pośrednich, jakie przyjmowała po drodze – z obawy, że potem już nigdy nie zechce jej oglądać.

Świat widziany oczami wilka był inny.

Przede wszystkim był czarno-biały. A przynajmniej monochromatyczna była ta mała jego część, którą Angua – jako człowiek – określała „wizją”. Ale kto by się tym przejmował, skoro wzrok musiał zająć miejsce z tyłu, a prowadził węch: śmiał się, wystawiał rękę przez okno i wykonywał nieprzyzwoite gesty w kierunku pozostałych zmysłów. Później zawsze pamiętała zapachy jako kolory i dźwięki. Krew była głębokim brązem i dźwięcznym basem, suchy chleb to zaskakująco brzęczący jaskrawy błękit, a każdy człowiek stawał się czterowymiarową kalejdoskopową symfonią. Nosowe widzenie oznaczało bowiem spojrzenie przez czas, nie tylko przestrzeń: człowiek mógł stać nieruchomo przez minutę, ale godzinę później – dla nosa – wciąż był w tym miejscu, a jego zapachy ledwie zaczynały słabnąć.

Z nosem przy ziemi przebiegła przez pomieszczenia Muzeum Chleba Krasnoludów. Na chwilę wyszła na ulicę i tam też sprawdziła.

Po pięciu minutach podeszła do Marchewy i znowu dała mu sygnał.

Kiedy otworzył oczy, wciągała przez głowę koszulę. To była jedyna rzecz, w której ludzie mieli przewagę: trudno o coś lepszego niż para rąk.

– Sądziłem, że będziesz śledzić kogoś na ulicy – powiedział Marchewa.

– Kogo śledzić? – spytała Angua.

– Słucham?

– Mogę wywąchać jego, ciebie i chleb. To wszystko.

– Nic więcej?

– Ziemię. Kurz. To co zwykle. Aha, są też jeszcze dawne tropy, sprzed paru dni. Wiem na przykład, że byłeś tu w zeszłym tygodniu. Jest sporo zapachów. Smar, mięso, sosna, z jakichś powodów żywica, stare jedzenie... Ale mogę przysiąc, że przez ostatnią mniej więcej dobę nie było tutaj żadnej żywej istoty oprócz niego i nas.

– Przecież mówiłaś, że każdy zostawia ślad.

– Bo zostawia.

Marchewa spojrzał na byłego kustosza. Jakkolwiek by to określać, jakkolwiek szeroko stosować definicję, stanowczo nie mógł popełnić samobójstwa. Nie bochenkiem chleba.

– Wampiry? – zastanowił się. – Potrafią latać.

Angua westchnęła.

– Marchewa, mogłabym wykryć wampira, gdyby tu był w ciągu ostatniego miesiąca.

– W szufladzie jest prawie pół dolara w pensach. Zresztą złodziej na pewno zabrałby ten chleb bojowy, prawda? To cenny zabytek kultury.

– Czy ten biedak miał jakichś krewnych?

– O ile pamiętam, starszą siostrę. Wiesz, odwiedzam go raz w miesiącu, żeby pogawędzić. Pozwala mi odkurzać eksponaty.

– Świetna zabawa – stwierdziła Angua, zanim zdążyła się powstrzymać.

– Daje... satysfakcję, owszem – przyznał z powagą Marchewa. – Przypomina mi dom.

Angua westchnęła i przeszła do pokoiku za salą wystawową. Wyglądał jak pokoiki na tyłach wszystkich muzeów, pełen śmieci i rzeczy, dla których zabrakło miejsca w gablotach, a także eksponatów wątpliwej autentyczności, takich jak monety z wybitą datą „52 p.n.e.”. Były tu stoły zasypane odłamkami chleba krasnoludów, półka na narzędzia z ułożonymi według rozmiarów młotami do wyrabiania ciasta i wszędzie pełno papierów. Pod ścianą, zajmując znaczną część pomieszczenia, stał piekarnik.

– Badał dawne przepisy – wyjaśnił Marchewa, który czuł chyba, że powinien chwalić fachowość kustosza nawet po śmierci.

Angua otworzyła drzwiczki piekarnika. Z wnętrza wypłynęła fala ciepła.

– Wściekle wielki piekarnik – stwierdziła. – Co to takiego?

– No tak. Widzę, że wypiekał babeczki obronne. Bardzo groźne na bliski dystans.

Zatrzasnęła drzwiczki.

– Wracajmy do Yardu. Niech przyślą tu kogoś, żeby...

Urwała.

Zawsze zdarzały się takie niebezpieczne chwile, tuż po zmianie kształtu blisko pełni. W postaci wilka nie było jeszcze tak źle – wciąż miała inteligencję, a przynajmniej czuła się inteligentna. Co prawda życie stawało się o wiele prostsze, więc prawdopodobnie była po prostu bardzo inteligentna jak na wilka. Dopiero kiedy znowu zmieniała się w człowieka, sprawy się komplikowały. Przez kilka minut, póki pole morficzne nie odzyskało stabilności, zachowywała wyostrzone zmysły. Zapachy były niezwykle mocne, a uszy słyszały dźwięki poza tym wąskim zakresem dostępnym ludziom. Potrafiła też lepiej myśleć o rzeczach, jakich doświadczała. Wilk mógł obwąchać latarnię i wiedzieć, że stary Bonzo przechodził tędy wczoraj, marnie się czuł przy tej pogodzie, a właściciel nadal karmi go flakami. Ale ludzki umysł potrafił rzeczywiście analizować wszystkie powody i przyczyny.