Kalinowe serceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Teresa Ewa Opoka, 2015

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Joanna Jankowska/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8069-683-9

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Mamy i ciotki Agnieszki

oraz ich przyjaciółek

Marii i Zofii

Rozdział 1

Od początku sierpnia wstawała o świcie i obchodziła swoje miejsca. Po południu zaś, jak wszyscy we Wrzosowie i okolicznych wsiach, czekała na dźwięki klaksonu zdezelowanego forda pana Mariana, który skupował grzyby.

Dobrze, że miała zajęcie, bo czuła lęk przed bezczynnością. Wystarczyło kilkanaście minut odpoczynku i rozsiadało się w niej przygnębienie, jak wielka ropucha pod werandą, gdzie kapała woda z rynny. Każdy dzień był taki sam jak poprzedni. Beznadziejny. Raz w tygodniu odwiedzała braci, a przez sześć dni wędrowała po lesie. Tylko deszcz potrafił zatrzymać ją w domu.

Niespodziewanie w połowie października nadszedł dzień, który, jak się spodziewała, mógł wreszcie przynieść jakąś zmianę. Oczywiście na lepsze.

A było tak:

Bez pośpiechu przemierzała las, przystając od czasu do czasu i wpatrując się w rudo-zielone poszycie. Kosz zapełniał się szybko. Dochodziło południe, promienie słoneczne sypały się prostopadle przez liście, rozświetlając leśne poszycie. Stanęła i rozejrzała się wokół. Już po raz drugi rozpoczynała tak rok akademicki, zamiast siedzieć wśród studentów prawa w którejś z sal Uniwersytetu Warszawskiego. Miała już wracać do domu, gdy ujrzała pod starą sosną kilka małych prawdziwków. Przykucnęła w opadłych liściach i starannie wykręcała grube korzenie ze ściółki, nie niszcząc grzybni, by jutro, pojutrze wyrosły nowe grzybki. Obeszła sosnę dookoła i znalazła ich aż dwanaście. Wyprostowała się i chwilę stała bez ruchu. Las oddychał głęboko, wydzielał mocny, rozgrzany zapach rozkładających się kolejnych warstw listowia, butwiejących pni, żubrzej trawy. Gdzieś blisko stukał dzięcioł. Zafurkotało w gałęziach i niespodziewanie ogarnęła ją tak mocna fala radości, że postanowiła odwiedzić chłopców. Natychmiast. Odkąd zostali porwani, jej siostrzana miłość wyostrzyła się jak kosa. W kieszeni spodni miała wciśnięte dwadzieścia złotych, będzie za co wrócić. Ukryła kosz z grzybami w zaroślach jeżyn, tuż przy kępie wicio­krzewu. Bez trudu odnajdzie to miejsce.

Miała około kilometra do krzyżówki, gdzie szybko złapie okazję do Szydłowca, a potem przesiądzie się do autobusu, by sprawić miłą niespodziankę braciom.

Gdy weszła do rowu (był zbyt szeroki, by go przeskoczyć), przejechały dwa auta, a po chwili trzecie. Nadjeżdżały następne. Patrzyła zaskoczona. Przecież tu ruch prawie nie istniał. Raz na godzinę pojawiał się rowerzysta, raz na dwie samochód jakiegoś miejscowego lub traktor z przyczepą załadowaną trupami drzew. Bez przekonania machnęła ręką. Czarny, błyszczący mercedes zjechał łagodnie na pobocze i zatrzymał się parę kroków dalej. Zdążyła zauważyć warszawską rejestrację. Kierowca przechylił się w jej stronę.

– Wsiadaj.

W aucie pachniało piękniej niż w lesie; skórą, męskimi perfumami i wielkim światem.

– Dzień dobry – powiedziała, zapadając się w miękki fotel.

– Dokąd cię podrzucić? – Młody mężczyzna patrzył na nią z ciekawością.

– Do Warszawy – odparła bez namysłu i zaraz pożałowała.

Co jej strzeliło do głowy z tą Warszawą? Nie wyglądała na osobę, która wybiera się załatwiać jakieś sprawy w stolicy. Nawet jeśli miałaby zamiar zbierać po śmietnikach puszki po piwie, powinna mieć ze sobą jakąś torbę, worek, plecak, cokolwiek.

– Aaaa, do Warszawy. – Kierowca się roześmiał. – Powiedz, gdzie mieszkasz, podwiozę cię.

Milczała, patrząc przez wielką szybę i myśląc gorączkowo, w jaki sposób naprawić błąd. Czuła, że trafiła się jej szansa, która za moment zniknie.

– Co robiłaś w lesie? Zabłądziłaś?

– Nieee. – Pragnęła powiedzieć coś ciekawego, intrygującego, co spowodowałoby, że ten facet nie mógł­by o niej zapomnieć, lecz była zbyt speszona i nic błyskotliwego nie przychodziło jej na myśl.

– Miło się z tobą gawędzi, ale trochę się spieszę.

– Szkoda, szkoda – wyszeptała raczej do siebie aniżeli do nieco zniecierpliwionego kierowcy.

– Po co chcesz jechać do Warszawy?

– Chciałabym znaleźć jakąś pracę. Jakąkolwiek. Zbierałam grzyby. Tu po wsiach jeździ taki jeden i skupuje...

Popatrzył na nią uważniej. Na stare dżinsy i zieloną bluzę. I na jej twarz o subtelnych rysach.

– Słuchaj... – powiedział z namysłem. – Może miałbym coś dla ciebie. Lubisz starych ludzi? Wyobrażasz sobie opiekę nad staruszką? Mogłabyś z nią zamieszkać?

– W Warszawie?

– Nie. W Radomiu. Moja babcia mieszka w Radomiu.

– Wspaniale. Na Warszawę też bym się zgodziła, ale Radom bliżej... Tak się cieszę. – Odwróciła się w jego stronę i skinęła głową. – Opiekowałam się moją chorą babcią. Mam podejście do starych ludzi.

– To jest zajęcie przez dwadzieścia cztery godziny. Bardzo odpowiedzialne i wyczerpujące.

– Nie boję się. Właśnie szukam czegoś takiego. Żeby z noclegiem.

Mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął wizytówkę i na odwrocie zapisał numer jej telefonu.

– Odezwę się – obiecał z uśmiechem. – Mam zamiar wpaść do niej po drodze. Zorientuję się, jaka jest sytuacja. Wiem, że wciąż się zmieniają opiekunki, widocznie niełatwo z nią wytrzymać. Mimo że jest uroczą babunią.

– Bardzo lubię starych ludzi – powtórzyła.

Znowu się roześmiał.

– No to powiedz, gdzie cię podrzucić.

– Nie trzeba. Blisko mam do domu.

Przez moment się wahała, czy nie poprosić, żeby zabrał ją do Radomia, ale czuła, że to zrobi złe wrażenie. Za dużo kręcenia. Raz chce do Warszawy, raz do Radomia. Otworzyła drzwi auta, wystawiła nogę w podniszczonym adidasie na trawę i w nagłym przypływie odwagi odwróciła głowę i zaryzykowała:

– A czy mogę prosić pana o wizytówkę? W razie gdyby pan zapomniał. Zdarza się, że się zapomina o drobiazgach, jak ma się wiele spraw na głowie... – tłumaczyła nieskładnie i szybko, bo postanowiła do końca wykorzystać nieoczekiwaną szansę. Żeby później nie wyrzucać sobie, że nie walczyła do końca. Zauważyła lekkie wahanie na twarzy mężczyzny, lecz podał jej srebrnoszary kartonik.

– A jak ty masz na imię, leśna dziewczyno?

– Kalina – odparła i zatrzasnęła drzwi. Uświadomiła sobie, że zapomniała powiedzieć: „do widzenia”, ale czarno auto potoczyło się już leśną drogą.

Mężczyzna z uśmiechem powtarzał w myślach: Kalina, Kalina. Ładnie.

Spojrzał w lusterko, czy nie została na poboczu, by łapać następną okazję, ale znikła już w lesie. Miała dużo szczęścia, że trafiła na niego, a nie na jakiegoś palanta, który z chęcią wykorzystałby ładną i naiwną dziewczynę. Żałował, że jej nie ostrzegł, by nie zatrzymywała samochodów. Dojechał do końca drogi i zatrzymał się na moment. Po prawej stronie stała kapliczka z Matką Boską pomalowaną na olejno wściekle niebieską farbą, ogrodzona niskim płotkiem obwieszonym spiczastymi chorągiewkami w różnych kolorach. Przez betonowy murek przechylała się gałąź oblepiona czerwonymi jabłkami. Dał kierunkowskaz w lewo, przejechał przez kilka wsi i płynnie włączył się do ruchu na siódemce. Zanim rozpoczęły się zabudowania przedmieścia, zapomniał o leśnej dziewczynie.

Rozdział 2

Kalina odnalazła koszyk i weszła w las. Po kilku chwilach odczytała napis na srebrzystym kartoniku: „Producent filmowy i telewizyjny – Ivo Janecki”. Zrobiło to na niej takie wrażenie, że drzewa zaczęły się zamieniać miejscami i musiała oprzeć się o wielki dąb i pochylić głowę, by nie stracić równowagi. Miał ponad sto lat, pewnie czochrały się o niego dziki, jelenie, a nawet zabłąkany łoś. Położyła prawą rękę na korze i zaczęła biegać pędem wokół dębu, dopóki dłoń jej nie spuchła i nie zaczęła piec, a płucom nie zabrakło tchu. Wtedy osunęła się na gruby materac z liści.

Musiała wyrzucić z siebie nadmiar radości, by nikt nic nie spostrzegł i nie wypytywał, gdy będzie wracała przez wieś, a coś ty taka wesoła. Nie była naiwną nastolatką, wyobrażającą sobie, że za kilka dni dostanie od producenta telefon, by przyjechała do Warszawy, bo on ma kilka ciekawych pomysłów co do jej przyszłości i najlepiej, gdyby sama sobie wybrała. Przez ułamek sekundy doznała olśnienia i zamiast drzew ujrzała wieżowce wielkiego miasta. Te zwidy stanowiły zaledwie mizerną pozostałość po niezwykłej umiejętności umysłu, którą osiągnęła w dzieciństwie.

Przez brak czasu i opieki dorosłych.

Przez zupełny przypadek.

Przez samotne spacery po lesie.

Czasem z psem.

Czasem z kotem.

„Ciągnie cię do lasu jak wilka” – powiedziała kiedyś mama, zagniatając ciasto na kopytka. Uniosła na moment głowę i zdmuchnęła kosmyk włosów, który opadł jej na twarz.

Nie była wilkiem, tylko dziewczynką, która wcześnie odkryła, co może się przydarzyć człowiekowi, gdy odpowiednio długo przebywa w odosobnieniu. Na przykład pojawia się zdolność do opuszczania swojego ciała. Zanim opanowała tę umiejętność, długo ćwiczyła. Bezwiednie. Mimo woli. Trwać w bezruchu w lekkim bezwładzie to jedno, a zajrzeć do swojego umysłu to drugie. Patrzeć na przesuwające się myśli, jak nadchodzą i odchodzą. Niech sobie idą – a w pewnym momencie zatrzymać te nowe, powiedzieć im „stop” i nie wpuścić do środka. W tym momencie wystrzeliwała ponad konary drzew. Dziwiła się, patrząc z góry na bezwładne ciało, dopóki nie usłyszała w szkole o grawitacji. Widziała z góry wioskę, drogę, sady, pojedyncze domy, małych ludzików. Była pewna, że gdyby tylko chciała, mogłaby się przemieścić, dokądkolwiek by zapragnęła. Nigdy jednak nie odważyła się na utratę kontaktu wzrokowego ze swoim ciałem. Skąd mogła wiedzieć, czy później zdoła do niego powrócić? Nie nazywała tego, co opuszcza jej ciało, duszą, lecz energią. To coś poruszało stawami, by nogi mogły biec, kręcić pedałami roweru, a ręce mogły machać, zginać palce. A także pchało krew z dołu do góry, poruszało płucami, powiekami, kurczyło jelita, gdy bolał brzuch od niedojrzałego agrestu, i stukało w sercu. Nie analizowała tego. Po prostu tak się działo.

 

Leżała w nowym domu, na nowym łóżku. Panowała cisza. Rodzice pojechali z braćmi odwiedzić znajomych, a ona została sama. A kogóż my tu mamy? Patrzyła z góry na dziewczynkę wyciągniętą na łóżku ze złączonymi nogami, chudymi i opalonymi, z brązowym strupkiem na lewym kolanie, ubraną w niebieską sukienkę w białe kwiatki. Ciemne włosy bezładnie rozrzucone wokół głowy. Ręce wyciągnięte wzdłuż tułowia. Zamknięte oczy, ogorzała twarz. Nie miała dość odwagi, by opuścić pokój. I tak czuła się niesamowicie, bo każdą rzecz widziała inaczej niż „normalnie”. I wszystko, czego doświadczyła w swoim krótkim życiu, przenikała wtedy na wylot.

Niestety, w momencie, gdy wracała do swojej głowy (była przeświadczona, że tędy się wychodzi i powraca), ta umiejętność znikała, a jej umysł stawał się umysłem dziecka i nie wyróżniał się niczym specjalnym. Oto fakty, których nie rozumiała. Nie potrafiła też znaleźć żadnego praktycznego zastosowania tej właściwości w codziennej krzątaninie. Z biegiem lat, gdy w jej życiu pojawiali się nowi ludzie, nowe wydarzenia i przeżycia, próby wychodzenia z ciała kończyły się fiaskiem. Wreszcie dała spokój.

Miała przeczucie, że wkrótce w jej życiu nastąpią zmiany. Zapodzianie się filmowca na zapomnianej leśnej drodze było w tym samym stopniu nieprawdopodobne, co pojawienie się karety zaprzężonej w szóstkę koni z królową angielską w błękitnym kapeluszu i garsonce. Była zadowolona, że odważyła się poprosić go o wizytówkę, miała namacalny dowód, bo kto by jej uwierzył.

Jeszcze raz przeczytała imię i nazwisko mężczyzny, wyjęła z dna koszyka chusteczki higieniczne, otrzepała z igieł foliowe opakowanie, zdjęła przyklejony listek osiki i ostrożnie wsunęła kartonik do środka. Szła skrajem lasu w stronę wsi, sprawdzając w komórce, czy jest zasięg. Wszystko może się zdarzyć. Marzenia nic nie kosztują, poprawiają nastrój, są niewidzialne, nikt nie będzie się z nich wyśmiewać. Gdy wyszła na drogę, koszyk miała pełny.

Przed chałupą obrośniętą dzikim winem stało auto pani Ewy. Mieszkała z mężem na stałe w mieście, a tu przyjeżdżali oboje na lato. Takich miastowych wariatów, zakochanych we wsi, pojawiło się we Wrzosowie kilkoro. Kupowali drewniane domy po zmarłych gospodarzach, przez kilka sezonów remontowali, urządzali ogródki i cieszyli się jak małe dzieci. Już było po sezonie, wszyscy wyjechali do swoich miast, a pani Ewa wpadła z przyjaciółkami do Wrzosowa na jeden dzień, bo podobno było zatrzęsienie grzybów.

– Dzień dobry, pani Ewo! – zawołała Kalina.

– Dzień dobry, dzień dobry, skarbie. Wszystkie grzyby wyzbierałaś? Bo my się dopiero wybieramy. – Kobieta uchyliła furtkę. – Wejdź na chwilę.

– Oooo. – Koleżanki pochyliły się nad koszykiem, wydając jęk zachwytu i podziwu.

– Pewnie już nie ma po co iść do lasu – odezwała się z żalem pani Basia.

Kalina znała je wszystkie. Kupowały u niej truskawki, borówki amerykańskie, czereśnie.

Zamawiały jagody, jeżyny. Kupowały też grzyby. Zwykle płaciły więcej aniżeli pan Marianek, skupujący leśne runo.

– Jeszcze panie nazbierają. Na pewno. Ten rok jest wyjątkowo grzybny.

– No, to pójdziemy – powiedziała pani Halina. – A gdybyśmy nic nie znalazły, to odsprzedasz nam te grzyby?

– Z chęcią. Ale tu nie ma samych prawdziwków. Pod spodem są podgrzybki, maślaki, kilka rydzów.

– O! Rydze! – zawołała ucieszona pani Basia.

– Jest kilka. – Kalina miała zamiar usmażyć je dla siebie i ojca na kolację, lecz mogła też je odstąpić. Bardzo potrzebowała pieniędzy.

– Kalinko, zostaw nam rydze. Zapłacimy, ile zechcesz. My na pewno nie znajdziemy rydzów. A jak w ogóle nic nie uzbieramy, to przyjdziemy do ciebie po resztę, dobrze?

Pani Ewa przez chwilę wpatrywała się w pełen kosz i nagle podjęła decyzję.

– Sprzedaj nam wszystkie grzyby. Co my tam nazbieramy.

Ładnie zaokrągliły kwotę, którą podała, a potem wyłożyły ostrożnie grzyby na stół stojący na tarasie. Później się nimi podzielą. Trzy rusałki ze sporą nadwagą cieszyły się z transakcji.

– Poczekaj jeszcze chwilę. Mam coś dla ciebie – powiedziała pani Ewa i znikła za drzwiami.

– I jak z pracą? Jest jakaś szansa? – zapytała pani Halinka.

– Tu? Żadnej. Muszę wyjechać – odparła dziewczyna.

– Przymierz. – Pani Ewa wróciła ze sweterkiem w popielatym odcieniu.

Pasował na nią jak niemal wszystkie rzeczy po jej córkach, które zajeżdżały autami pod drewniany dom obrośnięty dzikim winem, przywożąc worki markowych ubrań, torebek, butów, co prawda używanych, lecz w doskonałym stanie. Ewa najpierw zapraszała Kalinę, żeby wybrała sobie to, co przypadło jej do gustu, a dopiero później wołała inne dziewczyny ze wsi. Ubrań było dużo, ponieważ przyjaciółki córek także dokładały rzeczy, które im się znudziły, zyskując tym sposobem nic niekosztujące znakomite samopoczucie, jakie zwykle ogarnia człowieka po zrobieniu dobrego uczynku.

– Dziękuję. – Kalina wsunęła sweterek do reklamówki i położyła na dnie koszyka. – A może panie słyszały, czy ktoś nie potrzebuje opiekunki do dziecka albo do starszej osoby?

Kobiety spojrzały po sobie i przecząco pokręciły głowami.

– Najlepiej jakbyś wyjechała do Anglii, do mamy – poradziła jej pani Basia.

– Nie mogę. Jak mogłabym zostawić chłopców?

– A co z tatą? Ma pracę?

– Tak. Niestety, na czarno, a to się nie liczy.

– Dobrze chociaż, że może pracować na czarno.

– Do widzenia paniom.

Nieco rozżalona ruszyła szybko do furtki. Była pewna, że gdyby chciało im się popytać wśród znajomych w mieście, na pewno coś by dla niej znalazły. Najłatwiej współczuć.

– Gdzie byś nam radziła pójść? – zawołała za nią pani Ewa. – Za krzyż, za linię wysokiego napięcia czy nad źródełko?

– Wszędzie są grzyby. Ale za linię najmniej ludzi chodzi. Do widzenia – odparła z uśmiechem, gdy już wyszła na drogę.

Kobiety stały i patrzyły za nią.

– Biedna dziewczyna – powiedziała Ewa.

– À la guerre comme à la guerre, jak powiadają Francuzi – wygłosiła Halinka, która była nauczycielką francuskiego i czasem lubiła się popisywać.

– To znaczy? – spytała Ewa.

– Straty muszą być.

– Szkoda tylko, że ponoszą je dzieci – odparła Ewa.

– Trafne imię – powiedziała Basia, patrząc za oddalającą się dziewczyną. – Ma w sobie coś kalinowego. Jest delikatna, a jednocześnie trochę dzika. Chce wyjechać, a tak tu pasuje!

– Jak pastereczka na porcelanowej filiżance – zauważyła Ewa. – Tu panuje zastój, to zaleta dla ludzi z miasta, takich jak my, a dla miejscowych oznacza życie w biedzie i zapomnieniu.

No tak, no tak, pokiwały głowami przyjaciółki i zaczęły czynić niezbędne przygotowania do wycieczki do lasu. Każda musiała mieć nóż, dobre buty, koszyk lub łubiankę, sprej przeciwko kleszczom.

Kalina szła wzdłuż plantacji porzeczek Maseraków, myśląc z goryczą o pani Ewie i jej przyjaciółkach. Najłatwiej obdarować niepotrzebnymi ciuchami, ale popytać znajomych o pracę już trudniej. Na krzewach wisiały resztki uschniętych owoców. Większość opadła i zanim zgniły, możliwe, że pożywiły się nimi jakieś maciupeńkie stworzonka. Od lat Maserakowie nie zbierali porzeczek, ponieważ koszt robocizny oraz transportu do punktu skupu przewyższał zysk ze sprzedaży owoców. Panu Januszowi pękało serce w lipcu i sierpniu, gdy czerwieniały kiście dorodnych, soczystych owoców; zapraszał sąsiadów, oczywiście nie wszystkich, tylko tych, których lubił, którzy nie zaleźli mu za skórę ani ich przodkowie jego przodkom. Mogli sobie nazrywać, ile kto potrzebował, na galaretki, soki. Niestety, tylko odrobina się nie marnowała, reszta leciała w trawę.

Za plantacją stała kapliczka ulepiona z kamienia, z gipsową figurką Matki Boskiej. Wokół zakwitły fioletowe zimowity podobne do krokusów.

Zaraz za kapliczką w brzydkim murowanym domu, od razu zaprojektowanym na brzydki, mieszkali Maserakowie. Akurat oboje siedzieli na ławeczce pod jabłonką. Oboje bardzo starzy, bardzo zmęczeni całożyciową harówką, z palcami powykręcanymi przez reumatyzm. Rozmawiali o czymś z przejęciem lekko ku sobie pochyleni. Głowa obwiązana chustką dotykała głowy nakrytej czapką.

– Dzień dobry! – zawołała Kalina.

– A dzień dobry, dzień dobry. – Pan Maserak dotknął czapki.

– A o czym tak rozprawiacie?

– Jak to o czym? – Maserakowa uniosła głowę i popatrzyła na dziewczynę wesołymi, czarnymi oczami. – O miłości.

– Są grzyby? – zapytał pan Janusz.

– Są, są – odparła Kalina.

Dobrze wiedzieli, że są, ale grzeczność nakazywała zapytać. Przed nimi stało plastikowe wiaderko pełne grzybów.

Ruszyła dalej skrajem asfaltowej szosy, bo we wsi nie było chodnika, a pobocze zarastała wysoka trawa. Gospodarze kosili ją tylko wzdłuż swoich posesji. Domy we Wrzosowie dzieliły się na trzy rodzaje:

1) stare i brzydkie,

2) stare i ładne; z mchu i paproci – to te kupione przez mieszczuchów i pieczołowicie odnawiane,

3) nowe, murowane, puste, których właściciele pracowali za granicą.

Ale najpiękniejszy we wsi i okolicy był dom Kaliny. Z daleka złocił się modrzewiowymi ścianami z bali, w stylu szlacheckiego dworu. Urzeczywistnione marzenie Renaty, matki Kaliny. Czasem marzenia bywają niebezpieczne i lepiej, by pozostały na zawsze w swojej mglisto onirycznej krainie. Renata wpadła na pomysł, by sprzedać duże mieszkanie po rodzicach w mieście i wybudować obszerny dom na łące, w objęciach lasu, dla nich i dla gości, bo miał to być pensjonat dla ludzi potrzebujących prawdziwego odpoczynku.

Renata pochodziła z miasta, ale kochała wieś, las i przestrzeń. Kiedy jej chłopak, Aleksander, przywiózł ją tu, by przedstawić wybrankę rodzicom, zakochała się w tej wiosce i odtąd sobie roiła, że kiedyś osiądą tu na stałe.

Pewnego lata pojawili się więc z całym dobytkiem we Wrzosowie i zamieszkali z matką i babką Aleksandra w starej chałupie pokrytej eternitem. Sprzedali trzypokojowe mieszkanie w mieście, by postawić nowy dom, ale wykańczanie już nie szło tak szybko, jak składanie przez cieśli ścian z bali, a potem uszczelnianie szpar warkoczami ze słomy i układanie gontowego dachu z jodłowych deseczek. By doprowadzić swój zamiar do końca, musieli wziąć kredyt.

Aleksander był z zawodu mechanikiem i wszystko potrafił zrobić, naprawić każdą maszynę, a nawet skonstruować coś od początku. Gdy przeprowadzili się na wieś, pracował jako kierowca w przedsiębiorstwie transportowym pana Borkowskiego i woził uczniów do szkoły w Chlewiskach, zbierając dzieciaki po okolicznych wioskach. Przy okazji podrzucał też do Szydłowca żonę, gdzie pracowała w bibliotece na zamku. Obsługiwał również wesela i pogrzeby w całej gminie.

Pewnej lipcowej soboty Aleksander podjechał pod kościół w Osinach i czekał na gości weselnych, by ich zawieźć do eleganckiej restauracji i pensjonatu Lodownia w Szydłowcu. Nazwa wzięła się od prawdziwej lodowni w lochach, gdzie służba zamkowa trzymała lód wyrąbywany zimą na jeziorze. Po drodze według tutejszego obyczaju biała limuzyna z parą nowożeńców i autokar z gośćmi były kilkakrotnie zatrzymywane. Raz pod zielonym domem panny młodej, by pożegnała się z rodzicami, a później kierowca musiał zaciągać hamulec jeszcze cztery razy przed zaporami ze ściętych brzózek i wstążek przeciągniętych przez drogę od płotu do płotu. Goście weselni nie mogli przejechać, dopóki sąsiedzi nie zostali poczęstowani kieliszkiem wódki. Przy okazji częstowali się też niektórzy goście. Wyłącznie mężczyźni, kobiety potrzebowałyby czymś przepić, a może przekąsić. Cztery razy przez grzeczność proponowano też Aleksandrowi. Cztery razy odmówił. Był upalny dzień, a w autokarze zepsuła się klimatyzacja.

 

Zajechali na miejsce i kierowcę zaproszono na obiad. Wybrał flaki i schabowy z frytkami i sałatą. Napił się mineralnej. Gdy ktoś zaproponował mu kieliszeczek wódki za zdrowie państwa młodych, odmówił po raz piąty.

– Wiesz co, Olek? Ja mam dla ciebie coś ekstra – powiedział ojciec pana młodego i przyniósł z lodówki pokrytą rosą butelkę piwa.

I Aleksander się skusił. Pomyślał, że posiedzi z pół godziny, godzinkę, wysika to piwo i pojedzie do domu. Nawet nie wypił całej butelki. W drodze powrotnej miał pecha, bo wpadł na niego pijany rowerzysta. Zanim przyjechała policja, stary Rycho zdążył już zasnąć w rowie. Nic mu nie było, tylko koło roweru skręciło się w ósemkę. Niestety, nie tylko staremu Rychowi zbadano krew i Aleksander na kilka lat stracił prawo jazdy.

Gdy żyła teściowa, zdążyła nauczyć Renatę, jak chodzić koło kur, kaczek, a także uprawiać pomidory, warzywa, kwiaty. Wystarczyła jedna wiosna, jedno lato, by pod lasem, gdzie wcześniej kołtuniły się osty, pokrzywy i zdziczałe maliny, teraz zadziwiały sąsiadów zadbane zagony z tyczkami do fasoli, grzędy pomidorów, ogórków, buraków, marchwi i olbrzymie pomarańczowe dynie widoczne z daleka. Wkrótce pojawili się pierwsi letnicy z Warszawy.

Po dwóch czy trzech sezonach okazało się jednak, że marne są dochody z tych letników, bo spokój i czyste powietrze to za mało. Goście chcieliby morza, gór, koni, kawiarni, dyskotek, a dla dzieci kucyków, internetu i basenów.

Przyjeżdżają tu najbiedniejsi z tych zamożniejszych, żaliła się Renata do pani Ewy. Nie stać ich na kurorty, a chcieliby odpocząć i nie za wiele wydać, a jeszcze coś do domu z takich wywczasów przywieźć, więc grzyby zbierają, marynują i suszą przy kominku, no to musi palić, już truskawek im nie liczy, żeby tylko sami rwać chcieli, bo do jagód cierpliwości trzeba, a miastowi jej nie mają i płacą Kalinie, szkoda wielka, żeby im darmo zbierała przez pół dnia w upale, w duchocie, cięta przez komary. Dlatego pani Ewa z własnej chęci prawie podwójnie płaciła za litr jagód. I za truskawki. Nawet jeśli sama ich sobie nazbierała.

Kiedy Aleksander stracił stałą pracę, zaczęły się poważne problemy i z coraz większym wysiłkiem spłacali raty kredytu. Renata postanowiła wyjechać do pracy w Anglii, gdzie od lat mieszkała jej siostra z mężem i zapewniała, że czeka na nią praca w fabryce piłek do krykieta. Dlatego Kalina musiała na razie odłożyć studia, do czasu, aż sytuacja się wyklaruje. Usiłowała robić wszystko to, co rozpoczęła matka. Przyjęła letników z Warszawy, tych samych, co w ubiegłym roku, dbała o ogród, gotowała. Chłopcy, jak to chłopcy, łobuzowali trochę, ale dużo pomagali w obejściu. Do starszego, Łukasza, należało koszenie trawy, młodszy grabił, ładował na taczkę i zawoził na kompost. Z kur musiała pomału rezygnować, bo jastrząb wyłapał prawie wszystkie kurczaki, dokończył, co lis zaczął zimą, siedem kur bezmyślnie wydusił.

Ubiegłej jesieni Kalina odwiedziła mamę w Anglii i niestety, już po trzech tygodniach musiała wracać. Dostała telefon, że stało się coś bardzo złego. Chłopcy zostali porwani przez policję.

Podeszła pod dom. Dora wyczuła ją z daleka i donośnie ujadała. W szczekaniu wyraźnie słychać było radość pomieszaną z pretensją. Jak mogła ją zostawić i iść na grzyby! Podeszła więc najpierw do skaczącego psa i odpięła łańcuch. Wilczyca stanęła na dwóch łapach i położyła na jej ramieniu kosmaty łeb, za duży w stosunku do smukłej sylwetki, skarżąc się do ucha, jak bardzo się boi, że i ona pewnego dnia nie wróci.

– No już dobrze, dobrze. – Kalina poklepała sukę po łopatce, patrząc przed siebie na piękny ogród, który nie ustawał w trudzie kwitnienia. – Nie mogę cię zabierać na grzyby, bo leśniczy o tej porze lubi chodzić po lesie. Chcesz, żebym zapłaciła mandat? Chcesz? Albo żeby cię zastrzelił? Raz mi darował, teraz musimy uważać.

Głaskała wielki łeb Dory i patrzyła na kwitnące róże i astry, na płonący pomarańczowo dywan nasturcji. Na porzucone dzieło i dumę jej matki, opuszczony dom, który sprawiał równie przygnębiające wrażenie, jak bezdomny człowiek.